24. Durnowaty sen

Ten sen był taki wyraźny i sugestywny…I tak cholera przystaje do aktualnej rzeczywistości …
—-

Jechaliśmy do jego domu. Płynęliśmy łodzią. Fala zalała mnie całą i mokre ubrania lepiły mi się do ciała. Wstałam, żeby wziąć coś, co mnie ochroni przed wodą, a wtedy jakiś facet poklepał mnie po tyłku. Odwróciłam się do niego ze złością na co on mi powiedział, że przecież w tej mokrej kiecce aż się proszę o takie klepanie i, że on jest tylko facetem i nie mógł się po prostu oprzeć.
Strzeliłam faceta w pysk, ale nie zrobiło to na nim wrażenia, miałam uczucie, że robię to za słabo, że powinnam walnąć go mocniej. Ale nie miałam tyle siły.
Kapitan łodzi kazał mi się uspokoić.
Facet z którym byłam nie zareagował.
  Znaleźliśmy się w jego domu. Wielki wieżowiec, mieliśmy wjechać windą widokową na 9 piętro, żeby przy okazji móc podziwiać panoramę miasta. Te specjalne windy były zajęte, więc szliśmy po schodach.
W mieszkaniu mojego chłopaka natychmiast wpadłam w krąg kobiet. Trzy starsze kobiety z radością rzuciły się na mnie, jedna z nich zaczęła nacierać mnie obręczą zrobioną z jakiejś szmaty.
Wszystkie się cieszyły, radością pełną złośliwości:
– Będziesz w ciąży, teraz zajdziesz w ciążę
Zrozumiałam, że ta szmaciana obręcz to jakiś talizman płodności.
– To mamy z Rzymu, to działa, to działa -cieszyły się.
Patrzyłam na nie nie kryjąc nienawiści. Wreszcie powiedziałam spokojnie
– Mam nadzieję, że wkrótce umrzecie a umierać będziecie długo i boleśnie.
Odsunęły się ode mnie, przestraszone moimi słowami.
A mnie się w duszy kłębiła satysfakcja ( jestem za stara na ciążę) z przerażeniem ( a co jeśli ..?) i protestem (mam już dzieci, mam dwoje, dorosłych dzieci, już nie muszę!).
Wtedy zza zasłony wyszła matka mojego chłopaka i powiedziała z jakąś chorą satysfakcją:
– Dziś jesteś płodna, dziś w nocy zajdziesz w ciążę.
Wtedy ze złością poderwałam głowę i rzuciłam wyzywająco:
– Jak zajdę to usunę!
Stare trzy kobiety podeszły do mnie, zajrzały w twarz.
– Gdzie to zrobisz? Znasz takie miejsce? Wiesz w którym to domu? – pytały, a ja nie wiedziałam gdzie, i cieszyłam się z tego, bo dzięki temu one też nie mogły wiedzieć.
Przez myśl przebiegło mi, że przecież jestem obywatelką szwedzką i mogę wyjechać i TAM to zrobić. Ale wiedziałam, że nie mogę im tego zdradzić bo wtedy mnie nie wypuszczą.
Pomyślałam, że przecież mogę nie uprawiać tej nocy seksu.
Usiedliśmy przy stole. One, ja i mój chłopak.
Matka powiedziała mu, że życzyłam śmierci jego ciotkom. I że powiedziałam, że usunę ciążę. czekałam na to co ON powie.
Otarł usta. Popatrzył na nie. I na mnie. Pełnym łagodności głosem rzekł:
– Ona jest z innego kraju, tam są inne zwyczaje i musimy ją zrozumieć.
– Mogłabym cię pokochać Wojcieszku  za te słowa – powiedziałam. I obudziłam się.

Bardzo jestem ciekawa co ten sen oznacza.
Śniłam przyszłość? Moje kolejne wcielenie? A może podświadomość mi coś mówi? Tylko co?

