Bubel literacki czyli dlaczego nie lubię amerykańskich powieści.

Nie wiem jak to się …

Nie wiem jak to się dzieje. Może wybieram powieści określonego gatunku i dlatego tak trafiam. A dzieje się tak, że biorą książkę do ręki znęcona okładką, wyrywkowym zdaniem ze środka książki, czyjąś recenzją. Zresztą każdy kto czyta, wie jak to jest – nie do końca da się opowiedzieć dlaczego sięga się po właśnie tę, a nie inną z tysiąca książek stojących obok. Nazwisko autora najczęściej jest mi nie znane, bo pisarzy na świecie jest wielu i choćby nie wiem jak dużo człek czytał, nie będzie znał wszystkich. A to, że nazwisko nie jest znane nie musi oznaczać, że książka jest nie warta czytania. Zatem biorę, czekam niecierpliwie na chwilę świętego spokoju, żeby się raczyć kolejną historią. Siadam, zaczynam, zagłębiam się w świat, odpływam…I biada temu autorowi, za sprawą którego z błogiego zaczytania wyrwie mnie jakiś zgrzyt. Jeśli zgrzyt będzie jeden – przełknę i pójdę dalej, ale jeśli za chwilę znów mi coś zazgrzyta wtedy już złośliwie będę wyszukiwała następne potknięcia. Czasem doprowadza to do odrzucenia książki z głębokim, pełnym irytacji zawodem. Czasem, rzadko, ale bywa, jeśli historia wciąga, doczytuję tę książkę do końca, aczkolwiek z poczuciem  krzywdy i bycia oszukaną. Zawsze jednak, kiedy zgrzyty wyrywają mnie ze świata, w którym byłam, sprawdzam kim jest ów barbarzyńca, ten przestępca, którego powinni skazać na karę ciężkich robót za marnowanie dobrej historii i stworzenie literackiego bubla. I dziwnym trafem tak często okazuje się, że jest to Amerykanin (lub Amerykanka) że zaczynam czuć awersję do całej literatury pochodzącej zza oceanu. 

Pamięta ktoś, jak w latach komunizmu telewizja serwowała nam rosyjskie filmy ? Nabijaliśmy się z nich wyliczając, które z trzech typowych scen już się pojawiły w filmie. Pociąg był, deszcz był, a to zaraz pojawi się i gitara.  
Adekwatnie do rosyjskich filmów w amerykańskich powieściach odkryłam trzy, charakterystyczne cechy, które powodują, że książka z niezwykłej staje się sztampowa.
Po pierwsze Deus ex machina 
Bohater, a częściej bohaterka, miota się po poniesionej klęsce życiowej, w której traci wszystko, lądując na samym dnie drabiny społecznej. I wtedy, niczym  duch z maszyny, pojawia się ktoś w rodzaju dobrej wróżki, kto za pomocą jednego gestu sprawia, że bohater/ka znów znajduje się na szczycie. Nie ma ciężkiej pracy, oszczędzania, kształcenia się i powolnego pięcia w górę. Nie. Jest pstryk i bohater staje się osobą sukcesu. To jest sukces?
Że bohater sam niczego nie wywalczył, a jedynie poddał się temu co mu los, a raczej autor zapisał ? 
Po drugie Nimfomania
Jeśli wierzyć amerykańskim powieściom wszystkie, ale to absolutnie wszystkie amerykańskie dziewczyny to nimfomanki. Od pierwszego wejrzenia marzą o uprawianiu seksu z ukochanym, przy czym nie ma znaczenia czy są dziewicami czy nie, ale od razu, za pierwszym razem, przeżywają orgazm gigant. Potem już zwykle bywa tylko lepiej. Jeszcze pół biedy jak takie głupoty pisze facet. Ale kobieta zazwyczaj wie, że to tak nie działa. No chyba, że jest się nimfomanką.
Po trzecie Prawo Kalego 
Przyjaciółka zawsze okazuje się tą podłą i śpi z facetem bohaterki. Sprawa wychodzi na jaw, bohaterka ma zranione podwójnie serce. A koniec jest zawsze taki sam: ona sama zakochuje się w mężu przyjaciółki, ale namiętność jest tak silna po obu stronach, że jest usprawiedliwiona. No czyż to nie klasyczny przykład „Kalemu ukradli kozę – to bardzo źle. Kali ukradł kozę – to dobrze”

