To juz oficjalne

JESTEM PRZYGLUCHA! Na…

JESTEM PRZYGLUCHA! Na lewe ucho.  Dzis bylam na badaniu.

Nie ma dramatu, slysze, ale gorzej iz na prawe. No i generalnie moj sluch nie jest w gornej strefie stanow gornych. Raczej w dolnej strefie stanow srednich.
 
Co dalej ?
Czekam w kolejce na wyprobowanie aparatu sluchowego. Kolejka na jakies dwa miesiace.
Poki co jakies spotkania mnie czekaja, ktore maja mi pomoc zdecydowac sie na rodzaj aparatu, na jedno czy dwoje uszu.

Mysle sobie. Okej. Dwa miesiace! Tylko dwa miesiace, zyje z tym juz jakis czas, nie wiem jaki ale dosc dlugi. Dwa miesiace dadza mi czas na wyhodowanie fryzury zaslaniajacej uszy 😛

Tak…
A potem bedzie jak sobie kiedys zartowalismy:
przed pojsciem do lozka okulary kalde na stoliku, sztuczna szczeke do szklanki, aparat sluchowy do szuflady, proteze nogi stawiam przy lozku i wreszcie moge odkrecic proteze reki 😛

Mnie to smieszy!

No i teraz nareszcie moge zadac od ludzi od ludzi, zeby mowili glosniej i wyrazniej.
Jak zniecierpliwieni zapytaja:
” Co ty? Glucha jestes?!”
Moge odpowiedac twierdzaco.  

 

Dnia samolotów ciąg dalszy

…bo trzeba było na …

…bo trzeba było na lotnisko w Gotebergu. Ale byliśmy za wcześnie. Więc sobie mogliśmy popatrzeć jeszcze.


 

I wreszcie…leci! Różowa landrynka a w niej w to co mamy najcenniejszego..?
 

Nie-e.
Zuzia przyleciała wcześniej. O całe 20 minut, w tym który się tak zakołysał przy siadaniu, że aż mąż yknął z przestrachu.

Ale my sądziliśmy, że to niemożliwe. Całe 20min wcześniej ??
I zamiast spotkać Zuzię wychodzącą z hali przylotów, spotkaliśmy ją na parkingu.

Tak sobie szła. Mała dama z plecaczkiem, w pięknym różowym sweterku i niebieskich trampkach.
– Zuzia- zawołałam. Popatrzyła…ułamek sekundy, a ja umarłam z rozpaczy, że zapomniała, nie poznaje mnie…
– Zuzanko, chodź do babi!-zwołałam ponownie i nim skończyłam już ją miałam w ramionach. Wtuloną, z serduszkiem tłukącym się z całą mocą. Nie chciała mnie puścić, nie chciała nawet spojrzeć, gdy powiedziałam: 
-Zobacz, kogo tu mam – ale usłyszała głos dziadziu i.. jednym susem przeskoczyła w inne ramiona.
Dwie godziny w samochodzie. 
– Mimasz?! – pytał zdziwiony maluch pokazując niebieskie paznokcie, bo miesiąc spędziła ze swoimi siostrami ciotecznymi i ciocią w Polsce.
– Mimasz?!-  pokazując korale
– O, masz! – pokazując niebieskie trampki.
– O! Dec pada!
– Sikuuuu! – 
– O, bąk! – i zatykał Dzieciak nos. I pokazywał wszystko dookoła, komentował, psocił, zanosił się śmiechem. 
– Dziadziu! – co chwilę – Muuu!
– Dziadziu! Dec! Dziadziu! Dziadziu!Dziadziu!

Bo dziadziu skupiony na drodze do domu, nie mógł się za bardzo udzielać. A Zozol stęskniony, spragniony uwagi, dumnie prezentujący całą skarbnicę nowych słów, zdań całych! I majtki zamiast pieluch, hurra! Zozol szczęśliwy.
– O, mamuś! – pokazała napis na trampkach. – Mamuś…Do mamuś..!- rozpromieniła się jeszcze bardziej.

Tęskniła..!

