34. Wstawaj, szkoda dnia

Obudziłam się z Dwa plus Jeden w głowie.
Nareszcie świt zastąpił noc
powietrze świeże, jak po burzy
Więc po co chowasz twarz pod koc
dzisiejszy dzień się nie powtórzy

Czekają gry nierozegrane
czekają sny niewypełnione
czekają wiatry nie schwytane
a każdy woła w twoją stronę:
Wstawaj, szkoda dnia!
Wstawaj , szkoda dnia!

Stare piosenki mają jednak to coś. Słowa i muzyka, aranżacje. Artyzm w czystej postaci. Dziś rynek muzyczny trwa na zasadzie „Każdy śpiewać może”. Jak nie może, to się mówi, że ma charyzmę, które to określenie jest eufemizmem na robienie z siebie cudaka, i może.
Ech…

Smętnie spoglądam na nie przestawiony od pół roku zegarek i myślę sobie, że za tydzień czas się nareszcie będzie zgadzał i że będę się musiała oduczyć odejmowania jednej godziny. Tak, właśnie za tydzień następuje zmiana czasu, właśnie za tydzień. Kiedy nareszcie zaczęłam budzić się tuż przed budzikiem, kiedy mój organizm nareszcie się wyregulował i, przepraszam, jelita znowu zaczęły podejmować pracę o zwykłej dla siebie porze. Przepraszam, że poruszam sprawy tak trywialne, ale Ciało Kaśki strasznie nie lubi zmian, zwłaszcza we wczesnych godzinach porannych. Dusza Kaśki też nie bardzo.
A tu znowu nam zaburzą, dranie. Gdybyż jeszcze ktokolwiek umiał wytłumaczyć przekonująco DLACZEGO. Czytałam kilka teorii, każda ma luki w logice. Czyli robi to pół Europy, ale nikt nie wie dlaczego. Co za bzdura.

No, ale tymczasem wiosna.
Panna S odkrywszy kwitnące pod sąsiednim blokiem krokusy wpadła najprawdziwszy zachwyt i kazała siebie oraz swoją Tosię uwiecznić w tych kwiatkach. Wzruszające było patrzeć jak dziecko stąpa ostrożnie, na paluszkach, żeby rozsypanych po trawniku kwiatków nie zdeptać.
Zdjęcie z telefonu, ale wyszło nad podziw dobrze.
Ten tydzień przeleciał mi nie wiem kiedy…
Poniedziałek spędziłam z takim jednym rodakiem w poczekalni ośrodka zdrowia. Rodak, który w ramach kontraktu pracuje teraz z eM, zaprószył sobie oko, coś się wbiło i lipa.
Spędziłam pięć czy sześć godzin w towarzystwie zupełnie obcego mi człowieka, bo człek ten, przyjeżdżając na kontrakt, szwedzkiego znać nie potrzebuje, angielskiego też nie za wiele. I okej, ja to doskonale rozumiem. To znaczy, nie, nie rozumiem, bo pracując na kontraktach to bym choć się starała angielskiego nauczyć, żeby móc cokolwiek, no ale wiem, że nie każdy ma w sobie „tę moc”. Natomiast  kompletnie nie rozumiem ludzi takich, jak ci, których w owej poczekalni spotkałam. Też rodacy. Mieszkają tu, pracują tu, dziecko tu chodzi do szkoły, chcą tu być. I ani w ząb szwedzkiego. Syn trochę…Bez komentarza.
W środę byłam na pokazie zdjęć „Pojechać na Antarktydę” Jana Gustafssona.
Tu link do strony tego pana, w dolnym rzędzie kilka zdjęć właśnie z Antarktydy:
http://www.jangustafsson.se/bildvisningar.htm
Zdjęć nie było za wiele, opowieści więcej. Dowiedziałam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy.
1. Taka wyprawa kosztuje mniej więcej tyle, co nowy, średniej klasy samochód.
2. Antarktyda, wcale nie jest biała, tak jakby człowiek oczekiwał w krainie śniegu. Okazuje się, że zamarznięta woda może przybierać kolory turkusu, błękitu aż do intensywnego lazuru.
3. Pingwiny są różne. Małe, większe, duże. Biało-czarne, ale i kolorowymi znaczeniami. A mnie wydawało, że pingwin to pingwin, jeden i ten sam wzór powielony tysiące razy. A tu nie!
4. I najciekawsze.Wiecie, że nim się zejdzie na Antarktydę to trzeba przejść oczyszczanie? Pomoczyć buty w czymś tam, odkurzyć się…Nigdy nie pomyślałam.
A jeszcze w środę rano przebiegłam się z kijami, które, od lipca chyba, stoją w kącie.
Niestety…Sfatygowana przed kilkoma laty stopa w tym roku oszalała i boli jak wściekła. Nie tylko na tej wrażliwej zewnętrznej krawędzi, ale cała, łącznie z kostką. Chodzenie normalne jest bolesne, a już chodzenie na sportowo…
Ale oto znowu słońce, i kije mnie wołają znowu. Ulec? Będę potem płakać…
We czwartek zastępowałam koleżankę, co rozbiło mój poranek, a zatem i cały dzień.
A w piątek czekałam na Pannę S.
Generalnie cały tydzień snułam się z kąta w kąt. Senna, rozmamłana, ziewająca, z drapaniem w gardle. Ożywiałam się dopiero, gdy trzeba było iść spać. Odkryłam, że umiarkowane wiosenne temperatury mają jeden pozytyw: można nosić trampki palladium i nie odparzać stóp. A kocham moje piaskowo-różowe palladiumki. Są mega wygodne, trzymają obolałą stopę w ryzach, podeszwę mają grupą i nie całkiem płaską.
W tym tygodniu postanowiłam się nie dawać wiosennemu przesileniu. Nie mam zresztą wyjścia, bo należy wreszcie zakończyć 2016 u klientów. Niewiele mi zostało, a odkładam i odkładam. Jak zakończę, to będą pieniążki na upatrzone na Amazonie hikingowe Merrelki oraz na wyjazd do Polski pod koniec maja (mam nadzieję).
Ale chyba jednak…no pójdę na te kije. Jak mi za tydzień zmienią czas to znowu nie będę miała siły.
To na razie…

 