Cały ten, przydługi może wywód, spowodowany jest przez kolejny literacki bubel, na jaki trafiłam. „Gorzka czekolada” autorstwa Lesley Lokko. Wszystkie trzy powyżej wymienione cechy znajdują się w tej powieści i to w dodatku w potrojonej wersji ponieważ bohaterki są trzy.
Prócz tego, powieść uatrakcyjniają pomyłki logiczne w powieści. Bohaterka opuszcza dom z powodu ciąży, którą matka przyjaciółki poznaje wyłącznie po jej oczach. Ale kierowca taksówki, który odbiera bohaterkę z lotniska, widzi jej wystający brzuch.
Ta sama bohaterka raz ma termin porodu na luty, innym razem na maj. Różnica wieku między bohaterkami raz wynosi dwa lata, innym razem sześć.
Tłumacz, Rafał Lisiński, też się jakoś nie sprawdził. To co mnie najbardziej  zirytowało to notoryczne używanie słowa szafoi zamiast szafa.
Całości bubla dopełniły redaktorka Elżbieta Kobusińska, która na takie rozbieżności uwagi nie zwróciła oraz korektorki Marianna Filipkowska i Irena Kulczycka, które wypuściły całe rzesze denerwujących literówek.
Za całokształt można podziękować wydawnictwu Świat książki.
Gratuluję! Jeśli wszystkie ich powieści mają taki poziom to już wiem, żeby trzymać się od nich z dala.   
Tylko szkoda mi fajnej historii o trzech młodych i pięknych dziewczynach, które pozbawione wsparcia rodziców i rodziny szukają swojego miejsca w życiu. W książce jest kilka bardzo dobrych momentów, ciekawie opisany jest przemysł włókienniczy w Ghanie, nieźle pokazany jest werbunek młodych dziewczyn do świata kina dla dorosłych. I za to dałam książce ocenę   
2,5 w sześciostopniowej skali. Mogła być z tego bardzo dobra powieść, wyszło czytadełko o jakości Trędowatej, tyle że z amerykańskim, a jakże happy endem.
Nie polecam

Płatki wspomnień – że się tak pretensjonalnie wyrażę

Właśnie …

Właśnie wstawiłam do pieca ciasto bananowe. 