22. Ale ja się czepiam

Obejrzałam niedawno „Kogel-mogel”. Znowu. Podobno jest to komedia kultowa…No nie wiem.
Głupia jak but z lewej nogi Kasia jakaś mnie nie powala, choć imienniczka. No bo według mnie jest po prostu głupia i to w dodatku głupotą wynikającą z głupoty.Śmieje się nie tam, gdzie powinna, buntuje nie tam, gdzie powinna, pakuje w sytuacje, gdzie osoba mająca choćby odrobinę oleju w głowie by się nie wpakowała. No, gra Błęckiej-Kolskiej też w przekonaniu mnie do tego filmu nie pomaga, choć nie powiem, film ma swoje momenty. (Najbardziej lubiany przeze mnie dialog „Ale przecież mówiłaś, że chcesz się rozwieść” „Ale ja z nim a nie on ze mną”).
Ale ja nie o tym…
Chodzi mi o końcową scenę, gdzie Kasia i jej luby proszą o rodziców o błogosławieństwo. Kasia mamrocze „ale ja na studia chciałam” a oblubieniec  odpowiada stanowczo „pójdziesz na zaoczne”. I Kasia pokornie zgina kark.
I to jest chyba to, co najbardziej mi się w tym filmie nie podoba. I może dlatego, Kasia wydaje mi się głupia, a gra aktorska drewniana. Może się czepiam.
Jest jeszcze jeden film, też z gatunku kultowych, którego zakończenie kompletnie mi się nie podoba. To Grease. W końcowej scenie Sandy przemienia się z grzecznej, ułożonej dziewczyny w rozpuszczoną dziewuchę w lateksie, z tapierem i papierosem. I wtedy Danny ma odwagę się przyznać, że się w niej zakochał.
Oba zakończenia filmu są dla mnie smutne. Po prostu. Bo w obu tych filmach dziewczyna musi wyrzec się swoich marzeń, swego ja żeby dostać miłość. Mnie się to nie podoba. I nie ma znaczenia w którą stronę idzie przemiana. Czy Kasia ze zbuntowanej staje się potulna czy na odwrót. Czy grzeczna Sandy zmienia się w wampa czy na odwrót. Nie zgadzam się, nie podoba mi się taki obrót spraw i takie lansowanie tego w kinie. Jasne, czepiam się, bo to tylko komedie ku uciesze gawiedzi.
A jednak…jakoś mi przykro. Może dlatego, że zawsze, ilekroć oglądam jakieś perypetie miłosne po napisach końcowych myślę o tym, co dalej… Może dlatego, że życie mnie nauczyło, że po sakramentalnym TAK problemy się nie kończą, a zaczynają? Chociaż Kogel-mogel pierwszy raz oglądałam jako panna, nie myśląca nawet zamążpójściu, a i tak uległość Kasi mi się nie spodobała.
O. Właśnie. Jako dziecko oglądałam w telewizji „Poskromienie złośnicy” i pamiętam, że w końcówce czułam też tylko smutek. Że jednak tę Kasię-złośnicę złamali. Czyli to nie doświadczenie życiowe.
Ale może się czepiam?
Ostatnio na fejsbuku siostrzenica udostępniła jakiś post o przypalonych tostach. Że mama podała je tatusiowi na kolację, a ten zjadł bez słowa skargi. Potem tłumaczył synkowi, że tak właśnie okazuje się wdzięczność za starania mamy, która tego wieczoru była bardzo zmęczona, ale jednak tę kolację przygotowała.
Pod postem wzdechy, achy i ochy, że to takie piękne. A mną zatrzęsło.
Jakie piękne?! Co piękne?! Że zmęczona kobieta podaje kolację? A mąż, łaskawie, o te przypalone tosty awantury nie zrobi? Ona zmęczona, on to widzi i pozwala się obsługiwać? To jest piękne? Nie, to jest obrzydliwe. I temu mężowi powinno być wstyd. Zamiast pogadanki do synka o tym jaki to on jest szlachetny bo docenił starania zmęczonej mamusi, powinien powiedzieć synowi „synek, zjadłem, bo dopiero jak mi je podała zrozumiałem, że ona jest zmęczona i to ja powinienem tę kolację zrobić. I zrobiło mi się wstyd, że nie pomyślałem o tym”. Bo wyobraźcie sobie, że wy padacie na twarz w robocie, a szef mówi, że docenia wasze starania, zamiast dać wam pomoc. Albo, że mocujecie się z jakimś ciężkim tobołem, a przyjaciółka zamiast pomóc mówi „ojej, naprawdę podziwiam cię, że dajesz radę”. Ja bym na takie słowa zareagowała agresją…
No, ale ja się czepiam, widzę szklankę do połowy pustą i w ogóle przesadzam.

