44. Reset

Po 22 godzinnej podróży dotarłam do Olsztyna w objęcia przyjaciółki.
A droga była drogą przez mękę, gdyż o 4 rano na promie dopadł mnie kac gigant. Kac jakiego nie doświadczyłam od lat co najmniej piętnastu. Miałam wszystko: ból głowy, telepkę, zimne i gorące poty oraz mdłości. Dodatkową atrakcją był stały wir w głowie. W postaci zwłok wywlekłam się na pokład, wcześniej usiłując ubrać się w kompletnych ciemnościach i nie budząc eM. A jeszcze wcześniej zapodać sobie jakąś medycynę przeciwbólową.
Pętałam się po tym pokładzie, wiatr urywał mi głowę. Nie zamarzłam tylko dlatego, że nie byłam w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Słoneczko sobie radośnie wschodziło, co było frustrujące bo wschodziło mi nie po tej stronie co powinno. Upłynęło piętnaście minut, potem kolejne i kolejne, a medycyna jakoś nie dawała rezultatów. Zimne powietrze uspokoiło mdłości ale tylko tyle. Nadal nie rozumiejąc co się dzieje, że ta medycyna nie działa i czemu to słońce mam tak dziwnie, przystanęłam na chwilę żeby choć ustalić gdzie to słońce mam mieć. Zmusiłam mózg do wysiłku i ustaliłam, że nie, słońce leży prawidłowo pod warunkiem, że ja stanę twarzą w kierunku przeciwnym do kierunku promu. Wtedy mi się strony świata zaczęły zgadzać.
I gdy tak stałam w tym cieniu usłyszałam w głowie PSTRYK. I jakby mi nieco ulżyło. Zimno mi było w tym cieniu, więc wyszłam na słońce i ulga, mała bo mała,ale jednak, znikła. Znów mi było …najgorzej. Ki grzyb? Cofnęłam się w cień…Pstryk. Wyszłam na słońce. Y-y!
Acha. Dotarło do mnie. Ni chybi migrena. Normalne po imprezie. Ale zaraz…Ja nie byłam na żadnej imprezie! Zjedliśmy grzecznie promową kolację, którą popiłam herbatką z cytrynką! I to była moja impreza! Zaraz potem poszłam spać.
Rozgryzie dylematu zajęło mi czas potrzebny do pokonania całej długości promu  by przejść na stronę zacienioną. I dopiero tam zrozumiałam, że po pierwsze zwariował mi błędnik bo była lekka fala. Po drugie, co zresztą ustaliłam wcześniej mam migrenę. Więc nie ma sensu pchać w siebie kolejnego procha, bo nie pomoże. Po trzecie było mi zimna i słabo.
Doczołgałam się do kajuty, w ciemności znowu zrobiło mi się …no może nie lepiej, ale jakby mnie źle.
Pół drzemiąc doczekałam do pobudki.
Herbata z cytryną jakby mnie z lekka otrzeźwiła. Kawę zdążyłam wypić do połowy nim odkryłam, że niweluje skutek herbaty.
No. A potem dojechałam do Olsztyna. I przyjaciółka rzekła do mnie, że ją też tak głowa wczoraj bolała i zmierzyła sobie ciśnienie w przekonaniu, że pewnie znów ma  90/60 czyli mniej więcej jak nieboszczyk. I, że się zdziwiła bo miała te 90/60 …ale raz dwa. Za wysokie! I że może ja też.
To też. No i się okazało, że mam właśnie jakieś kosmiczne odczyty. Zaskoczyło mnie to okropnie! No ale jak to? Za wysokie? Kiedy? Skąd?
Od wczoraj trwam w szoku. Bo mierzyłam to ciśnienie raz jeszcze i było 152/102 czyli za wysokie.
A dziś raniutko, po przespanej całej nadal było za wysokie!
A dziś pada. I jakieś święto i wszystko pozamykane. Więc siedzimy w domu. Ja siedzę. Pojadłam, poczytałam, podrzemałam. Pojadłam. Znowu poleżałam.
Resetuję się.
Czuję jak schodzi ze mnie zmęczenie ostatnich tygodni a może miesięcy.
Za oknem mam Olsztyn, najpiękniejsze miasto na świecie. Za ścianą kogoś z kim mogę, ale nie muszę przebywać. Żadnych obowiązków. Żadnych przymusów.
Reset.
O reszcie pomyślę jutro

43. Za dużo

Chyba za dużo się dzieje.
Jutro ostatni dzień idę do sklepu.
Od pojutrza, czyli od czwartku przenoszą nas w inne miejsce. Będziemy pracować w biurowcu.
Plusy: wolne soboty, wszystkie czerwone święta, JA będę zaczynać o 6 (a nie o 5:30 jak dotąd), dużo bliżej od domu, bo w zasadzie na drugim końcu ulicy.
Minusy: mniejsza płaca bo bez dodatków za niewygodne godziny (czyli te 30min przed godziną 6) brak dodatków za święta, więc w efekcie mniej pieniędzy za tyle samo pracy. Dla mnie dodatkowe źródło frustracji. Bo wszak biurowiec to moje najbardziej naturalne środowisko. Więc zazdrość, zraniona miłość własna, rozżalenie na los…
W piątek wyjeżdżamy z eM do Polski. Możliwe, że już mam rejzefiber (jak to się pisze?).
A jeszcze nim pojadę do zrobienia parę rzeczy. I wiszący nad głowa termin złożenia zaległych deklaracji klienta, któremu księgowa wycięła brzydki numer i zbankrutowała.
Najbardziej nie lubię robić, wykańczać roboty po kimś.

