Wczoraj przeżyłam deja vu.
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś w Polsce usiłuje narzucić dyktaturę. Możliwe, że po to by móc ją samodzielnie obalić.
Ale tego się nie spodziewałam.
Brak słów.
Wczoraj przeżyłam …
Wczoraj przeżyłam deja vu.
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś w Polsce usiłuje narzucić dyktaturę. Możliwe, że po to by móc ją samodzielnie obalić.
Ale tego się nie spodziewałam.
Brak słów.
Szwecjo, Szwecjo, …
Szwecjo, Szwecjo, kochana przyjaciółko
tygrysie, który się wstydzi
Ja wiem jak to jest
Gdy powaga staje się żartem
Gdy cisza przeraża
Co się stało?
Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz,
Przystrój swą werandę na festyn
dla gości z daleka
w kraju gdzie lagom* jest najważniejsze
Wypijmy za Midsommar
do świeżych ziemniaków i śledzia
jakby czas się zatrzymał
Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz
Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w krainie bez dźwięku
a szkło wciąż cicho lśni na naszym stole
tak samo puste jak słowa
Wiadomo, że miłość jest wielka
Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz
Im dłużej tu mieszkam tym coraz częściej odbieram ten tekst jako ironiczny.
Jakoś Cię ostatnio nie lubię przyjaciółko. Bo choć równość masz na plakatach i sztandarach to jest to równość z podtekstem „asflat ma leżeć na swoim miejscu”.
*lagom – trudne do przetłumaczenie słowo oznaczające zwrot „w sam raz” nie za dużo, nie za mało, narodowe słówko Szwedów.
Spotkała mnie przy …
Spotkała mnie przy śmietniku. Fajnie ubrana, w makijażu, trzeba przyznać, że jej image jest zazwyczaj świetny. Preferuje biele, pastele, niezależnie zima czy lato, zawsze dobrze ułozone włosy, zawsze dyskretny makijaż. Tylko z bliska, z bardzo bliska widać czasem zbyt brubo nałożoną perłową szminke, która zbiera się z zmarszczkach wokół ust. Ale to z bliska.
Nie podchodziłam blisko, nigdy tego nie robię, ale tym razem miałam świetną obronę: postrzelonego psa, który już się szykował do skoku z brudnymi łapami na białą sukienkę. Zatrzymała się w półkroku, który miał zmniejszyć dystans pomiędzy nami. Pomyślałam o Wariatce Tośce z wdzięcznością i satysfakcją. Choć raz jej niespokromiona żywiłowość na coś mi się przdała.
Kobieta machnęła ręką w stronę połamanego krzesła, które ktoś postawił pod śmietnikiem.
-Ty to widzisz? – rzuciła dość głośno z przesadnym oburzeniem w głosie.
Tak naprawdę śmietnik to nie taki śmietnik jaki znamy z Polski. Tu jest to mały domek, mieszczący wewnątrz kontenery na śmieci domowe oraz szkło białe i kolorwe. Nie ma klap -są okrągłe otwory zamykane małymi drzwiczkami. Nie ma szans, by wrzucić coś większego. Nic dziwnego, że ktoś to krzesło tam postawił. Połamało mu się to postawił. Jasne. Mógł wywieźć na wysypisko albo choćby na wielkie, pełne rozmaitych kontenerów śmietnisko. Postawił tu.
Zauważyłam rano, wzruszyłam ramionami. Postawił, to postawił, widać miał powód.
Teraz rodaczka pieniła się nad krzesłem.
– Co tu się dzieje? To przecież nigdy tak nie było, to pewnie ci, wiesz…Odkąd się sprowadzili, to takie rzeczy się dzieją, co nie?
– A nie wiem, wiesz, nie zauważyłam nic takiego – rzuciłam lekko, ciągnąc psa.
– Nie chcesz mówić, co? Jasne, nawet gadać nie warto…- powiedziała porozumiewawczo.
Zatchnęło mnie, chciałam sprostować…ale po co?
Pełna wyższości, przekonana o swoim większym prawie do Szwecji niż TAMCI, zatopiona w swym samozadowoleniu, i tak moje słowa odczyta inaczej.
Mąż miał gościa w szpiatlnym pokoju.
– O, rodak – uśmiechnęłam się słysząc jak rozmawiają.
Pan miał ładny uśmiech, pełen własnych zębów, siwe, gęste włosy, ładne zmarszczki wokół oczu. Oraz sińca na skroni, rekę w gipsie a drugą w jakimś bandażu, miał wypadek, jak wyjaśnił.
– O, a jak pan tu mojego męża znalzł? – zdziwiłam się.
-Chodziliście chyba wczoraj koło mojego pokoju, usłyszałam, że ktoś mówi po polsku…
Pomyślałam z uznaniem, że widać albo ma szczęście, albo grubą skórę. Do dziś pamiętam takie dwie panie i ich niechętny wzrok taksujący moją spraną koszulkę i połatane dżinsy (było lato, upał jak diabli, wyskoczyłam na chwilę z kuchni po sól czy coś takiego).
-Ja już raczej nie zaczepiam rodaków – powiedziałam z naciskiem na już.
-Ja też nie zaczepiam. W ogóle z Polakami to się raczej nie zadaję. A bo to zaraz okardną albo co.
O!
Przypomniała mi się jedna rozmowa w pralni, z Rodaczką.
-A wiesz, ja to z Polakami to się nie zadaję. To tacy plotkarze. A jak mi ktoś mówi, że to ito o mnie słyszał to pytam czy od Szweda czy od Polaka. Bo jak od Polaka, to…- wzruszyła ramionami, machnęła ręką.
