Na życzenie Odwodnik

Atlas chmur książka i…

Atlas chmur książka i film moje SUBIEKTYWNE bardzo przemyślenia.

 

 Najpierw książka.

Zmienny język, stylizowany na adekwatny do epoki. Absolutne mistrzostwo. Mistrzostwo tłumaczki też. Postaci- wyraziste, odmienne od siebie i ludzcy, bardzo spójni psychologicznie. Fabuła każdego wątku wciągająca od niemal pierwszych wersów.
Przesłanie.
Każdy z nas ma wpływ przyszłość. Tak, jesteśmy kroplą w oceanie, ale ocean to morze kropel.  Przyszłość nie istnieje bez przeszłości, ale logicznie z niej wynika. To jeden z wniosków. Inny: nasze pragnienie posiadania więcej i więcej prowadzi do zagłady. To nie pusta filozofia- zanieczyszczenie ziemi jest nierozerwalnie związane z konsumpcją.
Podsumowanie: książka do przeczytania po raz kolejny. Za jakiś czas. Gdy szum wokół filmu ustanie, gdy w głowie zatrze się pamięć filmowej adaptacji. Wtedy będzie czas na powtórne czytanie. Po pierwszym czytaniu książka jest raczej przygodowa ale z przesłaniem. Coś mi mówi, że pod płaszczyzną może się kryć coś o wiele głębszego. Żadna nachalna, prosta coelhowska filozofia, a coś co każdy odkrywać mu sam.
Warto.

Film.
W miarę wierna adaptacja. Ale czy skakanie scena po scenie po wątkach daje widzowi coś więcej niż uporządkowana narracja książki – wątpię.
Mistrzostwo charakteryzacji. Odkrycie na liście obsady, że Jokasta i Meronym to ta sama aktorka spowodowało opad szczęki. No ale ja, jak Brad Pitt, mam chorobliwy problem z rozpoznawaniem twarzy.
Film, jak się spodziewałam, słabszy niż książka. Nie udaje mu się przekazać filozofii Mitchella. Jest skomplikowanie złożonym obrazem o przygodach jednostki. Motyw ze znamieniem nieudolnie usiłuje powiązać bohaterów ze sobą, ale nic z tego nie wynika. No może jedno: żyjemy w kręgu. Prędzej czy później dojdziemy do tego co było na początku, niezależnie jak wysokie budynki wzniesiemy, jak sprytne komputery zbudujemy. Choć może raczej: im wyższe budynki wzniesiemy, im  jeszcze sprytniejsze komputery wymyślimy, tym szybciej. Mimo to oglądając film wciąż ma się ochotę zakrzyknąć „ale to już było”. Mnie najbardziej chciało się krzyknąć w scenach przyszłości, w Nowym Seulu, jakby żywcem przeniesionym z Matrixa.
Odkrywczy wniosek: dżinsy w wysokim stanem, noszone jeszcze przed dwudziestu laty pogrubiały okropnie!
Film do powtórki za względu na Hanksa i podstarzałego Granta. Też, kiedy zatrą się wrażenia i ucichnie wrzawa.

Jaki jest najlepszy dzień roku w Szwecji?

<span …

Tłum ludzi na łączce pod zamkiem w Läckö (czyt. Lekkie) piknikował na całego. Ale PIKNIKOWAŁ a nie grillował. Na szczęście. Pomiędzy ludźmi przechadzali się stylowo ubrani handlarze oferując prażone migdały i nugat.  Bo u wrót zamku oraz na jego dziedzińcu odbywał się Jarmark Średniowieczny. Chleb domowego wypieku, wyprawione skóry, oprawiony bursztyn i możliwość postrzelania z łuku -oto niektóre z atrakcji ku uciesze dziatwy i dorosłych.

 

A pod płotem, skromnie czekając na swą kolej leżał Stång czyli słup.

 

Nie tylko Słup był ubrany kwieciście. Panny duże i małe też. Stroju zwykle dopełniał wianek. No chyba, że panna upartą była i przybrania głowy kwieciem odmawiała jak ta tutaj

 

Tłum gęstniał. Chmury na niebie też, bo to już taka tradycja jest, że w tym dniu niebo się zachmurza i deszczem polewa. Ale Szweda od rozrywki na świeżym powietrzu nie odwiedzie coś tak normalnego jak chmury na niebie. Tak jak chłodne podmuchy od strony wody nie zmuszą rozbrykanej dziatwy do ubrania się w coś cieplejszego. 
Zespół na scenie przygrywał mniej lub bardziej ludowe piosenki: skocznie i wesoło na nutę polskiego oberka ale czasem na smętnie niczym polski kujawiak. Nie zabrakło naturalnie Idas Sommarvisa czyli Letniej Piosenki Idy zaśpiewanej pięknym dziecięcym głosem.
 

 



(jakby nie link nie zadziałał to posłuchajcie tej uroczej piosenki na YouTube)

I w końcu ruszył uroczysty orszak niosący Słup
 
Który przy dźwiękach muzyki wbito na środku łączki.


 
A potem wokół Midsommar Stång ustawił się krąg i ludzie zaczęli śpiewać i pląsać. Młody, stary, nastolatek, dziewczyna, chłopak, starsza pani i poważny pan w wieku śednim.

