O Szwedach słów kilka

Annette od piłkarzy …

Annette od piłkarzy poinformowała mnie, że Doroczna Impreza zwana także Zakończeniem Roku jest także dla pracowników z osobami towarzyszącymi. I żebym poszła. Będzie dobre jedzenie i będzie wesoło.
Wykręciłam się mówiąc, że mam urodziny sąsiadki-koleżanki. Nie skłamałam! Daty mi się pomieszały. Reginy urodziny świętowaliśmy wczoraj a Impreza jest za tydzień.
Ale nie szkodzi. Nie mam chęci iść. Pelle nie idzie, bo pracuje, Johnny też nie. Poza nimi prawie nikogo nie znam. A dobre jedzenie…Szwedzkie dobre jedzenie brzmi dla mnie jak oksymoron. Bo albo szwedzkie albo dobre. Oni tylko mięso, mięso, mięso, a po mięsie łosoś i śledź. Jedyne co mogłoby mnie skusić to sałatka ziemniaczana oraz ryż z pomarańczami. Ale te mogę zrobić sobie w domu. 
Wesoło będzie, mówiła Annette. Na szwedzkiej imprezie? Znów oksymoron. Albo szwedzka albo wesoła.
Wesoło to w innym gronie musiałoby być.
Wczoraj, u Reginy i Gintasa czyli Litwinów, spotkaliśmy się w gronie braci nadbałtyckiej. Litwini, dwie pary Łotyszy z dziećmi oraz my, Polacy. Istna Wieża Babel. Litewski, łotewski, polski, rosyjski, szwedzki, a w porywach nawet angielski.
Trunki nie lały się tak, jak to brać nadbałtycka ma w zwyczaju, bo dzieci, bo samochody. 
Od pierwszej chwili atmosfera normalna, rozmowy od polityki po dupę maryni. Bardzo, sympatycznie, bardzo spontanicznie.
Na uwagę zasługuje Łotyszka Kristina ( Boże, jaka piękna dziewczyna gdyby jej zdjąć okulary albo dać jakieś inne). Na początku nie wiedziałam co chodzi. Bo gadałam z Reginą po polsku a ta z promiennym uśmiechem wpatrzona w nas, coś tam cicho komentowała do męża, którego nazwisko nota bene kończy się na SKI. Ja zażartowałam, ci co zrozumieli się zaśmieli, Kristina też, choć deklarowała, że nie rozumie.
Regina wyjaśniła, że Kristina uczyła się trochę polskiego.
– Dlaczego ? – zdziwiłam się. Podejrzewałam polskie korzenie, jakąś rodzinę…Nic z tych rzeczy. Kristina uważa, że polski to piękny język. Że brzmi pięknie. Ja ją rozumiem. Wszak dla mnie melodia języka francuskiego jest czymś najpiękniejszym na świecie. No i Kristina nie jada mięsa. Ani ryb. Nie, że wegetarianka, ideologia itd. Nie lubi. Zwyczajnie. No swoja dusza, naprawdę!
Pozostali równie sympatyczni: otwarci, szczerzy, sympatyczni. Bracia Bałtowie po prostu, więc nic dziwnego a wspólny wróg w postaci Wielkiego Czerwonego Brata, choć przebrzmiały to wciąż jednoczy.
A kilka dnie wcześniej kolega miał 40 urodziny i jego żona w tajemnicy zwołała znajomych na przyjęcie niespodziankę.
Wielu nas nie było, ale znów kilka języków się plątało. Polski w większości, angielski reprezentowany przez Australijczyka i naturalnie szwedzki reprezentowany przez Szweda.
Australijczyk zaczął do mnie coś po angielsku, poprosiłam o zmianę na szwedzki, co nie bardzo mu wychodziło. W efekcie ja do niego po szwedzku, on do mnie po angielsku i tak sobie gawędziliśmy przez cały czas. Ze sobą i z innymi. Impreza była tym razem bezalkoholowa, więc to nie alkohol nam te języki rozwiązał. Po prostu australijczyk okazał się całkiem bratnią duszą, mimo że całkiem przeciwległego krańca Ziemi. Tymczasem ze Szweda jedyne co udało mi się wydusić to to, że chce herbatę. Musiał jakiś nietypowy być, bo Szwedzi tylko kawę, i tym tłumaczę jego obecność na imprezie. Bo po co iść na imprezę i siedzieć w kącie nie integrując się z nikim? No chyba, że masochista jakiś…
Brzmi jakbym  Szwedów nie lubiła. Ale to nie tak. Nie mogę powiedzieć, że ich, jako całość, nie lubię. Ale też że lubię, jakoś nie bardzo. Inni są.
Mili, uprzejmi, łatwo się z nimi rozmawia na pierwszym spotkaniu. Zadają pytania, interesują się tobą, twoja historią, z zainteresowaniem słuchają tego co masz do powiedzenia. To samo jest przy drugim i kolejnym spotkaniu. Po kilku miesiącach budzisz się i uświadamiasz sobie, że kurde, opowiedziałeś Szwedowi historię życia swojego, swoich przodków, swojego psa, plany twoje, twoich dzieci i wnuków, przerobiłeś system polityczny w Polsce i Szwecji, porównałeś ekonomie,  religie oraz omówiłeś rybołówstwo śródlądowe. Powiedziałeś już chyba wszystko co miałeś do powiedzenia, a o tej drugiej osobie wiesz tylko jak się nazywa. Nie wiesz nawet gdzie pracuje ani czy ma  dzieci. Więc przy następnej okazji postanawiasz to zmienić, zadajesz pytania, słuchasz z zainteresowaniem odpowiedzi… a po spotkaniu odkrywasz, że Szwed ci nadal nic o sobie nie powiedział. Nie wiesz co myśli, co jest dla niego ważne, co go porusza. Znasz kilka faktów w postaci dzieci i współmałżonka, ale to wszystko!  Jak oni to robią? Mistrzowie szklanej ściany, stawiają mur ale tak, że ty go nie widzisz, nie czujesz go. Chowają swoje prawdziwe ja za uprzejmym zainteresowaniem, i miłymi uśmiechami. Ile im czasu trzeba by się otworzyć? Czy w ogóle kiedykolwiek się otwierają? Nie wiadomo.