33. O tym, że nic się nie dzieje

Bo się nie dzieje.
Wstaję jak co rano, jadę do pracy. Jak jest ślisko to rowerem, jak nie- skuterem. W pracy te same czynności, w tym samym czasie, w tej samej kolejności. Frustrujące jest to, że w sumie nie widzę efektów tej pracy. Bo bez względu na to jak bardzo się przyłożę dziś, jutro tego i tak nie będzie widać…Najdurniejsza na świecie jest praca sprzątaczki.
Wracam z pracy, kładę się na dospanie, czego z całej siły chciałabym unikać, ale się nie daje, bo sypiam kiepsko. Po dwóch godzinach Tośka kładzie mi kapeć pod nos, albo wręcz na nosie. Zwlekam się nieprzytomna, ogarniam oganiając od szalejącego psa i wychodzę z wariatką na spacer. Tu jest już szaleństwo inwencji. Możemy iść gdzie chcemy. Co też robimy w zależności od pogody. Jak wieje mocniej niż zawsze to wybieram teren mało zadrzewiony. Jak nasypie śniegu, który pługi usypią w wysokie hałdy, możemy zostać prawie pod domem, Tośka ma wtedy zabawę, a ja nie muszę się stresować chodzeniem po śliskim, tym bardziej że jak Tośka czuje śnieg pod łapami to jej się mózg wyłącza i szaleje.  Jak mam milkliwy nastrój, a zwykle po wstaniu tak mam, to unikam tras, gdzie można spotkać znajomych psiarzy. A tak, właśnie. Mam kilku znajomych psiarzy. Takich co pozwalają swoim psom przywitać się z moim, a nawet razem pobiegać na szkolnym boisku.
Ostatnio zaczepiła mnie pani. Wracałam do domu, już prawie pod blokiem, przy płocie oddzielającym parking od drugiej posesji usłyszałam nagle entuzjastyczne:
– Hej! Czy to berner sennen? (Szwedzka i nie tylko nazwa berneńskiego psa pasterskiego)
– Tak, to jest breneńczyk – przytaknęłam, wcale nie zaskoczona. W zasadzie co chwila ktoś mnie tak zaczepia. I w zasadzie każdy dalej mówi to samo:
-Vad fint! Jaki piękny! Jakie piękne futro, jak lśni, i te słodkie wielkie łapy…
Tośka od razu, bezbłędnie rozpoznaje, kto jest przyjaźnie nastawiony, więc natychmiast chce dać buzi i rzucić się na szyję. No chyba, że zaczepiający ma dłoni smycz. Wtedy to to, co jest na tej smyczy jest zdecydowanie ciekawsze.
Zaczepiająca mnie elegancka pani na drugim końcu smyczy miała masywnego, czekoladowego labradora. Pokonwersowałam uprzejmie przez płot. Wymieniłyśmy informacje co do rasy, płci, wieku i imion pupili (Ponte, lat 3). I wtedy pani rzuciła propozycję byśmy może dały się naszym pieskom pointegrować. Czemu nie. Dałam jej numer telefonu, co zaskutkowało umówionym spotkaniem na szkolnym boisku nazajutrz rano.
Nim doszłyśmy z Tośką, Ponte zdążył poznać i zakochać się w Zoji, lat 6, mieszanka goldena i flat labradora. Zoja jest psem ułożonym nad podziw. Jej pani spokojnie mogłaby nie brać jej na smycz. Zoja idzie za panią zawsze gdy ta ją zawoła. I zostaje gdy pani każe zostać.
Ponte okazał się niestety stuprocentowym samcem i natychmiast zaczął włazić na Zoje. Co nie spodobało się jej pani, która stwierdziła, że Zoja zbliża się do cieczki i to być może nie jest najlepszy czas. Zawołała Zoję i poszły.
Odczekałam aż odejdą daleko i spuściłam Tośkę ze smyczy. Zachęciłam panią Pontego do tego samego a ona mnie posłuchała. Ponte jak tylko poczuł wolność wyrwał jak pies spuszczony ze smyczy w ślad za Zoją…To  Tośka popędziła za Pontem.
Pani z Zoją musiały wrócić, żeby durnowate psy też wróciło. Zadowolona nie była…
Pieski zostały uwiązane. Znowu odczekałam stosowną chwilę i odpięłam smycz. Ponte niestety został na uwięzi, bo jego pani bała się powtórzyć manewr. Pani chciała pogadać, a ja niestety musiałam pilnować, żeby mi pies nie poleciał gdzieś za daleko, poza bezpieczny obszar. Wreszcie znowu zapięłam smycz i…się zaczęło. Ponte zaczął włazić na Tośkę. Tośka skakała, warczała, uciekała, kłapała paszczą. Nie dało się go w żaden sposób powstrzymać, więc uznałam, że dość na dziś.
I właśnie dlatego nie chcę mieć psa rodzaju męskiego. Oraz -jak fajnie spotkac psa starszego nieco od mojego i jeszcze gorzej wychowanego (albo raczej wcale nie wychowanego) od Tośki.
I tyle było naszego życia towarzyskiego.
Dziczeję. Odwykłam od ludzi, perspektywa kontaktu z innymi sprawia, że mam chęć zaszyć się w mysiej dziurze. Prawda, nigdy nie byłam w tym mocna, zwłaszcza te początki były trudne, kiedy się mówi o pierdołach, uprawia tzw. small talk. Nie potrafię. W fotoklubie siedzę i się nie odzywam nie zagadywana, bo nie wiem co mam powiedzieć.
Patrzę i dziwię się o czym oni wszyscy ze sobą rozmawiają, skoro wiem, że gadają o niczym. W ostatni czwartek w klubie patrzyłam i rozpaczliwie szukałam w głowie pomysłu o co by zagadnąć siedzącego obok mnie faceta. Mało tego, zagadnięta przez Petera
– I co tam? – odpowiedziałam
– W porządku – i nie wiedziałam co dalej mówić. Lubię Petera, lubię jego samego i jego zdjęcia. Ale co miałam odpowiedzieć innego by podtrzymać konwersację, by okazać się człowiekiem kulturalnym?
Próbowałam słuchać o czym inni gadają, ale jakoś nie łapię.
Zaczynam się zastanawiać czy następnym razem jak mnie ktoś tak zagadnie to nie zapytać jaką chce odpowiedź. Szwedzką czy polską…
Chodzę do tego klubu już ze dwa lata, znają mnie inni, ja też ich znam, pozdrawiamy się na ulicy, czasem coś zagadamy, ale nie wiem nic o tych ludziach. Nic o tym gdzie pracują, gdzie mieszkają, jaki mają stan rodzinny itd. Nic, żadnego punktu zaczepienia…Oni o tym nie mówią! Nie pokazują zdjęć wnuczka ot tak, nie wspominają, że na badaniach byli i pielęgniarka zrobiła im siniaka, a sąsiad rozbił auto, a ten Kowalski, co łazi taki pijany to znowu spał w sklepie…Nie mówią o pracy, nie mówią o polityce i tym co piszą gazety. O czym oni rozmawiają do diabła?
To sprawia, że coraz mniej chce mi się do tego klubu chodzić. Ale się nie poddaję.
Tylko czy to ma sens?