I cóż powiecie, że na to,  że oto przyszło lato?
Tak, lato to w Szwecji zdecydowanie najlepszy dzień w roku :D.
A Midsommarsstång jeszcze długo będzie można zobaczyć na placykach  przy każdym nieco większym skupisku zabudowań.


 

 Naturalnie Szwedzi, jako naród praktyczny, zwykli świętować w weekend najbliższy kalendarzowemu Midsommar.
  

Gdy do przodu zegar dmie, ty ustaw się na NIE

Ja nie wiem kto to …

Ja nie wiem kto to robi, ale czas biegnie zdecydowania za szybko. Ktoś te wskazówki popycha, żeby leciały prędzej czy co ? 
Ledwie się tydzień zacznie, a już mam weekend. W piątek po południu myślę „ooo jutro się pobyczę” a potem przychodzi niedziela wieczór, ja jestem zmęczona i myślę smętnie, że znowu nie miałam czasu na..trwonienie go przy komputerze, że o książce nie wspomnę.
Nie pytajcie mnie co mi tak czas zajmuje, bo nie wiem.

Pierwsze i zdecydowanie najgorsze to to, że moja noga, po zbiciu przed trzema tygodniami wciąż funkcjonuje fatalnie. Boli! Kuśtykam wciąż. Staram się pilnować i nie chronić bolącej części, obciążać stopę równomiernie przy chodzeniu, inaczej po chwili bolą również te części, których dotąd nie czułam i na pewno nie zbiłam. Między innymi udo i pośladek. Od tego czasu jest ociupinkę lepiej, ale wciąż nie ma mowy o normalnym chodzeniu. 
Wróciłam na tydzień do sprzątania, jeździłam tylko maszyną. Akurat moja Regina zakończyła obiecującą karierę sprzątaczki na rzecz pracy w sklepie jubilerskim, zamiast Reginy dostałam Monikę (też Polka) która pracuje od niedawna i maszyną nie jeździ. Więc dobrze się złożyło, bo mogłam z czystym sumieniem siedzieć jak królowa na tronie. Ale kiedy się tak jedzie maszyną to czasem się widzi śmieć pod lodówką, którego maszyna nie wygarnie. Trzeba zsiąść z maszyny, podnieść, wsiąść. I tak kilka razy. Trzeba też Monice pomóc tu i tam mopem, bo maszyna nie wszędzie wjedzie. 
Pięć dni zaciskałam zęby i pracowałam aż puknęłam się w głowę bo dla idei to ja już raz pracowałam i niczego, poza stresem, się nie dorobiłam. Zwizytowany tego samego dnia doktor zaciekawił się ile mniej więcej zdjęć rentgenowskich zrobiono mojej nóżce. Usłyszawszy, że 4 albo 5 orzekł, że to w takim razie mało prawdopodobne aby ktoś przegapił złamanie. Hm…Ja na miejscu doktora na wszelki wypadek poprosiłabym kogoś znającego się na rzeczy na rzucenie okiem na owe zdjęcia raz jeszcze. Tak dla pewności.  
Doktor orzekł, że zbicia to potrzebują czasu nawet 6 -8 tygodni. I bez dyskusji zwolnił mnie z pracy sprzątaczki na najbliższe dwa tygodnie.
Po czym południu zadzwonił do mnie wyższy rangą szef i usiłował mnie nakłonić bym jednak na tę maszynę wróciła. Kiedy odmówiłam…powiedział okej, ale jak wrócisz będziemy musieli porozmawiać o waszej pracy, bo dziś byłem i nie jest dobrze. Wytłumaczyłam, że owszem nie może być dobrze, kiedy tak naprawdę robotę dwóch wykonuje jedna a po za tym, w skleie jest bałagan brak dobrej organizacji oraz woli współpracy.
W tym momencie mój szef zakończył rozmowę.
W tym momencie ja się zdenerwowałam ( eufemizm).
Dwie godziny później wysmarowałam maila w którym oskarżyłam go o mobbing, stawianie nierealnych żądań bez brania pod uwagę naszych sugestii dotyczących organizacji pracy w sklepie.
Maila wysłałam do obojga-do bezpośredniej szefowej również.

Piorunem dostałam odpowiedzi! Choć na poprzedniego maila z podobnymi uwagami, ale bez słowa MOBBING odpowiedzi nie dostałam do dziś.

Prawdę mówiąc nie wiem czy wrócę do tego sprzątania.

Mam tymczasem u siebie mamę. Usiłuję jej mimo wszystko pokazać co nieco najbliższym otoczeniu, ale i tak najbardziej podobają jej się dęby, których tu sporo. Choć kościół w Husaby uznała, za tyz pikny.