Pytanie do Polonusa rodaka

Cechą żywego języka …

Cechą żywego języka jest to, że zmienia. To, co kiedyś było błędem teraz staje się przyjętą normą. Napływają nowe wyrazy, a czasem stare wyrazy albo całe zwroty nabierają innego znaczenia, inne zaś odchodzą w „przestrzeń niepamięci”.
I tak, nie wiadomo kiedy, stało się dopuszczalne cieszenie radiem lub kakaem. Tak w zapomnienie odeszły słowa „samowtór” „samotrzeć”. Tak, ni z gruszki ni z pietruszki, wzięło się określenie „coś jest na rzeczy”. I tak dalej.
Kiedyś, w czasach przedinternetowych ci, którzy wyprowadzali się z Polski na stałe, mogli po jakimś czasie mieć problem ze zrozumieniem co mówią do nich ich rodacy, szczególnie ci młodsi.
Teraz już chyba nie ma z tym większego problemu, zdawałoby się. Siedząc sobie za morzem doskonale wiem co dzieje się w moim kraju bowiem czytam, oglądam, rozmawiam ze znajomymi.
A jednak ze zdumieniem odkryłam zwrot, którego nie rozumiem!  Zetknęłam się z nim w ostatnim czasie kilka razy, więc chyba stał się dość popularny. A mnie to umknęło.

Na przykład: Odwodnik pisze, że jak trafia gdzieś na włączony telewizor to się „ZAFIKSOWUJE”.
Co znaczy to określenie? Skąd się wzięło?  Znam określenie „sfiksować”, „sfiksowany” czyli wariować, być zwariowanym. W dawnej młodości spotykałam się też z określeniem, że coś trzeba „zafiksować” i chyba miało to znaczenie „zamówić, schować pod ladę, zabukować”. Teraz, jak widać, słowo to zmienia znaczenie.
Nie obiecuję, że będę używać, ale chciałabym rozumieć co inni mówią lub piszą.

I od razu ostrzegam: jestem konserwatywna. Nadal nie odmieniam kakao, choć radio pewnie mi się czasem zdarza. Ale nigdy, przenigdy nie zgodzę się, żeby chłopiec mówił „poszłem”. I nie zgadzam się na pisanie „puźno” i „nazajutż”. O nie, co to, to nie!

 

Do Siwej : Będąc młodą księgową na Rubieży …

…<span …

…przyszedł (a) raz do mię nowa koleżanka pracowa…

Koleżanka była tak z 10 lat starsza, choć i ja już wtedy poważną matką i żoną w wieku balzakowskim byłam. Koleżanka rodem była z tego samego miasteczka co i ja.
I oto któregoś wieczoru, gdym wychodząc z pracy wcisnęła do uszu słuchawki od walkmana*
koleżanka, Ela było jej na imię, zaciekawiła się:
– Pani Kasiu, a pani to się angielskiego może uczy?
Zdziwiłam się, zaprzeczyłam.
– To czego pani tam słucha ?
– Muzyki…
– Naprawdę??! Ja panią często widywałam w autobusie i tak się zastanawiałam…Ze słuchawkami? Przecież znam kobietę, wiem, że dorosła, wiem że matka dzieciom i nie chciało mi się wierzyć, to pomyślałam, że pani się czegoś może uczy…

Inna koleżanka z pracy, parę lat później, na wieść, że wieczory spędzam na komputerowych pogawędkach zgorszyła się :
– No wiesz ? Ile ty masz lat??
Wtedy dzieliło nas jakieś 15 lat różnicy i ona był młodsza.

Tak, nielekkie jest życie nieprzystosowanej do warunków, młodej księgowej na Rubieży…

 

 

* dla młodszych:
walkman – wczesna wersja MP4 lecz zamiast plików MP4 urządzenie obsługiwało tzw. kasety Kasety oryginalne i pirackie pozyskiwało się wtedy z legalnych sklepów muzycznych, choć można było piracić z radia, ale o tym w innym odcinku.
Walkmen zasilany był bateriami typu paluszek. Jak się taśmę zbyt często przewijało, to baterie się rozładowywały szybciej i wtedy zamiast oberka słuchało się marsza żałobnego.