21. Normalnie

Jednak przeżycie grudnia i stycznia pochłania ogromną ilość energii. A tę wysysają te ciemności, powracające wichury, permanentna szarość.
Zafundowałam sobie dwa dni wolnego, bo nie wyrabiam. Świąteczne dwa tygodnie zabrały mi energię…Każdego ranka, wstając mam ochotę płakać. Znowu będę wykonywała te same czynności, w tej samej kolejności, w tym samym porządku pozdrawiając napotykanych ludzi. Robię od czterech lat i jeszcze chyba żadnego roku nie miałam tak przemożnej chęci by pizgnąć to i uciec.
To chyba stąd rośnie we mnie coraz bardziej natarczywa chęć wyjazdu. Choć na trochę zmienić klimat, widok, język i ludzi. Choć przez chwilę uwierzyć, że TAM na pewno jest lepiej.
Dobra, wiem, że wszędzie jest tak samo, że piekło to każdy ma swoje własne, które nosi w sobie. Więc umówmy się, że chcę wakacji, myślenia o czymś innym niż o obiedzie, sprzątaniu, spacerze z psem.
Wiedziałam, zawsze wiedziałam, że jestem niespokojnym duchem, nie wiedziałam, że jestem nomadem. Ciekawe czy kiedykolwiek znudziłoby mnie przenoszenie się z miejsca na miejsce?  Tak myśli kobieta, która do czterdziestego roku życia mieszkała w tym samym miejscu od urodzenia, która nigdy nie przekroczyła granicy Polski, nie płynęła statkiem ani nie leciała samolotem. Dziś marzy mi się wędrówka po całym świecie, bez stałego domu, bez adresu, bez kotwicy. A najbardziej mnie ciągnie na południe.
Moim marzeniem od zawsze był Paryż bo język francuski jest muzyką dla moich uszu. Mój pomysł na zwiedzanie to usiąść na ławce z ładnym widokiem (może być ogródek przy kafejce) siedzieć, patrzeć na ludzi, słuchać melodii ulicy, strzępków rozmów w języku, którego nie znam, przyglądać się wszystkiemu bez pośpiechu i skrępowania, czasem gołym okiem czasem przez wizjer aparatu.
Paryż od jakiegoś czasu już nie nęci.
A od niedawna woła mnie Lizbona. Woła. I woła. Od przyszłego miesiąca zaczynam zbierać pieniądze. Pojadę sama czy z kimś…nie ma znaczenia. Byle tylko ten ktoś nie narzucał mi stylu zwiedzania.  Pojadę w tym roku. Chciałam wczesną wiosną, ale może być wczesna jesień.
Co ja chcę tam znaleźć?
Oto jest pytanie…

20. Dosiego..!

60! Tyle przeczytałam książek w 2016. To chyba całkiem dobrze, nie? Możliwe, że lista jest dłuższa bo coś pominęłam. Może też być i krótsza, bo policzyłam jako oddzielne pozycje coś, co funkcjonuje jako jedna książka. Np. taka Saga rodu Winnych czy Sześć światów Hain. Ta ostatnia, nawiasem mówiąc, jest moim Best One w 2016. Muszę do niej wrócić, bo Le Guin pod płaszczykiem science fiction czy fantasy poruszyła masę zagadnień filozoficzno-społecznych.
Za pomocą LubimyCzytyać mogę ustalić tegoroczną Najlepszą Dziesiątkę. Czyli ksiażki, które oceniłam najwyżej.
10. Były sobie świnki trzy – Olga Rudnicka.
9. Autostopem przez galaktykę (t1) – Douglas Adams
8. Dziesiąty krąg – Jodi Picoult
7. Comedia infantil -Henning Mankell
6. Motyl – Lisa Genova
5. Demelza -Winston Graham
4. Samotność liczb pierwszych – Paolo Giordano
3.  Trzy odbicia w lustrze +
Pąki lodowych róż – Zbigniew Zborowski
2. Światło, którego nie widać -Antoni Doerr
1. Sześć światów Hain(Ekumena) – Ursula le Guin


Generalnie nie lubię podsumowań, ale muszę przyznać, że 2016 na płaszczyźnie osobistej był całkiem udanym rokiem. Chyba coś mi w mózgu przeskoczyło, bo dotychczas brak wymiernych sukcesów był dla mnie porażką. Od kilku miesięcy brak spektakularnych porażek jest dla mnie sukcesem. A obiektywnie patrząc nie zaliczyłam ani jednych ani drugich.
To, co się dzieje na świecie to temat na osobny, długi wywód. Generalnie – mam poczucie, że siedzimy na wulkanie. Albo i na kilku. Ale co tu będę defetyzm siać. Wszyscy wiedzą jak jest.
eM woła, że czas pojechać z Psem. Zatem oddalam się.
Bawcie się dobrze, nie przesadzajcie z używkami i , na litość boską, nie strzelajcie! Pomyślcie o tych biednych ptakach i zwierzętach.
No i
DOSIEGO ROKU!