Wysypując foremkę przypomniałam sobie zabawną, choć trochę może żenującą  historyjkę…
Lata osiemdziesiąte to były, tak bardziej druga połowa, bo zdaje się, że pracowałam.
Mieszkałam wtedy jeszcze z moją mamą.
W każde piątkowe popołudnie rodzicielka biegała do takiej starej zakonnicy mieszkającej koło kościoła. Zakonnica, z pochodzenia Niemka, niegdyś była właścicielką sporej kamienicy w Miasteczku, którą wniosła klasztorowi w posagu, a która weszła w skład prowadzonego przez siostry szpitala. Po wojnie władza ludowa przejęła szpital, ale cudem jakimś siostrom przydzielono dwupokojowe mieszkanie w nowo wybudowanych blokach. Prócz owej siostry w mieszkanku mieszkała jeszcze jedna, jeszcze starsza zakonnica. Obie wiekowe, obie prawie nie mówiące po polsku. Moja matka tam biegała w każdy piątek, sprzątała, prała, wysłuchiwała plotek które dobrzy mieszczanie i naturalnie katolicy znosili siostrom szczodrze. Siostry matce płaciły, przynajmniej założenie takie było, że płacą ale z czasem okazało się, że częściej zapłatę matka odbierała w naturze – czyli w różnych dobrodziejstwach z paczek, które otrzymywały z Niemiec.  Czasem były ciuchy, czasem jakieś frykasy. Różnie z tym bywało, bo paczki przychodziły regularnie, siostry na bieżąco nie nadążały zużywać wszystkiego i czasem to i owo miało dość dawno przekroczony termin przydatności do spożycia. Mać moja wychowana na wsi miała, przez tyłek i nie tylko, głęboko wklepany szacunek dla czarnej sukienki. Ponad to tradycja rodzinna Jasińskich nakazywała każdej potomkini rodu urabiać sobie ręce do łokci, ale tak, żeby broń boże z tej pracy korzyści widocznych nie odnieść. Matka, nieodrodne dziecię Jasińskich, oczywiście musiała się poddać tradycji i nigdy jej do głowy nie przyszło, żeby Szwester – jak o zakonnicy mówiła – zrugać, za to że jej śmieciami płaci za uczciwą robotę. Znosiła do domu różne tałatajstwo, z każdym rokiem coraz gorsze, w nadziei, że może coś z tego da się wykorzystać.
Przyglądałam się temu z ciekawością, konsumpcji przeterminowanych przysmaków odmawiałam, ale na ciuchy, nawet ewidentnie z lat siedemdziesiątych popatrywałam ciekawie, bo do szmat zawsze mnie ciągnęło, ale w owych czasach maszyna do szycia stanowiła mój niedosięgły szczyt marzeń.
Któregoś dnia wśród różnego badziewia matka znalazła szarą torebkę. Zawartość nie przypominała niczego nam znanego. Jakieś białe płatki to były. Znalazło się toto wśród innych artykułów spożywczych, więc ni chybi do jedzenia. Ale co to mogło być ?
Zapachu nie miało. Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością, możliwe że i głupota, bo zdecydowałam się to coś ugryźć. Smaku żadnego.
– Płatki mydlane pewnie, tylko jakieś stare i bez zapachu – orzekłam autorytatywnie. Matce, święcie wierzącej, że skoro zdałam maturę i pracuję w biurze to taka całkiem głupia być nie mogę, nie przyszło do głowy, że przecież płatków mydlanych na oczy w życiu widziałam.
Przy najbliższym praniu, a prałyśmy we Frani a nie w żadnym automacie, zamiast proszku wsypałyśmy owych płatków. Pranie się wyprało, a jakże, tylko z pralki po wypuszczeniu wody wybrałyśmy garść wsypanych płatków a potem jeszcze jakiś czas z  rogów ubrań pieczołowicie wydłubywałam zagubiony płatek.
Chyba nas to zniechęciło, bo dalszych prób nie pamiętam tak jak nie pamiętam czyśmy te tajemnicze płatki wyrzuciły od razu czy dopiero za jakiś czas.
Minęły lata.
Przyszła demokracja, półki zapełniły się dobrem. Jedna z sióstr zmarła, Szwester zniedołężniała i przeniosła się do klasztoru. Porodziły mi się dzieci… No jak to w życiu.
Matka, nadal hołdując tradycji narób się a nie dorób się, poszła opiekować się starym księdzem na podbiałostockiej wsi.
I za którymś razem, z okazji jakiegoś tam święta, ktoś tam piekł jakieś ciasto, uprzednio przywiózłszy ze sobą potrzebne ingrediencje. Pomiędzy rodzynkami, cukrem wanilinowym, proszkiem do pieczenia wypatrzyłam torebkę z białymi, owalnymi płatkami. Dokładnie takimi samymi jak tamte nasze.
– Mamo, patrz – podniosłam torebkę, tak żeby i ona mogła przeczytać napis: „płatki migdałowe”.

Właśnie wyłączyłam piecyk, uchyliłam drzwiczki i dom pachnie ciastem bananowym z odrobiną imbiru i cynamonu, posypanym migdałowymi płatkami.

 

Ciasto bananowe
Składniki:
150 g miękkiego masła
100 ml cukru kryształ
200 ml cukru pudru
3-4 dojrzałe banany
2 ekologiczne jaja
300 ml mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki mielonego cynamonu
½ łyżeczki mielonego imbiru
szczypta soli
100 g orzechów włoskich/pekanów/ miogdałów

1. Rozgrzej piecyk do 175 stopni.
2. Utrzyj masło z cukrem na biały krem
3. Zmiksuj banany na pure i dodaj do masła z cukrem, dodaj jaja
4.Wymieszaj pozostałe suche ingrediencje i dokłądnie wymieszaj z ciastem. Kilka orzechów zostaw żeby posypać po wierzchu.
5. Wyłóż ciasto na natłuszczoną i wysypaną foremkę. Piecz 30-40 minut.

Ciasto będzie szarawe, wilgotne i jakby zakalcowate. Ale pyszne. Polecam. 

 

PS. Macie jakieś osobiste historyjki związane z jakąś potrawą albo jej składnikiem ? Coś takiego, co wam się zawsze przypomina właśnie wtedy gdy po to sięgacie. Może mi opiszecie a ja to wkleję na bloga ?  Koniecznie z przepisem. Co wy na to ?