32.Granice prywatności.

Słuchajcie, nie uważacie, że pracę sprzedawcy na telefon wymyślił jakiś psychopata? Zastanawiam się czy to naprawdę działa? No chyba musi działać, skoro coraz więcej firm sprzedaje swe usługi w ten sposób. Zastanawiam się tylko jakim cudem. Bo kogo nie zapytam, to tak jak głosowaniem na PiS: nikt się nie przyznaje, ale PiS rządzi, nie?
To samo jest ze sprzedawcami telefonicznymi. Każdy mówi, że go wkurzają, że odkłada słuchawkę, ale jednak..? Rozmawiacie z tymi różnymi co wam proponują kołdry/nowy lepszy abonament/pożyczkę/ubezpieczenie/seks z własną ciotką/nerkę/ i nie wiem co jeszcze?
Ja nie. Naprawdę. Parę razy usiłowałam być grzeczna i grzecznie odmówić. Po jakimś czasie, słysząc charakterystyczny ton zaczęłam przerywać i pytać bezczelnie: chcesz mi coś sprzedać? Teraz po prostu się rozłączam jak w przypływie pomroczności jasnej odbiorę telefon domowy z numeru, którego nie znam. A najczęściej zwyczajnie ignoruję. Najwyżej sobie sprawdzę numer na vemringde.se albo eniro.se. Muszę przyznać, że te stronki to genialny pomysł. Na szczęście ochrona danych osobowych w Szwecji nie osiągnęła poziomu paranoi i póki sobie ktoś numeru nie zastrzeże to go można znaleźć.
Ale sprzedawcy na telefon to tylko jeden z tych irytujących sposobów na wtargnięcie OBCYCH do mojego świata. I o ile na tych sprzedawców irytuję się tylko lekko i na krótko, to inni wzbudzają poziom mojej agresji niewyobrażalny. Może jestem wredna?
Nie znoszę jak mi potencjalny klient pisze na messengera, ale o tym pisałam. Ale chyba nie pisałam dlaczego. Nie znoszę bo dla mnie to zwyczajnie atak na moją prywatność. Mam na wizytówkach podany telefon, adres mailowy, adres strony, ale nie mam adresu na facebooku. To chyba powinno jasno dawać do zrozumienia, że nawet jeżeli tego facebooka używam to nie dla celów służbowych. To samo ze skype. Koleżanka mi powiedziała, że zamiast się irytować powinnam założyć konto firmowe na facebooku. Ale ja nie chcę. Na cholerę mi jeszcze jedno konto gdzieś tam?! Bo komuś żal 1kr na telefon do księgowej?
Nie znoszę też jak mi ktoś, mało znajomy,  wysyła jakieś linki. Po prostu link i już. Ani słowa po co, dlaczego. Nic. Od kilku dni znajoma wysyła mi jakieś przepisy. Znajoma, z którą kontakt mam bardzo sporadyczny, widujemy się raz na kilka lat, nigdy nie byłyśmy jakoś blisko, w zasadzie jedna z tych osób, o których istnieniu kompletnie się nie pamięta. I naraz pstryk. Podsyła mi linka. Za jakiś czas kolejnego. Po co?!
Dlaczego? Płaci jej ktoś za to? Co cię kobieto skłania do wlepiania mi tego? Na jakiej podstawie, na litość boską, uważasz, że przepis na przepiórki wyda mi się interesujący? Ten przepis na przepiórki jest tak bardzo absurdalny i tak bardzo symbolicznie ukazuje na ile ta osoba mnie zna, a raczej nie zna. Gdyby mnie znała to wiedziałaby, że mięso w przepisie to ostatnia rzecz jaka mnie zainteresuje, szczególnie mięso ptaka, a jeszcze bardziej mięso ze stworzenia, którego się nie jada na co dzień. Wszak każdy, kto mnie zna choćby trochę wie, że bardzo niechętnie próbuję nowych potraw, a NIGDY tych, które zawierają mięso inne niż wieprzowina.
Kolejna grupa, która mnie doprowadza do pasji to fejsbukowi gracze. Grasz w grę, fajnie, baw się dobrze. Ale nie wysyłaj mi zaproszeń, podarków i co tam jeszcze ta gra innego ma, skoro wiesz, że nie gram. A wiesz, bo na sto zaproszeń nie odpowiedziałam na ani jedno. Daruj więc sobie i nie wysyłaj mi po raz sto pierwszy. A już na pewno nie rób tego jak cię w wiadomości prywatnej o to poproszę. Owszem, jest jedna gra w którą grałam i jedna osoba, z którą wymieniałam podarki z tej gry. JEDNA. Nigdy nie przyszło mi do głowy atakować zaproszeniami i czymś podobnym moich fejsbukowych kontaktów, co do których nie miałam pewności czy grają.
Czasy nam się takie porobiły dziwne, że niektórzy uważają, że mają prawo naruszać czyjeś granice prywatności. Jak powiedziała mi jedna stara znajoma, która wyszukała mnie na „Naszej Klasie” (do klasy, ani do szkoły ze mną nie chodziła): to po co ci to konto? po tym jak jej grzecznie odpisałam, że znajomość sprzed dwudziestu lat, która zakończyła się w dodatku dość niemiło to nieco za mało by wpuścić ją do swego aktualnego życia.
Naprawdę? Tak trudno niektórym pojąć, że to, że mam konto na facebooku nie oznacza, że mam obowiązek wpuszczać tam każdego kto tego chce? Że mimo konta na facebooku, mam prawo zachować prywatność w takich granicach jakie ja sama narzucam i dlatego mam prawo oburzać się, gdy mnie ktoś np. oznaczy na zdjęciu? Czy naprawdę istnienie w internecie ma tylko opcję zero-jedynkową? Albo jesteś i bierzesz wszystko albo w ogóle się wycofaj?