Mimo zapędzenia, nogi, pracy, mamy i nie wiem czego jeszcze staramy się dość regularnie widywać Zuzię. Wczoraj, ponieważ wiało, padało i było zimno pojechaliśmy na całe popołudnie do „Małpiego gaju”. Jak mnie muliło w samochodzie! Do małpiego gaju mamy wedle szwedzkich standardów blisko bo tylko 60 km. Byłby czas na małą drzemkę gdyby nie to, że Zuzia co pięć minut protestowała:
– Babi! Nie pać! – „Babi, nie śpij”. Ciężkie jest czasem życie z trzylatkiem.
Przed wyjazdem wydzwoniłam Zuzankowego kolegę z miasta nad drugim ogromnym jeziorem Vetter.  Kolegę, urokliwego blondynka z dołeczkami w policzkach i włosami w lokach poznaliśmy zimą właśnie w tym małpim gaju. Kolega ma na imię Sergiusz i był naturalnie w towarzystwie taty.
Tata usłyszawszy, że Zuzia to nie córka a wnuczka miał opory z mówieniem nam po imieniu!
Spotkaliśmy się tam jeszcze kilka razy. Zawsze tylko z Sergiuszem i jego tatą.  Wczoraj spotkaliśmy wreszcie mityczną mamę. Od razu polubiłam tę ładną babeczkę z biustem. Nie ma to jak wspólny wróg…Zmusiłam ją żeby mi mówiła po imieniu. Spojrzała na mnie i stwierdziła, że na babcię to ja zdecydowanie nie wyglądam. Wiem, że ludzi często biorą nas za rodziców Zuzi.
Zuzka i Sergiusz latali trzy bite godziny. Sergiusz jest bardzo żywy i dobrze wpływa na naszą troszkę wycofaną, spokojną Zuzię. W drodze powrotnej do domu już nawet nie miała siły trzymać swojego telewizorka w rączce tylko kazała go zawiesić. 

Tymczasem Zuzia zakończyła pierwszy etap edukacji. Poszła do starszej grupy. Ech. Nie będzie już mądrej Anny-Karin. A tak ją lubiłam.

Czas płynie..? Nie, leci jak szalony. Trzeba wstać, zjeść i ruszyć do moich piłkarzy. Gdzie mi dobrze jak na razie choć upłynęły już dwa i pół miesiące jak tam jestem. Okres ochronny dobiega końca, bo wiem z doświadczenia, że po trzech miesiącach zaczyna się normalne życie pracowe. Zobaczymy jak to będzie dalej.

Moped w reklamacji. Nie wiem kiedy wróci.
A tu łubiny kwitną!!! I rzepak! I kampaniule!
A rowerem to za daleko. 

 

 

 

A więc to już ?!

Taki był malutki, …

Taki był malutki, pulchny, uśmiechnięty i zgodny. Wołaliśmy  go: Kaj, Kajtuś! A on odpowiadał swoim grubym głosem  „ko ?” bo długo nie wymawiał „c”. Gdzieś po drodze zdarzył nam się zabawny dialog
– Kuje! – on
– Co cię kłuje? Tu nie ma nic, żeby kłuło – ja zniecierpliwiona, bo rano, bo trzeba szybko do przedszkola
– Ale ja kuje!
– Ty kłujesz ? –
– Nie, ja kuje ze kuje!- wykrzyczał mi z rozpaczą, bo dialog wiedliśmy od dłużej chwili i nijak nie mógł mi wytłumaczyć, że on czuje coś co go kłuje. 

Przebrnęliśmy przez diagnoze ADHD, przez diagnozę i leczenie epilepsji. Przebrnęliśmy przez dorastanie, gdy na wakacje do babci wyjeżdżał mały chłopiec a wrócił długaśny drągal. Przez nastoletnie głupoty – późne powroty i eksperymenty z alkoholem, też przeszliśmy.
Z perspektywy lat stwierdzam, że chłopcy-synowie są łatwiejsi w obsłudze. Mimo tych wszystkich lat udało nam się zostać w dobrej komitywie. Rozumiemy się nawzajem, podzielamy niektóre pasje, słuchamy podobnej muzyki i nieustająco rywalizujemy kto zrobi lepsze zdjęcie. Czasem się kłócimy. 
Przez kolejne szkoły: podstawówkę, gimnazjum, szwedzką szkołę językową, szwedzkie liceum też udało nam się przejść. I oto dziś już jest koniec. 
Kiedy to się stało? Kiedy minęło te dwadzieścia jeden lat? Kiedy z mojego małego Kajtusia stał się Oskarem?
„Jesteśmy w pół drogi.
 Droga pędzi z nami bez wytchnienia”

 

Studenten tak się nazywa szwedzkie zakończenie szkoły średniej. I to jest własnie dziś.
Przyszedł do mnie rano poirytowany, bo guzik w koszuli nie chciał go słuchać, kieszenie marynarki były zaszyte, poły też. Nieważne jak bardzo dorosły, wciąż mój syn, którego dumną matką jestem.


Kawa o 4 rano

<img …

w Porcie Małych Łodzi

 

Światło o wschodzie zmienia się z każdą sekundą.

 

 

 

Komarek! Nim wyruszy w podróż „do mamusi” fabryki jeszcze mnie przez chwilę pocieszy ułudą wolności.

 

 

 

Ale jak się o świtaniu wyrusza z domu a na termometrze jest 12 stopni to sama gorąca kawa i promienie słońca to za mało by zabezpieczyć przez przemarznięciem w czasie jazdy na Komarku. 

