30.

Znacie to powiedzenie, że przeziębiony mężczyzna nie walczy o zdrowie, on walczy o życie? Albo, że facet jak ma 36,7 stopni gorączki to umiera?
Albo…co tam jeszcze było? Coś o umieraniu na katar, chyba?
Ratunku! Jestem facetem!
Przeziębienie wyjęło mi tydzień z życiorysu. W poniedziałek umierałam, we wtorek uznałam, że leżenie w łóżku pomogło i skończy się na dreszczach i lekko przytkanym nosie. Oraz suchym kaszlu. We środę wstałam z takim bólem głowy, że byłam pewna, że mam wylew. Nabrałam prochów, ból lekko stłumiłam, ale ani lektura ani tym bardziej komputer nie wchodziły w grę. Nie mogłam też siedzieć, ani leżeć. Z tego wszystkiego poszłam na spacer a było cudnie: słonecznie, bezwietrznie, wiosennie. Słońce pokazało jak brudne mam szyby w kuchni. Więc je przetarłam z dwóch stron, ale nie od środka licząc na to, że nowoczesny płyn do szyb pokona stare przesądy mówiące o tym by nie myć okien w pełnym słońcu. Nie pokonał i gdy słońce schowało się za blok musiałam umyć je jeszcze raz. Od tamtej pory słońce się nie pokazało, więc nie wiem co z tego wyszło. W środę jeszcze wzięłam Tośkę na spacer na zamarznięte jezioro. Cudnie było wciąż, żałowałam, że nie mam aparatu, ale pies+lód+aparat=DRAMAT na 100%. Wróciłam do domu, z rozpędu usmażyłam pączki, pierwszy raz w życiu nie osiągając efektu kamienia. Ta środa była pracowita, roznosiła mnie energia tak, że nie mogłam zasnąć. Dodatkowo zasypianie utrudniał suchy kaszel. A we czwartek deklarowałam powrót do pracy.
No i wróciłam.
Spałam maksymalnie jakieś cztery godziny, po czym rano wstałam umierająca. Gorączka, zatkany nos, hucząca głowa i obolałe gardło. Po pracy usiłowałam spać, ale wyglądało to tak, że godzinę kaszlałam, drzemałam pięć minut w pozycji siedzącej a potem znowu kaszlałam. Przekaszlałam cały czwartek. W piątek do pracy powlokłam się siłą woli. Przyroda sprawiła wszystkim niespodziankę i obdarzyła świat cudną mżawką, która w połączeniu z minusową temperaturą pokryła wszystko równiutką warstwą lodu. Jakim cudem rwąca z kopyta Tośka nie zabiła mnie na chodniku podczas spaceru to nikt nie wie. Oraz nie rozumiem dlaczego ten pies zachowuje się jak szalony najbardziej wtedy gdy nie powinien. Bo tak, oczywiście, że chodziła na poranne spacery z psem. Bo kto niby miałby?
Usiłowałam oczywiście spać, ale nadal sypiałam w rytmie godzina kaszlu-5minut drzemki.
W rozpaczy zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu domowych sposób na kaszel bo farmaceutycznych w Szwecji nie uświadczysz. W każdym razie: nie bez recepty. Tak jak ze wszystkim tak i z medycyna masz do wyboru syrop Bisolvan (czy jakoś tak) albo tabletki bisolvan. Na kaszel mokry i suchy. A ja czułam, że mi kurcze nie chodzi o zamianę kaszlu suchego na mokry. Tylko na uspokojenie szalejących rzęsek na śluzówce.Nawet usiłowałam to sobie wizualizować i przemawiać do nich. Rzęski wyglądały jak te elektryczne stworki u Muminków, ale ani uspokajające słowa, ani miód, ani cukierki Vick, ani cukierki na gardło nie powstrzymywały ani na chwilę ich szalonego tańca.
W piątek wreszcie się ugięłam i znajomościami wyżebrałam receptę na narkotyk. Dotrwałam dzielnie do wieczora, zapodałam sobie przypisaną dawkę i wreszcie szalona pląsawica moich rzęsek na śluzówce się skończyła. Pani w aptece dając mi pyszny syropek przestrzegła, że można się po nim czuć zmęczonym. Taaaak? No ale to przecież nie ja. Ja na wszelkiej maści uspokajacze reagują albo wcale albo na odwrót. Teraz było na odwrót. O północy byłam świeża jak szczypiorek na wiosnę. Po za tym, że telepały mną dreszcze, huczało mi w głowie, a nosa leciała Niagara. W sobotę też szłam do pracy, na króko jak zawsze, ale jak zawsze…na 5.30.
Jak przeżyłam – nie wiem.
Wróciłam z pracy. Podrzemałam. Poszłam z psem.Pokręciłam się, zjadłam, coś tam do zmywarki wstawiłam. Poszłam spać. I wreszcie zasnęłam. Wstałam po ponad dwóch godzinach. Była piata po południu. Ugotowałam żurek z torebki. Zjadłam na siłę. Posiedziałam chwilę gapiąc się w Gilmorki i poczułam, że oczy mi się same zamykają. To poszłam do łóżka. Zasnęłam. Dwie godziny później zdjęłam dres bo mi było za gorąco, nałożyłam piżamę…i poszłam dalej spać. Budziłam się co dwie godziny i byłam przekonana, że teraz to już nie zasnę…po czym przykładałam głowę do poduszki i odlatywałam.
Na dobre obudziłam się o ósmej rano. Dzisiaj. Podejrzliwie obejrzałam butelkę z narkotykiem, ale zawartość nie zmalała jakoś wyraźnie więc chyba nie raczyłam się syropkiem w lunatycznym śnie.
Spałam ciurkiem 13 godzin!
Teraz powinnam napisać, że wstałam pełna werwy i zapału…Ale nie. Pół dnia snułam się po domu, kwaśna, rozmemłana, nie senna ni przytomna…Jezu, jak ja nie lubię takiego stanu u siebie.
Pocieszam się, że katar powinien zacząć mijać. W zasadzie z nosa już nie cieknie. To, że zasmarkałam kilka chusteczek w ciągu ostatnich kilku godzin to zasługa Lorelai śpiewającej „I will allways love you” oraz Luke’a mówiącego „I just…like to see you happy” oraz słów Rory  „Mom. You’ve given me evething I need”.
Obejrzałam Gilmorki po raz setny. Pierwszy raz z lektorem (kiepskim), dzięki czemu mogłam popatrzeć na szczegóły. Np. na to czy widoki za oknami się zgadzają lub meble.
Od jutra zapowiadają temperatury plusowe. O 17 jest jeszcze jasno. O 7 już jasno…prawie.
No to…chyba idzie ku wiośnie, co?

2 myśli w temacie “30.

  1. Popieram wit D, też się przekonałam. Teraz nie łykam, ale codziennie ryby. Jak Ci się zaczyna katar, tzn jak tak szkrabie cie z tyłu gardla (to jest miejsce wejścia i namnazania wirusów) zrób sobie parówke – głową nad gorąca woda, ważne żeby było gorąca bardzo. Wirusy giną i katar się nie rozwijam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s