 

 

Dzień samolotów

Gratka to była …

Gratka to była niesłychana: nasze pobliskie lotnisko wojskowe otworzyło swoje bramy na oścież. Czy mówiłam, że ja i mąż jesteśmy kompletnie różni, całkiem niekompatybilni, że jeśli jedno z nas coś uznaje za brzydkie to od razu wiadomo, że nadaje się to na prezent dla drugiego ? No to w przypadku latadeł jesteśmy wyjątkowo zgodni: kochamy wszystko co lata po niebie, ale najbardziej kochamy szybkie wojskowe samoloty. 
Latem byliśmy na Aeroshow w Gotebergu, ale tam wszystko było z daleka, na niebie albo za płotem. A tu nas wpuścili i pozwolili myszkować niemal wszędzie, na dodatek nie broniąc fotografowania.
– Bo i po co? – wymądrzył się Marcepanek- pierwszy lepszy satelita szpiegowski zrobi zdjęcia o wiele lepsze…
Tyz prowda…
Mąż ciągnął do hangaru bo tam silniki na części porozbierane, ale co mnie silnik..!Tam stoi ta bestia Hercules. Wielki, jak napęczniały miodem bąk, często lata prawie tuż nad naszymi głowami, nisko bucząc. Transportowiec ??? taki mały?? myślałam. Ale na ziemi to on już nie taki mały.

  

Ale w środku zadziwiająco ciasno.

Prócz samolotów lubię w lotnictwie także lotników. Ech..elita wśród zawodowych żołnierzy na całym świecie. Muszą mieć więcej inteligencji niż przeciętny trep, bo ich zadaniem nie jest wrzaskliwe wydawanie rozkazów.
Chciałam sobie jednego zabrać do domu, ale stał jak manekin. Chyba mi się nie spodobałam… 
 

Dziwny jakiś, przecież fajna babka jestem! I zupełnie nie rozumiem tej pani, co stała obok i śmiała się jawnie i do rozpuku. 
A potem na niebie wciąż coś latało, kręciło beczki, spadało w dół i unosiło się do góry, wypuszczało dymne smugi i nie wiem co jeszcze. Nawet pstryknęłam kilka fotek, ale to tylko ja wiem, że to samolot i że on jest na niebie, i że robi jakąś ewolucję. Niebo nad lotniskiem stawało się  coraz bardziej rozsłonecznione a powietrzu unosił się zapach lotniczego paliwa. Szwedzi paradowali z żółtymi zatyczkami w uszach, ale ja przygłucha jestem, to raz. Dwa – no co wy, nie było tak głośno – twierdzi mój mąż, który ma nadwrażliwość słuszną albo słuchową, albo to i to, bo słyszy wszystko, często to, czego nie powinien. Trzy – no to być na lotnisku i nie posłuchać dźwięku silników ? To se mogę na filmie pooglądać…
No ale potem nagle z 11.30 zrobiła się 13.30. I trzeba było zostawić atrakcje, bo obowiązek wzywał.
Światło było piękne, bo niskie, granatowe chmury pięknie je filtrowało.  Szłam do samochodu, ale wciąż oglądałam się przez ramię, bo tam TAKIE atrakcje.
Vamipre szykujący się do startu:
 I ten sam, tylko już w locie

 

I szykujący się do startu jakiś zabytek z czasów II wojny światowej oraz pilot w stosownym kombinezonie.

 A no koniec, gdym na drodze czekała na męża, który poszedł po samochód dostałam premię.
Mój ukochany, powodujący głęboki wzdech tęsknoty i zazdrości. JAS (Jakt, Attack,Spaning- myśliwski, szturmowy, rozpoznawczy) GRIPEN (Gryf po polsku).
  Co za maszyna..! I nie amerykańska! 
Tu suną mi się złośliwości pod adresem polskiego rządu, który wybrał  F16 zamiast Gripenów.
I dlatego nie mogę się oprzeć…

 i zamieszczam zdjęcie symboliczne 😉 Brzoza i samolot.

I na koniec, w bonusie, wieża kontrolna, na którą nam niestety nie dali wejść.
 

Mąż opuszczający lotnisko skwitował:
– Już wiem! W następnym życiu zostanę pilotem wojskowym!

Bo trzeba mieć nadzieję zawsze, prawda ?

Ale to nie był koniec lotniskowego dnia… 

***

W porannej poczcie …

W porannej poczcie przyleciał do mnie wiersz.

 

posadził w nas bóg dłonie
by mogły pracować
oczy żeby uniosły światło
rozum aby to wszystko zmieścić
w jednej małej pestce
usta zostawił wielokolorowe 

z całą resztą wymyślmy się sami
mnie piszą wiersze 

 

autor Dariusz Kosmalski
( więcej jego wierszy w książce Katarzyny Enerlich „Kiedyś przy błękitnym księżycu” oraz w autorskim tomiku „Bez reszty” Wydawnictwo Miniatury z Krakowa) 