W związku z tym wszystkim nie mogę spać.
Wypróbowałam wszystko i nie działa. Został chemiczny zgłuszacz…ale nawet nie wiem gdzie jest.
W domu pobojowisko no bo przecież remont w całym bloku trwa nadal. Wychodek nadal na podwórku, dobrze, że nie toi-toi bo ja się ich zwyczajnie boję. Mam wizję jak się to-to przewraca, albo że coś mi wpada do czeluści toalety i takie tam schizy. Dlatego na wszelkich imprezach poza domowych wole iść w krzaczki i ryzykować błyskanie białym tyłkiem niż korzystanie z takich miejsc.
No co…każdy ma swoje dziwactwa.
Książkę, moją, znaczy przeze mnie napisaną wysłałam do kilku osób, ale w zasadzie odpowiedź jak na razie mam od dwóch. Jakoś ludziom czasu brak…
Mnie też brak, bo ja tez właśnie zostałam obdarowana zaszczytem przeczytania kawałka czegoś co powstaje, ale nie mam czasu się skupić.
Jutro do południa muszę wypełnić to co się da, bo po południo zabieram Pannę S ze szkoły i będziemy razem czekać na jej mamę a moją córkę, która ma wrócić z wojaży po południowej Polsce. Wojaże można zatytułować „Pokazać Szwedowi Polskę” i w tym roku były to Tatry, Zakopane, Kraków i Auschwitz.
Stęskniłam się za wnuczką. Tak dawno jej nie widziałam…to znaczy jakieś 10 dni temu, ale wydaje mi się, że dłużej. Chyba trochę się cieszę na to wspólne popołudnie.

I to właściwie tyle u mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

42. Ktoś taki jak ty

Właśnie skończyłam pisać moją pierwszą powieść o takim tytule. Gdy kończyłam, w tle grała mi Adele śpiewająca wraz z publicznością „Someone like you”.
Jestem póki co szczęśliwa, że tego dokonałam. Bo do ostatniej kropki byłam pewna, że znowu, jak zawsze zarzucę, porzucę, przeżyję w głowie i nie będę miała zapału by napisać do końca.
Nie wiem czy to jest dobre. Jak pisałam, wiedziałam, że dobre. Teraz wątpię.
Czas pokaże. I kilkoro znajomych.

41. Dokąd zmierzamy?

Tak sobie patrzę na to co się dzieje. Patrzę przez jakiś filtr bo to, co do mnie dociera to są jakieś odpryski tego co pokazują media. Telewizji nie oglądam od lat prawie dziesięciu. Gazet nie czytam trochę krócej i mniej konsekwentnie. Otwieram Wyborczą lub gazeta.pl prześlizguję się po nagłówkach,  więc zawsze coś tam w oko wpadnie. Jak na mój gust wpada i tak za wiele. Ja naprawdę nie mam potrzeby wiedzieć tego wszystkiego. Nie muszę wiedzieć czym zabłysnął jeden sejmowi idiota z drugim parlamentarnym głupcem. Nie muszę wiedzieć jaką formą zabłysnął jakiś pleban czy co mądrego inaczej wymyślił artysta jeszcze bardziej prawicowy. Zresztą lewicowy też nie.
A jednak wpada.
I widzę jak świat się koszmarnie dzieli.
Chrześcijanie-islamiści-inne religie.
Europejczycy – nieeuropejczycy.
Prawica-lewica zdrajców.
Obrońcy życia- mordercy życia.
Kobiety-mężczyźni.

Strasznie to wszystko radykalne, krzyczące, walczące, gotowe w imieniu swych racji zabijać, nawet jeśli tą racją jest ochrona życia.
Straszne jest to, że zalewa naszą ziemię taka fala nienawiści wszystkich do wszystkich. I smutne jest to, że ludzie to tak łykają i coraz bardziej się w to zagłębiają odsądzając od czci wiary wszystko i wszystkich. Gotowi nawet zmieniać historię i ludzi dawno pogrzebanych z honorami teraz wygrzebać z grobu byle tylko móc na nich napluć, bo przez lata zmienił się pogląd ogólny na pewne sprawy.
Jakaś głupota nas ogarnęła, amok jakiś czy co?
Ale najbardziej mnie zaskoczyło, gdy na forum lubimyczytać odkryłam nagonkę na Sienkiewicza. Bo indoktrynuje, bo jest szowinistą, bo …nie pamiętam co jeszcze. Ludzie wręcz z nienawiścią krzyczą, że tego badziewia czytać nie będą.
Noż kurde.
Mogę się zgodzić, że Sienkiewiczowska proza dziś nieco trąci myszką. Dziś, bo 45 lat temu była jeszcze fascynująca i doskonała. Więc co się zmieniło? Czasy, technologia, poglądy akceptowalne. Ale to nie powód by obrażać się na kogoś kto zmarł przed stu laty. Na litość boską, ludzie was już całkiem porąbało w tym wyszukiwaniu wszędzie owej poprawności politycznej?
Naprawdę…trochę zrozumienia dla faktu, że wszystko się zmienia.
Za sto lat, o ile Hawkins się jednak myli,  będą jeszcze inne poglądy głoszone jako poprawne. I to co dziś jest poprawne, wtedy będzie zapewne passe i co z tego?

40.