31. O wszystkim po trochu

Pogodę mamy marcową czyli w marcu jak garncu. Bywa przyjemnie cieplutko jak zaświeci słońce, a wieczny wiatr ustanie na chwilkę. Gorzej, że po połowie słonecznego dnia zazwyczaj przychodzą chmury, a wraz z nimi deszcz lub śnieg lub oba naraz. Każdego dnia inaczej.
Kije mnie wołają, strasznie mi się chce, ale chyba jeszcze za mało, bo jeszcze skutkuje metoda „usiądź, zajmij się czymś, zaraz ci przejdzie”. No, ale wraca.
Któregoś dnia się już nie obronię. Co daj boże, bo po zimie coś mi się ciasnawo zrobiło tu i tam.
Póki co, w celu przywołania wiosny, umyłam okna, powiesiłam kwiatkowe zasłonki, kupiłam kwiatki cebulkowe oraz obcięłam włosy. No, ale u mnie do wiosny to jeszcze jakieś sześć tygodni. Takiej, żeby jakieś badylki z ziemi zaczęły wystawać, jakiś podbiał żeby zakwitł, bo on tutaj wychodzi chyba najpierwszy, wcześniej niż przebiśniegi chyba, a na pewno wcześniej niż krokusy. No, ale zawsze to sześć tygodni, a nie sześć miesięcy, prawda?
Muszę kupić sobie nowe buty do chodzenia, buty hikkingowe to się chyba teraz nazywa. Teren  w Szwecji jest taki, że jak się jest takim włóczęgą jak my, to się warto w takie buty zaopatrzyć. Tyle, że w sklepach w Szwecji nadal żałoba ogólnonarodowa czyli wszystko czarne. A wybrać można pomiędzy Salomonem a …Salomonem. Już zaczęłam samą siebie przekonywać, przymierzyłam…nie. Wszystko zniosę, ale nie jak mi but na stopie robi za but ortopedyczny. Wychodzi na to, że trzeba kupić przez internet. Ale ja lubię wejść do sklepu i się zakochać. Wtedy wybór jest prosty.
Na przełomie maja i czerwca chcemy się wybrać do Polski. I na myśl o tym już mnie swędzi pod stopami. Ruszyłabym już, teraz. Już mnie wołają księgarnie. Przyjaciółki. Widoki. I Olsztyn, mój kochany Olsztyn.
Proponowałam ludziom z klubu wycieczkę do Polski, ale zainteresowanie było średnie. To znaczy -pytali co można zobaczyć…ale na tym się skończyło. Może źle się do tego zabieram? Może powinnam im przedstawić program rozpisany na konkretne dni, z noclegami i atrakcjami?  Może powinnam pogadać z Peterem i zapytać jak ich zachęcić, czego oczekują gdy wychodzę z propozycją?
Myślałam, żeby zabrać grupę maksymalnie 6 osób. Zamieszkać gdzieś w jakimś wiejskim pensjonacie, żeby mieć blisko do natury. Albo w samym Olsztynie. Pojechać na tydzień, nie dłużej, na miejscu wynająć duży samochód typu bus, najlepiej z kierowcą, który by nas dowoził. Połazić po Olsztynie. Pojechać do Olsztynka. Do Nowego Kawkowa. Do Lidzbarka Warmińskiego. Pojechać na Mazury – do Gierłoży albo jeszcze lepiej do Leśniewa na tę ogromną śluzę oraz do Mamerek.
Tak sobie piszę i jednocześnie wymyślam. I robię projekt prezentacji. Tylko…, że to ja musiałabym wszystko zorganizować. Od a do z. A ja strasznie nie lubię takich rzeczy. A jeszcze nie bardziej nie lubię czuć się odpowiedzialna za nastrój innych, a organizacja takiego wyjazdu zmusiłaby mnie do czucia się odpowiedzialną. Ech…
No dobra, pomyślę. Pomyślę. Jak się ogarnę z zakańczaniem roku u klientów.
A swoją drogą, jak już przy klientach jestem…
Dziwne ludzie mają zachowania. Powinnam napisać: dziwne mają zachowania klienci Polacy.
Na ulotkach i wizytówkach mam numer komórki oraz adres mailowy. To chyba wystarczy do nawiązania kontaktu? Dlaczego więc ktoś wyszukuje mnie na facebooku i wysyła mi wiadomość na messengera? Nie mam facebooka firmowego, ale za to mam stronę internetową, na której jest formularz kontaktowy. Adres strony też jest na wizytówkach i ulotkach.
Albo z ostatnich dni.
Dzwoni do mnie kobieta, Polka oczywiście,  ale miesza polski ze szwedzkim. Mówi, że ma problem bo ma naliczoną za dużą zaliczkę na podatek dochodowy i co ma zrobić. Rozmowę zaczyna od…wyłuszczenia swego problemu. Ani imienia, ani nazwiska, nie wiem czy choćby dzień dobry padło.
A ja już się nauczyłam po kilku razach, żeby jednak nie być tak wyrywną z radami dla rodaków. Moja wiedza to mój majątek. Ona nie spływa jak objawienia ducha świętego. To co wiem, to często efekt żmudnego przekopywania stron po szwedzku. A ludzie dzwonią, oczekują, że podam im radę co zrobić, najlepiej poprowadzę krok po kroku za „dziękuję”. Za dziękuję, to ja mogę udzielić jednej rady: idź do urzędu skarbowego tam ci powiedzą.
Wredne?
Może, ale już kilka razy nabrałam się na to, że ktoś dzwoni, chce zarejestrować firmę, nie wie jak , nie wie co z czym, pyta o szczegóły…Ja gadam przez pół godziny, często na własny koszt bo ktoś dzwonił, a ja nie zdążyłam odebrać więc oddzwaniam…Podaję wszystkie informacje na tacy, umawiam się z klientem, że wróci…i tyle go widzę.
No więc nie. Przepraszam bardzo, ale Szwed za dziękuję poda ci tylko adres, gdzie mieści się jego biuro. Bądź jak Szwed.
Zatem pani zadzwoniła bo ma problem z podatkiem.Bo ona miała klientów, ale się jej rozmyślili, bo nim zarejestrowała firmę, to trwało. I co ona ma zrobić i skąd wziąć klientów. Poradziłam, żeby poszła do urzędu skarbowego. Podpowiedziałam, że w internecie ma strony pośrednictwa usług. Ale jakie strony, adres, bo ona nie wie. Podałam kilka nazw, bo kurde nikt jeszcze nie wymyślił podawania linków w rozmowie. Zbyłam owszem, bo kobieta tak lawirowała, żeby jednak nie określić się, że chce być moją klientką na stałe, choć w końcu przestałam sugerować a powiedziałam wprost.
Dwa dni później, we czwartek o godzinie 21 (słownie DWUDZIESTEJ PIERWSZEJ!) telefon. Odebrałam, choć już przysypiałam. Tym razem mi się przedstawiła imieniem. Bo ona była w tym skatteverket. Marudziła długo nim powiedziała o co chodzi. Dostała blankiet i ma go wypełnić, ale nie wie jak. I czy ja bym jej pomogła. Owszem. Godzina mojej pracy kosztuje -podałam kwotę. No dobrze, ona mi zapłaci (westchnienie). To niech mi zeskanuje (czy ma możliwość zeskanowania? tak, ma). No to niech mi ZESKANUJE i wyśle na maila. Ale ona by chciała na poniedziałek, bo to przecież już koniec lutego…To proszę mi to wysłać jak najszybciej.
W piątek nie dostałam nic. Wczoraj czyli w sobotę o godzinie 19 telefon pokazał mi, że mam maila. Zaglądam. Tak, pani mi wysłała…ZDJĘCIA dokumentów. <facepalm>. Dlaczego chcę skan a nie zdjęcie? Jak wydrukuję skan to mam normalny dokument, a nie przekrzywione zdjęcie, z palcem, kolorem stolika oraz odblaskiem od lampy w najbardziej interesującym miejscu.
Pół godziny później pani wysyła mi smsa. Że wysłała.
A godzinę później…dzwoni!
Języka polskiego biedactwo prawie zapomniała, ale polskie zwyczaje (KLIENT NASZ PAN!) tkwią w niej głęboko.
Jest SOBOTA! Godzina  dwudziesta z minutami!  Kobieto! Jest weekend! Jeśli to dla ciebie takie ważne, trzeba się było ogarnąć w piątek z rana.
Zignorowałam. I zamierzam ignorować do jutra. Chociaż…
Aż żałuję, że nie wpadłam na ten pomysł wcześniej:  jak o 3:40 wstałam na siku mogłam jej wysłać smsa, że jest przecież weekend i przepraszam, ale ja w weekendy nie pracuję.