By starzec sie nie doroslejac

Ola trzymal mnie dzis…

Ola trzymal mnie dzis znow za raczke. A potem trzeba bylo wrocic na ziemie. Zaplacic.  Wpisac zaplate do zoltej ksiazeczki, zeby nie zplacic w roku wiecej niz 1100kr za pomoc medyczna.
– Jaki to dzis dzien mamy? -zapytal Ola i zerknal w kalendarz.
-27 – oswiadczyl i jeszcze napisal.
-27 ? -zdziwilam sie.
Ze wtorek to wiadomo. Bo Zuzia miala wczoraj przyjechac, a dzis do Oli mialam, a zawsze do niego we wtorkowe poranki. Ale, ze 27, to nie-e…

Z tej okazji zycze sobie zapominac coraz czesciej o tej dacie. Zapominac o wieku, o tym, ze pora bylaby wydoroslec i spowazniec, ze matka dzieciom doroslym jestem i babcia wnuczce, ze cos tam mi nie przystoi a na cos jestem za stara.
Zycze sobie teraz, jutro i na zawsze nie wydoroslec, nie spowazniec, nie byc nigdy za stara na to na co mam ochote i nigdy nie uwierzyc w to, ze z racji wieku czegos mi nie wypada robic.

Oraz wytrwac w aktualnym systemie odzywiania i ruszania sie, zeby na przyszly rok o tej porze miec choc kilka kilogramow mniej. 

 

 

Do Siwej : Będąc młodą księgową na Rubieży …

…<span …

…przyszedł (a) raz do mię nowa koleżanka pracowa…

Koleżanka była tak z 10 lat starsza, choć i ja już wtedy poważną matką i żoną w wieku balzakowskim byłam. Koleżanka rodem była z tego samego miasteczka co i ja.
I oto któregoś wieczoru, gdym wychodząc z pracy wcisnęła do uszu słuchawki od walkmana*
koleżanka, Ela było jej na imię, zaciekawiła się:
– Pani Kasiu, a pani to się angielskiego może uczy?
Zdziwiłam się, zaprzeczyłam.
– To czego pani tam słucha ?
– Muzyki…
– Naprawdę??! Ja panią często widywałam w autobusie i tak się zastanawiałam…Ze słuchawkami? Przecież znam kobietę, wiem, że dorosła, wiem że matka dzieciom i nie chciało mi się wierzyć, to pomyślałam, że pani się czegoś może uczy…

Inna koleżanka z pracy, parę lat później, na wieść, że wieczory spędzam na komputerowych pogawędkach zgorszyła się :
– No wiesz ? Ile ty masz lat??
Wtedy dzieliło nas jakieś 15 lat różnicy i ona był młodsza.

Tak, nielekkie jest życie nieprzystosowanej do warunków, młodej księgowej na Rubieży…

 

 

* dla młodszych:
walkman – wczesna wersja MP4 lecz zamiast plików MP4 urządzenie obsługiwało tzw. kasety Kasety oryginalne i pirackie pozyskiwało się wtedy z legalnych sklepów muzycznych, choć można było piracić z radia, ale o tym w innym odcinku.
Walkmen zasilany był bateriami typu paluszek. Jak się taśmę zbyt często przewijało, to baterie się rozładowywały szybciej i wtedy zamiast oberka słuchało się marsza żałobnego.

Prawie jak bohater filmowy

<span …

Wychodząc dziś od ślicznego Oli ( nie, to nie literówka, Ola to w Szwecji imię męskie) który mię znów był za rączkę trzymał, natknęłam się na Alego. Palec do budki kto pamięta Alego ? 