Nie ma tak, że spoczęłam na laurach i pisać przestałam. Zwyczajnie: życie daje w kość.
Albo obdarza niespodziewanymi atrakcjami.
Teraz na przykład atrakcja zwie ROT. Wiecie co to jest? Jak nie wiecie, uwierzcie, nie chcecie wiedzieć. Ale i tak powiem.
To z angielskiego, nie mogę teraz znaleźć znaczenia po angielsku, ale po polsku oznacza remont, przebudowa, dobudowa. U mnie, w praktyce oznacza, że przez najbliższe osiem tygodni będę pozbawiona: wody oraz dostępu do ustępu: auć!  Oprócz tego nie będę miała łazienki: eee, tam, jakoś przeżyję, oraz: kuchni (Hurra, hurra, hurra!). Okresowo mogę być pozbawiona prądu: auć! W pozostałych rolach: kurz, jeszcze więcej kurzy, dużo więcej kurzu. Oraz pętający się po mieszkaniu, a dokładnie po łazienkach, kuchni i przedpokoju obcy. Pięć dni w tygodniu od 7 do 16.  W roli głównego przeszkadzacza: młot pneumatyczny i spółka.
Pisząc po ludzku: generalny remont kuchni i łazienek. Pomieszczenia te zostaną całkowicie oczyszczone ze znajdującego się tam wyposażenia, będą nowe rury kanalizacyjne, nowa instalacje wodna oraz elektryczna, na to pójdą nowe tapety, a na to nowe kibelki, umywalki, prysznice (żegna wanno) w łazienkach, nowe szafki, kuchenki, lodówko-zamrażarki zlewozmywaki itp. w kuchni.
W związku z powyższym należało te pomieszczenia całkowicie opróżnić. Oraz korytarz, bo wiadomo: kurz, przenoszenie ciężkich lub niewygodnych przedmiotów.
Masakra!
Po co nam tyle rzeczy?! Po co mi 3 rodzaje kieliszków do wina? Stare, fikuśne filiżaneczki, talerzyczki spod nich, zapasy żarcia typu kasza i fasola, sterta blaszek do pieczenia, jakieś inne drobne niby narzędzia kuchenne? Po co mi te obrusy? I…nie wiem co jeszcze. Trzeba było to wszystko posegregować i to co rzadko używane wynieść do piwnicy. Przedtem jeszcze spakować.
Więc ostatni tydzień upłynął nam na pakowaniu, pakowaniu i pakowaniu z największym szaleństwem wczoraj. W zasadzie przez ostatnie dwa tygodnie nie mogłam zająć się niczym innym tylko tym.
Tak mi to nadojadło, że w sumie się cieszę, że to się już jutro zacznie. Tośkę wyekspediuję do córki, wezmę komputer pod pachę i pójdę pracować w bibliotece. Cisza, spokój, nikt nie łazi, nie zagaduje co chwila…Bosko. Jeden problem. Jak przetransportować do biblioteki i z powrotem dwa komputery oraz kilka segregatorów?
…nie pytajcie dlaczego dwa…
Maj się zrobił oszałamiający, cały tydzień świeciło słońce, przyroda dostała przyspieszenia, ptaki się wydzierają, mewy najbardziej, drzewa kwitną wszystkie na potęge oraz zakwitły mlecze. Dopiero sobie uświadomiłam, że bardzo lubię mlecze. I te żółciutkie jak kaczuszki i te puchate kulki.
Jedno „ale” w tym szczęściu to wiatr z północy, lub północnego wschodu czyli zimny lub lodowaty. Bywają chwile, że ucicha, ale nad jeziorem nie da rady bez czegoś cieplejszego a ja nawet lubię naciągnąć cienką czapkę na głowę.
Za miesiąc jadę do Polski. Z mężem, ale z nim tylko tylko jadę i wracam. On będzie w Miasteczku, ze swoją matką, ja głównie w Olsztynie, ale do Miasteczka też wpadnę, na cmentarz oraz do staruszków ciotek i wujków.
Heh. Mojemu kuzynowi ostatnio urodził się synek. Niby nic dziwnego, ale kuzyn jest starszy ode mnie o jakieś dziesięć lat, a jego synek będzie młodszy od jego wnuków. Ba! Jego żona jest młodsza od jego wnuków…albo w podobnym wieku. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale z drugiej strony…Czemu miałby nie dostać od życia choćby chwili czegoś dobrego.
Złośliwa ciotka Wanda będzie po swojemu komentowała „to genach, kochana, to w genach”. A ja zmilczę i nic nie powiem o jej zięciu czy wnukach, którzy tez jeszcze rózne rzeczy mają przed sobą,  bo po co? Pośmieję się i pocieszę w duchu, ciotka mimo dobiegania do osiemdziesiątki wygląda i zachowuje się jakby miała lat sześćdziesiąt.
Ciocia i wujek W. będą się znowu tak ładnie cieszyć, że przyszłam, że pamiętam. I będą mówić do mnie tak ładnie: „Kasiuńka”. Na stół wyjedzie herbatka i ciasto, talerzyki, filiżanki, serwetki. W tle będzie grał telewizor z tureckim serialem, stary zegar będzie machał swym wahadłem,a za oknem będzie ten sam widok na Łynę i wzgórza porośnięte lasem. Kuzynka będzie gadała o wszystkich z rodziny, jej mąż wrzuci kilka słów o tym co czytał…
A ja się poczuję jak w domu. Akceptowana i zaopiekowana.
Musiało minąć tyle lat, musiałam doznać straty tylu osób, by dotarło do mnie, że co z tego, że oni głosują na PiS, że dyktują co mam robić (a pomnik kiedy zmienisz?- słyszę w głowie głos ciotki Wandy), by dotarło do mnie, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma, że pamiętają mnie jako małą Kasię i do dziś mają dla mnie tamtą czułość i uwagę. Nie, wcale nie wyjątkową, oni po prostu tacy są dla wszystkich. Dziś, po latach, wreszcie wiem dlaczego najbardziej na świecie lubiłam być u nich w domu. Dlaczego byli moimi najukochańszymi wujkiem i ciocią. I dlaczego było mi tak trudno powiedzieć które z nich kocham bardziej.
Więc pojadę, wytarzam na warmińskim łonie, bo powiem wam, że Szwecje, Szwajcarie, Włochy, Finlandie i wszelkie inne wielkie światy…a dla mnie najpiękniejsza na świecie jest moja Warmia.
Strasznie tęsknię.