Kopciuszek- historia prawdziwa cz3 – ostatnia

 Dob…

 Dobiegająca czterdziestki Kasia, a teraz już Katarzyna, poważna księgowa, matka dwójki dzieci, zaglądała na półki z bajkami wciąż szukając starej bajki. I choć nie znajdowała, to wciąż ponawiał próby.

Nastał czas internetu. Wyszukiwarka jednak na hasło Kopciuszek wyrzucała setki odpowiedzi, ale żadna nie była tą…Zresztą – nawet jeśli odpowiedź była właściwa, to Katarzyna i tak nie mogła wiedzieć o tym, bo bez fragmentów nijak nie mogła tego stwierdzić. Posunęła się nawet do wysłania listów do kilku najstarszych wydawnictw, do jakiegoś, znalezionego w internecie naukowca, specjalisty od polskiej literatury dziecięcej, ale nikt jej nie odpowiedział.  Aż znalazła forum, gdzie ludzie sobie nawzajem pomagali odnajdować zagubione książki. Wystarczyło opisać fabułę. Zamiast fabuły, którą wszak wszyscy znają, Katarzyna wpisała fragment bajki. Dwa dni później miała odpowiedź: Kopciuszek autorstwa Janiny Porazińskiej znajdował się w książce „Nad wiślaną wodą” .Tak! To było to, bo tak się właśnie bajka zaczynała:

Nad wiślaną wodą szumi głochoborze:
Rety! Co się stało w starościańskim dworze!
Nad wiślaną wodą szumią wielgolasy:
Rety! Gędźba o tym pójdzie po wsze czasy!

A kilka tygodni później, wpisany w wyszukiwarkę tytuł i autor przyniósł rezultat- jakiś antykwariat miał książkę na stanie. Nie zastanawiając się ani minuty, Katarzyna skontaktowała się ze sprzedawcą, przelała żądaną, wcale nie wygórowaną cenę na jego konto i wreszcie, po kilku dniach czekania miała przed sobą legendarną książkę. Pożółkła, wydana na szarym, sztywnym papierze, z burymi ilustracjami, dla niej ta książka była najpiękniejszą.
Wieczorem, gdy wreszcie mogła, z lubością otworzyła sztywną okładkę.
Stempel szkoły podstawowej Gdańsk-Wrzeszcz i odręcznie wpisana dedykacja dla jakiegoś Pawełka za bardzo dobre wyniki w nauce, wzorowe zachowanie i za udział w występach artystycznych z 26 czerwca 1971 roku z podpisem i stemplem kierownika szkoły.
A dalej…Dalej znany już nam prolog. I rozpoczęcie:

Hen, w krakowskiej ziemi
-drogi szmat daleki-
na pagórze dworzec
stoi już dwa wieki
.

Czytała, choć tak naprawdę w głowie brzęczał jej spokojny, dźwięczny głos mamy. I naraz zgrzyt. Bo głos w głowie jedno, a oczy widzą drugie. Wróciła. Jeszcze raz. I znów to samo.

Fragment jest o tym jak Kopciuszek naprawdę mający na imię Kasia wyobraża sobie króla, tuż po tym jak jej siostry otrzymały zaproszenie na bal. Ona pamiętała tak:

Musi biały, z tylą brodą
musi go anieli wiodą.
A królewic, musi w rzeczy
pół-on-boży pół człowieczy.
A kaj stąpnie- słychać granie
A kaj spojrzy- hań kwiat stanie!

 

A w książce było:

Musi wielgi jak dąb w lesie.
Krzyknie – wichrem głos się niesie.
A pięść zawrze, pięścią stuknie
to i skała się rozpuknie!
A królewic…
Hej, nie zgłości,
jakiej to on nadobności…


I dalej, gdy do Kasi- Kopciuszka przychodzi piękna pani, zaprasza ją na bal, zostawia skrzynię w kwiaty i znika. Pamiętany Kopciuszek mówił :
Czyliś ty z kościoła ?
Czyliś ty z kontyny?
Czy zesłały bogi?
Czyliś Bóg jedyny?


A w książce było:

Czyś zza morza przyszła,
studróżką stąpała?
Czyżeś z chmury zbiegła
jak błyskawic strzała ?