Jul czyli Boże Narodzenie po szwedzku

Boże Narodzenie zaczyna się od adwentu jak wiadomo. Niemal z wybiciem zegara, 30 listopada w oknach zapalają się gwiazdy lub świeczniki adwentowe. Balkony lub okna  stroją się w (sztuczne naturalnie) gałązki świerkowe przybrane światełkami a przed sklepami rozpoczyna się sprzedaż żywych choinek. Szwedzi ustawiają je, ubrane jedynie w światełka,  na zewnątrz na balkonach, ci co mieszkają w blokach. szczęśliwi mieszkańcy domków mają zazwyczaj jakieś iglaki przed domem i one są ubierane w światełka.  Miasto stroi się w choinki na skwerkach i placach i w parkach. Na rynku staje oczywiście największa jodła. Prócz tego ulice ubiera się w światełka. Orgia światła! Ale tak ma być  skoro atramentowa ciemność spada na ludzi już o 16. A gdy chmury są nisko cały dzień przypomina zmierzch.
W domach, w szkołach, firmach na stoły wyjeżdżają świece. Świece nierzadko można też spotkać na balkonach domów, zamknięte w latarenkach, albo w postaci dymiących ale odpornych na wiatr i mżawkę specjalnych otwartych lampionów.
Sklepy nie stroją się i nie wystawiają bożonarodzeniowych akcesorium 1 grudnia gdyż te już od Halloween (Halloween Szwedzi obchodzą w pierwszą sobotę listopada) są na widoku. Lecz im bliżej świąt coraz głośniej rozbrzmiewa świąteczna muzyka a w pasażach handlowych pojawiają się choinki.
W sklepach pojawiają się tradycyjne produkty świąteczne: chrupkie pierniczki, glogg,  biało-czerwone karmelkowe laseczki, czekoladowe pralinki w małych, kolorowych kokilkach, bożonarodzeniowa szynka, wędzony łosoś w cieniutkich plastrach no i julmust- gazowany napój o smaku pośrednim między staropolskim podpiwkiem a staro…amerykańską kolą.
W samym środku adwentu, 13 grudnia obchodzona jest Święta Łucja. Szpaler ubranych na biało dziewcząt (oraz chłopców, bo w Szwecji jest prawdziwe równouprawnienie) ze świeczkami w dłoniach, a pomiędzy nimi jedna – z koroną z płonącymi świecami na głowie- czyli Święta Łucja, występują w domach opieki, zakładach, szkołach i przedszkolach. Śpiewają piosenki opowiadające o tym, że mrok właśnie czmycha przed światłem, bo Święta Łucja światło niesie. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest w tym trochę przekłamania, ale tradycja pochodzi prawdopodobnie z czasów kalendarza juliańskiego, kiedy to dzień Świętej Łucji przypadał na najkrótszy dzień w roku czyli na 21 grudnia.
Sklepy zaczynają szturmować klienci jakby święta miały trwać co najmniej miesiąc. Od wczesnych godzin rannych do późno popołudniowych ulicach, rzecz to niesłychana, płynie sznur aut.
A potem nadchodzi Wigilia. Choć w kalendarzu ten dzień zaznaczony jest na czarno to pracują tylko nieliczni: urzędy, banki, sklepy, choć te ostatnie zazwyczaj zamykają swe podwoje dużo wcześniej. Reszta zaczyna święta od rana.
Nie ma dwunastu potraw, nie ma postu, nie ma opłatka. Nie ma czekania na pierwszą gwiazdkę. W wczesnych godzinach popołudniowych rodziny gromadzą się przy stole na tradycyjny świąteczny obiad. Na stole króluje Julskinka czyli szynka bożonarodzeniowa- szynka wieprzowa zapiekana pod musztardowa skorupką naszpikowana goździkami. Do tego ziemniaki zapiekane w śmietanie z serem oraz buraczki, podobne do naszej ćwikły, ale krojone w drobną kostkę. Na deser ryż z bitą śmietaną i pomarańczami i jakieś ciasta. A wieczorem przychodzi Mikołaj (Tomte) i rozdaje prezenty. Czasem, gdy w domu brak już istot wierzących w tego grubego gościa w czerwonym płaszczu, zamiast tradycyjnych prezentów pod choinką urządza się loterię tak, jak ma to miejsce w rodzinie mojego zięcia. Wcześniej uczestnicy umawiają się ze sobą do jakiej mniej więcej wartości mają być „fanty” i jest zazwyczaj niewielka suma coś jakby w Polsce 10złotych. Fanty się pakuje ładnie i szczelnie, tak by nikt nie mógł zgadnąć co to jest. I rozpoczyna się losowanie. Każdy dostaje jakiś drobiazg i każdy ma niespodziankę. Jest przy tym masa śmiechu i wspólnej zabawy.
Szwedzkie Boże Narodzenie jest mniej ceremonialne niż polskie. Bardziej na luzie, bardziej nastawione na bycie ze sobą niż na całą otoczkę dookoła. Szwedzi nie są jakoś mocno związani z religią i kościołem, ale jest grupa ludzi którzy uczęszczają na msze i żyją wedle tego co im ich religia nakazuje. Ci oczywiście do tego co powyżej dokładają wizytę w kościele.
Jest też w Szwecji Kościół Katolicki, prowadzony najczęściej przez zakonników z Polski. W moim regionie są to Franciszkanie. 60km od mojego miasta jest kościół gdzie msze są odprawiane po polsku. W moim mieście jest tylko kaplica, ale i tu o północy odprawia jest Pasterka w której, o dziwo, uczestniczą nie tylko Polacy a ludzie z całego świata o najrozmaitszych kolorach skóry.
Ja nie jestem głęboko wierząca, raczej głęboko wątpiąca ostatnio, ale Pasterkę lubię za jej niesamowity klimat. Tak przynajmniej było w Polsce, gdy na Pasterkę chodziłam do wielkiego, przepięknego kościoła z XIV wieku, gdzie były organy podobne do tych słynnych w Gdańsku Oliwie. Do dziś mam dreszcze gdy wspominam tamtą chwilę, w gdy zaciemnionym kościele pełnym ludzi, zegar wybijał północ i wtedy w jednej sekundzie zapalały się ogromne, zwieszające się ze stropu kandelabry oraz światła na ołtarzu i w nawach, a organy pełnią mocy zaczynały grzmieć „Wśród nocnej ciszy” a wraz z nimi wszyscy ludzie w kościele. W cokolwiek kto wierzy i jakkolwiek tę wiarę wyznaje, ten moment jest chyba naprawdę porywający dla każdego.
W pierwszym roku mojego w Szwecji mieszkania, chora z tęsknoty za Polską, poszłam i tu na Pasterkę. Maleńka kaplica, skromna, przypominająca bardziej zwykły pokój niż kościół.  Brzuchaty zakonnik wygrywający na piszczałce kolejne kolędy i modlitwa po szwedzku. Niby bardziej to otoczenie przypominało to, sprzed dwóch tysięcy lat, ale takie to było obce i żałosne, że nigdy więcej nie poszłam.