Duży człowiek z małego pokoju*

Yanki, kiedy miał tak…

Yanki, kiedy miał tak z 7-8 lat marzył o zostaniu egiptologiem. Niestety parę lat później do domu zawitał komputer i mój nieodrodny synek, 100% introwertyka, wsiąkł w gry. Minęło kilka kolejnych lat i synek wyrósł na prawie dwumetrowego młodzieńca. Nieco zmądrzał, wyostrzył poglądy, ale wykiełkowane w dzieciństwie marzenie nadal hołubił. Już nie chciał być egiptologiem. Teraz chciał być dziennikarzem zajmującym się…grami komputerowymi.
Kiwałam głową, zachęcałam do rozwijania warsztatu pisarskiego, wspierałam w duszy załamywałam ręce. No bo co to za specjalizacja. Co można napisać o grach..? W duszy miałam nadzieję, że mu się z czasem rozszerzą zainteresowania i zechce pisać o czymś innym.
Rozszerzyły się, synek opracował plan A i B i C w oparciu o planowane studia nad językiem angielskim. 
Plan A zakładał zostanie dziennikarzem w ogóle.
Plan B zakładał zostanie tłumaczem literatury.
Oba plany najchętniej realizowałby równocześnie.
Plan C zakładał, że ZANIM zostanie zauważony na rynku dziennikarskim i literackim, i zacznie zarabiać grubą kasę, zostanie nauczycielem językowym.

Odetchnęłam z ulgą. Bo marzenia, marzeniami, a rachunki płacić trzeba i choć raz dziennie kromkę chleba zjeść.

 Jakiś miesiąc temu, gdyśmy nerwowo czekali na wyniki przyjęć na studia (o jezu, żeby go tylko gdziekolwiek przyjęli! wzdychałam w duszy, bo Yanki się nauką nigdy nie przemęczał, przez co tylko połowa z jego ocen jest najwyższa a reszta ledwie „zaliczona”) synek pokazał mi ogłoszenie. 
Jakiś, kompletnie mi nieznany naturalnie, miesięcznik o  grach komputerowych ogłaszał konkurs, którego celem było pozyskanie świeżej krwi.
Napisał. Dał mi do sprawdzenia. Połowy nie zrozumiałam, ale przeredagowałam ze dwa zdania, żeby były moim zdaniem zgrabniejsze i łatwiejsze do zrozumienia.
Moim zdaniem napisał świetne teksty, ale na boga! Co ciekawego, jak ciekawą osobowość własną można wykazać w recenzji ?? 
Wczoraj, gdym zaczynała robić obiad otworzył drzwi od swojej klitki i zawołał:
– Matkooo…Przyjdź tu.
– Sam przyjdź!-  odkrzyknęłam, bo nie będę do smarkacza latać. On ma mniej lat i dłuższe nogi więc ma bliżej.
– Kiedy nie mogę, bo musisz coś w komputerze zobaczyć.
Westchnęłam. W kilku sekundach przeanalizowałam możliwość użycia mojego komputera, ale wizja obcych paluchów na MOICH klawiszach, oraz jęczenie „ale masz głupią klawiaturę” „ale masz głupią mysz” sprawiła, że wolałam pójść do niego. Pewnie znów jakiś śmieszny demot albo obrazek na kwejku z anglojęzycznym podpisem, ale mi przecież nie odpuści.
Weszłam. Dziecko miała głupią minę, palcem wskazało na monitor.
– Czytaj- A tam maczek…No bo okulary w kuchni.
– Co nieuku, znów czegoś po szwedzku nie rozumiesz? Poczekaj wezmę okulary -sarknęłam przekonana, że to znów coś ze szkoły.
Nałożone na nos okulary okazały takst po polsku brzmiący mniej więcej tak:

„Cześć
Na wstępie prosimy o wybaczenie, że trwało to tak długo, lecz dostaliśmy ponad tysiąc prac bardzo dobrych prac. Twoja nam się spodobała, widzimy w tobie potencjał, ale piłka jest teraz po twojej stronie. 
Jako początkujący możesz pisać dla dwóch działów „Zapowiedzi” lub „Publicystyka” Przygotuj listę tematów dla jednego z tych działów i wyślij…”

Dziecko nadal miało głupią minę.  
Pogratulowałam i uścisnęłam dłoń. Tak na poważnie.
Teraz wymyślamy tematy i dyskutujemy.

Jeszcze trochę i będę wiedzieć wszystko o grach, choć nigdy, w żadną nie grałam dłużej niż kilka chwil.  Pomijając depresyjne strzelanie do kulek, naturalnie…

Trzymam kciuki, niech pisze świetne teksty o sprawach jakie go interesują. I niech kogoś jeszcze to zainteresuje.

*określenie użyte przez Krakowiaków, trafnie oddające obraz sytuacji. 

 

Na życzenie Odwodnik

Atlas chmur książka i…

Atlas chmur książka i film moje SUBIEKTYWNE bardzo przemyślenia.

 

 Najpierw książka.