Na obczyźnie jak widać Polak Polakowi rodakiem.
Nie wiem o co chodzi….
Nie wiem o co chodzi. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. O pieniądze? No, nie wiem, ale może..?
Chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam, wszystkim mam za złe a najbardziej mam za złe samej sobie, że chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam i wszystkim mam za złe.
Ale tak. Od dwóch miesięcy jestem chora. Co prawda odkąd zaczęłam kijkować to ból sobie poszedł precz, wróciła mi pełna ruchomość i łokcia, i ramienia i szyi. Czasem tylko drętwienie kciuka, palca wskazującego oraz środkowego przypomina mi „usiądź prosto, nie garb sie i nie krzyw pleców”. Mimo to chodzę do sjukgymnast zgodnie z zaleceniem lekarza, żeby nie było. Pierwszego czerwca wracam do pracy. Do sprzątania znaczy.
Jednak długo zwolnienie ma to do siebie, że odbija się na finansach nawet w Szwecji.
I tu się zaczyna.
Szwedzki odpowiednik ZUSu, który ma i płacić od 15 dnia zwolnienia naliczył mi wynagrodzenie 66kr netto za każdy dzień. 66koron to jest jakaś paranoja skoro na godzinę mam mam chyba 80-90kr netto, a mój dzienny czas pracy 1,5godziny. Do tego dochodzą dodatki za pracę w czasie niewygodnym, nadgodziny itd. Skąd to 66koron? Zadzwonili, raz pan, raz pani, tłumaczyli długo i po szwedzku skąd. Ja jestem wzrokowiec, żeby cokolwiek zrozumieć muszę zobaczyć. Zapamiętuję lepiej ze słuchu, ale żeby rozumieć, muszę widzieć. Pani naliczająca wystawiła przelew i poszła na urlop. I naraz się okazało, że naliczyła mi tylko do 19 maja. Czyli do dnia kiedy ze mną rozmawiała. A co dalej? Kiedym się wreszcie dodzwoniła, inna pani powiedziała, że reszta będzie jutro. Dziś zajrzałam na stronę a tam…66kr do wypłaty. Żarty jakieś??? I tak mi teraz będą co dzień po te 66 kr cykać?
A wczoraj dostałam wynagrodzenie, za zwolnienie z firmy. Za pięć dni. 314kr.
Patrzę na kwitek, a tam potrącenie za jakieś wolne w kwietniu. Jakie wolne?! Przecież byłam na zwolnieniu. Napisałam maila do biua. Dostałam odpowiedź, że..nie mają mojego zwolnienia od 23 kwietnia.
Jak to nie maja? jedno było do 22 kwietnia drufie od 23 kwietnia do końca maja. Skoro mają pierwsze, muszą mieć i drugie bo wysyłałam w jednej kopercie. Ale proszę bardzo – mam kopię w komputerze niech sobie spojrzy.
Chyba spojrzała, bo za chwilę mail, że przecież zwolnienie jest tylko na 50%, więc co z resztą?
Piszę jej, że wg lekarza i ZUS owe 50% oznacza, że mogę pracować maksymalnie 4 godziny dziennie, i nie jako sprzątaczka.
Ona do mnie, że skąd miała wiedzieć, że mam jeszcze inną pracę, skoro nic nie mówiłam?
Ja – że przecież na zwolnieniu stoi jak byk, czy ona w ogóle to czytała.
Dziś rano mail – że okej, ona to skoryguje…w przyszłym miesiącu.
Ja znowu, że nie w przyszłym tylko już, bo jak się dostaje 315kr to każda korona się liczy.
Na co ona, że ale przecież ten okres to jest opłacany przez ZUS, więc raczej żadnych pieniędzy nie będzie.
No to ja jej przepisałam jej obliczenia z pominięciem kwoty potrącenia, za rzekome wolne. Nawet podatek jej policzyłam jaki powinna mi potrącić. Wyszło mi, że powinnam dostać ponad 1100kr.
Ona już nie odpisała.
Sto razy pisałam i sto razy kasowałam tekst „Podejrzewam, że przegapiłaś to drugie zwolnienie, a teraz chcesz koniecznie udowodnić, że to ja jestem sama sobie winna. Nieładnie. Jak chcesz kłamac rób to inteligentnie. Nie mów co chwila czego innego. Że nie dostałaś, że nie wiedziałaś, że mi się nie nalezy, bo to wszystko jest łatwo udowodnić. Zrobiłaś błąd, to się przyznaj i przeproś, i nie rób ze mnie idiotki”.
ZUS tymczasem ma przerwę na lunch a mailować do niech nie można.
A tymczasem zadzwoniła kobieta z firmy rekrutującej.
22 kwietnia miałam rozmowę w sprawie pracy dla firmy szwedzkiej działającej też w Polsce. Rozmowę, na którą czekałam miesiąc.
Tydzień po rozmowie napisałam do rekruterki maila z pytaniem o rezultat. Cisza.
Odczekałam jakiś czas, zadzwoniłam, ale nie odebrała. Także nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie temu napisałam sms z pytaniem czy coś wie. Oddzwoniła, obiecała, że da znac do wieczora. Ten wieczór okazuje się był dziś rano.
Powitałam ją chłodno i bardzo powściągliwie.