Nikt ?
Ali jest z Iraku. Niewysoki, z wąsikiem. W Iraku podobno był dziennikarzem. Jego rodzina – to wykładowcy szkół wyższych i lekarze – inteligencja znaczy. W tej chwili niemal całą rodzina rozsypana po Europie i Ameryce. Czy już ktoś go sobie przypomina ? Ali był ze mną i Gulsum w komunalnej szkole językowej. Patrzył we mnie jak w obraz bo mu mówiłam, że wykształconego, inteligentnego człowieka szkoda do pracy fizycznej. I namawiałam, żeby doskonalił szwedzki i broń boże się nie poddawał tylko uparcie dążył do pracy głową i nie rękami.
Od tego czasu minęło ze dwa lata…A może i trzy. I oto spotykam Alego pod budynkiem szkoły.
– Co słychać – pytam – uczysz się ?
Niepewny uśmiech
– Tak…
– Co studiujesz ?
– SFI (Svenska för invandrare – szwedzki dla imigrantów) – mówi.
Chyba mam wytrzeszcz, bo natychmiast się tłumaczy
– Wyjechałem ze Szwecji, teraz wróciłem i …
Kiwam głową ze zrozumieniem. Szkoda Ali, myślę sobie, ale nic nie mówię.
– A ty ? Uczysz się ? – no tak, widzimy się pod szkołą, więc naturalna jest tak myśl.
– Nie, pracuję. – staram się, z całej siły się staram żeby nie brzmiało to chełpliwie.
– O! – Ali jest zaskoczony a w jego oczach znów ten sam wyraz co kiedyś. Ja to odczytuję jak podziw, ale kto go tam wie. Arabska kultura jest tak różna od europejskiej. Ich myśli, prawdziwe uczucia są zawsze zachowane za jakimś uśmieszkiem, grzecznościową formułką, która nie wiadomo dlaczego brzmi mało przekonywająco. Może to uprzedzenia a może bariera językowo-kulturowa?
W następnej chwili zwyczajne pytanie o to gdzie pracuję, więc jak zawsze nie umiem skwitować jednym zdaniem.
– Sprzątanie…- mówi Ali z namysłem – Trzeba mieć jakieś wykształcenie? Nie? To chyba ja też mógłbym..?
Tłumaczę co i jak, proponuję, że jakbym się coś dowiedziała to dam znać, wymieniamy się telefonami.
Odjeżdżam rowerem a za plecami mam uczucie, że ktoś patrzy na bohatera.
Bohatera ? Miałam szczęście, trafiłam na dwoje ludzi, którzy chcieli i mogli pomóc. No tak moje nastawienie miało tu swoją rolę.
Polka, imienniczka, powiedziała, że Biurze Pracy podają mnie za przykład. Tak samo jak i w tym Folkuniversitet. Że czasem dobrze jest zejść niżej ze swoimi oczekiwaniami, przyjąć to, co nie do końca się chce a jednocześnie nie rezygnować z celu. Oraz, że wbrew obiegowej opinii Biuro Pracy jednak komuś pomogło znaleźć pracę. Jestem legendą!!!
Myślę tak trochę prześmiewczo. Ale i trochę refleksyjnie, że kurczę, jednak tak właśnie było ze mną. Bo to, że przyjęłam sprzątanie a jednocześnie latałam na ten Folkuniversitet nastawiło Rikarda pozytywnie do mnie…
Ze wszystkich nie anglojęzycznych znajomych ze szkoły jedynie Vicent i ja pracujemy i to w pobliżu zawodów wyuczonych we własnym kraju.
No to na to wygląda, że jestem legendą, chodzącym przykładem, że jednak czasem coś się komuś udaje.

Duży człowiek z małego pokoju*

Yanki, kiedy miał tak…

Yanki, kiedy miał tak z 7-8 lat marzył o zostaniu egiptologiem. Niestety parę lat później do domu zawitał komputer i mój nieodrodny synek, 100% introwertyka, wsiąkł w gry. Minęło kilka kolejnych lat i synek wyrósł na prawie dwumetrowego młodzieńca. Nieco zmądrzał, wyostrzył poglądy, ale wykiełkowane w dzieciństwie marzenie nadal hołubił. Już nie chciał być egiptologiem. Teraz chciał być dziennikarzem zajmującym się…grami komputerowymi.
Kiwałam głową, zachęcałam do rozwijania warsztatu pisarskiego, wspierałam w duszy załamywałam ręce. No bo co to za specjalizacja. Co można napisać o grach..? W duszy miałam nadzieję, że mu się z czasem rozszerzą zainteresowania i zechce pisać o czymś innym.
Rozszerzyły się, synek opracował plan A i B i C w oparciu o planowane studia nad językiem angielskim. 
Plan A zakładał zostanie dziennikarzem w ogóle.
Plan B zakładał zostanie tłumaczem literatury.
Oba plany najchętniej realizowałby równocześnie.
Plan C zakładał, że ZANIM zostanie zauważony na rynku dziennikarskim i literackim, i zacznie zarabiać grubą kasę, zostanie nauczycielem językowym.

Odetchnęłam z ulgą. Bo marzenia, marzeniami, a rachunki płacić trzeba i choć raz dziennie kromkę chleba zjeść.