Zmienny język, stylizowany na adekwatny do epoki. Absolutne mistrzostwo. Mistrzostwo tłumaczki też. Postaci- wyraziste, odmienne od siebie i ludzcy, bardzo spójni psychologicznie. Fabuła każdego wątku wciągająca od niemal pierwszych wersów.
Przesłanie.
Każdy z nas ma wpływ przyszłość. Tak, jesteśmy kroplą w oceanie, ale ocean to morze kropel.  Przyszłość nie istnieje bez przeszłości, ale logicznie z niej wynika. To jeden z wniosków. Inny: nasze pragnienie posiadania więcej i więcej prowadzi do zagłady. To nie pusta filozofia- zanieczyszczenie ziemi jest nierozerwalnie związane z konsumpcją.
Podsumowanie: książka do przeczytania po raz kolejny. Za jakiś czas. Gdy szum wokół filmu ustanie, gdy w głowie zatrze się pamięć filmowej adaptacji. Wtedy będzie czas na powtórne czytanie. Po pierwszym czytaniu książka jest raczej przygodowa ale z przesłaniem. Coś mi mówi, że pod płaszczyzną może się kryć coś o wiele głębszego. Żadna nachalna, prosta coelhowska filozofia, a coś co każdy odkrywać mu sam.
Warto.

Film.
W miarę wierna adaptacja. Ale czy skakanie scena po scenie po wątkach daje widzowi coś więcej niż uporządkowana narracja książki – wątpię.
Mistrzostwo charakteryzacji. Odkrycie na liście obsady, że Jokasta i Meronym to ta sama aktorka spowodowało opad szczęki. No ale ja, jak Brad Pitt, mam chorobliwy problem z rozpoznawaniem twarzy.
Film, jak się spodziewałam, słabszy niż książka. Nie udaje mu się przekazać filozofii Mitchella. Jest skomplikowanie złożonym obrazem o przygodach jednostki. Motyw ze znamieniem nieudolnie usiłuje powiązać bohaterów ze sobą, ale nic z tego nie wynika. No może jedno: żyjemy w kręgu. Prędzej czy później dojdziemy do tego co było na początku, niezależnie jak wysokie budynki wzniesiemy, jak sprytne komputery zbudujemy. Choć może raczej: im wyższe budynki wzniesiemy, im  jeszcze sprytniejsze komputery wymyślimy, tym szybciej. Mimo to oglądając film wciąż ma się ochotę zakrzyknąć „ale to już było”. Mnie najbardziej chciało się krzyknąć w scenach przyszłości, w Nowym Seulu, jakby żywcem przeniesionym z Matrixa.
Odkrywczy wniosek: dżinsy w wysokim stanem, noszone jeszcze przed dwudziestu laty pogrubiały okropnie!
Film do powtórki za względu na Hanksa i podstarzałego Granta. Też, kiedy zatrą się wrażenia i ucichnie wrzawa.

Gdyby kózka nie skakała

Ojciec dostał z PGR …

Ojciec dostał z PGR środek lokomocji. Był to czerwony „komarek”. Taka wczesna wersja dzisiejszego skutera klasy 2. I jak to ojciec, natychmiast zawołał swojego najlepszego kumpla czyli Baśkę do uczestnictwa w zabawie. Baśka załapała w try miga o co biega.
Matka nosem kręciła, że co to za pomysły dziewczynę na motor wsadzać.  
Ojciec się puszył, że ma taką zdolną córkę.
Baśka miała frajdę jak nie wiem.
Ja jak zawsze pozostawałam w swoim kącie, w przekonaniu, że nie dla psa kiełbasa i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby zażądać dla siebie udziału w zabawie. Zresztą zawsze się bałam jeżdżących i warczących.
Pewnego jesiennego weekendu zachciało nam się do S, do babci. To znaczy nie do babci nam się zachciało przecież. Baśka miała może 15 albo 16, ja o dwa lata mniej, wiadomo, że w takim wieku najważniejsze jest życie towarzyskie. A w S, zapadłej mazurskiej wsi byli nasi kuzyni oraz chłopaki z połowy wsi, wszyscy na umór zakochani w Baśce, oraz dwóch takich co lubiło jeszcze i mnie oraz jeden taki płowo-blond, którego nazywałam Ziutek bo Józek to już naprawdę brzmiało zbyt wiejsko. Ziutka poznałam w ostatnie wakacje, tuż przed odjazdem, zdążyliśmy spędzić ze sobą ostatnią noc. I nie to, nie to co myślicie. Całowaliśmy się naturalnie, ale prócz tego gadali i gadali. Potem Ziutek przysłał jeden list w którym błędu nie było ani jednego! Zakochałam się na umór ( równocześnie darząc ogromnym uczuciem AdasiaZ z łąwki z tyłu, bo miał 4 z fizy).
Tak więc nie specjalnie długo mnie Baśka musiała namawiać na wyjazd, we dwie przytoczyłyśmy zwarty atak na matkę otrzymałyśmy zgodę i pieniądze na drogę. Ojciec nosem kręcił, bo nie lubił tych naszych wyjazdów na Mazury. Zdaje się, że mu się ci zakochani w jego córeczce chłopcy nie bardzo podobali. On chyba sobie też myślał „nie dla psa kiełbasa” bo śliczna, mądra i pracowita Basia zasługiwała co najmniej na księcia. Niejaki Andrzej G królewiczem nie był, choć był najlepszą partią w całej wsi.
Październikowy weekend to był.
Jak zawsze w sobotni wieczór na kolonię, do domku babci zleciała się karnie cała drużyna. Jakim cudem oni zawsze wiedzieli, że przyjeżdżamy to nie wiem. Bez telefonów, bez facebooka, mieszkali w w różnych miejscach dość rozwlekłej wsi, a jednak zawsze gdy się zjawiałyśmy miałyśmy pewność, że zjawią się i chłopaki.  
Co myśmy takiego robili nie mam pojęcia. Nic zdrożnego w każdym razie. Były wygłupy, wspólne gapienie się w telewizor, od czasu do czasu ktoś z kimś na chwilę zawieruszał się w tak zwanej altance. Wtedy też pewnie tak było. Pamiętam, że Ziutek nie przyszedł czym byłam ciężko rozczarowana.
Któryś z chłopaków przyjechał komarkiem. Janek B, chyba. Szał to był wtedy. Szpan na nieznaną dziś miarę. Bo nie da się komarka przyrównać do ipada, którego ma połowa ludzkości.
Baśka się pochwaliła, że umie jeździć.  A zakochany w niej na umór Janek, przegrywający w konkurencji z Andrzejem G, dał jej tego komarka. Sam zasiadł z tyłu i pomknęli polną drogą utwardzoną pierwszymi jesiennymi przymrozkami. Pojechali w noc. Staliśmy na tej drodze czekając i czekając, aż zmarzliśmy.
Kiedy wreszcie wrócili Janek siedział z przodu, Baśka jakaś milcząca z tyłu. Atmosfera zdechła, jakoś się tak wszyscy rozeszli choć noc była młoda.
Szykowałyśmy się spać, Baśka zdjęła sweter i pokazała ręką opuchniętą jak bania. Na pytanie co się stało opowiedziała. 
Jechała sobie tym komarkiem, jechała, komarek wjechał w koleinę, chybnął się na bok, Baśka chciała złapać równowagę, podparła się ręką i coś jej się stało. Ręka zaczęła bardzo boleć.
Rano ręka bolała jeszcze bardziej. Zamiast południowym, wyruszyłyśmy do domu porannym autobusem. Babci o bolącej ręce nic nie powiedziałyśmy.
W pociągu Baśka siedziała na przeciw mnie a po jej twarzy bezgłośnie płynęły łzy. Dałam jej jedyną dostępną medycynę jaką miałam czyli tabletkę od bólu głowy ale nie miała czym popić więc zagryzła kanapką. Łzy przestały jej lecieć i wymogła na mnie obietnice, że nie powiem nic matce i ojcu o tym jak to się stało, bo jej ojciec więcej na komarka wsiąść nie pozwoli.
W domu, kiedy Baśka zdjęła sweter ręka okazała się nie tylko spuchnięta, ale i sina. O poruszaniu nią nie było mowy. Z wielkim krzykiem, z wzajemnymi oskarżeniami ojciec i matka zaciągnęli Baśkę na pogotowie. Po czym Baśka wróciła z wielkim gipsem od dłoni do ramienia. Ręka trzasnęła dokładnie w łokciu.
Kaśka, nasza 10 lat młodsza kuzynka patrzyła z zazdrością i mówiła „ale ci się fajnie puka, też bym chciała coś sobie złamać”.