39. Najważniejszy człowiek w życiu

Upewniwszy się u źródła, że nic się nie zmieniło i tekstem mogę dysponować swobodnie podaję do publicznej (prawie) wiadomości tekst, który znalazł się w szczęśliwej dwunastce. Przypominam: dyskwalifikacja z powodu nie mieszkania na terenie RP.
Ostrzegam: potrzebne będą chusteczki.

Baśka

Rybka ma pod spodem dziurkę. I jest pomarańczowo-zielona z wytłaczanymi łuskami.
– Masz dziś imieniny – mówi Baśka.
Pstryk.
Ganiamy się z Baśką dookoła okrągłego stołu. Pociągam róg serwety, a ta zjeżdża z lakierowanego blatu. Wraz z nią wazon.Brzdęk. I po wazonie. Baśka mówi rodzicom, że to ona go zbiła. Milczę pełna strachu, że rodzice poznają, że Baśka kłamie, bo gdy kłamie jej usta się lekko wykrzywiają.
Pstryk.
Idziemy z przedszkola. Baśka jest duża: już chodzi do szkoły. Ma tornister i granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem. I klucz na szyi. Mama i tata pracują. Dlatego Baśka zabiera mnie z przedszkola. Idziemy do domu a potem do osiedlowej świetlicy.
Pstryk.
Baśka mówi:
-Już jesteś taka duża, powinnaś umieć pisać swoje imię. Patrz.
Kawałkiem patyka gryzmoli na ziemi litery.
-Tak się pisze twoje imię- literuje.
Potem w tym samym miejscu, wodząc patykiem po literach powtarzam jej ruchy i literuję jak ona:
-K-A-S-I-A.
Pstryk.
Noc, krzyki. Mama stoi w przedpokoju, z jej nosa płynie krew. Płacze i przeklina. Nad nią chwieje się sylwetka ojca. A pomiędzy nimi mała figurka Baśki, zasłaniająca mamę.
-Tatusiu nie bij mamy, tatusiu. – Słyszę jak powtarza raz po raz. A ojciec mówi bełkotliwie:
-Basia, odsuń się. Odsuń się, Basia.
Boję się. Że się przewróci, albo że znowu jego pięć wyląduje na brzuchu mamy, albo na Baśce, bo jej nie zauważy.
Uchylam drzwi na klatkę schodową i krzyczę w ciemność:
-Ratunku!
Pstryk.
Jesteśmy same w domu. Baśka zdejmuje z kuchenki ciężki gar pełen wrzątku. Będzie zmywać naczynia, bo Baśka lubi pomagać mamie. I naraz garnek wysuwa się jej rąk, leci na podłogę chlapiąc wrzątkiem.
Pstryk.
Idziemy do szpitala -mama, tata i ja. Baśka leży pod oknem, ma zabandażowaną nogę. Wokół jej łóżka kręcą się ciocie. A ja, wiedziona nieomylnym instynktem, zaglądam do jej szafki przy łóżku. Pełno tam słodyczy.
-Ale masz fajosko – mówię pełna zazdrości. Dorośli się ze mnie śmieją. A Baśka mówi:
-Weź sobie co chcesz.
Pstryk.
Idę z Baśką do szkoły, pierwszy raz. Baśka trzyma mnie za rękę.
-Dostaniesz lizaka- obiecuje.
Pstryk.
-Musisz się zapisać do biblioteki – mówi Baśka. – Chodzisz do szkoły to możesz już sobie sama czytać.
Pstryk.
Baśka staje przed Grubą Anką, która przerasta ją o głowę, choć to Baśka jest starsza. Baśka już jest w trzeciej klasie. Jest DUŻA choć niewiele ode mnie wyższa. Gruba Anka i jej koleżanka Iwona, moje koleżanki z pierwszej klasy, stale mi dokuczają.
Teraz Baśka stoi przed Anką i mówi groźnie:
-To ty dokuczasz Kaśce?
-To nie ja, nie ja, to Iwona – krzyczy Anka i zaczyna uciekać.
Baśka staje przed Iwoną, która nie czekając na pytanie również zaczyna uciekac i krzyczy przez ramię:
-To Anka, to Anka!
Pstryk.
Baśki nie ma. Wyjechała na ferie. Idą święta, firanki pozdejmowane, a w łazience huczy pralka. Oglądam jakiś film w telewizorze, który mamy od niedawna. Serce mam ściśnięte z wrażenia, bardzo się denerwuję tym, co za chwilę wydarzy się na ekranie. Jęczę:
-Baśkaaa- i wtedy przypominam sobie, że przecież wyjechała.
Pstryk.
Na wsi, u babci, gdzie spędzamy wakacje i ferie, wszyscy się zachwycają Baśką.. Baśka jest śliczna, a w dodatku dobrze się uczy. Ma same piątki na świadectwie. I jest pracowita. To ona sprzata i gotuje w domu, bo mama dojeżdża do pracy i wraca późno. Nic dziwnego, że każdy ją lubi. Przecież to Baśka. O mnie ojciec mówi, że na pewno nie skończę nawet zawodówki bo jestem leniwa.
A matka:”nieudałota”.
Pstryk.
-Baśka, co teraz będzie? – szepczę przerażona. W pokoju lekarz i pielęgnierka próbują przywrócić naszego ojca do życia.
Pstryk.
-Basia, ja i pan Stach postanowiliśmy wziąć ślub – mówi matka.
-Ale my z Kaśką nie będziemy mieszkały na wsi – zastrzego Baśka natychmiast – Prawda Kaśka?
-Ale to jak..? – matka ma popłoch na twarzy.