-Pamiętasz mnie?- zapytała
-Owszem – powiedziałam chłodno – pamiętam, ale sądziłam, że to ty o mnie zapomniałaś
-Ależ pamiętam – zapewniła mnie
– No wiesz, nie odpowiedziałaś na mój mail, nie odpowiedziałaś na smsa mimo, że obiecałaś, uznałam, że już o mnie zapomniałaś ( szwedzki jednak nie zna wyrażenia ” że masz mnie w du…gdzieś”)
Długo i po szwedzku tłumaczyła, że to nie tak.
Jej klient się nie może zdecydować.
EM jest chory coraz bardziej, przynajmniej jeden dzień w tygodniu nie daje rady pracować, ma co prawda zwolnienie z dnia karencji, ale i tak daje to po kieszeni.
Zrobiłam wczoraj opłaty i wyszło, że w tym miesiącu żyjemy na kredyt.
A będzie gorzej, bo eM za tydzień ma operację, a po niej co najmniej miesiąc bezwarunkowego zwolnienia.
Pochorowałam się ze stresu. Dostałam migreny i zgagi. Nie poszłam na kije i przeleżałam cały dzień w łóżku.
Lało i wiało na dodatek, zimno jak nie wiem.
W tej sytuacji, zabrakło mi ludzkiej życzliwości do opornego rodaka, który zadzwonił i po usłyszeniu mojego zwyczajnego
– Katarina, hallo – powiedział
– Bo ja w sprawie deklaracji do skatu
Ani dzień dobry, ani nazywam się…Przerwałam mu. Chyba nieco oschle.
-A może zaczniemy od dzień dobry i tego jak się pan nazywa.
Zdziwił się się. Przedstawił.
Wypytałam w czym ma problem. Powiedział.
– Ale ile to kosztuje?
– Sporządzenie deklaracji rocznej kosztuje 500koron – powiedziałam.
To on się namyśli, bo może kolega…
A to proszę bardzo. Namyślaj się razem z kolegą. Żeby cię tylko to nie kosztowało więcej- pomyślałam wrednie.
Bo czasem bywam wredna. Jak świat jest wredny dla mnie to i ja dla świata. Efekt motyla. Po prostu.
Tosia leży na łóżku, …
Tosia leży na łóżku, wpatrzona we mnie i merda ogonem. Słyszę jak ogon uderza w łóżko pac-pac. Gdy podniosę wzrok ogon się zaktywizuje, merdanie przyspieszy, pac-pac-pac-pac nabierze częstotliwości.
Ten pies mnie czasem wkurza. Gdy się spieszę, gdy jestem czymś zdenerwowana, tracę cierpliwość na spacerach, szarpię smycz gdy nieruchomieje z nosem w kępie traw, ciągnę ją gdy siedzi uparcie na tyłku i nie daje się żadną siłą ruszyć bo kierunek nie ten.
Ale to rzadko.
Zwykle mnie rozśmiesza i rozczula.
Wczoraj wieczorem przyszła do mnie, coś pisałam do kogoś.
-Idziemy na spacerek -zameldowała cała szczęśliwa. Szczęście u Tosi wyraża się tym, że kręci się cała jak korkociąg. Ogon w jedną stronę, tyłek w przeciwną, tułów też w inną i barki i głowa. Jest prześmieszna wtedy.
-Idziemy na spacerek – przypomniała i podała mi łapę.
-Tosia, już , poczekaj, idziemy, daj mi chwilę, dokończę…
-Nie, idziemy, teraz – i znowu ładuje łapkę jakbym to za tę łapkę miała ją wyprowadzić
-Żadne teraz, za chwilę -oponuję stanowczo.
Wstała. Podeszłą bliżej. Położyła mi jedną łapę na ramieniu. Nachyliła się i zajrzała mi w oczy łapą przypierając do fotela.
-A założysz się? – pyta. I druga łapa pac wylądowała na klawiaturze trzymanego na kolanach lapka. Ups jak niefortunnie, bo dokładnie na włączniku.
Nie zakładałam się, nie było o co. Udowodniła mi.
Taka jest ta moja Tosia.
Na spacerach, szczególnie za miastem gdzie pozwalam jej pobiegać bez smyczy, napotkani ludzie się za nią oglądają, starsi się nie certolą, po prostu głośno wyrażają swój podziw. Sama muszę przyznać, że jest piękna. Jest masywna ale proporcjonalnie zbudowana, ma piękną głowę i puchaty, lekko podwinięty ogon, który w ruchu nosi prawie równo z grzbietem. Sierść ma lśniącą, pofalowaną, gdy biegnie, słońce refleksami tańczy na każdym włosie, co sprawia, że wydają się być w nieustannym ruchu.
Z daleka nie widać pewnych wad. Tego, że ma przodozgryz. Nadmiaru czarnych znaczeń na kufie i na kołnierzu nie uzna za wadę ktoś, kto nie zna się na berneńczykach. To są malutkie wady (choć przodozgryz nieco mnie niepokoi ) ale sprawiają, że Tola nie może i nie powinna być rozmnażana. Nie będzie szczeniąt. EM co prawda chowa takie marzenie gdzieś w zakamarku duszy, ale jeżeli nie zrobi niczego podstępnie to pozostanie to w kręgu tylko marzeń.
Ja uważam, że psów „rasowych ale bez rodowodu” jest pełno w każdym schronisku. Nie ma potrzeby ich rozmnażać.
Zresztą jest jedna ważna rzecz.
Wzięcie Toli do mieszkania w bloku to był z naszej strony czysty egoizm. Ona potrzebuje domu z dużym terenem dookoła. Najlepiej czuje się na podwórku, w mieszkaniu jest jej za gorąco, poza tym nudzi się śmiertelnie, a ja nie mogę zajmować się nią cały czas. Na podwórku miałaby wyzwania, bodźce, pracę do wykonania, bo berneńczyki to psy, które lubią pracować.