Takie mnie wspomnienia naszły gdy w niedzielny poranek wyciągałam skuter z kąta pod oknem sypialni. OSTROŻNIE. 
To ostrożnie.
Objechałam naszą okolicę dwa razy dookoła i zmęczona jakbym biegała wstawiłam skuter na miejsce.
Mąż się obudził, pokręcił, stwierdziliśmy, że pogoda dobra na ruch. Ubrałam się „w obcisłe, bo to dobrze mieć styl”. Mąż nałożył rolki, ja wytoczyłam rower. Mąż pomknął przodem, chciałam go dogonić, zamachnęłam nogą nad siodełkiem, nacisnęłam pedał, pedał mi uciekł i całą stopą, na płasko, z pełnym impetem przywaliłam w asfalt.
Nie złamana. Zbita.
Przespałam niemal cały wczorajszy dzień. Nie było mowy żeby iść do pracy ani do sprzątania ani do biura. W południe wymyśliłam, że Zoozlkowe krzesełko zastąpi kulę, której przyjęcia odmówiłam na izbie przyjęć, a która okazała się jednak niezbędna by skorzystać z toalety. We wszystkim innym mógł mnie wyręczyć syn lub mąż.
Wszyscy. Jak jeden mąż na moją wiadomość, że uszkodziłam nogę zadają pytanie:
– Na skuterze ?!
Na rowerze. Jak ostatnia oferma. 


Ojciec długo jeszcze wypominał matce, że przez jej głupią zgodę Basia ma/miała złamaną rękę.
Wypominał póki nie wydało się, że stało się to na komarku.
Baśka na komarka więcej nie wsiadła.
Po śmierci ojca komarek prawdopodobnie wrócił do PGRu.
 