A w tym roku święta są jak najbardziej moje. Bez pośpiechu, bez tłumów ludzi, bez stania przy kuchni przez kilka dni. Spokojnie. Powoli. Z czasem na zadumę, książkę i oglądanie chmur za oknem. Czego i Wam życzę nie tylko na te dni ale i na cały nadchodzący rok życzę.

18. …w kudłach ich piersi kołysze się Matka Boska z martwym dzieckiem w ramionach

Od kilku dni żyję na półoddechu. Od wczoraj chyba nie oddycham wcale. Boję się. Wczoraj wierzyłam, że nic się nie stanie. Dziś boję się, że stanie się wszystko to, co nie stało się 35lat temu. Tylko wtedy największy wróg mógł przyjść z zewnątrz. Dziś może być jeszcze gorzej.
Już rozumiem co stało się w Jugosławii. Wreszcie rozumiem.
Rok, nawet mniej, zajęło im to, czego komuniści nie dopięli przez 40lat.
Szacun panie Jarosławie. Tylko co ma być dalej?
Generałowie, którzy się z rządem nie zgadzają właśnie odeszli. Jak miło, że ułatwiają zadanie. Można będzie na ich miejsce postawić swoich. Wiernych, nie mających skrupułów.
Brawo panie Antoni. Kolega pewnie jako dodatek do premii chłodzi Stoliczną albo innego Jelcyna. Oraz grzeje silniki.