-Tu zostaniemy, ja dopilnuję Kaśki. Przecież mam już prawie 18 lat.
Pstryk.
-Baśka, znowu nie byłaś w szkole! – krzyczę od progu.
Podnosi się z wersalki, widzę jej szklany wzrok. Znowu piła.
-Chodź, dam ci obiad. A tam masz talon na buty, idź i kup sobie te kamasze.
Pstryk.
-Jak mogłaś tuż przed maturą zawalić wszystko? Co teraz zrobisz? – denerwuje się matka.
-A czemu ty nic nie powiedziałaś? -odwraca się do mnie.
Pstryk.
-Po moim trupie! -wrzeszczę – Po moim trupie wyjdziesz za mąż za tego…parobka!
-Ale o co ci chodzi? Na co mam czekać? Mam prawie 24 lata- broni się Baśka.
-Zwariowałaś?! To co, że masz 24lata? On nie ma żadnej szkoły, nawet mówić poprawnie nie potrafi, o czym ty z nim będziesz rozmawiała? On pewnie w życiu książki w ręku nie miał!
Dławię się złością.
Pstryk.
-Co?! I jeszcze książeczkę mieszkaniową sprzedałaś, żeby ugościć bandę pijaków? – wydzieram się do matki.
-No przecież wesele trzeba zrobić- broni się.
Patrzę na nią z pogardą
-Jakie wesele?! O czym ty mówisz? Dlaczego ty jej pozwalasz wychodzić za mąż za tego parobka?!
Matka wybucha.
-Jesteś zazdrosna! Wstydu nie masz! -wrzeszczy tak przez dłuższą chwilę- Możesz już do mnie nie mówić mamo! -rzuca na sam koniec.
Pstryk.
-Baśka, jeszcze masz czas, możesz się rozmyślić, ślub cywilny łatwo unieważnić, kościelnego już nie – mówię ze śmiechem. Gromadka ludzi parska śmiechem. Większość z nich chyba wie, że choć się śmieję, mówię całkiem poważnie.
Pstryk.
Idziemy noga za nogą. Muszę dopasować mój krok do drepcącej obok mnie dziewczynki. Mała łapka mojej siostrzenicy ufnie spoczywa w mej dłoni.
-Ciociu,a dzie idziemy?
Patrzę na nią z góry i widzę oczy Baśki.
Pstryk.
W Urzędzie Stanu Cywilnego są wszyscy znajomi mojego (od teraz) męża i moi. Nasze matki. Tylko mojej córeczki nie ma. Jest w szpitalu.I Baśka nie przyjechała.
Pstryk.
Chrzciny syna. Baśka jest chrzestną.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Wyjeżdżam z Polski. Bilet mam w jedną stronę. Niby to nie taki sam drmat jak dwadzieścia lat temu, ale i tak niełatwo. W czasie kilku godzin na lotnisko odbieram telefony i smsy od wszystkich znajomych. Dodają otuchy, zapewniają, że odległość nic nie zmieni. Przecież granice są tylko umowne w zjednoczonej Europie.
Ale smutek nie pierzcha. I Baśka nie napisała.
Pstryk
Upał jest taki, że nie ma czym oddychać. Baśka ma szkliste oczy. Alkohol czy łzy? Łzy prawdziwe czy alkoholowe?
Ściska mnie swoimi chudymi, żylastymi ramionami.
-Kaśka, Kasia…
Odsuwa się i znowu przysuwa.
Widzimy się i rozmawiamy pierwszy raz od kilku lat. Przyjechałam do Polski, bo wkrótce ma przyjść na świat moja wnuczka.
Patrzę na moją siostrę. Co z tego, że nie ma zębów, a wokół oczu zmarszczki? I tak jest najpiękniejsza na świecie, gdy tak patrzy na mnie, a w oczach ma uśmiech.
Pstryk.
Szpital.Woń jedzenia, leków, chemii i choroby.
Baśka na mój widok otwiera szeroko oczy.
-Kasia – woła słabo a ja, niepomna na wszystko, dopadam jej łóżka, ściskam drobną, białą dłoń. Basi prawie nie ma, sa tylko te przenikliwie niebieskie oczy w małej, wychudzonej twarzy. Przytulam ją ostrożnie, żeby nie sprawić bólu, nie uszkodzić świeżej rany pooperacyjnej. Dopiero po chwili dociera do mnie pociąganie nosem.
Pstryk.
-Baśka…-zbieram się na odwagę
-Jesteś, zawsze byłaś dla mnie najważniejsza na świecie. Tam, gdzie inni wspominają matkę czy ojca ja mam zawsze ciebie. Kocham cię. – chlipię do słuchawki. I słyszę, że ona też chlipie.
-Ja też cię bardzo kocham. I ty też zawsze byłaś dla mnie najważniejsza.
-Baśka, jeszcze tylko dwa tygodnie i przyjadę
-Będę czekała – mówi, a głos ma jasny. Tak jasny, że chcę uwierzyć w cud.
Pstryk.
-Ciociu, musisz wiedzieć co zobaczysz, żebyś się nie wystraszyła -uprzedza mnie siostrzenica.
Słucham. Nastawiam się. Muszę.
-Ona czeka na mnie – mówię cicho.
-Tak, mama czeka już tylko na ciebie- potwierdza siostrzenica.
Pstryk.
Pogrzeb był w dniu, w którym startował mój samolot odwożący mnie z powrotem za Bałtyk. Opowiadała mi potem siostrzenica, że gdy już zasypano ziemię i ułożono wszystkie wianki i kwiaty, z nieba zaczął padać śnieg. Ktoś podniósł głowę i powiedział:
– No, Baśka już w niebie. Zobaczcie: znowu sprząta.