Nie wiem

jak ja to kiedyś, …

jak ja to kiedyś, jeszcze w Polsce robiłam, że pracowałam 8-10 godzin, dzieciom młodszym przecież wtedy poświęcałam więcej czasu, regularnie gotowałam i sprzątałam, czytałam i jeszcze miałam czas na codzienny wpis na blogu…
Dziś pracuję w sumie na 75%, do prac obu mam blisko, dzieci dorosłe, psa do spacerów już nie ma…A nie mam czasu na sklecenie mądrego wpisu na bloga, tylko na cotygodniowe raporty „o pomidorowej”. Czytam bardzo mało, bo  też tego czasu mi brak. Jedna książka na miesiąc! Toż to skandal jakiś. 
Coś mi chyba kradnie czas…
Tylko co ?
Zuzia – to na pewno, ale ona nie jest co dzień. Średnio dwa razy w tygodniu i te dni są całkiem wyłączone z normalnych zajęć.
Serial…Taak. Wczoraj zakończyłam Gilmorki, po raz któryś tam, ale oglądałam raptem 2 odcinki dziennie – czyli jakieś 1,5 godziny.
Mąż zmusza mnie wieczorami do aktywności odkąd w „Szmateksie” kupił sobie rolki (już wiem co dostanie na najbliższe urodziny) . Jak nie leje to wieczorem zaliczamy godzinną lub nieco dłużą trasę. On na rolkach, ja koło niego rowerem. Fajnie jest, choć za każdym razem musi mi mąż pojęczeć „no chodź, no ale chodź, no nie bądź taka, no weź…”. Ostatnio go zapytałam czy nie mógłby sobie kochanki znaleźć ale w końcu uległam i jak zawsze wróciłam pełna energii.

Gnają te dni jak durne,naprawdę. Wiosna w pełni. Ostatnio to nawet prawie lato, takie były temperatury. Ale dziś wstałam z uciskiem w głowie, niebo zasnute szarością. klart.se – strona z prognozą pogody pokazuje deszcz dookoła i deszcze w ciągu najbliższego tygodnia. To nie jest fajnie, bo kupiłam skuter ( taki do 25/h) a w deszczu to jak będę się nim bawić ?
A muszę się najpierw nauczyć nim jeździć.
Ale najpierw muszą mi go przywieźć. 
W sklepie w Goteborgu na własne oczy zobaczyłam to, co chciałam mieć. Bliska byłam już tego żeby obiecać, że będę grzeczna, będę rowerować do pracy bez względu na pogodę, tylko nie każcie mi …Po czym sobie przypomniałam, że to ja sama chciałam, że przecież dzięki temu potworowi będę mogła pojechać dalej niż do Stenhammar czy Rady na zdjęcia a w drodze będę się mogła zatrzymać wszędzie tam gdzie JA będę chciała.

No więc kupiłam i czekam. I czekam z uczuciami na przemiennie „niech go przywiozą jak najszybciej” „niech nie przywożą”.

Czas budzić męża, bo dziś Dzień Zuzi ( jak co tydzień) a ten startuje o 10. 
Do napisania.
Pewnie znów za tydzień. I znów „o pomidorowej”. <wzdech>
  
  

W zaułkach pamięci i rozumu

<span …

 Od dwóch dni na okrągło słucham dwóch kawałków z lat siedemdziesiątych.

Bijelo Dugme „Selma” i „Hop-cup”. 
Selma to przejmująco zaśpiewana ballada, z całym bogactwem brzmienia lat siedemdziesiątych o miłości skrytej za zwykłymi słowami.
Hop-cup to energetyczny kawałek, którego gitarowy riff wzbudził uznanie u młodego pokolenia czyli mojego syna. 