18. Gorzko mi

I tak to.
Do Wigilii tydzień. Zrobiłam sobie ruskich pierogów. Farsz na kapuściano-grzybowe czeka w lodówce. Będziemy powoli lepić. Ja, Yankowski czyli syneczek oraz Misia czyli córeczka.
Ja to raczej polepię bardziej teoretycznie. Tak mi wlazło w kciuki, że nawet pisać nie mogę. Do lapka podpięłam tradycyjną mysz, że płytka tuchpad jest bólogenna. Wszystko wskazuje, że należy jednak odpuścić komputerowi.
Problem w tym, że czytać nie mam co.
To, co ostatnio kupiłam w większości rozczarowało mnie głęboko. Ale połknęłam bez wyjątku wszystko. Tak samo jaki kilka polskojęzycznych sztuk upolowanych w bibliotece.
Obejrzałam też wszystkie nowe odcinki moich ulubionych seriali: Poldarka, Chicago Fire, The Fosters oraz cztery nowe Gilmorki. Nawiasem mówiąc dwa pierwsze odcinki Gilmorek wkurzaly mnie strasznie. Rory pętała się tam i z powrotem, Lorelai nosiła na głowie tapir a la Mrs Bundy, „utyty” Luke stracił charyzmę, Emily to już w ogóle nie Emily, bezradna, bez zwykłego sarkazmu…Możliwe, że wszystko dlatego, że oglądałam ze szwedzkimi napisami, które wkurzały mnie dodatkowo, bo połowa słów była mi w zasadzie nieznana i nawet kontekst był w związku z tym trudny do załapania. W ogóle nie rozumiem, dlaczego mam płacić cholernemu Netflixowi, który nie daje mi wyboru w napisach. Kurde, nie żądam dubbingu, broń boże! Ale opryszczki narządów płciowych by chyba dostali jakby raz dołożyli napisy polskie do niemieckich, angielskich czy duńskich?
A potem całe to pieprzenie o piractwie. Sorry, ale bez piractwa to ludzie mieszkający w kraju, gdzie język jest inny niż ich ojczysty byliby całkowicie odcięci od kultury. Bo imię jakichś sobie tylko wiadomych zasad nie da się np. oglądać legalnie  telewizji z innego kraju.
I póki się te durne blokady nie pozmieniają to piractwo było, jest i będzie.
Generalnie wkurza mnie współczesny świat.
Radio, którego w zasadzie nie słucham, ale zawsze coś tam w samochodzie czy w sklepie w ucho wleci,  nadaje świąteczne piosenki, z War is  over Lennona na czele. I właśnie ta piosenka sprawia, że cała się marszczę, burzę i odwracam z niechęcią.
Kto jeszcze wierzy, że w Wigilię wojny ustaną? Ludzie w Aleppo i Palmirze?
Kto jeszcze wierzy w puste miejsce przy stole? Ci co odmawiają praw uchodźcom?
W miłość do bliźniego? Ci, którzy dzielą ludzi na lepszy i gorszy sort?
Jakoś w tym roku boleśniej niż zwykle dotyka mnie hipokryzja bożonarodzeniowej ideologii, sprowadzona do pustego i bezmyślnego klepania sloganów.
Generalnie jestem rozgoryczona i zawiedziona rasą ludzką. Człowiek według mnie to nie brzmi dumnie. Człowiek…to obelga. Być ludzkim to znaczy zachować się podle.
I w takim nastroju mijają mi kolejne dni.

17.