I serce mi się kraje gdy widzę, jak Toli potencjał znajduje ujście w poszczekiwaniu na sąsiadów, podkradaniu nam kapci czy skarpetek, czy szarpaniu papieru. Całe zachowanie Tosi mówi „nudzi mi sięęęęęęę”.
Ale co zrobić? Poświęcam jej sporo uwagi, bawię się, wymyślam zabawki. Nie oddam przecież! Nawet gdybym ją miała oddać do domu z ogrodem. Choć…gdybym widziała, że tam jest szczęśliwa? Szczęśliwsza?
Tymczasem z racji tego, że jesteśmy z psicą całymi dniami we dwie, Tosia przylgnęła do mnie. Owszem, Pańcio jest kochany, pozwala na siebie skakać, pozwala wyrywać sobie z ręki torby z zakupami, Pańcio podsuwa smakołyki, awanturuje się o coraz to inną karmę, żeby piesek kochany zjadł, bo znowu dwa dni nie ruszył tego co ma w misce. Ale gdy ja wychodzę, pies biega po całym domu i mnie szuka, dostaje szału gdy wie, że wracam, skacze na drzwi, skomli, biega od od balkonu do drzwi wejściowych.
A wieczorem przychodzi na chwilkę, zwija się w kłębek tam, gdzie jeszcze niedawno zwykłe kładł się Kocio. Jakby wiedziała, że w tym miejscu jest pustka i chciała ją zapełnić. Wzdycha, sapie, kładzie mi ciężki łeb na ramieniu, zimnym nosem trąca policzek, pachnie psem a miękkie futerko przesypuje się pod palcami. To znak, że mogę już odłożyć książkę, zgasić światło, ułożyć się koło niej. A gdy zaczynam przysypiać, ostatnie co notuję to ostrożne schodzenie psa z łóżka. Tak samo jak ja, gdy Zuzia już zaśnie i nie chcę jej obudzić. Zastanawiam się czy Tola wie, że robi mi za nianię i przytulankę do snu?
Ach…
Miało być o wszystkim z znowu jest Tola, Tosia, Toleńka.
Ale niech już tak.
Wymyśliłam kolejny pretekst by na pewno jesienią wziąć kotka. Najpierw kotek miał być większy, roczny co najmniej. Ale eM zasugerował, że im młodszy tym łatwiej zaakceptuje Tolę. A może zdarzy się cud i Tola uzna kotka za swoje stado, którego ma pilnować? (Stadko powinno się składać ze sztuk co najmniej dwóch, podpowiada mi dusza, ale kurde…Czy mogę mieć w domu ogromnego psa i dwa koty? Czy to nie przesada? A co z finansami? Wszystko kosztuje)
Kotek musi być. Dopiero wtedy uznam, że mam w domu komplet.
…leje, wieje, ale …
…leje, wieje, ale damy radę, co? Możecie powiedzieć, że nie, ale wolałabym, żebyście powiedziały, że damy radę…
Takie to pytanie zadałam moim najlepszym, w ostatnim czasie, towarzyszom. A ponieważ koleżanka poprosiła o meldunek jak wrócę to napisałam:
No i niby dałam radę, kije też, ale umówmy się: rekordy świata to dziś nie padły. Najpierw zapomniałam się choćby minimalnie rozgrzać, co zaskutkowało napięciem wokół ścięgien Achillesa. W związku z tym, po dojściu do linii brzegowej jeziora, oparłam nogę na jakimś kamieniu, żeby trochę te obolałe ścięgno rozciągnąć. Poszło z jedną nogą, przestawiłam się na drugą…Kamień był mokry i omszały…Cudem uniknęłam szkód osobistych. Pomachałam nóżką w miejscu, za podporę używając kije, poszłam z stronę wyjścia z portu. Wiatr wpychał kije pod nogi, urywał głowę, chlapał falami z jeziora mimo wału ochronnego (jeszcze 25lat temu, w taką pogodę, jezioro potrafiło odwiedzać centrum miasteczka). Doszłam do rzeki i portu. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale w rękawiczkach się nie udawało. Zaczęłam wracać z pomysłem, że obejdę Port Małych Łodzi – uwielbiam świst wiatru wantach.
Niestety mój pęcherz zaczął wysyłać gwałtowne ostrzeżenia o możliwej powodzi, dodatkowo, chyba żeby mnie zmobilizować, damskie niewymowne zaczęły ocierać tu i tam…
Poddałam się…
Jutro zaczynam trzeci tydzień trenowania z kijami.
Kupując nie byłam pewna czy ma to sens, czy będę używać. Okazuje się, że właśnie te kije mnie mobilizują, podnoszą zapał albo nie wiem co. Przeskoczyła mi jakaś klapka w głowie.
Wstaję około siódmej rano, wypijam kawę przy komputerze, potem szykuję się i lecę na kije. Pierwsze dni walczyłam z koordynacją lewa ręka -prawa noga.Teraz już idzie to odruchem, ale wciąż jeszcze albo za mocno ściskam kije, albo zbyt mocno wbijam je w podłoże. Staram się iść nie nie na ilość tylko na jakość. Czyli nie chodzi o natłuczenie kilometrów, ale o dopracowanie techniki na okrągło podglądanej w internecie. Bo przy odpowiedniej technice trening dopiero działa jak należy.