Tak to jakoś jest, że moim najbliższym i najbardziej dostępnym otoczeniu syn jest jedyny, który podziela (w większości, bo do Pink Floyd miłości nie podziela) moje muzyczne fascynacje.  Mąż z wiekiem coraz bardziej steruje w kierunku muzyki dance. Tak, to jest ironia losu: jak się trafi jeden na 100 egzemplarzy lubiący tańczyć, to za żonę ma osobniczkę tańczącą z gracją szafy i o wyczuciu rytmu głuchego. 
O córce się nie wypowiadam, bo to, czego słucha ona obraża mój wybredny gust muzyczny. I tak dziecko potrafi mi zadać w jakiś weekendowy dzień pytanie:
– A oglądałaś Melodifestivalen?
Na co moja nieodmienna odpowiedź brzmi:
-Szkoda mi czasu na takie głupoty. 
No bo szkoda.
Ale coraz częściej zdarza się tak, że piątkowy wieczór, który przeznaczony jest z założenia na muzykę z listy przebojów trójki, odpalam youtube, bo mi po głowie chodzi piosenka sprzed lat stu…Szukam, aż znajdę, słucham, zachwycam się, a czasem rozczarowuję, jeśli artsta jest mi znany tylko z tej jednej piosenki szukam czegoś więcej, i tak krok za kroczkiem…
Ostatnio przypomniała mi się „Maria-Magdalena”, ale nie, nie ta, którą śpiewała niejaka Sandra. Wcześniejsza, taka do której tańczyłam na wieczorku klasy VII z Andrzejem, w którym się podkochiwałam. Podkochiwałam się w nim niezależnie od stałej fascynacji niejakim Adasiem Z, który jako jedyny z fizyki miał czwórkę, a zadania matematyczne rozwiązywał pomiędzy wygłupami i żarcikami. Adaś siedział i kumplował się z Kwiatkiem, drugoroczniakiem palącym pappierosy, kochającym się w mojej przyjaciółce Violetcie. Ma matmie Kwiatek siedział za mną, Adaś za Wieśką, z którą ławkę dzieliłam ja. Kwiatek, Wieśka i ja wygłupialiśmy się, zamiast robić to co należy, Adaś w tym brał udział, jednocześnie rozwiązując te zadania. Kwiatek bezczelnie od niego zżynał a my od Kwiatka. I nigdy nie wiedziałyśmy, dlaczego nauczycielka nam skreśla zadania! Po latach okazało się, że Kwiatek nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami jak znaki…
Z tamtego okresu pochodzi też wspomnienie o „Kristinie” w wykonaniu niejakiego Zdravko Colic. Maria Magdalena w wykonaniu Julie Pietri ( na początku nie wiedziałam nawet jak się artystka nazywała i byłam przekonana, że to śpiewał facet) mnie rozczarowała. I wtedy zasłonka w mózgu podsunęła kawałek refrenu „Kristina, Kristina”, i imię Zdravko. Dalej było łatwo. I tak szukając co ten Zdravko jeszcze zaśpiewał trafiłam na Bijelo Dugme. No dobra, Bregovic tam grał, tyle pamiętałam. Trafiłam wersję Elderlezi, potem przypomniały mi się słowa Hop-cup, podśpiewywane razem z radiem przez Baśkę. Z tym radiem, które ojciec kupił zamiast spodni na moją komunię i matka powiedziała, że mu tym radiem stare portki załata. A ojciec potem, jak to radio matka wyniosła do kuchni żeby jej grało przy zmywaniu czy prasowaniu, bo taki tranzystorek był,
pytał 
– Gdzie moje SPODNIE??!  
Radio przeżyło około dziesięciu lat a może i więcej. Po śmierci ojca jeździło z nami na wakacje na Mazury, grało nam jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych i na nim chyba łapałyśmy pierwsze listy przebojów trójki, póki któraś z koleżanek, chyba wyjeżdżająca na stałe na RFNu nie podarowała nam nieco lepszego egzemplarza. Wtedy już byłyśmy bogate bo miałyśmy magnetofon Grundig na kasety i mogłyśmy sobie te listy nagrywać. Tak sobie pierwszy raz spiratowałam płytę Pink Floyd, którą litościwy Piotruś Kaczkowski zagrał w całości…To był chyba album Wish you were here – do dziś moja najukochańsza płyta Floydów, z cudownym Szalonym Diamentem.
I tak sobie słuchałam tego Hop-cup wspominając. Gdy zaciekawiła mnie Selma. No i wsiąkłam.
Pomyślałam z życzliwością o moich znajomych z dawnej Jugosławi. Djulejman ma fioła na tle muzyki jak ja, za młodości był chyba na koncertach wszystkich ówczesnych gwiazd, tych z Zachodu także.
I tak od Selmy przeszłam do historii Jugosławii, i choć wiem jaka była geneza rozpadu i wojny to nadal nie rozumiem jak można strzelać do sąsiada, z którym się całe życie mieszkało „przez płot”. Obejrzane wczoraj „Pokłosie” było naturalną kontynuacją tych rozmyślań. 
Nigdy chyba nie pojmę siły nienawiści jaka potrafi tkwić w ludziach.
Mocny, prawdziwy obraz. Antypolski mówią niektórzy. Nie. Polski. Prawdziwie polski. Do bólu szczery. Jak widać można opowiedzieć prawdę i nie epatować obrazami przemocy, zupełnie inaczej niż w „Róży”.
I tak od historii miłosnych przeszłam do historii.
Zaiste: meandry mojego rozumu zadziwiają mnie samą.
 
Macham wam rączką nucąc razem z Bijelo Dugme: Selama, Selma, zdravo Selma!
Poświęćcie jedną palmę za mnie, dobrze ? 

 
 

Bo na imię mam Kubek a nazwisko Kawowy



<p …



– Nie, Gulsi, to nie jest kubek do kawy – powiedziałam, gdyśmy się wreszcie spotkały na poranne pogaduchy. Ja po pracy, ona po odwiezieniu małej Bi do przedszkola. Gulsum właśnie oglądała  zachód słońca nad Finlandią. Nie, nie na żywo,  na kubku, który mi mąż kupił na pocieszenie na promie z Helsinek, bo odkryłam, że kubek kupiony w Helsinkach jest pęknięty.
– Dlaczego nie do kawy ?  Taki ładny kubek, piłabyś w nim rano kawę i patrzyła na słońce…
– Ale to kubek do herbaty – wyjaśniłam
– Nie rozumiem. Kubek to kubek – zdziwiła się moja przyjaciółka. Ja też się zdziwiłam, że ona nie wie takich oczywistych oczywistości.
– Gulsi…są kubki do herbaty i  są kubki do kawy – wyjaśniłam cierpliwie. Widząc, że nadal nie rozumie wyjęłam ze zlewu biały kubek z czarnymi napisami.
– Tu jest napisane „kawa” na sto różnych sposobów, tak ? No więc to jest kubek do kawy.
Wyjęłam z szafki kubek z reniferem, ten z Norwegii.
– A to jest kubek do herbaty.
– Dlaczego, Kaszia ?
– Nie wiem, ale kawa w nim nie smakuje. O, zobacz – ten też jest do herbaty. Ale ten jest na zimę – pokazałam jej pękaty, zwężający się ku górze, kubek w róże ze złoceniami. – Na zimę, bo jest wąski i herbata tak szybko w nim nie stygnie.
A ten jest na lato – do zimnej herbaty z cytryną – wskazałam na szeroki, przysadzisty kubas w tulipany.
Gulsi patrzyła na mnie oszołomiona.
– Masz kubek inny do herbaty, inny do kawy i jeszcze inny na lato i inny na zimę ?!
– Noooo…mam jeszcze kubek do kawy na niedzielę…Albo na wolne dni. – Wyjęłam z szafki kubek z elegancko wywiniętym brzegiem, zdobiony zielonymi liśćmi, z cieniutkiej, kremowej porcelany.
– Na niedzielę ? Dlaczego ?
– No bo w zwykłe dni piję kawę rano, przed pracą  więc szybko. Poza tym mój żołądek za bardzo nie lubi kawy o tej porze, więc nie może być jej za dużo. Dlatego piję w tym mniejszym.
Gulsum kręciła głową. I śmiała się. Jak można być takim dziwnym człowiekiem co ma kubki na pory dnia i na pory roku ?
 Na wszelki wypadek nie przyznałam się, że nie lubię, gdy ktoś sobie pożycza któryś z „moich” kubeczków. Ani do tego, że jeszcze większą zbrodnią jest podanie kawy w kubeczku herbacianym lub odwrotnie. POZięć miał, niezrozumiały dla mnie, problem z opanowaniem kubeczkowego „dress-kodu”.  Nie raz, nie dwa mu tłumaczyłam, a zdarzało się, że w ostatniej chwili przed zaniesieniem kawy gościom przelewałam tęże do właściwszego naczynia, choć nie na wiele się to zdawało. Zbezczeszczony kubeczek musiał swoje odstać na półce, nim sięgnęłam poń ponownie. Bo może jednak zapach się ostał i będzie mi smak psuć? A gdy już w końcu POZięcia wyedukowałam to…przestał być POZięciem.  Los naprawdę bywa złośliwy.
Tak sobie donoszę znad kubka Sowiego. Miał być kawowy, bo Zielonemu podejrzanie w uchu strzyka, ale kawa w nim nijaka. A sobotnio –wieczorna herbata – wyborna.


