Dzień 3 Do Berno Magii ciąg dalszy

Jak to jest z tymi …

Jak to jest z tymi więzami rodzinnymi? Dlaczego ktoś, kto w dzieciństwie i wczesnej młodości był zmorą twojego życia jest nadal ci bliski, choć gdyby to była tylko koleżanka z podwórka to nawet byś spojrzeć w jej stronę nie chciała?
Matko święta!
Ja miałam 12,13,14, 20 lat. Ona zawsze o dziesięć mniej. Ja miałam swoje tajemnice i ogromną potrzebę własnej przestrzeni co nie było łatwe w czteroosobowej rodzinie na 38m kwadratowych. A ona ledwie przekroczyła próg naszego mieszkania lazła jak po sznurku do moich i tylko moich rzeczy. Czemu nie do Baśki? Czemu nie do mojej matki? A może do ich też? Szperała w moich rzeczach, wyciągała wszystko z mojej szkolnej torby, ale najgorsze, najgorsze, że zawsze, ale to zawsze wyciągała łapy do moich pamiętników. Najpierw je tylko wyciągała. Potem się gówniara nauczyła czytać! I czytała! I paplała o tym co przeczytała.
Ostatni raz chciałam ją zabić jak miała 15 lat. Potem ja i moje pamiętniki znikłyśmy z zasięgu jej łap. A potem powoli przestałam pisać. A potem nadeszła era bloga i…sama dałam jej linka.
Dziś się z tego śmiejemy.
Patrzę na tę dorosłą kobietę i widzę tamtą dziewczynkę. Wiecie…takie wcielenie Pippi. Wszędzie jej pełno, cały czas gadająca, cały czas pełna dobrego nastawienia do świata. Wcale się nie zmieniła!
Nie widziałyśmy się ze 20 lat.
Przecież gdyby to była dziewczynka z podwórka, wyjątkowo upierdliwa dodajmy, to nawet bym pewnie nie pamiętała.
Jedna z niewielu osób z rodziny matki, która zawsze jakoś była mi bliska. Nawet wtedy jak chciałam ją zabić.
A teraz siedzę w jej salonie,  w jej mieszkaniu. I jestem w szoku. Skąd w osobie wywodzącej w prostej linii od Babci Józefy tyle serdeczności, ciepła, takiego pozytywnego nastawienia do ludzi? Jakim cudem w ciągu tych wszystkich lat, kiedy ciężko pracowała a życie dawało jej po tyłku co i raz, jakim cudem nie zgorzkniała, nie straciła optymizmu, zapału?
Uśmiecham się.
Za oknem szwajcarski ranek. Pod balkonem hałasują auta. Słyszałam krzyki dzieci, rozmowy.
Czekam kiedy Kaśka (ona zawsze była Kaśka, nawet jak miała 5 lat, ja byłam Kazina, bo Katarzyna dla smarkacza było za trudne, i tak zostało) i Davide wstaną. Pojedziemy w góry? Świeci słońce! Pojedziemy w góry!
Wczoraj tylko rzuciłam okiem na Berno. Był wieczór. Tylko rzuciłam okiem…I już się cieszę, że jutro Kasia pójdzie do pracy a ja polazę w te zaułki i uliczki.
21_copy
27_copy
29_copy1
47_copy1

 

Dzień 2 Magia

I znowu słońce nad …

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się …mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie „machnę ręką i pójdę dalej”. Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle …Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.

Urlop

<img …

Nienawidzę takiego stanu kiedy to zasnąć się nie da ale organizm jeszcze nie wypoczęty domaga się snu. Wstać się też nie da, bo kawy w zasięgu nie ma, a domownicy śpią.
Pierwszy urlopowy poranek.
Wschodzące nad Warszawą słońce barwi niebo na różowo. Jak podejdę do okna, widzę wszystkie warszawskie wieżowce na tle różowej zorzy poutykane pomiędzy zielenią. Warszawa wygląda jak miasto zbudowane w ogromnym parku. Wiem, że tak dobrze nie ma, ale teraz, o tej wczesnej godzinie czuję potrzebę zachwytu. Zza okna dobiega nieustanny szum samochodów. Warszawa, miasto, które nigdy nie śpi?