38. Chwalę się

Przedwczoraj dostałam ciekawego maila.
Od dwóch dni mam w środku uśmiech.
I myślę o podobnej sytuacji sprzed lat ponad dziesięciu. Wtedy po radości, przyszedł zawód. Bo dlaczego TYLKO tak, bo eee, lepiej byłoby wcale, i w ogóle może to tylko na pocieszenie itd…
Dziś widzę ogromną pracę jaką wykonałam od wtedy.
Dziś mam w sobie tylko radość. Zadowolenie. I takie…No, zrobiłam kawałek czegoś dobrego, fajnie, że ktoś to zauważył.
Co się stało?
Ano to:
Szanowna Pani,
zwracamy się do Pani w związku z udziałem w konkursie Akademia Opowieści.

Na posiedzeniu kapituły konkursu [11 kwietnia] Pani opowiadanie znalazło się na liście opowiadań wybranych spośród 1655 historii jakie dotarły do nas w związku z konkursem „Najważniejszy człowiek w moim życiu”.

Mimo że kapituła pod przewodnictwem Włodzimierza Nowaka, w skład której weszli Maria Sadowska, Jacek Dehnel, Lidia Ostałowska i Tomasz Pietrasiewicz, nie przyznała Pani nagrody pieniężnej, to jednomyślnie uznała, że Pani opowiadanie zasługuje na nagrodę w postaci publikacji w Dużym Formacie.(…)”
Już wkrótce lista dwunastu nazwisk.
A publikacja …jak będzie to też dam znać.

Wasza dumna i zadowolona
KasiaP

UPDATE
„…złamała Pani regulamin, który mówi: „Uczestnikami Konkursu mogą być osoby, które ukończyły 15 lat, które nie zostały pozbawione zdolności do czynności prawnych zamieszkałe na terenie Rzeczpospolitej Polskiej”.
Czyli sława jeszcze nie tym razem. I o.

37. a tak ładnie żarło…

i zdechło.
eM wylądował w szpitalu. Najpierw dwa tygodnie temu. Potrzymali, podali leki przeciwbólowe, coś tam pomajstrowali przy jelitach, coś nacięli, wycięli, przeszyli. Wysłali do domu w piątek. W niedzielę znów Akutmotagning czyli chyba odpowiednik SORu, stamtąd na oddział. We czwartek zoperowali porządnie. Czyli otworzyli brzuch, czego się obawialiśmy. Choć nie to było najgorsze. JA bym chyba wolała, żeby mu ten brzuch na krzyż i jeszcze w poprzek pokroili byleby tylko diagnoza nie brzmiała tak, jak zabrzmiała.
Crohn. Jednak. Cholerny !@$%!!! Crohn. Diagnoza jeszcze nie potwierdzona, jeszcze wycięty kawałek idzie do badania, więc jest nikła, niklusieńka nadzieja, że jednak zwykłe powikłanie, a nie Crohn. Oby. Wczoraj po południu zabrałam go do domu.
W ten sposób olałam święta. Albo może nie olałam, ale zrobiłam po mojemu.
Okno umyłam u siebie w pokoju, ale tylko dlatego, że przestawiałam łóżko i się wreszcie dojście zrobiło.
Narobiłam gar gołąbków, żeby mieć ze dwa dni luzu od gotowania. Sałatki małą miskę, bo eM choć może jeść wszystko to je malutko i ostrożnie. A swoją drogą… Operowali go we czwartek po południu a już wieczorem kazali mu zacząć jeść WSZYSTKO na co ma ochotę! Łącznie z niskoprocentowym piwem, które mógł dostać nawet w szpitalu! Czy ktoś to pojmie?!
Kiedy za pierwszym razem po zabiegu natychmiast dali mu normalny obiad to szczękę zbierałam z podłogi i już leciałam robić raban, że się personel pomylił. Nie pomylił. Człowiek po operacji ma mieć siłę, żeby zdrowieć. Siła idzie z jedzenia. Zatem człowieku jedz wszystko na co masz chęć.
Ciekawam. Czy w Polsce nadal panuje barbarzyński zwyczaj karmienia pacjenta po operacji kleikami?
Nie zaprosiłam Misi z rodziną na święta. Nie zadbałam o ulubione pierożki dla córci, pieczone mięsko dla synusia, malowanie jajek i zabawę kolorami dla wnusi, polskie danie dla zięcia. Jestem potworem.
Zadbałam o siebie. I to, bym chodząc przy/do leżącego męża sama nie padła na pysk.Tym bardziej, że o ile wszyscy w Szwecji świętują od piątku (Wielki Piątek jest na czerwono) to ja mam, jak zawsze, tylko tę jedna niedzielę. Pozostałe dni wstaję jak mleczarz i roznosiciel gazet (choć oni w soboty mają wolne).
Zagryzam zęby w tej pracy  i odliczam dni. Byle do końca maja. Potem idziemy w inne miejsce, bo tu się umowa skończyła. W tym innym miejscu jeszcze nie wiem co i jak, ale jedno wiem: soboty i niedziele będą wolne. Oraz nie będzie pracy przed godziną 6.
Alleluja.
I o.

