Kobietą być ?

Kupiłam sobie wczoraj…

Kupiłam sobie wczoraj malinową sukienkę.

 

To pierwsza kiecka od nie wiem ilu lat.
Szłam niby tak bez celu poszwędać się sobotnio po sklepach, po rynku. Zajrzeć do tego gościa na rynku co cały dzień wykrzykuje „Alla växterer tjugo”*. Albo inne podobne komunikaty. Na rynku był tłum – jak zawsze w sobotę. Z rowerem zamiast laski, szłam sobie kuśtyk, kuśtyk. Bo noga nadal jest bardziej.
Stragany jak stragany. Takie same jak w Polsce. Ciuchy rodem nie wiadomo skąd w cenie takiej samej jak w sieciówkach, portfele, zegarki, doniczki, rośliny, stroiki, miód. Tak samo w jak w Polsce – ścisk, hałas, ludzie się spotykają, przystają na pogawędkę, tarasują przejścia, dzieci wrzeszczą, bo matki nie dają im w tej tłuszczy pobiegać, tylko trzymają za ręce albo wsadzają do wózków, psy merdają ogonami, pobudzone takim natłokiem wrażeniem, węszą i rozglądają się nerwowo w około.

Wsio normalna, jakby rzekła Regina. Czego brak to swojskich babć z przydomowymi pomidorami, jabłkami ze starych jabłonek, z daliami i mieczykami w poobtłukiwanych wiaderkach. Za to są Tajowie z wyzbieranymi w lasach kurkami, jagodami i malinami. Nie ma tłoku przy ich stoliczku. Jeszcze jedno pokolenie i szwedzkie dzieci pytane skąd się bierze jagody będą mówić, że z ICA.

Przy rynku, przycupnięty z boku, przysadzisty, drewniany budynek. Pałacyk myśliwski rodziny de La Gardie, przeniesiony z wyspy, służył niegdyś jako ratusz miejski. Teraz  z jednej strony ma informację turystyczną, w której mapy, foldery o ciekawostkach okolicznych można dostać za darmo. Z drugiej strony  jest urokliwa kawiarenka, serwująca miedzy innymi Prinssestårta – biszkoptowo-śmietanowy tort pokryty zielonym marcepanem z koroną z cukru pudru. Latem, jak teraz, kawiarenka wystawia stoliczki do ogrodu. Ludzie siedzą  schronieni od słońca pod ogromnymi, czarnymi parasolami, piją kawę, jedzą ciastko, czyli celebrują tak zwaną fika. Albo, jeśli na ratuszowej wieżyczce zegar, wskazówki są w pobliżu godziny dwunastej, to jedzą typową szwedzką piętrową kanapkę: cienki chleb, surówka, jakaś wędlina, majonez a na wierzchu krewetki. tego się nie da jeść jak kanapkę! To się je nożem i widelcem. Wszędobylskie wróble, sroki i mewy przysiadają na płotku i łakomie popatrują czy nie da się zwędzić jakiegoś okruszka a może nawet i całej kanapki.

Obeszłam rynek dookoła. Kupiłam świeże truskawki, świeży szczypior, ziemniaki i koperek. Zapakowałam do rowerowego koszyczka.  I deptakiem podążyłam w stronę domu. 
Na deptaku jest przedłużenie rynku: tu też tłum, ogródki przykawiarniane. Tylko zamiast straganów sklepiki i sklepy: sklep ze starociami i rękodziełem, taka szwedzka wersja Cepelii, sklepik z porcelaną i szkłem, sklepik z kosmetykami oraz sklepy i sklepiki z ubraniami w tym H&m i Lindex. Latem deptak jest zacieniony przez większą cześć dnia bo leży na osi wschód- zachód i o tej porze roku słońce wpada w światło ulicy tylko wcześnie rano albo późnym popołudniem. Na środku ogromne ukwiecone donice, przy wlocie znak informujący, że to deptak, więc rowerzyści nie są tu mile widziani. Zresztą – to nie jest łatwo lawirować rowerem w tym tłumie. 
Od deptaku, pod kątem prostym co i rusz odbiegają uliczki. To zadziwiające jak senne i ciche są małe zaułki pochowane tuż za rogiem. Maleńkie podwórka toną w zieleni i kolorowych kwiatach kontrastującymi z pastelowymi kolorami drewnianych ścian. Okna, okienka, balkony, wykusze…A każde w swoim rodzaju, jak wystawa dla magazynu o urządzaniu domu.

W takim tłumie szłam wczoraj. Szłam, chłonęłam atmosferę mojej mieściny, gdzie o 18 w weekend wszystko jest zamknięte i miasto wygląda jak wymarłe, gdzie dyskoteka jest tylko jedna i ani jednego pubu. Szłam i myślałam, że wcale mi to już nie przeszkadza. Że po prawie pięciu latach nie czuję się tu jak u siebie. Jestem u siebie.   
A potem weszłam i zobaczyłam tę malinową sukienkę.
W przymierzalni spędziłam o wiele więcej czasu niż zwykle. Bo rozsądek szeptał „przecież nie chodzisz w sukienkach. Nie masz w szafie ani jednej od co najmniej pięciu lat” a dusza mi się wyrywała do malinowej tkaniny.

 

W domu włożyłam ją na siebie. Potem przymierzyłam do niej białą koszulę. A potem jeszcze biały kapelusz od słońca. 
Stałam przed lustrem patrząc na fajną babkę. W bieli i czerwieni z niebiesko-żółtą wstążką u kapelusza.

Tak to ja.
Po pięciu latach znowu zaczynam żyć.

 
* wszystkie rośliny po dwadzieścia!
 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s