Życzenia się spełniają – czyli uratowane święta

O tak, powiedziała …

O tak, powiedziała niejaka KasiaP, w Wigilijny poranek. 
Właśnie się obudziła i stwierdziła, że w głowie galopuje jej tysiąc koni, w gardle ktoś rozpalił ogień, który nos stara się ugasić, produkując hektolitry płynu.
Już dwa dni temu czuła, że kataklizm się zbliża i zażywała wszystko co w domu było na przeziębienie, ze szczególnym uwzględnieniem czosnku, niestety nic nie zadziałało.
Obudziwszy się więc w wigilijny poranek KasiaP. zastanowiła się nad zjawiskiem.
Leki przeterminowane ?
Nie, dziecko ostatnio chorowało, wyżarło wszystko do cna, więc czując nadciągającą zarazę KasiaP. uzupełniła zapasy.
A może czosnek z Chin ? Wiadomo jakimi cechami cieszą się chińskie zabawki, więc dlaczego czosnek nie miałby podlegać tym prawom?
Nie, czosnek był hiszpański. 
Więc czemu mimo podjęcia surowych środków prewencyjnych w wigilijny poranek KasiaP budzi się z najgorszym w ostatniej dziesięciolatce przeziębieniem? W dodatku mając przed sobą perspektywę długiego dnia wypełnionego najpierw pitraszeniem, potem sprzątaniem, potem lepieniem pierogów a na koniec, na wieczór, gdy zgodnie ze staropolską tradycją już nie będzie widzieć na oczy ze zmęczenia, rodzinną kolacją do której powinna zasiąść radosna i świeża.
KasiaP stwierdziła, że nic innego tylko jak zawsze los jej nie sprzyja, świat się na nią uwziął, a wszechświat dąży do zrujnowania jej życia.
Obrażona na cały świat postanowiła mieć nadciągającą katastrofę, zwaną inaczej świętami rodzinnymi, w…Nie powiedziała w czym. Bo poprzez bunt do jej resztek przytomnego umysłu przebił się cichutki szept głosu rozsądku.
„A kto kilka dni temu mówił, że woli katar, nawet gigantyczny, od sraczki ? No, dobra, wyrażajmy się elegancko, wszak Wigilia jest – od magsjuka? No ? Kto ?…No! To teraz pretensje do siebie miej, że ci się życzenia spełniają”
Dyskusja w głowie sprawiła, że Kasia P odzyskała część wigoru.
-Wiesz – powiedziała do Niewiadomokogo, ale uosabiającego los, przeznaczenie czy jak tam to nazwać.
-Wiesz…szkoda, że innych moich życzeń nie spełniasz tak ochoczo.
-Rzadko precyzujesz tak jasno czego chcesz.- odpowiedziało jej Niewiadomoco
-Jak to nie ? A NikonD5100 ? A mały 10-calowy lapek? A zimowa wycieczka w ciepłe, niedalekie miejsce ? A zgoda w rodzinie ?
-Trochę umiaru! -zgromiło ją Niewiadomoco i dodało
-Rzeczy niemożliwe załatwiam w trzy dni jak widać. Na cuda potrzebuję trochę czasu – zaśmiało się Niewiadomoco nieco ironicznie i zniknęło.
Sama sobie zapracuję na ten aparat i na lapka i na wycieczkę, postanowiła. Na tym przeklętym mopie będzie jeździć jak głupia, ale w nosie ma, oprócz kataru, Niewiadomoco.
– A tę robotę to niby kto ci załatwił ? – zahuczało z oddali.

 KasiaP z westchnieniem rezygnacji wstała i poszła do kuchni. No bo co się będzie buntować, jak sama sobie jest winna.