Hotel…jak hotel. Czysto jest. Strumień prysznica może zabić, umywalka w miejscu sitka ma dziurę czego nie znoszę a spłuczka nie przypomina Niagary.
Łóżko średnio wygodne,dość twarde.  Tylko jedna poduszka, w dodatku strasznie miękka, głowa mi się zapadała, musiałam podłożyć..własną kurtkę. Za to kołdra gruba i ciężka, sztywna. No ale blisko lotniska, piechotą około 20 minut. Usiłowałam znaleźć wyjście z terenu lotniska przez jakieś pół godziny. Chyba nikomu nie przyszło do głowy takie  rozwiązanie, bo przejść dla pieszych w okolicy nie uświadczyłam, więc kicałam jak zajączek przez szerokie ulice. Na szczęście dość puste. Jednak z walizką i ciężkim plecakiem. W temperaturze sauny. Jak już wreszcie wpadłam do pokoju zrzuciłam z siebie ubrania i wlazłam pod prysznic.
Ze Szwecji wylatywałam w miłych 23stopniach z porywistym wiatrem. Zestroiłam się jak pańcia…Czarne eleganckie rurki, głębokie trampki palladium, białą bluzka, żakiet…
Znaczy elegancja w wydaniu szwedzkim, haha. W warszawskim klimacie nagle to wszystko stało się za ciężkie, za grube, zbyt mało przewiewne.
Odświeżona prysznicem poczułam głód. Zamiast zejść do restauracji i wydać trzy dychy na żarcie poszukałam sklepiku, gdzie zaopatrzyłam się w serek wiejski, chlebek razowy, banany, wodę i delicje. Wydałam niewiele mniej ale mogłam zjeść to, na co miałam ochotę a nie to co było w karcie.
Dumna z siebie wróciłam do hotelu i…
No cóż. Jedliście kiedyś twarożek wiejski mieszadełkiem do kawy/herbaty?
Phi…niech się Japończycy schowają ze swoimi pałeczkami. Tak się cieszyłam. A potem nieopatrzny ruch ręką i mieszadełko okazało się bardzo sprężyste. A twarożek wydajny. Pstryk i moja kolacja była wszędzie. Na lustrze, na podłodze, na telewizorze.
Brawo Kasia.
TVN w śnieżącym telewizorze puszczał komedię z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer, ale nie dałam rady oglądać. Padłam. Choć trudno powiedzieć bym spała jak zabita.

…a gdzieś tam daleko, biedna Tosia szuka swojej pani…I czeka biedulka niespokojna, bo się jej jednostki w stadzie nie zgadzają. A Tosia, jak na dobrego pasterza przystało bardzo nie lubi takiej niesubordynacji. Stado ma być w komplecie i najlepiej trzymać się blisko siebie.
Strasznie dziwnie się śpi bez psiego pochrapywania, wiecie?

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Trzy dni wiało. …

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato…I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując…wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jak z dziecięcej czytanki

Pamiętam taki dialog …

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić – mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć – mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić – mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

– A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty…No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
– A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie…Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
– No mogłem zajść… A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i…




PS

Nie, nie zadziałało. …

Nie, nie zadziałało. A że jestem z natury dość leniwa więc i mało waleczna, pewnie też nieco tchórzliwa, więc postanowiłam nie walczyć z żywiołem. Pracuję nad polubieniem.

 

A moja Litwinka pojechała na staż. Do Japonii na dwa tygodnie. Szwedzi jej nawet na staż nie chcieli, rasistowscy hipokryci. A Japończykom jak widać nie przeszkadza. O.

Jestem złym człowiekiem

Jestem złym …

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka – tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec – mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
– Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz…serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
…Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme…
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? – Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias…Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! – wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
– No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

…Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



Dylematy życiowe.