Dodatkowo włączyłam inny tryb jedzenia. Zadziałał autorytet kolegi – lekarza. Nie mówię „dieta” bo to żadna dieta. Po prostu jem pomiędzy godzinami 10.30 a 18.30. Osiem godzin, jedzenie dowolne z jednym wyjątkiem: żadnych słodyczy. Żadne batoniki, cukierki, ciasteczka, muffiny, pączusie, lody i bita śmietana…
Ale tu jest coś dziwnego, bo w wcale mi się tego nie chce. Możliwe, że skrupulatne uzupełnianie B12 przynosi takie skutki. A może to, w ciągu tych ośmiu godzin zjadam tyle, że jestem stale najedzona?
Tak czy siak, we czwartek stanęłam na wagę (wbrew temu co sobie sama nakazywałam, że dopiero w poniedziałek). I oto TADAM! Spadek! Maluśki, maleńki, ale na tyle by dać mi odczucie TO DZIAŁA!
Kurtki zrobiły się jakby ociupinkę…nie luźniejsze, ale jakby mniej opięte na brzuchu.
Choć tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodziło.
Znajoma blogerka (teraz już i pisarka) powiedziała, że po dwóch tygodniach Nordic Walking poczuła ulgę w kręgosłupie.
I tu też mogę potwierdzić: TO DZIAŁA!
To, z czym walczyłam przez ostatnie pół roku odeszło. Jeszcze czasem się odzywa, łokcie są nadal najwrażliwsze, ale nie jest to ten ból, który sprawiał, że w nocy chciało się wyć bo nic nie pomagało.
Nie miałam odwagi w to wierzyć, sądziłam, że boleści uspokoiły się dzięki słonecznej, stabilnej pogodzie w ostatnim czasie. Ale ostatnie trzy dni przyniosły wiatr, chłód i słotę. A moje kości na to…nic.
Trzymajcie kciuki bym wytrwała.
Cel: -10kg.
Pisałam do znajomej …
Pisałam do znajomej mieszkającej w Belgii, dokonałyśmy małej wymiany handlowej i potrzebowałam jej numer SWIFT. Zastanowiłam się czy aby na pewno muszę jej robić przelew zagraniczny bo może da się to zrobić przy pomocy swisha?
I mnie natchnęło, że powinnam się z Wami podzielić tym fenomenem.
Zajrzałam do googla, na hasło swish wyrzuciło mi jakieś środki czyszczące. No, nie da się ukryć swish może wyczyścić konto…
Ale do rzeczy.
Niejednokrotnie już pisałam, że Szwecja mnie zadziwia.
Z jednej strony zaścianek, z drugiej – niesamowite technologie. Zachwycałam się nieraz, że w Szwecji w zasadzie wszystko da się załatwić bez wychodzenia z domu. Boski internet! Ludzie nawet najmniej komputerowi mają i używają pocztę elektroniczną. Internet jest tak oczywisty jak woda i prąd. Porządny, śmigający internet, w dodatku nie specjalnie drogi. A teraz, cytując klasyka, mamy szał ciał i uprzęży czyli internet w telefonie. Tak, wiem, wiem. W Polsce też i w zasadzie chyba na całym świecie. Ale Szwecja umie ten telefoniczny internet wykorzystać ku wygodzie.
Już w 2009 roku, wiosną, gdy eM dostał pierwszą w życiu szwedzką deklarację do wypełnienia, mógł ją podpisać między innymi za pomocą e-legitymacji. Była też opcja SMS. Wtedy złożyliśmy ją jak przystało na papierze. Rok później – już elektronicznie, przy pomocy internetu i specjalnego, umieszczonego na deklaracji kodu.
Pamiętam, że interesowałam się wtedy e-legitymacją. Banki dostarczały taką usługę, ale mnie jakoś nie udawało się jej uruchomić na komputerze. Po kilku próbach machnęłam ręką. Czort brał, nie da się, to się nie da. Przelewy podpisywałam jak każdy cywilizowany człowiek przy pomocy tokena zwanego tutaj „dosa” (czyta się dósa).
No a potem nastała era smartfonów.
I okazało się, że w sieci funkcjonuje coś takiego jak mobiltbank ID. Czym jest ten twór? Ano właśnie legitymacją elektroniczną. Jak to działa?
Trzeba mieć:
smartfona
szwedzki PESEL czyli numer osobisty składający się z pełnej daty urodzenia + cztery cyfry.
oraz konto w banku w Szwecji.
Dalej jest prosto. Logujesz się na swoje konto w banku. Idziesz do zakładki mobiltbanID i podążasz za instrukcją, dzięki której pobierzesz aplikację na swój telefon oraz ustalisz hasło. Chwilę później jesteś szczęśliwym posiadaczem legitymacji elektronicznej.
I co z tego? Ano sporo.
Mnie zajęło trochę czasu nim tej aplikacji zaufałam. Oraz nim odkryłam, że dzięki niej załatwienie różnych spraw stało się jeszcze prostsze. Ach, jak mi tego brakowało podczas ostatniego pobytu w Polsce.
Dzięki mobiltbankID mogę nie tylko podpisywać przelewy.
Aplikacja ta służy mi do logowania się na różnych kontach: w biurze pracy, w szwedzkim odpowiedniku ZUSu, w urzędzie skarbowym, na stronie związanej z opieką zdrowotną, na stronie ubezpieczyciela samochodu i naprawdę sama nie wiem gdzie jeszcze.