 

I tak jeszcze w kilku wersach, gdzie występował Bóg i król jako istota namaszczona przez Boga.
Mimo wszystko Katarzyna jest zadowolona, że książkę odnalazła. Tekst, który pamięta wpisała obok tekstu wydrukowanego. Może ktoś, kiedyś wyjaśni i tę zagadkę: czy to Halina nie pamiętając dokładnie wymyśliła te słowa czy też taka była pierwsza wersja w wydaniu z 1929 roku a potem władze komunistyczne poleciły ją zmienić.
Dzieci Katarzyny bajek czytanych na głos nigdy nie lubiły. Katarzyna jednak wciąż ma nadzieję, że znajdzie uszy chętne do słuchania pięknej, starej polszczyny. I kiedy to myśli z nadzieję patrzy na Zuzannę- swoją wnuczkę.
Od kilku dni, kiedy Zuzia przed spaniem dopija swoje mleczko z niebieskiej butelki Katarzyna zadaje szeptem pytanie :
– Opowiedzieć ci bajkę ?
A Zuzia patrzy błękitnymi jak niezabudki oczami, i kiwa głową. I Katarzyna wie, że nadszedł czas by wskrzesić starą bajkę…


 

Kopciuszek- historia prawdziwa cz2.

Czytanie …

Czytanie stało się jej pasją, zastąpiło jej prawdziwą edukację i pewnym stopniu zaspokajało jej ciekawość świata. A głowę miała taką, że wystarczało jej raz coś przeczytać by to zapamiętać. Szczególnie to, co ją zaciekawiło lub poruszyło.

Pasji czytania nie zarzuciła nawet kiedy dorobiła się męża i własnej gromadki dzieci. Przeciwnie – wyniesiony z domu zwyczaj głośnego, wieczornego czytania wprowadziła i we własnym domu. Z równą przyjemnością czytywała książki dla dorosłych jak i bajki dla dzieci.
Jedna z jej córek, Halinka, urodzona w czasie wojny, szczególnie upodobała sobie jedną z bajek i wciąż się jej dopraszała. Książka była stara, zniszczona bo jeszcze sprzed wojny, nie miała ani okładek, ani strony tytułowej stąd Halinka nie wiedziała ani kto tę bajkę napisał, ani jak się ona nazywa. Dla niej był to Kopciuszek. Bajka była wierszowana, trochę dziwną polszczyzną napisana. Nikt nie pamiętał kiedy i skąd się ta książka w domu znalazła.
Na szczęście mała zaraz poszła do szkoły, czytać nauczyła się szybciej niż jej rówieśnicy i mogła sama czytać. W domu już była „elekstryka” i wieczorami czytać można było długo. Co było w smak nie tylko Józefie ale i każdemu z  jej dzieci. Bo miłością do książek Józefa zaraziła wszystkie swoje dzieci.
A Halinka tyle razy czytała ukochaną bajkę, że w końcu nauczyła się jej na pamięć i wtedy już zawsze, gdy światło gasło, mogła sobie tę bajkę opowiadać nim sen ją ukołysze.
 Kopciuszek kołysał Halinę do snu wiele lat. I wiele lat potem kołysał do snu dwie córki Haliny – Basię i Kasię. Tyle, że już nie z książki a z pamięci. Książka przepadła gdzieś równie tajemniczo jak się pojawiła.
Któregoś dnia Basia przyszła do mamy bardzo poruszona.

