34. Wstawaj, szkoda dnia

Obudziłam się z Dwa plus Jeden w głowie.
Nareszcie świt zastąpił noc
powietrze świeże, jak po burzy
Więc po co chowasz twarz pod koc
dzisiejszy dzień się nie powtórzy

Czekają gry nierozegrane
czekają sny niewypełnione
czekają wiatry nie schwytane
a każdy woła w twoją stronę:
Wstawaj, szkoda dnia!
Wstawaj , szkoda dnia!

Stare piosenki mają jednak to coś. Słowa i muzyka, aranżacje. Artyzm w czystej postaci. Dziś rynek muzyczny trwa na zasadzie „Każdy śpiewać może”. Jak nie może, to się mówi, że ma charyzmę, które to określenie jest eufemizmem na robienie z siebie cudaka, i może.
Ech…

Smętnie spoglądam na nie przestawiony od pół roku zegarek i myślę sobie, że za tydzień czas się nareszcie będzie zgadzał i że będę się musiała oduczyć odejmowania jednej godziny. Tak, właśnie za tydzień następuje zmiana czasu, właśnie za tydzień. Kiedy nareszcie zaczęłam budzić się tuż przed budzikiem, kiedy mój organizm nareszcie się wyregulował i, przepraszam, jelita znowu zaczęły podejmować pracę o zwykłej dla siebie porze. Przepraszam, że poruszam sprawy tak trywialne, ale Ciało Kaśki strasznie nie lubi zmian, zwłaszcza we wczesnych godzinach porannych. Dusza Kaśki też nie bardzo.
A tu znowu nam zaburzą, dranie. Gdybyż jeszcze ktokolwiek umiał wytłumaczyć przekonująco DLACZEGO. Czytałam kilka teorii, każda ma luki w logice. Czyli robi to pół Europy, ale nikt nie wie dlaczego. Co za bzdura.

No, ale tymczasem wiosna.
Panna S odkrywszy kwitnące pod sąsiednim blokiem krokusy wpadła najprawdziwszy zachwyt i kazała siebie oraz swoją Tosię uwiecznić w tych kwiatkach. Wzruszające było patrzeć jak dziecko stąpa ostrożnie, na paluszkach, żeby rozsypanych po trawniku kwiatków nie zdeptać.
Zdjęcie z telefonu, ale wyszło nad podziw dobrze.
Ten tydzień przeleciał mi nie wiem kiedy…
Poniedziałek spędziłam z takim jednym rodakiem w poczekalni ośrodka zdrowia. Rodak, który w ramach kontraktu pracuje teraz z eM, zaprószył sobie oko, coś się wbiło i lipa.
Spędziłam pięć czy sześć godzin w towarzystwie zupełnie obcego mi człowieka, bo człek ten, przyjeżdżając na kontrakt, szwedzkiego znać nie potrzebuje, angielskiego też nie za wiele. I okej, ja to doskonale rozumiem. To znaczy, nie, nie rozumiem, bo pracując na kontraktach to bym choć się starała angielskiego nauczyć, żeby móc cokolwiek, no ale wiem, że nie każdy ma w sobie „tę moc”. Natomiast  kompletnie nie rozumiem ludzi takich, jak ci, których w owej poczekalni spotkałam. Też rodacy. Mieszkają tu, pracują tu, dziecko tu chodzi do szkoły, chcą tu być. I ani w ząb szwedzkiego. Syn trochę…Bez komentarza.
W środę byłam na pokazie zdjęć „Pojechać na Antarktydę” Jana Gustafssona.
Tu link do strony tego pana, w dolnym rzędzie kilka zdjęć właśnie z Antarktydy:
http://www.jangustafsson.se/bildvisningar.htm
Zdjęć nie było za wiele, opowieści więcej. Dowiedziałam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy.
1. Taka wyprawa kosztuje mniej więcej tyle, co nowy, średniej klasy samochód.
2. Antarktyda, wcale nie jest biała, tak jakby człowiek oczekiwał w krainie śniegu. Okazuje się, że zamarznięta woda może przybierać kolory turkusu, błękitu aż do intensywnego lazuru.
3. Pingwiny są różne. Małe, większe, duże. Biało-czarne, ale i kolorowymi znaczeniami. A mnie wydawało, że pingwin to pingwin, jeden i ten sam wzór powielony tysiące razy. A tu nie!
4. I najciekawsze.Wiecie, że nim się zejdzie na Antarktydę to trzeba przejść oczyszczanie? Pomoczyć buty w czymś tam, odkurzyć się…Nigdy nie pomyślałam.
A jeszcze w środę rano przebiegłam się z kijami, które, od lipca chyba, stoją w kącie.
Niestety…Sfatygowana przed kilkoma laty stopa w tym roku oszalała i boli jak wściekła. Nie tylko na tej wrażliwej zewnętrznej krawędzi, ale cała, łącznie z kostką. Chodzenie normalne jest bolesne, a już chodzenie na sportowo…
Ale oto znowu słońce, i kije mnie wołają znowu. Ulec? Będę potem płakać…
We czwartek zastępowałam koleżankę, co rozbiło mój poranek, a zatem i cały dzień.
A w piątek czekałam na Pannę S.
Generalnie cały tydzień snułam się z kąta w kąt. Senna, rozmamłana, ziewająca, z drapaniem w gardle. Ożywiałam się dopiero, gdy trzeba było iść spać. Odkryłam, że umiarkowane wiosenne temperatury mają jeden pozytyw: można nosić trampki palladium i nie odparzać stóp. A kocham moje piaskowo-różowe palladiumki. Są mega wygodne, trzymają obolałą stopę w ryzach, podeszwę mają grupą i nie całkiem płaską.
W tym tygodniu postanowiłam się nie dawać wiosennemu przesileniu. Nie mam zresztą wyjścia, bo należy wreszcie zakończyć 2016 u klientów. Niewiele mi zostało, a odkładam i odkładam. Jak zakończę, to będą pieniążki na upatrzone na Amazonie hikingowe Merrelki oraz na wyjazd do Polski pod koniec maja (mam nadzieję).
Ale chyba jednak…no pójdę na te kije. Jak mi za tydzień zmienią czas to znowu nie będę miała siły.
To na razie…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s