Ale właśnie wybija godzina 9. I Tośka dostaje szału. Bo spacer. A ona się skubana zna na zegarku.

30.

Znacie to powiedzenie, że przeziębiony mężczyzna nie walczy o zdrowie, on walczy o życie? Albo, że facet jak ma 36,7 stopni gorączki to umiera?
Albo…co tam jeszcze było? Coś o umieraniu na katar, chyba?
Ratunku! Jestem facetem!
Przeziębienie wyjęło mi tydzień z życiorysu. W poniedziałek umierałam, we wtorek uznałam, że leżenie w łóżku pomogło i skończy się na dreszczach i lekko przytkanym nosie. Oraz suchym kaszlu. We środę wstałam z takim bólem głowy, że byłam pewna, że mam wylew. Nabrałam prochów, ból lekko stłumiłam, ale ani lektura ani tym bardziej komputer nie wchodziły w grę. Nie mogłam też siedzieć, ani leżeć. Z tego wszystkiego poszłam na spacer a było cudnie: słonecznie, bezwietrznie, wiosennie. Słońce pokazało jak brudne mam szyby w kuchni. Więc je przetarłam z dwóch stron, ale nie od środka licząc na to, że nowoczesny płyn do szyb pokona stare przesądy mówiące o tym by nie myć okien w pełnym słońcu. Nie pokonał i gdy słońce schowało się za blok musiałam umyć je jeszcze raz. Od tamtej pory słońce się nie pokazało, więc nie wiem co z tego wyszło. W środę jeszcze wzięłam Tośkę na spacer na zamarznięte jezioro. Cudnie było wciąż, żałowałam, że nie mam aparatu, ale pies+lód+aparat=DRAMAT na 100%. Wróciłam do domu, z rozpędu usmażyłam pączki, pierwszy raz w życiu nie osiągając efektu kamienia. Ta środa była pracowita, roznosiła mnie energia tak, że nie mogłam zasnąć. Dodatkowo zasypianie utrudniał suchy kaszel. A we czwartek deklarowałam powrót do pracy.
No i wróciłam.
Spałam maksymalnie jakieś cztery godziny, po czym rano wstałam umierająca. Gorączka, zatkany nos, hucząca głowa i obolałe gardło. Po pracy usiłowałam spać, ale wyglądało to tak, że godzinę kaszlałam, drzemałam pięć minut w pozycji siedzącej a potem znowu kaszlałam. Przekaszlałam cały czwartek. W piątek do pracy powlokłam się siłą woli. Przyroda sprawiła wszystkim niespodziankę i obdarzyła świat cudną mżawką, która w połączeniu z minusową temperaturą pokryła wszystko równiutką warstwą lodu. Jakim cudem rwąca z kopyta Tośka nie zabiła mnie na chodniku podczas spaceru to nikt nie wie. Oraz nie rozumiem dlaczego ten pies zachowuje się jak szalony najbardziej wtedy gdy nie powinien. Bo tak, oczywiście, że chodziła na poranne spacery z psem. Bo kto niby miałby?
Usiłowałam oczywiście spać, ale nadal sypiałam w rytmie godzina kaszlu-5minut drzemki.
W rozpaczy zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu domowych sposób na kaszel bo farmaceutycznych w Szwecji nie uświadczysz. W każdym razie: nie bez recepty. Tak jak ze wszystkim tak i z medycyna masz do wyboru syrop Bisolvan (czy jakoś tak) albo tabletki bisolvan. Na kaszel mokry i suchy. A ja czułam, że mi kurcze nie chodzi o zamianę kaszlu suchego na mokry. Tylko na uspokojenie szalejących rzęsek na śluzówce.Nawet usiłowałam to sobie wizualizować i przemawiać do nich. Rzęski wyglądały jak te elektryczne stworki u Muminków, ale ani uspokajające słowa, ani miód, ani cukierki Vick, ani cukierki na gardło nie powstrzymywały ani na chwilę ich szalonego tańca.
W piątek wreszcie się ugięłam i znajomościami wyżebrałam receptę na narkotyk. Dotrwałam dzielnie do wieczora, zapodałam sobie przypisaną dawkę i wreszcie szalona pląsawica moich rzęsek na śluzówce się skończyła. Pani w aptece dając mi pyszny syropek przestrzegła, że można się po nim czuć zmęczonym. Taaaak? No ale to przecież nie ja. Ja na wszelkiej maści uspokajacze reagują albo wcale albo na odwrót. Teraz było na odwrót. O północy byłam świeża jak szczypiorek na wiosnę. Po za tym, że telepały mną dreszcze, huczało mi w głowie, a nosa leciała Niagara. W sobotę też szłam do pracy, na króko jak zawsze, ale jak zawsze…na 5.30.
Jak przeżyłam – nie wiem.
Wróciłam z pracy. Podrzemałam. Poszłam z psem.Pokręciłam się, zjadłam, coś tam do zmywarki wstawiłam. Poszłam spać. I wreszcie zasnęłam. Wstałam po ponad dwóch godzinach. Była piata po południu. Ugotowałam żurek z torebki. Zjadłam na siłę. Posiedziałam chwilę gapiąc się w Gilmorki i poczułam, że oczy mi się same zamykają. To poszłam do łóżka. Zasnęłam. Dwie godziny później zdjęłam dres bo mi było za gorąco, nałożyłam piżamę…i poszłam dalej spać. Budziłam się co dwie godziny i byłam przekonana, że teraz to już nie zasnę…po czym przykładałam głowę do poduszki i odlatywałam.
Na dobre obudziłam się o ósmej rano. Dzisiaj. Podejrzliwie obejrzałam butelkę z narkotykiem, ale zawartość nie zmalała jakoś wyraźnie więc chyba nie raczyłam się syropkiem w lunatycznym śnie.
Spałam ciurkiem 13 godzin!
Teraz powinnam napisać, że wstałam pełna werwy i zapału…Ale nie. Pół dnia snułam się po domu, kwaśna, rozmemłana, nie senna ni przytomna…Jezu, jak ja nie lubię takiego stanu u siebie.
Pocieszam się, że katar powinien zacząć mijać. W zasadzie z nosa już nie cieknie. To, że zasmarkałam kilka chusteczek w ciągu ostatnich kilku godzin to zasługa Lorelai śpiewającej „I will allways love you” oraz Luke’a mówiącego „I just…like to see you happy” oraz słów Rory  „Mom. You’ve given me evething I need”.
Obejrzałam Gilmorki po raz setny. Pierwszy raz z lektorem (kiepskim), dzięki czemu mogłam popatrzeć na szczegóły. Np. na to czy widoki za oknami się zgadzają lub meble.
Od jutra zapowiadają temperatury plusowe. O 17 jest jeszcze jasno. O 7 już jasno…prawie.
No to…chyba idzie ku wiośnie, co?