– Mamo, ty wiesz…Ja w bibliotece znalazłam książkę z naszym Kopciuszkiem.
Wiadomość była sensacyjna!
– Trzeba było pożyczyć! Kto to napisał ? – Halina była równie poruszona jak jej kilkuletnia córka. Basia niestety nie zapamiętała. Po prostu wzięła z półki pierwszą lepszą książkę, otworzyła, przeczytała słowa, które znała od zawsze i tak się tym zdziwiła, że odstawiła książkę na miejsce.
– Pamiętsz gdzie ? Idź jutro i przynieś – włączył się ojciec Basi, mąż Haliny, Walek.
W domu zapanowało ożywienie i cała czwórka, łącznie z małą Kasią, czekali następnego dnia aż Basia wróci ze szkoły.  Ledwie dziewczynka przekroczyła próg mieszkania rzucili się na jej tornister, ale książki nie było.
Basia pełna żalu do samej siebie, z poczuciem niewypełnienia misji dziejowej powiedziała, że albo książkę ktoś wypożyczył, albo ona źle zapamiętała miejsce, bo książki nie znalazła. Mimo to, Kopciuszek trwał w ich domu, choć dziewczynki rosły coraz szybciej, choć właściwie z bajek wyrosły, a mama coraz mniej chętnie dawała się na opowiadanie bajki namówić. No bo ile można ? Od trzydziestu co najmniej lat każdego wieczora, najpierw dla samej siebie, potem córkom, w kółko to samo. A życie nie było bajkowe. Podwyżki, kolejki w sklepach, kartki. I jeszcze domowe kłopoty…
Ale zawsze będąc w bibliotece zaglądała Halina do działu z bajkami i szukała. Pytała bibliotekarek, wyciągała książki na chybił trafił, że może zdarzy się cud i trafi…Nie trafiła. Ani ona, ani Basia, ani Kasia.
Kopciuszek chciał pozostać tajemniczą opowieścią, przekazywaną wyłącznie w formie ustnej. Bo kiedyś w końcu Basia i Kasia wpadły na pomysł, że mama im podyktuje a one sobie całą tę bajkę spiszą w zeszycie. Jak zaczęły spisywać to okazało się, że większość znają na pamięć, to po co pisać ? Innym razem zaczęły jednak spisywać, ale coś im przerwało a potem zeszyt przepadł jak kamień w wodę.
Kopciuszek tymczasem wszedł do ich języka codziennego. Mama mawiała do nich „moje panny córki” a one same kłócąc się , nieświadomie rzucały jedna drugiej w twarz „ a tyś to piękniutka, kwiatuszek, jagódka!”   „Już ci to na sucho nie ujdzie ropucho!”
I jak kopciuszkowe siostry rwały się za włosy, zaczynały bijatyki aż pod lasem słychać było krzyki…
Minęły długie lata….

Kopciuszek- historia prawdziwa cz1.

Z ukłonami dla …

Z ukłonami dla Stefana z Uroczyska Widuna, który natchnął mnie do tej opowieści

 

Józefa była półanalfabetką. W czasach jej dzieciństwa, na wsi gdzieś pod Grodnem nie było zwyczaju posyłania dzieci do szkoły, a już na pewno nie dziewczynek. Dziewczynka miała od małego wdrażać się w roboty domowe, których zawsze było pod dostatkiem w każdej, nawet najuboższej chłopskiej chałupie. W początkach wieku XX, rodzice Józefy nie przewidywali, że wkrótce ich świat całkowicie zmieni oblicze i nikt nie nazywał ich krótkowzrocznymi. 

Pierwszy znak, że coś się zmienia dostali gdzieś około roku 1910. 
Pięcioletnia  może wtedy Józia przybiegła z pastwiska z wielkimi oczami, przerażona i spłakana.
– Mamo! Koniec świata będzie! Diabeł na piecu przyleciał! – krzyczała i dygotała jak w febrze. Była naprawdę przestraszona i tylko to powstrzymało matkę przed strzeleniem klapsa za zostawienie krowy bez opieki.
Wieczorem, gdy ojciec wrócił do domu sprawa się wyjaśniła. To nie żaden diabeł na piecu był, który wedle wierzeń koniec świata miał zwiastować. To aeroplan był, taka maszyna co to w niej człowiek może jak ptak latać. Któryś z sąsiadów czytywał gazetę i opowiadał czasem o różnych dziwnych rzeczach co dzieją się na świecie.
Mówią, że pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale pierwszy aeroplan ujrzany przez Józię coś jednak odmienił. Józię zaciekawił ten daleki świat opisywany czarnymi znaczkami. Jak to jest, że z tych znaczków można zobaczyć jak to ludzie gdzieś tam żyją.  Tak długo chodziła za bratem, tak długo mu się naprzykrzała, że wreszcie zniecierpliwiony, a trochę też i przekonany o własnej ważności, zaczął dziewczynie litery pokazywać. Z początku bazgrał patykiem na piachu pojedyncze litery, a potem zaczął wskazywać całe słowa w wykradanej matce książeczce do nabożeństwa.
I tak Józefa nauczyła się czytać. Pisać nie nauczyła się nigdy, jedyne co potrafiła to koślawie podpisać się.
A postęp jak to postęp – szedł swoją drogą, coraz szybciej i szybciej.
Książki stały się coraz dostępniejsze. We wsi pojawiła się biblioteka i Józefa chętnie z niej korzystała. Rodzice, którzy wcześniej nie widzieli potrzeby kształcenia dziewczyny teraz chełpili się przed sąsiadami, że córkę mają taką mądrą, co czytać się nauczyła. I choć nie raz Józia oberwała, za to zaczytawszy się krowy nie dopilnowała, albo garnek z kartoflami spaliła, to jakoś jej ojciec z matką wybaczali i wieczorem, nim mrok całkiem zasnuł okna, sami wołali żeby im poczytała na głos.
I Józia czytała