Może i niepoważne, w …

Może i niepoważne, w świetle tego co dookoła, wojen, głodu, degradacji środowiska itd.
Ale nie da się cały czas bać i martwić.
Trzeba jeszcze robić inne rzeczy.
Pracować.
Oraz żyć. Po prostu. I tu mam dylematy.
Bo jak pogodzić ze sobą rozmaite zajęcia, skoro doba ma dwadzieścia cztery godziny a na sen muszę zużyć co najmniej osiem z nich a najlepiej dziewięć. Bo inaczej nie mam siły na życie.
I jak w tych piętnastu-szesnastu godzinach upchnąć: czytanie, oglądanie filmów, słuchanie muzyki (ale tak całą sobą, w skupieniu i chwytaniu każdej nuty, bo np. przy sprzątaniu to nie to samo) pisanie, szycie, kijkowanie i jeszcze fotografowanie?
Przypominam, że jeszcze trzeba iść do pracy, psa wysikać kilka razy dziennie i dać mu choćby pół godziny pobiegać, połazić, poniuchać. Dom ogarnąć. Obiad zrobić a wcześniej kupić produkty…

A ludzie mnie pytają co ja robię, bo wykręcam się od spotkań, bo nie mam na nie czasu.
No nie mam…W tysiącu spraw muszę wybierać wg tego co najważniejsze.
Spacer z psem jest najważniejszy, bo pies to pies, tak?
Praca ważna, bo z czegoś rachunki płacić trzeba.
Itd.

Wczoraj zasnęłam przed dwudziestą. A tylko na chwilę zamknęłam oczy, żeby się skupić na Jonie Andersonie.
Wstałam o szóstej, wyspana i pełna zapału.
Przejechałam skuterem 24km łącznie w poszukiwaniu motywów do fotografowania.

Wypiłam kawę na plaży.
Byłam z psem na siku.
Zjadłam śniadanie.
A przede mną jeszcze tyle dnia!

Dlaczego nie mogę tak codziennie?

 

3lipca_61

3lipca_31

3lipca_11

3lipca_41

3lipca_21

3lipca_51

Grzechy. I rozgrzeszenie

Pierwszy od dwóch …

Pierwszy od dwóch miesięcy kryzys.
Po obiedzie drzemka -pierwszy z zakazanych czynów.
Po drzemce – pędem do sklepu po produkty na kolejny z zakazanych czyn. Ciasto z owocami. Wyjęte z pieca natychmiast jak tylko się dało i pożarty ogromny kawał…no dobra, niemal połowa!  świeża, gorąca, parząca buzię i palce (auć! maliny są gorętsze od ciasta!). Ale zmieściłam się przed dziewiętnastą, więc grzech nie z gatunku śmiertelnych.
A potem, tuż po dwudziestej pierwszej czyn absolutnie niewybaczalny: pożarcie dwóch kromek ciabatty z mięsem z obiadu. Mięso duszone w cebuli, pycha po prostu, chudziutka, roztłuczona polędwica, ale jednak!
Uuuu. Poranek był bolesny.
Wyrzuty sumienia i kac moralny.
Napięty, wzdęty  brzuch, który trzeba było wcisnąć w spodnie zwykle za luźne.
Ciężar na sercu i na żołądku.
…Kijkowanie wieczorne się nie sprawdza. Wieczorne kije są walką ze zmęczeniem, własną ociężałością, z ważącymi tony nogami. Wieczorne kilometry są wymuszone, nie dają radości, żadnej satysfakcji, żadnej, absolutnie nagrody, nawet w postaci choćby drgnięcia poziomu endorfin.
Ranne kijki…
Po wczorajszym grzeszeniu, nie było przebacz.
7:15 po powrocie ze sprzątania. Zmiana ciuchów. W ostatniej chwili zerknięcie na termometr +15 więc zmiana na długi rekaw, na wierzch kurtka od deszczu bo chyba będzie padać. Słuchawki w uszy, endo start, muzyka start, zaczynamy od <a href="”>Zaz Les Passants. Kije w dłoń i wymarsz.
Za drzwiami zonk.
Pada. Pada? Nie LEJE! Struga, pionowa, bąble na kałużach „deszcz niebo przyszywa do ziemi”. To nie ja, to Jasnorzewska. Pawlikowska też. I Maria.
Oj tam, deszcz, deszcz. Lubimy deszcz, nie? Lubimy. Kurtka przeciwdeszczowa, więc kaptur na głowę i do przodu.
Zaz wyśpiewuje swoje:
Passe, passe, passera, la dernière restera
a deszcz mi stuk-stuk-stuk w kaptur.
Kijki niosą same, nogi jakby im kto skrzydła przyprawił, plecy się prostują. Ulice jeszcze prawie puste, nieliczni rowerzyści patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy, bo kto to widział sport w takich strugach uprawiać.
Nie ma wiatru, chorągwie, flagi, proporce zwisają z masztów, od deszczu i ziemi można by oznaczyć kąt prosty. Koniec ulicy zamglony, kąt murów potraciły swoje ostre kształty, świat stał się mały i miękki jak futro szarego kota. Powietrze pachnie kwitnącym jaśminem, troszkę spalinami, kawą z uchylonego okna i deszczem.
Zaz śpiewa:

<a href="”>Je veux d’l’amour, d’la joie, de la bonne humeur.
Ce n’est pas votre argent qui f’ra mon bonheur.
Moi j’veux crever la main sur le cœur.

Allons ensemble découvrir ma liberté.
Oubliez donc, tous vos clichés.
Bienvenue dans ma réalité.
Muszę w domu sprawdzić, co ona śpiewa, nie znam francuskiego ani ciut-ciut, a mam wrażenie, że śpiewa to, co ja sobie myślę kiedy wkraczam na zarośniętą po pas łąkę na końcu ulicy.
Że jestem takim bogatym człowiekiem w tej chwili. Deszcz przepłoszył ludzi i mam dla siebie nie tylko tę łąkę, ale i całe jezioro. Ogromną połać miękkiej, napuszonej kroplami szarości, daleko, na horyzoncie łączącej się z takim samym szarym niebem.
Ścieżka wije się tuż przy brzegu, omijam ślimaki, wchodzę w miejsce, które nazywam „halą koncertową”. Zarośnięty wysokimi drzewami, zawsze zacieniony, wilgotny, pachnący ziemią i trawą kawałek, gdzie zawsze koncertują ptaki. Nawet teraz, w ten ulewny deszcz jakiś pojedynczy ptak (zięba?) wyśpiewuje swoje trele. Śpiewa tak, że zagłusza mi Zaz.
Port Małych Łodzi wita mnie zapachem drzewa, bo niedawno wyremontowana marina dostała nowe drewniane pomosty. Robi się jasno, bo przede mną otwarta przestrzeń jeziora.
Deszcz jakby ucichł, już nie puka w kaptur, szemrze tylko cichutko. Odsłaniam głowę. Mewa z krzykiem podrywa się latarni. Jej krzyk niesie się gdzieś daleko, daleko i zlewa się z piszczałką w
<a href="”>Nine milion bicycles Katie Melua.
Dochodzę do końca asfaltowanej ścieżki. Dalej jest szutr, który ślizga się pod butami i pod kijami. Drobniutkie, ostre jak igły kamyczki wpadają do buta jak zawsze, zawracam.
Znowu pod drzewa, i znów pada mocniej więc kaptur na głowę. Stuk-stuk-stuk. Deszcz mi przygrywa do rytmu moich kroków.
Wchodzę do miasta na powrót. Musi być blisko ósmej, bo sznur samochodów na ulicy i coraz więcej ludzi na chodnikach. Słychać warczenie maszyn i zapach świeżego asfaltu.
W słuchawkach KENT śpiewa, że <a href="”>”to z twojego powodu znowu ruszamy w drogę”.
Deszcz się wypadał, jeszcze tylko lekko mży. Kałuże marszczą się delikatnie od tysiąca maleńkich kropelek, które są jak pieszczota na twarzy.  Uśmiecham się do wróbli siedzących symetrycznie na cokołach pergoli. Uśmiecham się i łapię się na tym uśmiechu zdziwiona, że jak to tak, uśmiechać się do niewiadomoczego.
Ale poranne kije dają wszystko to, czego nie dają wieczorne.
Lekkość marszu. Przyjemność płynącą z ruchu, pracy mięśni. Ogromną radość wylewającą się właśnie tymi uśmiechami do wróbli, psów i małych dzieci. Taką zwykłą ludzką frajdę z czasu sam na sam ze zmysłami.
Nie, nie. Jednak trzeba się zmobilizować i te kije zaliczać zaraz po porannej pracy. Wart poświęcić tę godzinę drzemki w zamian za tę radość. Oraz deszcz w bonusie.
43 minuty. A uciechy na cały dzień.