Siedzę w domu przed komputerem, otwieram załóżmy stronę urzędu skarbowego bo chcę sprawdzić czy zanotowali sobie moją wpłatę. Wybieram odpowiednią zakładkę, wybieram sposób logowania: mobiltbankID, wpisuję swój pesel w odpowiednią rubryczkę. Potem w telefonie, podłączonym do internetu naturalnie, uruchamiam aplikację, wpisuję hasło i już widzę to, co chcę zobaczyć.
Nie muszę zapamiętywać tysięcy loginów i haseł. Wystarczy mój PESEL i jedno hasło.
Oczywiście aplikacja ta działa tylko na „poważnych” stronach. Na facebooka czy bloga tak się nie zaloguję.
No dobrze, ale co jak mi ukradną telefon? Albo go zgubię? zapytacie. Albo zmienię telefon lub zapomnę hasła.
Wtedy trzeba szybciutko wejść na stronę swojego banku – logując się przy pomocy karty i tokena- zastrzec ową e-legitymację. Oraz uzyskać nową.
Proste rozwiązanie, które pokochałam, jak tylko się przekonałam o jego użyteczności. Jest tylko jedno ale.
Nie da się tej samej aplikacji, na tym samym urządzeniu, używać dla różnych osób. Czyli chcesz jak zawsze wyręczyć współmałżonka w dokonaniu płatności, więc zamiast swego wpisujesz jego/jej pesel oraz jego/jej hasło. Nie da się. Musisz wziąć jego/jej telefon.
I tak sobie jakiś czas śmigałam po sieci przy pomocy tej apki. Aż tu ktoś, kto chciał mi oddać jakieś pieniądze, zapytał czy mam SWISH.
Że co??
Swish to kolejna aplikacja, która wiąże telefon z bankiem.
Jeśli masz SWISH rozliczanie z koleżanką po wspólnym lunchu jest proste. Po prostu – w aplikacji wpisujesz lub wybierasz z listy kontaktów jej nrumer telefonu, wpisujesz kwotę, zatwierdzasz przy pomocy automatycznie otwieranej mobiltbankID i…już. Kilka sekund potem koleżanka dostaje sms, że otrzymała przelew. NATYCHMIAST!
Dlaczego mówię, że SWISH może wyczyścić konto? Ponieważ coraz więcej sklepów oferuje taki sposób płatności, więc robienie zakupów jest jeszcze łatwiejsze. Ten sposób płatności przyjmuje się w Szwecji także dlatego, że coraz mniej ludzi używa gotówki a swish czyni możliwym obrót bezgotówkowy pomiędzy osobami prywatnymi. Co szwedzkiemu państwu, chcącemu ukrócić niekontrolowany obrót pieniędzmi (czyt. pracę na czarno) jest bardzo na rękę.
Oczywiście nie wszyscy muszą podzielać mój entuzjazm do owych rozwiązań, ja jednak je sobie chwalę i uważam, że przy zachowaniu zalecanych środków bezpieczeństwa są to metody o wiele bardziej bezpieczne niż te, stosowane dotychczas.
<img …

Koleżanka się domaga więcej informacji o tej panience.
Tola w tej chwili ma 14 miesięcy, waży 36 kilo (dane sprzed miesiąca).
W zasadzie można powiedzieć, że jest już dorosłym psem, ale…ja się pocieszam, że jednak nie.
W przypadku Toli sprawdza się powiedzenie „uważaj o czy marzysz”. P-Sunia umierając miała 14 lat i do ostatniego miesiąca życia była psem szalenie aktywnym, wesołym, skłonnym do zabaw i gonitw. Gdy minął czas żałoby (a trwał jakieś cztery lata) i zaczęłam pragnąć nowego „ogonka” w domu zachwyt wzbudził pies mojej koleżanki. Pies który ewidentnie ma ADHD. I kiedy przekonywałam męża do zakupu takiego szczeniaczka to używałam tego jako argumentu. P_Sunia bowiem miała psie ADHD. A ja chciałam psa podobnego do P_Suni.
No, a potem postanowiłam zaszaleć, raz w życiu sprawić sobie psa wielkiego.
No i sprawiłam, jak widać.
Tolunia jest kochana. Naprawdę. Niestety nie ma tej przypisywanej psom wielkich ras równowagi psychicznej, tej stateczności i dostojeństwa. Nie. Tola jest psem żywym…bardzo żywym? ADHD?
Oczywiście pracuję z nią cały czas i Tola w warunkach domowych, nie rozpraszana niczym, doskonale wie o co mi chodzi. Niestety, kiedy dostaje inne bodźce, zapomina.
Ale nie, nie, nie całkiem. No jakieś postępy są.

Dotąd największym problemem było wyrywanie się na smyczy. To mamy już (prawie opanowane) tylko jak idzie coś – york, jamnik, mewa, kotek – wtedy Tola po prostu zapomina, że nie wolno tak robić i czasem się wyrywa. Wiem, że tak jest, staram się być zawczasu przygotowana, poskromić ta zapędy, ale zdarza się, że chęć poznania kolegi jest silniejsza od wszystkiego. Rzadko na szczęście.
Zastanawiacie się dlaczego Tola tak się rwie do mniejszych od siebie? Bo Tola w głębi duszy jest małym yorkiem. Miała w rodzinnym stadzie yorka, i gdy inne rodzeństwo się rozjechało, york był jej stadem. Byli oczywiście mama i tata, ale oni stali dużo wyżej w hierarchii. W stadzie byli też „mali ludzie” czyli małe dzieci. I Tola na małych ludzi reaguje tak samo jak na małe zwierzęta.
” Lecę! Dam ci buzi, chcesz?”