29. Pochwała witaminy D3

Przywiozłam sobie z Polski jeszcze przed sezonem kapsułki wypełnione olejem z witaminą D3. Pod koniec października zaczęłam łykać.
Doświadczenia poprzednich zim wskazują, że w propagandzie na temat witamin D3 jest przynajmniej ziarno prawdy. W zimy gdy ją sobie systematycznie uzupełniałam, nie łapałam infekcji a i nastrój bywał lepszy. Gdy zaniedbywałam powtarzała się stara śpiewka: Panna S przychodziła z lekkim katarkiem, a na drugi dzień niżej podpisana umierała. Katar. Z kataru szło na zatoki. Z zatok spływało do gardła, podrażniając je. Gardło zawalone, gluty zatykające je w najmniej właściwej chwili. Z gardła bakterie szły z powrotem do zatok…i tak całą zimę.
W tym roku było jednak dużo, dużo lepiej.
Nic się nie zmieniło, poza tą jedną, skrupulatnie przestrzeganą rzeczą: łykanie witaminyD3.
Jakoś tak w grudniu eM załapał rotawirusa. W Szwecji to świństwo nosi miano magsjuka i w najmężniejszym potomku Wikinga wywołuje natychmiastową chęć ucieczki w chwili gdy tylko ktoś wymówi to słowo. Delikwent, którego dopadnie w pracy nawet najmniejsza niestrawność, jest natychmiast wysyłany do domu, a toaleta, z której korzystał zostaje zamknięta aż do przyjścia sprzątaczki, której obowiązkiem jest zdezynfekowanie pomieszczenia.
Przesada? Też tak sądziłam, w duchu śmiejąc się ze Szwedów, że się pieszczą, mają permanentną hipochondrię albo zwyczajnie migają się od roboty. Do czasu aż dopadło nas.
Kilka lat temu, Panna S była jeszcze maleńka i przywlekła zarazę z przedszkola. Od niej zaraziła się Misia.
Wiedzieliśmy, że cholerstwo jest zaraźliwe. Ale dziewczyny siedziały w domu same, nie mając co jeść, nie mając mleka. Bo z magsjuka do sklepu się nie wyskoczy. Nie ma mowy.
Weszliśmy tylko za próg, do przedpokoju. Postawiliśmy torby z zakupami i natychmiast wyszliśmy. Poza klamką – nie dotykaliśmy niczego. Dziewczyn nawet nie widzieliśmy…
Mimo wszystko wystarczyło.
Następne trzy dni to coś strasznego. Biegunka, wymioty, potworny ból brzucha oraz gorączka. Naprawdę, nie życzę tego prawie nikomu. Od tamtej pory, wystarczy, że ktoś koło mnie wspomni tę banalną niby dolegliwość a ja natychmiast marzę o ucieczce.
Wtedy w grudniu uciec nie było gdzie…Myłam ręce jak najczęściej i właściwie tyle w kwestii zabezpieczenia.
eM się wykurował. Chwilę potem pracowa koleżanka przyszła z wieścią, że jej synek właśnie poległ w walce z zarazą po czym następnego dnia okazało się, że ona także.
No, byłam na 100% pewna, że teraz już po mnie…Ale nie.
Nie zliczę ile razy w ciągu ostatnich czterech miesięcy całowałam i przytulałam zasmarkaną Pannę S. Pochorował się eM, pochorował Yankie…a ja nic. I już myślałam, że tym roku mi się wreszcie udało.
Aż do wczoraj. Cholera.

28.

