Utyskiwania

Psia kość.
To …

Psia kość.
To chyba prawda, że jak masz powyżej czterdziestki na karku to gdy budzisz się rano i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz.
Od trzech tygodni wykonuję ćwiczenia zalecane mi przez sjukgymnast (to chyba odpowiednik polskiego rehabilitanta czy tez fizjoterapeuty). No dobra. Przyznaję bez bicia, że nie wykonuję tego tak często jak Jimmi (po szwedzku wymawia się przez J) sugerował. Nie daję upilnować owych dwóch godzin z zegarkiem w ręku, więc czasem ćwiczę co godzina a potem mam 4 godz przerwy. Za to dobrowolnie acz za zgodą Jimmiego włączyłam poranne powitanie słońca. Tyle, że to jest MOJA wersja. Pies z głową dół w moim wykonaniu nie jest psem a pokraką. Kolan nie da się wyprostować, a lewa ręka raczej służy do równowagi niż utrzymania swojej części ciężaru. Sfinks wychodzi w miarę, ale nie da się utrzymać go dłużej, bo Psica uważa, że to zaproszenie do zabawy. Po za tym, Po kilku sekundach zaczyna boleć głowa…
Rano staram się rozruszać barki i kark delikatnymi, powolnymi ruchami głowy na boki, w górę i w dół. Delikatnie i bardzo, bardzo powoli, bo inaczej więcej szkody niż pożytku. Skłon głowy w lewo skutkuje drętwieniem kciuka i palca wskazującego oraz środkowego. Jest to miła odmiana, bo wtedy na chwilę przestaje mrowić w palcach małym i serdecznym.
Dodatkowo od kilku dni pojawia się dziwne uczucie tuż poniżej kolana, ale tylko w określonej pozycji. Pierwszy raz poczułam to schodząc ze schodów – jakby mi się nitka w spodniach przyczepiła z przodu, pomiędzy szwami. Idiotyczne uczucie…

Mam to, na co pracowałam ostatnie lata. Brak ruchu, stała pozycja półleżąca, w nogi wyciągniętymi przed siebie. Kilka Psicowych szarpnięć po prostu dokończyło proces. Nie powtarzajcie moich błędów. Teraz muszę odpracować zaniedbania by przynajmniej zminimalizować szkody.
Powoli godzę się z faktem, że spanie na ulubionym lewym boku już nie dla mnie. Oraz, że wiele rzeczy, wykonywanych przeze mnie lewą ręką, muszę nauczyć się wykonywać prawą. Tak jak trzymanie smyczy.
Przeżyłam pięćdziesiąt lat na tym świecie i dopiero odkrywam, że mam zaburzoną lateralizację. Nie jestem całkowicie praworęczna! Słoiki odkręcam lewą ręką, w obiektyw aparatu patrzę lewym okiem,  ale piłkę zawsze kopię nogą prawą. Ciekawe, czy mi w dzieciństwie zmieniono strony, choć żadnej traumy z tym związanej nie pamiętam,  czy też może przy odpowiedniej zachęcie mogłabym być oburęczna? Czy to w ogóle jest możliwe? 
Pora na zmiany?
Od jakiegoś czasu uczę prawe oko patrzenia w wizjer aparatu. Bo lewe łzawi. Przekładam smycz do prawej ręki i choć po kilku minutach łapię się na tym, że znów ją mam w lewej, to nie poddaję.
I naraz dzisiaj dotarło do mnie, że powinnam sobie kupić fotel! Taki, bym mogła w nim czytać, mając podparcie i pod karkiem i na krzyżu. Bez podnóżka! żeby wymusić pozycję 90 stopni zarówno na kolanach jaki i biodrach. Ale z drugiej strony czy to na pewno o to chodzi? Odkąd pamiętam miałam problem z siedzeniem na krześle. Zawsze szukałam jakiegoś podparcia dla nóg, żeby były choć trochę wyżej. Dlaczego?
To tak samo jak z tym ustawianiem stóp a la baletnica. Całe życie się ze mnie śmieli, napominali,  nikt nie pomyślał o tym, że to jest coś co może wymagać pomocy. Wystarczył jeden sezon z wkładkami pod pięty i żebym odczuła różnicę. Teraz w butach sprzed dwóch lat muszę porobić wkładki, bo czuję jak mi się stopy zapadają na pietach.

Muszę pogadać z Jimmim w najbliższy wtorek na ten temat. Bo przecież skądś się takie a nie inne nawyki wzięły. To jak z chodzeniem na palcach. Nikt naturalnie tak nie chodzi, jeśli to robi to przecież nie dlatego, że lubi mieć niewygodnie a wręcz przeciwnie – tak właśnie jest lepiej czyli coś szwankuje.

Dodatkowo odkryłam jedną rzecz, już nie koniecznie związaną z kręgosłupem, ale też z nawykami.
Wciąż narzekam, że nie mam na nic czasu. Bo rano praca, potem godzinka drzemki, potem spacer z psem (około 40minut obowiązkowo) potem jakieś sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie i robi się godzina 16. I dla mnie to koniec dnia. Zalegam na swoim wyrku, czytam, oglądam filmy, trochę bawię się z psem …Nie będę pisać, ani pracować, bo mi to lepiej wychodzi rankiem. Tak samo szycie. Zdjęcia jedynie lepiej obrabiać wieczorem, bo światło nie przeszkadza.
I nagle odkrycie.
Przecież mogę spróbować robić i tamte rzeczy po południu. Będzie trudno, a potem przywyknę przecież. Albo jeszcze inaczej – mogę prace domowe przenieść na popołudnie, a rano robić to, co mi wychodzi lepiej. Czyli pisać. Księgować. Czytać, uczyć się. Eureka. Proste, a takie trudne.

A poza tym. Nic.
Zuzia tańczy i gra w hokeja. Mam dziwne uczucie, że zaczynam ważnością dorównywać Dziadkowi, wreszcie.
Psica rośnie, mądrzeje, powoli, ale mądrzeje. Od 12 stycznia idziemy do szkoły – Psica i my.
Misia pracuje i uczy się.
Jankie uczy się i szuka pracy.
Mama…słabnie. Po prostu.
eM walczy z Crohnem, aktualnie przy pomocy Humiry, którą ja nazywam lekiem ostatniej szansy.
Życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje. Regina jeździ na studia do Geteborga.
Fotoklub organizuje wigilię, więc pójdę, bo zapominam szwedzkiego.
eMa firma też organizuje Julbord i też idziemy.
Na klub psi brak mi zapału w tych ciemnościach. Czekam do wiosny.

Firma…Kiepsko. Mimo ogłoszeń w sklepach w całym regionie, na portalu polonijnym, na facebooku i wszędzie indziej klientów nie przybywa. W zasadzie został mi jeden. Jeden zamknął działalność. Jeden kończy na sezon zimowy. Dwóch dzwoniło, ale nie dali znać czy są zainteresowani. Jednemu z nich się przypominałam już dwa razy. Zadzwonić po raz trzeci?

Co robić, drogi pamiętniczku?
Iść z psem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s