Smutne życie nie skaczącej kózki czyli zapisków od nogi ciąg dalszy

Boli. 
Rwie. …

Boli. 
Rwie. Ciągnie.
Naturalnie dostałam poradę lekarską z dobrego serca, więc się jej trzymam, co nie zmienia faktu, że łajza boli!
Ból da się jakoś znieść przy pomocy ibupromu i paracetamolu ale wkurza mnie unieruchomienie w domu! 
Do najbliższego sklepu jeżdżę rowerem, bo gdy idę to zajmuje mi to godzinę i skutkuje bólem nie tylko stopy ale i innych nierówno napiętych z powodu kuśtykania miejsc. Więc nie chodzę.
Psiakrew!
Rzepak kwitnie! Wszystko kwitnie. Świat woła…w świat. A jak kulawa a moped dziurawy.
Zdesperowana, ruszyłam Komarka bladym świtem: Miśka szła do pracy i ktoś musiała pobyć z Zuzią wcześnie rano więc się zgłosiłam na ochotnika. Bycie z Zuzią to zawsze jest przyjemność, nawet jak boli noga. Zuzia to rozumie. 
– Ośśś – mówi i ciągnie za rękę.
– Nie mogę iść, ptaszku, zobacz mam chorą nogę
Zuzia przygląda się z uwagą mojej zmasakrowanej stopie, ostrożnie głaszcze jej grzbiet i mówi ze współczuciem
-Babi oja, ojojoj, oja babi, boli.
Od razu mniej boli, mówię wam.
Jazda na mopedzie wczesnym, niedzielnym rankiem po mieście to miód z maliną. Pusto, spokojnie, można sobie błędów popełniać do woli bez stresu, że każdy widzi, że oferma jedzie. Nie, obtrąbienia się nie trzeba bać nawet w samo południe. Szwedzi raczej nie mają tego zwyczaju, no chyba, że naprawdę w zagrożeniu stłuczką. Mimo to na pustej ulicy ma się większy komfort. Dzięki niedzielnej jeździe odkryłam, że hamulec i nie muszę hamować nogami. Nie no, teoretycznie to wiedziałam, że mam tylko mi się zapominało. Samo.
Po niedzielnej jeździe uznałam, że jestem już królem szos i postanowiłam pojechać Komarkiem do pracy. Czym oczywiście pochwaliłam się wszystkim wkoło. Mąż uznał pomysł za dobry, tylko z niewiadomych powodów wciąż mi przypominał, żebym się przed tym odwróconym trójkątem zatrzymywała  bezwzględnie oraz żeby używała kierunkowskazów. Szwedzi nie używają migaczy z wypadki wcale nie są częściej niż Polsce! Po prostu każdy Szwed dojeżdżając do skrzyżowania zatrzymuje się i czeka co zrobi ten z naprzeciwka. Jak mają taki znak podobny do + to sobie gestami pokazują „jedź pierwszy” . Znaczy na równorzędnych tak robią.

Słowo się rzekło- Komarek stał u płota, ale o godzinie 11 to ulica wcale nie wygląda tak jak o 7 w weekend. Modląc się do wszystkich bogów, wsiadłam i pojechałam. Już na starcie poczułam dyskomfort z powodu braku pasa bezpieczeństwa oraz oparcie pod plecy!
Mniej więcej po 50 metrach odkryłam, że mam lusterko! i że się przydaje, tylko trzeba w nie patrzeć. Choć może jakbym nie patrzyła to bym zawału nie dostała, że pcham się wprost pod WYPRZEDZAJĄCEGO mnie rowerzystę. Zjechałam, rączką na przeprosiny nie machnęłam, bo przecież kierownicy nie puszczę.  
Taka byłam przejęta, że mi nawet ambicja nie pisnęła na temat bycia wyprzedzaną przez rowerzystę. Rowerzysta minął mnie i pokazał, żeby wyłączyła migacz. To wyłączyłam. Potem już pamiętałam. Dalej to już w ogóle była bajka. Jedno rondo: puste. Pojechałam. Potem zakręt 90 stopni, pojechałam po zewnętrznej. Na prostej stanęłam na środku ale rzut oka w lusterko pokazał mi kolejkę za mną, to zjechałam do prawej.  Wzięli się , cholera za wyprzedzanie, jakby im się paliło. A ja jechałam ile bozia i fabryka dała czyli całe 25km /h! Szpanerzy, cholera, myślą, że jak maję te parę kilometrów więcej mocy to szosa należy do nich.
Drugie rondo, już za miastem było całe moje. Jak je minęłam rozparłam się wygodnie, bo dalej to już pusta droga!
Dojeżdżałam do skrętu w moją drogę cała szczęśliwa. Droga prowadzi tylko do mojego klubu oraz do nieco wcześniejszego Swerocka – firmy co robi beton i wykopuje piach. I wtedy w lusterku zobaczyłam tego grzmota za mną! Wybrał się akurat teraz! Wiatr był silny, z prawej strony i czułam jak mnie pcha na środek. Droga w tym miejscu jest wąska, dość popękana, bo w większości użytkowana przez ciężarówki. 
Jechałam jakimś zygzaczkiem, ściskałam kierownicę, zerkałam w lusterko i już nie w duszy ale na głos mówiłam :
– Nie podjeżdżaj, nie wyprzedzaj mnie, proszę, proszę, nie rób tego, ja zaraz skręcam, o zobacz, masz migacz, to nic że za pół godziny skręcę, ale sam zobacz, że masz przed sobą spanikowanego człowieka, nie bądź psychopatą, plissss 

Skręciłam w moją drogę. Moja droga prowadzi tylko do klubu. Jeżdżą tamtędy pojedyncze samochody osobowe, bardzo powoli jeżdżą i ostrożnie bo najwięcej jeździ tamtędy dzieciaków na rowerach. Na szczęście zapomniałam, że czasem przyjeżdża ciężarówka z towarem do naszego klubowego kiosku, bo jakbym o tym pomyślała to na bank by się zmaterializowała. A tak : znów byłam królową szosy. 