Wieje, no wieje i rozwiewa mnie…
(Lech Janerka)
Zamiast porannego polewania wodą Tośka stosuje inne metody szokowe do wyciągnięcia człowieka ze snu. Sus z rozpędu na łóżko, mokry jęzor na twarzy, to początek. Doprowadzony w ten sposób do pozycji półpionowej człowiek (siad) zbiera swoje członki do gromady, by opuścić ciepły i przytulny kokon kołdry i zderzyć się z zimną podłoga. Albowiem dywanik przy łóżku jest już misternie zrolowany za sprawą psiej aktywności, a kapcie…cóż. Kapcie są, tylko zazwyczaj daleko. O ile uda się je znaleźć. Jak człek jest oporny na terapie szokowe to tu czeka go jeszcze jeden bodziec: wkładasz stopę, jeszcze ciepłą ciepłem spod kołdry w kapeć a tam mokro gdyż kapeć przed chwilą zaledwie znajdował się w obślinionej paszczy. Teraz to już, człowieku, na pewno nie śpisz. Ale może jednak? No to terapii szokowej ciąg dalszy. Sprint do przedpokoju. Tam leży, ukradziona wczoraj wieczorem plastikowa butelka po napoju. Łapie się butlę w paszczę, butla skrzypi i strzela niemiłosiernie, wypada z paszczy waląc o panelową podłogę  (bo kto by to robił w kuchni na podłodze plastikowej? albo na macie wyłożonej na środku przedpokoju, żeby się rozpędzony pies nie zabijał o drzwi łazienki). Hałas jest przy tym taki, że umarłego by podniosło. Człowiek, już spionizowany, zabiera butelkę, odkłada poza zasięg psiej mordy, ale pies w tym czasie leży i kwiczy ze śmiechu, bo butelka to tylko taka zmyłka była, żeby odwrócić uwagę od wycmoktanej kości wołowej. Ta kość, podrzucona do góry, spadając na panele czyni dość hałasu byś już teraz człowieku był na pewno całkowicie rozbudzony.  I nie ma znaczenia, że pies stoi na środku maty. Kość, butelka, cokolwiek twardego się znajdzie, zawsze spadnie tam, gdzie maty nie ma. W ostateczności można podrzucić kapciem drugiego człowieka tak, by ten kapeć walnął w drzwi, za którymi śpi drugi człowiek. Drzwi oszklone, dodam. Nie żeby je zaraz rozbijać bo i po co? Hałas działa równie dobrze, a konsekwencje mniejsze.
Kiedy więc spionizowany nareszcie człowiek pokona tor przeszkód i dotrze do kuchni w poszukiwaniu energiodajnej kawy Pies z westchnieniem pełnym satysfakcji z powodu dobrze wykonanego zadania układa się wygodnie i zapada w sen.
A ty, durny człowieku, jakżeś znowu z wieczora zaniedbał środków ostrożności to teraz sącz tę swoją pierwszą kawę, sącz. Ale nie myśl sobie, że dany ci będzie spokojny poranek. Bo już za chwilkę, za godzinkę, za pół, za dwadzieścia, za piętnaście minut Psu włączy tryb spacerowy. I terapii szokowej nastąpi ciąg dalszy.
I to było na tyle na tę chwilę.
Oddalam się do resztki wystygłej kawy, bo mam tylko 10minut…

27. I co dalej Europo?

Nie masz czasami wrażenia, że zalewa nas bylejakość? Wszystko jest na teraz, na już, na chwilkę, żeby za chwilę móc zająć się czymś innym. Nie tylko książki są wydawane byle jak. Popatrz na ubrania, na sprzęty, na wszystko …Społeczeństwo zachowuje się jakby w ciągu ostatnich lat dostało ADHD. Ciągle potrzebuje nowych bodźców, nowych zabawek, nowych wrażeń. Ma się dziać i ma się dziać szybko. Poziom konsumpcji osiąga wg mnie zastraszające rozmiary. A najgorzej, że taki zwykły człowiek nie bardzo może się temu opierać. Bo jak mu się po roku popsuje telefon, a naprawa przekracza jego wartość, to kupi nowy bo idea ideą a ekonomia swoje. Kupujemy i kupujemy, a garstka takich Trumpów ma coraz więcej kasy.
Pamiętam czasy, kiedy moda trwała kilka lat. Dziś to, co noszone było latem jest niemodne. I nawet wiem skąd się to bierze. Najpierw najwięksi przenieśli produkcję do Azji, a potem zrobiła to cała reszta, żeby dotrzymać kroku konkurencji. A ponieważ zalała nas tania produkcja i można było obniżyć ceny sprzedaży, to żeby osiągnąć swoje, trzeba sprzedać więcej. Zastanawiam się do czego to nas doprowadzi. Przeraża mnie jak bardzo skurczył się rynek pracy w Europie.

Naiwni wierzą, że Europa wysławszy przemysł do Azji zachowa dla siebie stanowiska w zarządzie. To znaczy, że Azjaci będą pracować jak mrówki, a my Panowie z Europy będziemy tylko wskazującego palca używać do pokazania co jeszcze trzeba zrobić lub do przeliczenia coraz grubszego pliku banknotów. Co za bzdura!
Wyobraźmy sobie, że te wszystkie fabryki, które przenieśliśmy do Azji produkują nie ubrania, porcelanę czy auta, a broń. I teraz powiedzcie mi, że Azjaci mając u siebie całą technologię oraz linie produkcyjne do wytworzenia każdej broni jaką człowiek wymyślił, nadal będą ją wytwarzać w niewolniczych warunkach i oddawać sprzedawać ją Panom. Akurat! W najlepszym razie – zażądają tylko wyższej ceny. W najgorszym…I co im kto zrobi? Paluszkiem pogrozi?
Europa siedzi na wulkanie i tylko kwestią czasu jest kiedy ten wulkan wybuchnie.
Błędem było wysyłanie przemysłu do Azji. Błędem było przyjmowanie uchodźców. Do Europy napłynęła ogromna fala ludzi całkiem odmiennych kulturowo. Nie byłoby źle, gdyby tę masę można było zagospodarować ku obopólnemu pożytkowi. Czyli gdyby dać tym ludziom pracę. Ale pracy nie ma. Nie ma dla tubylców a tym bardziej nie ma jej dla przybyszów. Nic dziwnego, że nacjonalizm rośnie w silę. I będzie rósł, bo nacjonalizm idzie w parze z biedą. Czy to dziwne, że ktoś, kto ciężko pracuje by móc opłacić rachunki, kupić jedzenie i wykształcić dzieci oburza się, gdy jego sąsiad ma to samo nie kiwnąwszy palcem? Tylko dlatego, że przybył skądś tam, z daleka, z wojny, którą jego rodacy rozpętali?
Problem w tym, że Europa zjada własny ogon. Brak pracy czyli brak dochodów, a gąb do wykarmienia przybywa. I co teraz?
Najbardziej irytuje mnie jednak to, że ci, co nas w ten układ wpakowali, nie ponoszą konsekwencji.
Kto pierwszy zaczął wysyłać produkcję do do Azji, dawno, dawno temu?
A kto mieszał na Bliskim Wschodzie organizując, pokojowe oczywiście, interwencje w sprawie broni, której nie było?
Kto teraz siedzi sobie spokojnie i oddalony oceanami patrzy jak Europę zalewają uchodźcy?
I co dalej, Europo?

A jako komentarz trzy grosze od mojej przyjaciółki:
Europa dodatkowo sama produkuje uchodźców. Niszcząc ich lokalną działalność, aneksując tereny pod fabryki, gospodarstwa wielkoprzemysłowe i odbierając bogactwa naturalne. Przyczynia się też do wypalania lasów Indonezyjskich i dewastacji łowisk na innych kontynentach.
A co do Azji… Coraz więcej chińskich korporacji wzbogaca się na tyle, zeby przejmować zachodnie.