A tymczasem, zupełnie nie wiadomo kiedy, choć w sumie to wiadomo, że od sierpnia do teraz, Panna S nauczyła się czytać. Zna wszystkie literki i z lubością odczytuje szyldy.
Przychodzi do mnie w sobotę i pyta
-Babciu, a jak to powiedzieć „knekte”
Babcia się zacukała, bo słowo zna…ale bardziej jako przymiotnik knäcke czyli chrupki jak te wszystkie chrupiące chlebki Wasa , a tu końcówka sugeruje czasownik czasu przeszłego.
– Chrupnęło?
Panna S kręci głową, nie, nie o to chodziło. Babcia próbuje być inteligenta.
– A co chcesz powiedzieć?
– Jag knekte min fut (Jag knäckte min fot)
– A pokaż, co zrobiłaś?
Panna S symuluje przewrotkę i układa nogę pod dziwnym kątem. Wygląda na to, że dziecko mówi, że złamało nogę, ale przecież nie złamało..?
– Bo ja spadłam i zrobiłam otak (autorka stara się oddać sposób mówienia Panny S)
– Upadłam – poprawia babcia odruchowo.
– No. I było otak – zgadza się bohaterka.
Babcia sięga po słownik i szuka. Panna S śledzi poczynania babci.
– Nie babciu. Knekte. Kne…KnE…E – poprawia.
No, teraz to już babcia całkiem zgłupiała, a słownik wraz z nią. Bo słownik nie zna słowa knekte. Ale sądząc po wymowie dziecka tam jest absolutnie a z kropeczkami. Gdyby było e, to Panna S wymówiłaby to inaczej.
Babcia daje spokój słownikowi (porządny słownik, Jacka Kubickiego, wydany przez PWN, najlepszy na rynku jak dotąd). Patrzy z namysłem na wnuczkę.
– Pewnie skręciłaś – domyśla się.
Panna S kręci głową.
– Nie, skręciłaś to co innego
– No tak, masz rację. To nie wiem. Zwichnęłaś?
Tego słowa Panna S nie zna, ale nie wygląda na przekonaną.
-Dziadku, bo ja zrobiłam otak – pokazuje raz jeszcze dziadkowi, który nadciągnął babci z odsieczą.
Dziadek zgaduje jak babcia: złamałaś, skręciłaś, zwichnęłaś.
Zdaje się, że po raz pierwszy w życiu Panna S stanęła oko w oko z prawdą: Babcia i Dziadek nie wiedzą wszystkiego. Lekko zawiedziona oddala się do przerwanego zajęcia.
Lecz wszystko wskazuje na to, że chodziło o złamanie nogi. Tylko jest to zapewne określenie gwarowe, bo inaczej mądry słownik by to znał nie tylko w kontekście „to ją złamało”.

16. Tadam!

30 listopada podpisany,  8 grudnia w piątek dotarł do rąk moich.
obywatelstwo

Dokument informujący mnie o przyznaniu szwedzkiego obywatelstwa.



Myślałam, że poczuję radość, czy coś. Zwłaszcza, że otwierając kopertę jeszcze samą siebie straszyłam, że odpowiedź brzmi „nie”.
A tu tylko taka lekka satysfakcja „no, wreszcie!” bo czekałam na to od sierpnia 2015.
Jestem teraz obywatelką i polską i szwedzką.
Przy okazji wspomnę, nie żebym miała zamiar, to eM ma taki pomysł na siebie, ale warto wspomnieć, że mogłabym teraz zrzec się obywatelstwa polskiego. W tym celu muszę udać się do Konsulatu Polskiego z szeregiem dokumentów: wypełnionym odpowiednim drugiem, napisaną odręcznie prośbą o prawo do zrzeczenia się obywatelstwa, aktem urodzenia (aktualnym), aktem ślubu (też aktualnym), oświadczeniem, że nie toczy się w mojej sprawie postępowanie sądowe, życiorysem (!tak!), dokumentem tożsamości potwierdzającym obywatelstwo, zdjęciem paszportowym, kopią dokumentu współmałżonka oraz kwotą około 3500kr czyli około 1500PLN w kieszeni.
To już wiem dlaczego jeszcze nie słychać o masowym zrzekaniu się.
To jak z apostazją. Za wiele zachodu.
No ale zawsze istnieje taka możliwość, którą czasem, jak mnie pisiory z katotalibanem wkurzą na na maksa, piszczę w myślach.
Prawda jest taka, że to co dociera do mnie za pośrednictwem internetu sprawia, że wysadza mnie w kosmos, odbiera oddech, sprawia, że ręce same zaciskają się w pięści.
W którymś momencie doszłam do ściany. Stwierdziłam, że nie dam rady przyjąć więcej odradzającego się socabsurdu i neofaszyzmu docierającego do mnie. Przestałam śledzić. Na facebooku odcięłam wszystkie tego typu informacje. Nie zaglądam na portale, a jak już to wystarczają mi same nagłówki.
Mimo wszystko coś do mnie dociera. I budzi przerażenie. I sprawia, że zaczynam myśleć, że może jednak warto te 3,5tys koron, oraz stos dokumentów zgromadzić…