36. Czy to warto być "w porządku"?

Zadzwoniła wczoraj znajoma znajomej. Bo ona ma firmę i usłyszała, że się zajmuję księgowością, i ona sobie pomyślała …a w ogóle to jak rozliczam samochód w firmie.
Odpowiedziałam.
Pogadałyśmy chwilę o księgowości. Potem ona zaczęła zadawać pytania o cenę, o przygotowanie dokumentów i już, już chciałam przyklepać naszą wspólna przygodę, gdy coś mnie tknęło i zapytałam:
– A ta księgowa, którą teraz pani ma to nie mówi po polsku?
– Mówi, mówi…Nie, z tym nie ma problemu…Tylko wie pani, Iza powiedziała, że pani robi i pomyślałam, że może by mi pani to robiła? Bo ja i tak wysyłam dokumenty 250km to co mi za różnica?
I tu, zamiast pociągnąć temat, zapytać co jej nie gra, wygłosiłam jej coś w tym stylu:
– Proszę pani. Proszę się zastanowić czy pani potrzebuje zmieniać księgową. Jeżeli ta, z którą współpracuje pani teraz nie jest dużo droższa niż ja, nie jest jakoś specjalnie wymagająca w kwestii przygotowania dokumentów, nie popełnia błędów i robi wszystko na czas to naprawdę proszę się zastanowić.  My księgowe nie możemy naginać prawa ani go tworzyć, musimy trzymać się przepisów i cudów nie czynimy. Jeżeli pani obecna księgowa nie chce np. księgować czegoś to ja zapewne też tego nie zrobię. Chyba, że się pani uprze i mi napisze polecenie, wtedy mogę pani zaksięgować nawet wczasy na Kanarach, bo to i tak pani będzie w razie czego się bronić w czasie kontroli. Ale generalnie jest tak, jak powiedziałam. Proszę pomyśleć, jak się pani zdecyduje to zapraszam.
Tak jej powiedziałam, albowiem uznałam, że odbieranie jakiejś rzetelnie pracującej dziewczynie klientki  jest nie fajne. Pamiętam jak poczułam się zdradzona, jak było mi bardzo przykro, gdy klient „Nie-Orzeł” bez jakiejkolwiek rozmowy po prostu przysłał mi wymówienie. I, że nie chciałabym zrobić tego jakiejś innej dziewczynie. Rodaczce w dodatku.
A teraz chodzą po mnie refleksje.
Że głupia jestem, bo ktoś inny nie będzie miał skrupułów i przejmie nie tylko tę klientkę, ale i jeszcze może kogoś z moich jak będzie miał okazję. I czy to warto być przyzwoitym, stosować zasady fair play w świecie, gdzie coraz mniej osób to robi.