 

26. O mowo ludzka! dylematy językowe

Właśnie przeczytałam kolejnego Wallandera. Świetny, oczywiście, jak wszystko co wyszło spod pióra pana Mankella. Aż żałuję, że nie czytam po szwedzku i przekonuję samą siebie, że może warto się przemóc, zmusić choćby do kilku stron dziennie.
Ale ja nie o tym…
To co raziło mnie niezmiernie jest spolszczanie szwedzkich nazw miejscowości. Niektóre nawet dałoby się przełknąć, ale nie Ystad. Kurt jak wiadomo mieszka w Ystadzie…Grrrr…Brzmi to okropnie. Tak samo jak w Simrishamnie czy w Kopingu.
Tak mnie to irytowało, że zapytałam znajomą tłumaczkę (z francuskiego wprawdzie, ale zasady są pewnie takie same) czy to poprawnie i dlaczego.
Odpowiedziała mi:
Kasiek, mnie też skręca czasem, jak coś takiego przeczytam!
Jest tak: te nazwy, które się dadzą odmieniać „po polsku” – trzeba odmieniać (w tym oczywiście spolszczone: Tuluza, Liberec itp..). Nie odmienia się nazwa, do których nie da się dopasować polskiej odmiany (Capri, Hanoi, Turku), tych gdzie akcent jest na ostatniej sylabie (Grenoble – wym. „grenobl” – ale z wyjątkiem Cherbourg (Cherbourga) i tych, które mają „um” na końcu (Bizancjum, Monachium).
Czyli do Limoges pojechał (wym.[limoż}, akcent na ostatniej, i w zasadzie do Ystadu (choć to mi się nie podoba), do Karlskrony i oczywiście do Ardali!
Tylko że to łatwa teoria, a z praktyką (zwłaszcza redakcyjną ) jest gorzej… Niektóre książki w ogóle lecą bez redakcji, bo i tak się sprzedadzą – a wiadomo, że im więcej ócz na tekst spojrzy, tym więcej błędów wyłapie.

Teoretycznie mi wyjaśniła, w praktyce nadal mi to „w Ystadzie” zgrzyta. I chyba już  wiem dlaczego. Bo Ystad to nic innego jak Miasto Y. Simrishamn to Port Simris. A już Koping (Köping) to po prostu Miasteczko. Chyba dlatego mi zgrzyta bo to jest tak, jakbym mówiła, że mieszkam w Centrumie, bo dzielnica nazywa się Centrum.  W związku z tym nie, nie przyjdę na poprawny wg językoznawców system i nie będę odmieniała niektórych nazw. Nie. Zaufam mojej intuicji językowej.

Heh…Nawet internetowi się nie podoba owo „w Ystadzie” bo mi uporczywie podkreśla i proponuje zmienić na Stadzie, Ystad-zie, Ystad zie, Y stadzie oraz (tu robię oczy jak pięciokoronówki) Zadzierzyste.

 

25. Tośka myśląca

Wyszłyśmy na nasz poranny spacer. Tuż za domem, Tośka złapała coś w pysk. Coś, czego nie zauważyłam, w związku z czym nie zdążyłam warknąć „fuj!”. A skoro nie było „fuj” znaczy jest „mniam”. Złapała. Zacisnęła szczęki. Ciasteczko odsunęła nosem. Nie była to chusteczka higieniczna, którą mogłaby zeżreć, więc machnęłam ręką. Wiem, że im bardziej jej coś z paszczy wydzieram tym bardziej ona to w tej paszczy trzyma. A tak, po kilku krokach wypluje, bo będzie jej to przeszkadzało węszyć. Tak, jak robi to z dziecinnymi smoczkami.
Poszłyśmy. Tośka rwała przodem w jakimś przyspieszonym tempie, nie zatrzymując się na poniuchanie. Paszcza była konsekwentnie zamknięta, co oznaczało, że zdobycz nadal tam jest. Trasę, która zwykle zajmuje nam jakieś 10-15 minut pokonałyśmy w pięć. Dla mnie fajnie, bo ja lubię chodzić dość szybko . Dreptanie nóżka za nóżką męczy mnie okrutnie.
Minęłyśmy most, skręciły w stronę drugiego. Parę metrów dalej był placek rozkopanej jesienią ziemi i tam pociągnęła mnie Tośka. Wykopała dołek, wrzuciła to, co trzymała w pysku, a co okazało się małym kłębkiem sznurka. Zakopała dołek nosem. Odeszła kawałek, powęszyła, wróciła, dosypała ziemi, ruszyła do przodu. Obejrzała się na mnie. Obejrzała się znowu. Noż kurde! To bydlę mnie poganiało!
Wieczorem, w zasadzie po południu, ale o 17 jest u nas jeszcze czarna noc, więc wieczorem, Janki wziął psa na spacer. Kiedy wrócili i pies wpadł do mnie się przywitać natychmiast zauważyłam, że coś „upolowała” bo paszcza była mocno zamknięta.
Dałam wody, dałam kulek, Janki dwoma palcami podniósł z podłogi…kłębek sznurka.
– Byłeś za mostem? – domyśliłam się. Potwierdził.
– Kopała tam, gdzie ta ziemie świeża, tak prawie na przeciw kościoła? – Znowu potwierdził. I dodał, że sama go tam pociągnęła jakby się paliło.
Sznurek wylądował w koszu.
Nazajutrz rano poszłyśmy na spacer w innym kierunku. Bo ja nie znoszę chodzić ciągle tą samą drogą.
Ale Janki uwielbia rutynę, te same szlaki, takie same kolejności zdarzeń. Dlatego wieczorem poszedł znów „dookoła rzeki”. Z psem naturalnie.
Wrócili. I opowiedział mi.
Tośka ciągnęła jak wariatka w stronę rozkopanego placka ziemi. Gdy tam dotarła zaczęła kopać tam, gdzie był dołek. Nie znalazłszy nic zaczęła węszyć dookoła, coraz bardziej zdegustowana, coraz bardziej niespokojna i zawiedziona. Na koniec uwaliła się na tym placku całą swoją postawą demonstrując zniechęcenia i ogólną naganę: „co za złodzieje! podiwanili mi skarb!bandyci!”.
Nie, proszę mnie nie pytać dlaczego jednego dnia pamiętała,że go tam zakopała, a drugiego już nie pamiętała, że go stamtąd zabrała.