29. Pochwała witaminy D3

Przywiozłam sobie z Polski jeszcze przed sezonem kapsułki wypełnione olejem z witaminą D3. Pod koniec października zaczęłam łykać.
Doświadczenia poprzednich zim wskazują, że w propagandzie na temat witamin D3 jest przynajmniej ziarno prawdy. W zimy gdy ją sobie systematycznie uzupełniałam, nie łapałam infekcji a i nastrój bywał lepszy. Gdy zaniedbywałam powtarzała się stara śpiewka: Panna S przychodziła z lekkim katarkiem, a na drugi dzień niżej podpisana umierała. Katar. Z kataru szło na zatoki. Z zatok spływało do gardła, podrażniając je. Gardło zawalone, gluty zatykające je w najmniej właściwej chwili. Z gardła bakterie szły z powrotem do zatok…i tak całą zimę.
W tym roku było jednak dużo, dużo lepiej.
Nic się nie zmieniło, poza tą jedną, skrupulatnie przestrzeganą rzeczą: łykanie witaminyD3.
Jakoś tak w grudniu eM załapał rotawirusa. W Szwecji to świństwo nosi miano magsjuka i w najmężniejszym potomku Wikinga wywołuje natychmiastową chęć ucieczki w chwili gdy tylko ktoś wymówi to słowo. Delikwent, którego dopadnie w pracy nawet najmniejsza niestrawność, jest natychmiast wysyłany do domu, a toaleta, z której korzystał zostaje zamknięta aż do przyjścia sprzątaczki, której obowiązkiem jest zdezynfekowanie pomieszczenia.
Przesada? Też tak sądziłam, w duchu śmiejąc się ze Szwedów, że się pieszczą, mają permanentną hipochondrię albo zwyczajnie migają się od roboty. Do czasu aż dopadło nas.
Kilka lat temu, Panna S była jeszcze maleńka i przywlekła zarazę z przedszkola. Od niej zaraziła się Misia.
Wiedzieliśmy, że cholerstwo jest zaraźliwe. Ale dziewczyny siedziały w domu same, nie mając co jeść, nie mając mleka. Bo z magsjuka do sklepu się nie wyskoczy. Nie ma mowy.
Weszliśmy tylko za próg, do przedpokoju. Postawiliśmy torby z zakupami i natychmiast wyszliśmy. Poza klamką – nie dotykaliśmy niczego. Dziewczyn nawet nie widzieliśmy…
Mimo wszystko wystarczyło.
Następne trzy dni to coś strasznego. Biegunka, wymioty, potworny ból brzucha oraz gorączka. Naprawdę, nie życzę tego prawie nikomu. Od tamtej pory, wystarczy, że ktoś koło mnie wspomni tę banalną niby dolegliwość a ja natychmiast marzę o ucieczce.
Wtedy w grudniu uciec nie było gdzie…Myłam ręce jak najczęściej i właściwie tyle w kwestii zabezpieczenia.
eM się wykurował. Chwilę potem pracowa koleżanka przyszła z wieścią, że jej synek właśnie poległ w walce z zarazą po czym następnego dnia okazało się, że ona także.
No, byłam na 100% pewna, że teraz już po mnie…Ale nie.
Nie zliczę ile razy w ciągu ostatnich czterech miesięcy całowałam i przytulałam zasmarkaną Pannę S. Pochorował się eM, pochorował Yankie…a ja nic. I już myślałam, że tym roku mi się wreszcie udało.
Aż do wczoraj. Cholera.

4 myśli w temacie “29. Pochwała witaminy D3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s