Klaps dla dziecka

Wyrwało mnie ze snu …

Wyrwało mnie ze snu przed szóstą. No żesz…! Zaczyna się okres niespania. Wewnętrzne dziecko oczekując na cokolwiek robi się nieznośne. Nadaktywne, nerwowe, pobudzone, marudne i nieskłonne do koncentracji. Może klaps w tyłek by pomógł ? Upuścił nieco emocji i w efekcie wewnętrzne dziecko dałoby żyć?
Nie, żebym była zwolenniczką tłuczenia dzieci, ale takie swoje własne, najwłaśniejsze, chętnie bym czasem nieco do pionu ustawiła. Nie ma lekko – bicie dzieci jest passe, nawet wewnętrznych.
Choć pewnie ci, którzy któregoś dnia w centrum handlowym w Olsztynie  musieli znosić ryk wściekłej Zuzanny w głębi serca uważali, że gówniarz na klapsa zasługuje. Co najdziwniejsze – mnie zwisało co inni pomyślą. I nie wyprowadziło mnie to w ogóle z równowagi. Przykucnęłam spokojnie obok czekając aż JaśnieWielmożnaFuria sobie pójdzie. PaniFuria już się zbierała do odejścia. Niebieskie oko, jeszcze mokre od łez łypnęło spod czerwonego policzka z zaciekawieniem. I wtedy jak spod ziemi wyrosła Osoba. 
– Ojej, chyba cię zabiorę – zaszczebiotała – Mam w domu takiego samego chłopczyka.
Furia, zwietrzywszy audytorium, ryknęła głośniej niż poprzednio. Do efektów akustycznych dołączyła efekty wizualne w postaci walenia nogami w ziemię.
Byłam grzeczna. "Nie wińcie ich, wszak nie wiedzą co czynią"
– Pani odejdzie – powiedziałam uprzejmie – Zainteresowanie tylko ją nakręca.
Osoba odeszła. Furia straciwszy widownię oklapła. Leżąc na brzuchu podniosła głowę, Zuzanna szykowała się powrotu. I wtedy szatan i piekło zesłali drugą Osobę.
– Chyba cię zabiorę – zaszczebiotała Osoba. ( O co im chodzi z tym zabieraniem? To ma spacyfikować furię ? Wystraszyć? Zaciekawić ? )
Furia naturalnie zwęszyła szansę na przedłużenie widowiska i tylko na to czekała. Wrzask poniósł się aż na najniższy poziom parkingu. Miotanie się po podłodze, walenie butami w posadzkę.
Nie powinno się dokonywać morderstwa w centrum handlowym, za dużo świadków. I nie na oczach dziecka. Ale jakbym tak Osobie wypaliła klapsa w dupę ? Walczyłam z pokusą, więc mój głos już nie był w stanie brzmieć uprzejmie 
– Proszę odejść, wcale pani nie pomaga – warknęłam. 
Czy trzeba być geniuszem by wiedzieć, że Furię nakręca zainteresowanie ? Zawadzkiej nie oglądają, czy co ? 
Schodami wjechał M. Z soczkiem. Furia się zmęczyła i dopuściła do głosu Zuzannę. Dziecko zerwało się na nóżki, potuptało do Dziadzia. "Na rączki" zadysponowało językiem ręcznym. W sklepie z bucikami dziecko już radośnie gaduliło z każdym. Na widok obrzydliwie różowych bucików przyozdobionych masą kwiatków radosne gulgotanie wyraźnie nabrało mocy. Pulchna łapka przycisnęła bucik do piersi. Nóżki zatupały. Próba wciśnięcia w rączki granatowej pary zaczęła generować furię. Skończyło się na różowych. Furia i tak wróciła. Centrum handlowe to nie miejsce dla małych dzieci, ale czasem nie ma innego wyjścia.
Może zabiorę moje dziecko (wewnętrzne) do centrum handlowego w Polsce ? Może znajdzie się jakaś Osoba, które je sobie weźmie ? Na zawsze. Mogę jeszcze w rękę pocałować.
Słyszysz dziecko ? Przyjdzie brzydka pani i cię zabierze jak się nie uspokoisz. 
 