Ostatnimi czasy na spacerach przybyła nam jeszcze jedna atrakcja.
Tola odmawia pójścia tam, gdzie ją prowadzę.
„Nie, nie pójdziemy tam, założysz się?” Tyłkiem przyrasta do podłoża i prędzej jej głowę urwę, niż zmuszę żeby się ruszyła.
-Idziemy tam? – pytam i pokazuję kierunek. Pies siedzi na baczność: cały tyłek na ziemi, ogon wyprostowany, łapy przednie wyprostowane, grzbiet prosty jak struna, głowa lekko uniesiona.
Pytam po raz kolejny. Pies ani drgnie, łaskawie rzuci okiem na wskazywany kierunek i nadal mnie ignoruje.
– A tam chcesz iść? – wskazuję kolejny kierunek. Znowu to samo. Pies się nawet nie zniży do spojrzenia tak długo póki moja ręka nie wskaże kierunku właściwego. Kiedy wskażę, zbzikowana psica podrywa się, odbiega kilka kroków, ogląda się na mnie, lekko ciągnie smycz…jakby to ona przekonywała mnie, że” musimy iść, nie będziemy tkwić w jednym miejscu cały dzień, a w ogóle to co się tak grzebiesz”.
W skrajnych wypadkach ratuję się ciasteczkiem. Skrajnymi wypadkami są sytuacje gdy Wariatka wcale nie chce iść. Nigdzie. Jej poza mówi „nie, nie ruszę się, tu mi dobrze, tu zostaję, ale o co ci chodzi? to dobra miejscówka, wszystko widać, trawa w sam raz, uspokój się kobieto, zen…” Ze mnie wtedy ten zen uchodzi, mam ochotę coś zrobić, nawrzeszczeć, dać klapsa, wziąć na ręce i pokazać kto tu rządzi, nawet za cenę głośnego protestu…
Już wiem, że to nie zadziała. Muszę znaleźć cwany sposób.
Ciasteczko, pozorna zgoda na proponowany kierunek, by po zrobieniu kółka wrócić tam, gdzie chciałam, a w ostateczności
– Tosia, zobaczymy gdzie jest eM? – mówię podekscytowanym tonem…i pies rusza z kopyta.
Tak. Pies rozumie co do niego mówię. Ona po prostu nie słucha. Jest jak dwulatek.
Idziemy. Ławka. „Mamusiu, ławka, mogę?” i już na nią włazi. Wcale nie po to by posiedzieć, żeby połazić, powęszyć, poniuchać, zobaczyć co widać z góry. Każdy większy kamień, ocembrowanie fontanny, cokół pod pomnikiem. Trzeba zaliczyć wszystko. Na spacerach jest tyle bodźców!
Jest mądra. Ma to coś. Kiedy eM wraca z pracy, podjeżdża samochodem na parking, którego przecież z naszych okien nie widać, wiem to dużo wcześniej. Pies zaczyna skakać do drzwi, latać od balkonu do drzwi, popiskiwać, kręcić się radośnie.
Gdy jesteśmy w plenerze i oddalimy się nieco od eM mogę Tolę do niego wysłać słowami „idź poszukaj eM”. Pójdzie i znajdzie. Choć generalnie bardzo nie lubi gdy jej stadko rozdziela. Lata wtedy do jednego do drugie, tego co zostaje w tyle nagania, upomina, popycha wręcz do przodu.
Oczywiście podaje łapę, kładzie się (jak ma chęć) na polecenie. Ale to sztuczki.
Nie ciągnie na smyczy. Jak zaczyna wystarczy lekkie szarpnięcie, upomnienie i zwalnia. Co nie przeszkadza, po kilku minutach znowu naprężyć smycz.
Oduczyłam ją skakać na mnie gdy wchodzę, skacze na eM ale on jej pozwala, tak samo jak pozwala wyrywać sobie z ręki plecak. Nie skacze na Zuzię, na Misię czy Emila. Niestety – skacze na gości, chce się witać, być w centrum uwagi. Walczę, ale chyba muszę to po prostu przetrenować kilka razy z kimś obcym, kto nie ma oporów przed psim ślinieniem.
Nie jest, przynajmniej dotąd nie była psem niszczącym. Oczywiście telefon, zapomniana książka, ale na 10 miesięcy to chyba nie tak wiele? Nosi w zębach nasze buty, ale tylko nosi, nie gryzie, nie szarpie. But przynoszony jest na powitanie albo jako zaczepka „nudzi mi się”.
Jedno się nie zmienia i nie chcę tego zmieniać. Tola jest przekonana, że świat istnieje po to, by ona mogła go kochać. To jest niesamowite ile miłości ma w sobie ten pies. Kocha wszystko co ją otacza. Już wiem, że do ptaków czy małych piesków, rwie się ze słowami „poczekaj, tylko dam mu buzi i powiem, że go kocham”. Na bank nie są to słowa ” zabiję cię, rozszarpię cię, zjem”.
I jest…estetką. Wiecie jak często zagapia się za lecącym motylem? Albo na iskrzącą się w słońcu rzekę?

Jest psem niezwykłym. I kochamy się jak wariatki.

Pierwszy od dawna, …
Pierwszy od dawna, dawna, wieczór z fanatykami fotografowania.
Tym razem, mimo zimna, wyszliśmy w plener. Czyli zamiast teoretyzowania – praktyka. Słońca ZERO. Wiatru na szczęście tez. Temperatura…No, zero to, nie, nie, jakieś +5. Wiosna, wiosna, ach to ty..?