Do domu wyjechałam nie o 16, ale o 16.30 i dotarłam bez zbędnych emocji. Tylko już nie dałam rady zjechać w lewo, żeby wjechać na moje podwórko. Ruch był jak wściekły, policja krążyła, bo młodzież akurat szykowała paradę, ulicami w grupkach szli przebierańcy, ludzi był tłum.
Zostawiłam Komarka na ulicy (w miejscu dozwolonym do parkowania) i poszłam do domu.

Z parady zwanej tutaj Karnawałem będą zdjęcia.
Dziś ustalam z DHLem czasy wysyłki Komarka do producenta. Przysłali listy przewozowe z góry opłacone. Mam nadzieję, że zrobią go równie szybko jak reagują na maile.
Do pracy pojadę rowerem. 
 

ale jakby nie skakała?

Noga niestety …

Noga niestety boli. 
Do sprzątania się nie nadaje, nawet nie ma mowy. Utykam, po dłuższej chwili stania lub chodzenia ból robi się nie do zniesienia. Jednak wczoraj wróciłam do mojego Klubu.
Refleksja: jak to szczęście mieć swój kawałek życia, swój kawałek świata do którego się przynależy. Kolegów z pracy, którzy wyrażą mniej lub bardziej szczerze radość z twojego powrotu, dalszych współpracowników, którzy cię rozpoznają i mając jakąś sprawę zwracają się już bezpośrednio do ciebie, swój choćby najmniejszy pęczek kluczy i stojaczek w pieczątkami.
I uświadamiam sobie, że prócz zarabiana pieniędzy to jest właśnie to, czego mi trzeba, i to dlatego tak źle czułam się bez pracy, bez TAKIEJ pracy. Bo sprzątanie to tylko zarabianie pieniędzy.  Więc dobrze zrobiłam, że uparcie dążyłam do swojego, bo sytuacja, jak to napisała koleżanka: „mieszkam za granicą, strugam krowie ogony ale stać mnie na samochód” jest absolutnie nie dla mnie.

Z powodu bolącej nogi o jeździe skuterem muszę zapomnieć: w razie potrzeby nie podeprę się tą prawą nogą skutecznie, a odruch nie pozwoli mi użyć lewej. To raz.
Dwa. I tu los/ złośliwość rzeczy martwych/czy co tam jeszcze leży i kwiczy ze śmiechu radośnie machając kopytami w górze. 
Mąż pojechał skuterem do pracy. I gdy go po pracy ruszył, odkrył plamę oleju. Badanie wykazało dziurę w bloku silnika (cokolwiek to jest ten blok silnika i czym się różni od samego silnika).
Napisałam maila do sprzedawcy wczoraj po południu i czekam pełna złych przeczuć. Nim kupiłam szukałam informacji na temat Viarelli w Szwecji. Znalazłam, że to włoska firma kupiona przez Szwedów.  A tymczasem wraz ze skuterem przyszedł jakiś idiotycznie skserowany certyfikat podpisany zygzaczkiem z imieniem w stylu „czing cziang zong”… Natomiast nie przyszła faktura tylko dowody dostawy. Firma zapytana o fakturę orzekła, że wystawi ją ich bank. To jest logiczne, bo tu Banki świadczą takie usługi. Jednak bank na mojego maila nie odpowiada…
Zrozumiałe się jest więc, że się nieco stresuję.

Yanki finiszuje ze szkołą. Dwa lata później niż jego rówieśnicy, kończy edukację na poziomie średnim. Przed nim najcięższe dni. Jeśli ktoś myśli, że z powodu końcowych egzaminów to się grubo myli. Zaliczył już chyba wszystko co było do zaliczenia. Szwedzki system oceniania to cztery noty:
MVG – najwyższa”bardzo, bardzo dobrze” powiedzmy 4
VG  – „bardzo dobrze”powiedzmy 3
G- „zaliczone” powiedzmy 2
IG – „nie zaliczone” 1