 Jakiś miesiąc temu, gdyśmy nerwowo czekali na wyniki przyjęć na studia (o jezu, żeby go tylko gdziekolwiek przyjęli! wzdychałam w duszy, bo Yanki się nauką nigdy nie przemęczał, przez co tylko połowa z jego ocen jest najwyższa a reszta ledwie „zaliczona”) synek pokazał mi ogłoszenie. 
Jakiś, kompletnie mi nieznany naturalnie, miesięcznik o  grach komputerowych ogłaszał konkurs, którego celem było pozyskanie świeżej krwi.
Napisał. Dał mi do sprawdzenia. Połowy nie zrozumiałam, ale przeredagowałam ze dwa zdania, żeby były moim zdaniem zgrabniejsze i łatwiejsze do zrozumienia.
Moim zdaniem napisał świetne teksty, ale na boga! Co ciekawego, jak ciekawą osobowość własną można wykazać w recenzji ?? 
Wczoraj, gdym zaczynała robić obiad otworzył drzwi od swojej klitki i zawołał:
– Matkooo…Przyjdź tu.
– Sam przyjdź!-  odkrzyknęłam, bo nie będę do smarkacza latać. On ma mniej lat i dłuższe nogi więc ma bliżej.
– Kiedy nie mogę, bo musisz coś w komputerze zobaczyć.
Westchnęłam. W kilku sekundach przeanalizowałam możliwość użycia mojego komputera, ale wizja obcych paluchów na MOICH klawiszach, oraz jęczenie „ale masz głupią klawiaturę” „ale masz głupią mysz” sprawiła, że wolałam pójść do niego. Pewnie znów jakiś śmieszny demot albo obrazek na kwejku z anglojęzycznym podpisem, ale mi przecież nie odpuści.
Weszłam. Dziecko miała głupią minę, palcem wskazało na monitor.
– Czytaj- A tam maczek…No bo okulary w kuchni.
– Co nieuku, znów czegoś po szwedzku nie rozumiesz? Poczekaj wezmę okulary -sarknęłam przekonana, że to znów coś ze szkoły.
Nałożone na nos okulary okazały takst po polsku brzmiący mniej więcej tak:

„Cześć
Na wstępie prosimy o wybaczenie, że trwało to tak długo, lecz dostaliśmy ponad tysiąc prac bardzo dobrych prac. Twoja nam się spodobała, widzimy w tobie potencjał, ale piłka jest teraz po twojej stronie. 
Jako początkujący możesz pisać dla dwóch działów „Zapowiedzi” lub „Publicystyka” Przygotuj listę tematów dla jednego z tych działów i wyślij…”

Dziecko nadal miało głupią minę.  
Pogratulowałam i uścisnęłam dłoń. Tak na poważnie.
Teraz wymyślamy tematy i dyskutujemy.

Jeszcze trochę i będę wiedzieć wszystko o grach, choć nigdy, w żadną nie grałam dłużej niż kilka chwil.  Pomijając depresyjne strzelanie do kulek, naturalnie…

Trzymam kciuki, niech pisze świetne teksty o sprawach jakie go interesują. I niech kogoś jeszcze to zainteresuje.

*określenie użyte przez Krakowiaków, trafnie oddające obraz sytuacji. 

 

Sobotni misz-masz

Ktoś mnie dzisiaj …

Ktoś mnie dzisiaj bardzo nie lubi.

…albo uwierzę w złośliwość rzeczy martwych. 
Najpierw trzy razy zgubiłam taki zaczep, który utrzymuje mopa w stanie w jakim powinien być. Trzy razy! Zdarzało mi się to zgubić, bo to jest małe, plastykowe ustrojstwo na płaskiej części mopa, tej, która leży na podłodze. Czasem, jak się mopa wsunie głębiej pod jakąś półkę to się zaczepia i spada. Tylko, że ja już się na to uczuliłam i pilnuję, więc utknięcie mopa bym na bank zarejestrowała.  
A mimo to  badziew spadł mi trzy razy. Za pierwszym razem nie znalazłam…A to niby takie małe nic, a bez tego nie da się używać mopa. Zapasowych nie ma albo jak na lekarstwo. Walczyłam z tymi mopami dziś rano, czas leciał jak głupi, spociłam i się narobiłam jak jak mysz w kołowrotku a efekt taki sobie. Na koniec roboty mop mnie zaatakował i zrobił mi piękne limo na policzku. Będę wyglądać jak ofiara przemocy domowej.
Chwilę potem odkryłam, że moja niespełna póltoraroczna Nokia staje się coraz bardziej nie do użytku. Od kilku tygodni bateria wytrzymuje jeden, góra półtora dnia. Dziś, po zderzeniu z mopem, gdy włożyłam rękę do kieszeni, odkryłam że jeden z klawiszy dziwnie odstaje. 

Komputer też nie chce współpracować.  Co chwila coś mi przeskakuje, przewija tekst do góry albo do dołu, przestawia litery i wyrzuca słowa….

Miałam chęć popisać więcej, ale w tej sytuacji idę spać.