– Katarina, a jak to jest po polsku?
– Przyszlaszczka
– Przilaśćka
-Psi..psci…Vad??? (Jak?)
– Przylaszczka
– Jan, psilaśćka!
– Vad sa du? (Co mówisz?)
– Sippa, psilaśćka på polska
A potem ju tylko zza drzew dobiegało „psilaśćka”.
Dwie godziny łażenia po chaszczach. Łażenia, pełzania, walania się, wspinania na zawalone kłody.
130 zdjęć. Jeden kleszcz. Takie małe…mam nadzieję, że niczym we mnie nie napluło. Zapomniałam o bydlakach.
Efekty?
Bardzo proszę, ale uprzedzam dużo tego tym razem.








– Znalazłaś gullviva!- Powiedział Peter na sam koniec do mnie – Ja to się nazywa po polsku?
Ze wstydem przyznałam się, że nie wiem. Ale możliwe, że nazwę znam tylko nigdy nie widziałam w naturze.
No i zgadza się. Pierwiosnek! Nigdy dotąd go nie widziałam w naturze, albo widziałam, ale nie wiedziałam, że to to.
– A ty pochodzisz ze wschodniej Polski? Tam żyje „vicent” ?
Znałam, kurcze tę nazwę, ale co to było???
– Taki europejski bizon
– Aaaa, żubr!
– Ziubr
– Bardzo ładnie – pochwaliłam go powstrzymując się przed dodatkiem „Jak ty ładnie mówisz po polsku”
– Co? Co ty Peter mówisz? Ziur? Co to „ziur” – Jan się wtrącił
– Visent po polsku
– Ziur?
– Nie, żur to zupa. Żubr.
A dziś rano pierwsze kijkowanie. Godzina na obrzeżach miasta. Po mniej więcej piętnastu-dwudziestu minutach załapałam rytm lewa ręka – prawa noga. Muzyka motywacyjna w słuchawkach. Playlista, którą ochrzciłam Wszystko się może zdarzyć, bo pochodzi ze szczególnego czasu w moim życiu. Muzyka ma mnie napędzać, przypominać po co ten wysiłek, po co mi ta praca nad ciałem opornym, musi sprowadzać myśli na to, czego najbardziej pragnę, a co wciąż przecież może się zdarzyć, jeśli tylko sama sobie na to pozwolę, dam szansę i nie będę mówić, że już za późno. Bo przecież sama sobie wciąż powtarzam, że na nic nie jest za późno jeżeli tylko tego chcę. Zatem: Wszystko się może zdarzyć.
A teraz z youtuba Kortez.
Zakochuję się.
Kilka dni temu, na …
Kilka dni temu, na komputerze, który służy mi do pracy, wyskoczyło okienko z pytaniem:
„Czy poleciłbyś Windows 10 znajomym?”
Aż mnie podrzuciło na krześle.
„Nie – odpisałam natychmiast- Nigdy w życiu!”
Tu się zatrzymałam, bo taka kategoryczna odpowiedź mnie samą zaskoczyła. Zastanowiłam się o co mi chodzi? Dlaczego tak negatywnie oceniam ten chwalony przecież system?
Windows 10 nie jest niczym innym jak Windowsem 8.1 – tylko bez tego irytującego panelu bocznego. Przeciętny użytkownik raczej innych zmian nie dostrzeże. A ósemka była porażką. Siódemka była dosyć dobra, ale po Viście – chyba nawet ósemka wydawałaby się dobra. Ale najlepszy był Windows XP. Tak, na początku miał jakieś poślizgi ale potem był cudowny stabilny system, przyjazny człowiekowi.
To, co obecnie proponują komputery z Windowsem, to jest dziwna mieszanka. Z jednej strony setki aplikacji, jakby komputer miał służyć do obsługi małego centrum lotów kosmicznych co najmniej. Z drugiej strony – komputer wciąż podsuwa nowe propozycje, sam coś aktywuje, instaluje, podpowiada. Jakby użytkownik był ostatnim debilem i nie potrafił sam z siebie wyszukać czegoś interesującego dla siebie. Pół biedy jeżeli używa się komputera do rozrywki. Gorzej, gdy się chce na nim pracować. Komputer nieustająco czegoś chce, a to bardzo przeszkadza w pracy.
Brawo Microsoft. Jeszcze jedna tak genialna modernizacja systemu i ich klientami zostaną sami idioci, bo każdy kto chce użyć komputera do czegoś innego niż do oglądania facebooka przejdzie do Apple.
Tak mniej więcej napisałam. I wysłałam pełna satysfakcji.
Chwilę potem wyskoczyło okienko: Dziękujemy za odpowiedź. Użyjemy jej by poprawić nasz system tak, abyś był bardziej zadowolony.
AAAAAAAA!!!! NIE!!! Proszę! Nie chcę być zadowolona bardziej! Chcę być wręcz nieszczęśliwa! Proszę! Nic już nie ulepszajcie!
Ale okienko znikło i już nie dało się odszukać.
Matko boska! Każą mi instalować Win11?! Czy ten będzie już tak intuicyjny (co to do cholery oznacza? Moja intuicja jest chyba niekompatybilna z intuicją tych z Microsoftu) że nawet pisać i czytać do jego obsługi nie będzie trzeba? Wystarczy znać pismo obrazkowe?
A nie, przepraszam. Teraz już można być analfabetą, bo obrazki zastępują wszystko.
Czy ktoś oglądał film Idiokracja?
Czy to jest nasza przyszłość?