Angielskiego Janki miał kilka kursów z połowy ma 4, z drugiej połowy 3. Szwedzki na 2. Jak znam życie reszta też jest na 2.  Złożył aplikacje do kilku szkół wyższych, wszędzie na anglistykę. Wiem, że najbardziej chciałby do Brighton w Anglii gdzie jest filia Uniwersytetu w Goeteborgu. Do Goeteborga też złożył, to jego drugie miejsce. I jeszcze do dwóch w innych miastach.
Od jutra dzieci kończące liceum zaczyna celebrację tego faktu.
Najpierw objazd autobusem po wszystkich wsiach okolicy po domach kolegów. Startują jutro wczesnym popołudniem, kończą w niedzielny ranek w charakterze zwłok.
A potem napięcie już tylko rośnie aż do 15 czerwca, kiedy to wybiegają wszyscy ze szkoły i wyrzucają w górę białe czapki. Chłopcy obowiązkowo w garniturach, dziewczyny w białych sukienkach. Rodzina karnie czeka na placu z tablicą z powiększonym zdjęciem z dzieciństwa, podpisanym imieniem. Yanki zagroził linczem więc my zdjęcia nie mamy. Schodzi się cała rodzina i wszyscy znajomi królika i każdy ma prezenty, które wiesza absolwentowi na szyi na dwubarwnej żółto-niebieskiej wstążce. Prezenty są drobne, ale ma ich być dużo i fajnie jakby były uciążliwe. Np. nadmuchane kółko do pływania. 
Potem młodzież swoimi klasami wsiada na wynajętą przyczepę ciągnietą przez traktor udekorowaną balonikami, brzozą i ciekawymi napisami (w zeszłym roku na jakiejś typowo męskiej przyczepie przeczytałam: Nie śmiej się, twoja córka leży na podłodze”.)Dzieci zapuszczają muzykę, tańczą i piją naturalnie.  Aż do dnia następnego.
A rodzina oddala się do domu w którym główne wejście udekorowane jest takim samym zdjęciem, gałęziami brzozy, balonikami i wstążkami żółto-niebieskimi i się goszczą.

Dzięki bogu za sprawą indywidualisty Yankiego, mnie częśc tych atrakcji ominie. Ani w teraz ani za dwa tygodnie najazd hunów mi nie grozi. Fajnie, choć jednocześnie trochę szkoda.

Pomiędzy jednym piciem a drugim młodzi jeszcze urządzają paradę przez miasto. Kto chce się przebiera, a stroje są dowolne, ale wśórd chłopców najpopularniejszy jak dotąd jest strój Gorata.

Sami rozumiecie, że dla introwertycznego Yankiego (oraz jego aspołecznej matki) dni nadchodzące mogą być męczące. Zwłaszcza, że matka z racji podobnych zapatrywań musi bronić stanowiska dziecka przed zakusami ojca i siostry, którzy uparcie nie chcą zrozumieć, że każdy ma prawo celebrować swoje święto na swój sposób.

Tymczasem przyjechała moja mama.
Do kuchni staram się nie wchodzić.
Odkurzacz chyba jej schowam.
I zastanawiam się czy umiem zepsuć żelazko. Poprasowała Yankiemu T-shirty! 

I co to będzie z tym moim skuterem?
 