35. O jeden pedał za daleko

Czy ja się publicznie chwaliłam, że jestem światową ofermą nr i :
1. Nie umiem pływać
2. Po angielsku toże niet
3. oraz prawa jazdy nie posiadam.
Dobrze, że choć komputer obsługuję i to chyba nieco lepiej niż przeciętna Polka w moim wieku.
Z pływaniem się poddałam, bo bez tego da się żyć.
Z angielskim walczę na swój własny sposób, bo regularna szkoła mnie zniechęciła. Choć mogłabym wrócić, czemu nie? Ale ostatecznie tyle co umiem w razie czego wystarczy + oczywiście google translate…
Natomiast życie bez prawa jazdy w Szwecji staje się coraz bardziej uciążliwe. Szczególnie zimą. Oraz szczególnie latem.
Zimą, bo zapitalanie w czarną noc rowerkiem pod wiatr 3km w jedną i 3 km w drugą stronę bywa mało fajne. A należy pamiętać, że zimą, w Szwecji mrok i wiatr w oczy to w zasadzie norma i żadna tam atrakcja dodatkowa. Dodatkowa atrakcją może być padający poziomo śnieg-grad. Albo np. taka ni to mgła-ni to mżawka przy temperaturze -1. Wtedy się tak ładnie, równiutko układa warstwa lodu. Można upaść na głowę, nie? Co poniektóre już upadły… Możliwe, że to jest skutek.
Latem też nie fajnie. Choć ciemności odpadają, ale nie wiatr. I nie deszcz. Albo inaczej: pogoda jak dwon, zachody i wschody słońca takie, że klękajcie narody. Aparat sam gotów zdjęcia robić a tu lipa. Rowerem? Skuterem? 30km na tę fajną plażę? Na te fajne skały?
Kierowca w domu niby jest, ale…Sami wiecie.
Koleżanka Kasia ostatnio pisała, że była na szmaciono-wełnianych targach. I chłopa ze sobą wzięła! I kto tu zimą na głowę upadł? Chłopa to można do wędkarskiego zabrać jak se człowiek chce błyskotkę kupić, ale na targi szmaciane?
Czyli prawo jazdy mus mieć. Bo inaczej człek bez życia towarzysko-rozrywkowego zostaje. Nie, no do pracy też by się przydało…
No to postanowiłam, że koniec tego, trzeba wreszcie zrobić.
Poszłam na jednodniowy kurs, razem z mężem poszłam, bo on miał mi być nauczycielem.
Kurs odbyli, pieniądze zapłacili, dokumenty stosowne dostali…
Co z tego jak październik był. Ciemno, pada, podmarza. Potem przyszła zima. Potem eM był w takim stanie, że właściwie jedene co mógł to leżeć. A, bo zapomniałam powiedziec, że to nie w 2016 ten kurs zrobiliśmy. I nie w 2015, jeżeli dobrze pamiętam. Yanek do Sztokholmu akurat wyjechał. Chyba zatem w 2014…Uuuu…w październiku zatem miną 3 lata z dozwolonych pięciu.  W międzyczasie zmieniliśmy auto. Na lepsze, większe.
Chłop od roku niemal zoperowany, wiec jakby zdrowszy. Tylko mnie zapał skisł. Bo nasze jeżdżenie jakoś takie. Dwa dni jeżdżenia, potem przerwa tydzień, dwa…i od poczatku zaczynam od początku. Przerwa, bo…praca, bo zmęczony, bo głowa boli, bo Panna S niespodziewanie, bo coś tam, coś tam…A tak naprawdę dlatego, że w głębi duszy boję się i nie wierzę, że ogarnę te durne trzy pedały, jedną wajchę i kilka guziczków. Pal diabli wajchę i guziczki. Ale te pedały! Jeździłam w Polsce jeszcze golfem…nie wiem ile kilometrów, zrobiłam kurs w Polsce, wyjeździłam 20 godzin, tu też ileś godzin wyjeździłam…I wciąż mi się myli gaz z hamulcem i sprzęgłem. A jak dojeżdżam do skrzyżowania, to nigdy nie wiem mam to sprzęgło wciskać, nie wciskać, hamować czy nie? eM zaczyna wrzeszczeć bo lecimy na rondo pełnym pędem, a tam inne auta, a ja tracę wzrok i już nie wiem co robię, coś depczę w efekcie czego samochód robi kangura, po czym gaśnie tarasując rondo. Bosko. I tak za prawie każdym razem. Noż..!
Zaczęłam zgłębiać zjawisko. Wszak skuterem jeżdżę, nie? Specjalnie na mnie nie trąbią, szkody jak dotąd (tfu!) nikomu nie zrobiłam, skuterem znaczy, bo samochodem a jakże. Raz się wywaliłam tylko, ale lód właśnie był. Jeżdżę i nie ma problemu. Jeżdżę po całym mieście, staram się jeździć przepisowo czyli nie pod prąd i nie po chodnikach, ustępuję pierwszeństwa, wymuszam je gdy mi się należy, skręcam w lewo, w prawo i co tam jeszcze. Czyli jeżdżę tak, jak się po ulicach normalnie jeździ. Tyle, że mam prawo jeździć do 25km/h. Bo bez prawa jazdy i skuter bez tablicy.
No i co z tego? W mieście mało kto porusza się szybciej bo obowiązuje ograniczenie do 40km/h, a dodatkowo 70-80-90-latki za kierownicami, którzy wciąż mają problem z prawem pierwszeństwa na równorzędnych skrzyżowaniach (czyli prawie wszystkich) też wymuszają jazdę wolniejszą i ostrożniejszą.
Czyli skuterem jeżdżę a samochodem nie? Dlaczego?
Gabaryty, ograniczona widoczność? Tak.
No i te cholerne trzy pedały. Jak mam się skupić na tym żeby nikogo nie zabić jak mam się jednocześnie skupić na tych cholernych pedałach? Nogami w dodatku! Jakbym może mogła rękami..?
Dobra, wrzeszczący w stresie eM też nie pomaga. Wrzeszczący albo pouczający mnie.
Ja jestem Zosia-samosia. Nie znam w swoim życiu przypadku, żeby mnie ktoś czegoś nauczył, czego, co wykonuje się manualnie. Ja mam kiepską koordynację psycho-ruchową, piłki nigdy nie umiem złapać ani nie umiem rzucić tak, by poleciała gdzie trzeba. Mam też kiepski refleks, a stres mnie go kompletnie pozbawia. I jak ja w takiej sytuacji mam ogarnąć, że noga z gazu, druga na sprzęgło, trzecia na hamulec na wszelki wypadek, ręka na wajchę a oczu najlepiej na słupki. A wszystko w ułamku sekundy. Noż…! Co ja automat jestem?!
Automat nie jestem. Ale może to jest wyjściem. Automatem się nie stanę, ale może to dla takich jak ja tę skrzynię wymyślili? Tam jest w skuterze, albo jak w maszynie do sprzątania: gaz i hamulec pod nogami. Wajchę przestawiasz raz i koniec.
Może to wyjście? Jeżdżąc skuterem nauczyłam się jako tako oceniać droge hamowania, ruch dookoła. Może jak pozbędę się tego cholernego pedała to wreszcie coś z tego wyjdzie?
Podzieliłam się z mężem sugestią. EM ma jakąś ansę do automatycznej skrzyni, więc entuzjazmem nie zapałał. A bo może lepiej bym zdała egzamin na skuter i kupiła auto wolnobieżne i tak się podszkoliła. Bo co manualna to manualna.
Sorry mój drogi, ale trzy razy robiłam po twojemu. Tym razem – chcę spróbować po mojemu. Nikki Lauda i tak nie zostanę.
Znajdę i kupię SOBIE małe autko. Coś jak Corsa. Albo Smart. Z automatyczną skrzynią. Małe, niezbyt młode, z małym silniczkiem i na benzynę, żeby mnie fordonskatt nie zjadł.
Em usiądzie z boku, jako dama do towarzystwa, bo inaczej mi nie wolno. I ruszymy. Powolutku. Po mojemu. Może wreszcie zadziała?
Bo teorii się nie boję. Nawet po szwedzku.
Ma to sens?