Gdyby kózka nie skakała

Ojciec dostał z PGR …

Ojciec dostał z PGR środek lokomocji. Był to czerwony „komarek”. Taka wczesna wersja dzisiejszego skutera klasy 2. I jak to ojciec, natychmiast zawołał swojego najlepszego kumpla czyli Baśkę do uczestnictwa w zabawie. Baśka załapała w try miga o co biega.
Matka nosem kręciła, że co to za pomysły dziewczynę na motor wsadzać.  
Ojciec się puszył, że ma taką zdolną córkę.
Baśka miała frajdę jak nie wiem.
Ja jak zawsze pozostawałam w swoim kącie, w przekonaniu, że nie dla psa kiełbasa i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby zażądać dla siebie udziału w zabawie. Zresztą zawsze się bałam jeżdżących i warczących.
Pewnego jesiennego weekendu zachciało nam się do S, do babci. To znaczy nie do babci nam się zachciało przecież. Baśka miała może 15 albo 16, ja o dwa lata mniej, wiadomo, że w takim wieku najważniejsze jest życie towarzyskie. A w S, zapadłej mazurskiej wsi byli nasi kuzyni oraz chłopaki z połowy wsi, wszyscy na umór zakochani w Baśce, oraz dwóch takich co lubiło jeszcze i mnie oraz jeden taki płowo-blond, którego nazywałam Ziutek bo Józek to już naprawdę brzmiało zbyt wiejsko. Ziutka poznałam w ostatnie wakacje, tuż przed odjazdem, zdążyliśmy spędzić ze sobą ostatnią noc. I nie to, nie to co myślicie. Całowaliśmy się naturalnie, ale prócz tego gadali i gadali. Potem Ziutek przysłał jeden list w którym błędu nie było ani jednego! Zakochałam się na umór ( równocześnie darząc ogromnym uczuciem AdasiaZ z łąwki z tyłu, bo miał 4 z fizy).
Tak więc nie specjalnie długo mnie Baśka musiała namawiać na wyjazd, we dwie przytoczyłyśmy zwarty atak na matkę otrzymałyśmy zgodę i pieniądze na drogę. Ojciec nosem kręcił, bo nie lubił tych naszych wyjazdów na Mazury. Zdaje się, że mu się ci zakochani w jego córeczce chłopcy nie bardzo podobali. On chyba sobie też myślał „nie dla psa kiełbasa” bo śliczna, mądra i pracowita Basia zasługiwała co najmniej na księcia. Niejaki Andrzej G królewiczem nie był, choć był najlepszą partią w całej wsi.
Październikowy weekend to był.
Jak zawsze w sobotni wieczór na kolonię, do domku babci zleciała się karnie cała drużyna. Jakim cudem oni zawsze wiedzieli, że przyjeżdżamy to nie wiem. Bez telefonów, bez facebooka, mieszkali w w różnych miejscach dość rozwlekłej wsi, a jednak zawsze gdy się zjawiałyśmy miałyśmy pewność, że zjawią się i chłopaki.  
Co myśmy takiego robili nie mam pojęcia. Nic zdrożnego w każdym razie. Były wygłupy, wspólne gapienie się w telewizor, od czasu do czasu ktoś z kimś na chwilę zawieruszał się w tak zwanej altance. Wtedy też pewnie tak było. Pamiętam, że Ziutek nie przyszedł czym byłam ciężko rozczarowana.
Któryś z chłopaków przyjechał komarkiem. Janek B, chyba. Szał to był wtedy. Szpan na nieznaną dziś miarę. Bo nie da się komarka przyrównać do ipada, którego ma połowa ludzkości.
Baśka się pochwaliła, że umie jeździć.  A zakochany w niej na umór Janek, przegrywający w konkurencji z Andrzejem G, dał jej tego komarka. Sam zasiadł z tyłu i pomknęli polną drogą utwardzoną pierwszymi jesiennymi przymrozkami. Pojechali w noc. Staliśmy na tej drodze czekając i czekając, aż zmarzliśmy.
Kiedy wreszcie wrócili Janek siedział z przodu, Baśka jakaś milcząca z tyłu. Atmosfera zdechła, jakoś się tak wszyscy rozeszli choć noc była młoda.
Szykowałyśmy się spać, Baśka zdjęła sweter i pokazała ręką opuchniętą jak bania. Na pytanie co się stało opowiedziała. 
Jechała sobie tym komarkiem, jechała, komarek wjechał w koleinę, chybnął się na bok, Baśka chciała złapać równowagę, podparła się ręką i coś jej się stało. Ręka zaczęła bardzo boleć.
Rano ręka bolała jeszcze bardziej. Zamiast południowym, wyruszyłyśmy do domu porannym autobusem. Babci o bolącej ręce nic nie powiedziałyśmy.
W pociągu Baśka siedziała na przeciw mnie a po jej twarzy bezgłośnie płynęły łzy. Dałam jej jedyną dostępną medycynę jaką miałam czyli tabletkę od bólu głowy ale nie miała czym popić więc zagryzła kanapką. Łzy przestały jej lecieć i wymogła na mnie obietnice, że nie powiem nic matce i ojcu o tym jak to się stało, bo jej ojciec więcej na komarka wsiąść nie pozwoli.
W domu, kiedy Baśka zdjęła sweter ręka okazała się nie tylko spuchnięta, ale i sina. O poruszaniu nią nie było mowy. Z wielkim krzykiem, z wzajemnymi oskarżeniami ojciec i matka zaciągnęli Baśkę na pogotowie. Po czym Baśka wróciła z wielkim gipsem od dłoni do ramienia. Ręka trzasnęła dokładnie w łokciu.
Kaśka, nasza 10 lat młodsza kuzynka patrzyła z zazdrością i mówiła „ale ci się fajnie puka, też bym chciała coś sobie złamać”.

Takie mnie wspomnienia naszły gdy w niedzielny poranek wyciągałam skuter z kąta pod oknem sypialni. OSTROŻNIE. 
To ostrożnie.
Objechałam naszą okolicę dwa razy dookoła i zmęczona jakbym biegała wstawiłam skuter na miejsce.
Mąż się obudził, pokręcił, stwierdziliśmy, że pogoda dobra na ruch. Ubrałam się „w obcisłe, bo to dobrze mieć styl”. Mąż nałożył rolki, ja wytoczyłam rower. Mąż pomknął przodem, chciałam go dogonić, zamachnęłam nogą nad siodełkiem, nacisnęłam pedał, pedał mi uciekł i całą stopą, na płasko, z pełnym impetem przywaliłam w asfalt.
Nie złamana. Zbita.
Przespałam niemal cały wczorajszy dzień. Nie było mowy żeby iść do pracy ani do sprzątania ani do biura. W południe wymyśliłam, że Zoozlkowe krzesełko zastąpi kulę, której przyjęcia odmówiłam na izbie przyjęć, a która okazała się jednak niezbędna by skorzystać z toalety. We wszystkim innym mógł mnie wyręczyć syn lub mąż.
Wszyscy. Jak jeden mąż na moją wiadomość, że uszkodziłam nogę zadają pytanie:
– Na skuterze ?!
Na rowerze. Jak ostatnia oferma. 


Ojciec długo jeszcze wypominał matce, że przez jej głupią zgodę Basia ma/miała złamaną rękę.
Wypominał póki nie wydało się, że stało się to na komarku.
Baśka na komarka więcej nie wsiadła.
Po śmierci ojca komarek prawdopodobnie wrócił do PGRu.
 

Aspołeczność

Moja objawia się …

Moja objawia się brakiem zainteresowania wydarzeniami w najbliższym otoczeniu dotyczącymi tak zwanego społeczeństwa. Mecz miejscowej drużyny o miejsce w lidze? Nuuuuudaaa
Miejscowa parada słoni ? Zieeewwww

Jako jednostka aspołeczna przeżywam katusze związane z tak zwanym życiem towarzyskim. No bo z ludźmi żyć trzeba. I fajnie jest się czasem spotkać i pogadać, ale na boga! Jestem kiepską gospodynią przyjęć. 
Nie dla mnie siedzenie do późnych godzin nocnych a już na pewno nie – do wczesnych porannych.
Choćby to było nie wiem jak interesujące towarzystwo o 22 zaczynam spoglądać na zegarek, o 23 staję się milkliwa i nieobecna, o 24 mniej lub bardziej rozmyślnie przestaję proponować napitki i jedzenie, a o 1 na sugestię „chyba jesteś zmęczona” odpowiadam twierdząco.
Możliwe, że wpływ na moje zachowanie mają fakty, że po pierwsze jestem skowronkiem więc moja aktywność zamiera wraz zachodem słońca, po drugie: alkoholu prawie nie używam i a ludzi po nadużyciu tegoż nie trawię.

Wczorajsza nasiadówka z sąsiadami zakończyła się o pierwszej w nocy. Przy czym już o jedenastej miałam szczerą chęć pożegnać towarzystwo „przepraszam, ale muszę się położyć”. Nie mogłam bo byłam gospodynią, ale jak sąsiad wymknął się do siebie i wrócił z pełną butelką miałam chyba mord w oczach. Sąsiad nie zauważył, ale Regina chyba tak, bo szybciutko umknęli z Gintasem. I zostawili mnie na samą na pastwę gadatliwego sąsiada

Wypiłam kieliszek wina, kieliszek amaretto, zakończyłam porcją kurczaka i sałaty oraz szklanką picia, a i tak o 6,30 obudził mnie mój wewnętrzny budzik a ból głowy nie dał zasnąć na powrót.
Wiał wiatr, świeciło słońce.
Poszłam ćwiczyć jazdę skuterem.
Wróciłam półgodziny później, zmęczona jakbym kamienie pod górę toczyła. A teraz tkwię z bólem głowy w stanie „ani żyć ani spać”.
Nie znoszę dnia następnego! I może to jest powód dla którego nie przepadam za goszczeniem się przy stole.  No mówię, że apołeczna jestem

Winowajcy

Po 1. zafajdana firma…

Po 1. zafajdana firma sprzątająca, w której pracuję, która od co najmniej trzech miesięcy źle nalicza mi płacę, ale za to po każdej wizycie szefowej dowiaduję, że tu źle a tam niedobrze. Ostatnio jak był szef szefowej to dostałam mailem całą listę zarzutów z których połowa co najmniej była wyssana z palca. Mail przyszedł miesiąc po wizycie pana szefa wielkiego. Odpowiedziałam również mailem, wyraziłam swoje oburzenie i oraz nadzieję, że w przyszłości może zamiast krytyki dostaniemy od nich nieco wsparcia. Maila wysłałam w poniedziałek, do dziś nie mam odpowiedzi. 
Regina dostała robotę na pełny etat jako sprzedawca w sklepie jubilerskim, więc na fali wkurwu plasnęła maila, że odchodzi.  A ja mam teraz dodatkowy stres bo przyjdzie mi z kimś nowym pracować…Jak nie znajdę nic innego to muszę się trzymać tego zajęcia, bo lepiej mieć 4 tysiące niż nie mieć

Po2. Pełnia.

Ty, patrz co jest grane, otwiera się kokon.
To DJ Moon i jego srebrny gramofon,
schodzą się z kapelą, co przybyła tu z Marsa,
Robi się gorąco, kończy się farsa.
Pankujący kosmici jadą na całego.
Daleko od starego przyciągania ziemskiego.
Koleżanka nie gotowa na taką jechankę?
W pełni rozumiem koleżankę.

Dziś jest pełnia. Dziś jest pełnia.
Każde życzenie się spełnia. Każde życzenie się spełnia. Cho.
Dziś jest pełnia, chaa. Dziś jest pełnia…

Po3. Jutro, a właściwie dziś przyjeżdża mój skuter i już się boję. Nauczyć się jeździć na skuterze. nauczyć się jeździć skuterem po jezdni. Nauczyć się nie bać tego obok. Uwierzyć, że nie każdy za kierownica to psychopatyczny socjopata, ze szczególnym uwzględnieniem kierowców ciężarówek.

Po4. Kocio. Jak dziecko
Miau. Miau.Spać.
Albo nie spać. Miau. Daj cukierka.  Miau. A co jesz? Miau. Też chcę. Miau. Albo nie, to nie dobre daj cukiereczka. Miau. Miau. Otwórz mi kibelek. Miau. Otwarty, a nie zauważyłem. Miau. Zrobiłem, miau, chcesz powąchać ? Miau. Chcę na balkon. Miau. Z balkonu. Miau. Na balkon. Maiu.Miau. Miau. Jeść! Miau! Jeść! Konam z głodu, miski puste. Miau. Miau. Miau! jak to nie puste. TO?! TO ?! To mam jeść ?! Miau! sama sobie jedz. Mówię, że nie mam co jeść. Miau. Chrupek nie chcę! Miau. Mokrego ..Miau…poliżę…Nie jednak też nie chcę. Miau! Z głodu konam a ciebie to nic nie obchodzi, tak ? Miau, Miau, Miau, miau, miau, miauuuuuuuuuuuuu!

Po5. KTO ??? Kto namówił mnie na mocna herbatę o 18 ?!

Po 6,7,8,25…
Mam przechlapane, jak zasnę za trzy minuty.