Piłka nożna po polsku

Podłoga w dużym pokoju …

Podłoga w dużym pokoju wysycha po zabiegach upiększających a graty mieszkają w mojej malutkiej, przytulnej sypialni. Ze szczególnym uwzględnieniem telewizora o wadze i gabarytach mamuta. No ale Euro wystartowało, jak tu nie oglądać ?
Oglądałam rozpoczęcie jednym okiem jednocześnie odpowiadając na pytania ankietowe od jobcoacha. Na mecz też zerkałam jednym okiem aż do czerwonej kartki naszego bramkarza. Potem już wzroku nie mogłam oderwać. Jak Tytoń złapał piłkę wrzeszczałam razem z moimi chłopakami.
Kiedyś lubiłam futbol. Ojciec mnie nauczył. Znałam nawet reguły, wiedziałam kiedy aut, kiedy spalony. Ojciec uwielbiał piłkę nożną i siatkówkę. Sam grał i był bardzo dobrym siatkarzem. Nasza małomiasteczkowa drużyna grająca pod szyldem fabryki maszyn rolniczych jeździła po okolicznych pipidówkach i wygrywała. Ojciec na te mecze jeździł jako kibic, czasem zabierał którąś z nas. Baśkę częściej, bo była starsza, bo chyba bardziej ją lubił, bo ilekroć ją zabrał wracali z wygraną, więc była kimś na kształt maskotki drużyny. A jak był ważny mecz w telewizji (a wcześniej tylko w radio*) Polska-ktoś tam, to sadzał nas obie na wersalce po swoich obu stronach i tłumaczył o co chodzi. Lata siedemdziesiąte jak wiadomo były szczodre dla polskich piłkarzy. Górski jako trener plus Lubański, Gadocha i Deyna. To był team! A potem doszli Tomaszewski i Lato. 
Jeszcze byłam mała, jeszcze nic nie wiedziałam o geografii świata, nie wiedziałam za dobrze jak nazywają się okoliczne wsie i miasteczka, ale doskonale wiedziałam co to Wembley. 
I ten komentator – Jan Ciszewski, jak on komentował! Jego emocje udzielały się słuchaczom, bo przecież na początku lat siedemdziesiątych telewizory nie były jeszcze takie powszechne i często relację z meczu śledziło się w radio, a nie w telewizji, a Ciszewski opowiadał co się dzieje, przekazywał i fakty i emocje. Piłka nożna to był najtańszy sport. Nic do tego nie było potrzebne. Jakakolwiek piłka, trampki i kawałek w miarę równego gruntu. Na moim podwórku, za śmietnikiem, pomiędzy blokami był plac zabaw. Karuzela i huśtawki upchnięte były w jednym rogu, na murze śmietnika farbą ktoś namalował linie bramki. Na drugim końcu bramkę robiło się doraźnie z czegokolwiek – najczęściej z koszulek graczy, albo cegieł z Muru*. Od wczesnej wiosny po późną jesień, w każde popołudnie słychać było charakterystyczny, z niczym nie mylony, odgłos kopanej piłki. Nasza miasteczkowa reprezentacja trenowała i rozgrywała mecze na tzw. Saharze, czyli starym boisku pod lasem. Nic tam nie było- ani murawy, ani ławek, ani lóż, ani daszka chroniącego przed deszczem. Kawałek wyrównanej, piaszczystej, suchej gleby. Kurz i słońce palące z góry – stąd Sahara.
Pod koniec lat siedemdziesiątych, chyba w1978, odwiedził mojego ojca przyjaciel z lat dziecinnych, Rajmund, mieszkaniec zachodnich Niemiec. Na okazjonalnej wódeczce panowie spotkali się w dzień meczu Polska-RFN. Rajmund śledząc mecz stwierdził :
– I po co nam te głupie wojny były? Nie lepiej tak ? Piłkę pokopać i tak rozwiązać konflikty?
A po chwili dodał 
– Wiesz, że im jestem starszy tym bardziej tęsknię do Polski ? Ja już nawet myślę po polsku. 
Był jednym z "wypędzonych"
Rozstali się z obietnicą kolejnego spotkania tak szybko jak się da. Ale los zdecydował inaczej – już nigdy się nie zobaczyli. Fabryka wybudowała prawdziwy stadion za cmentarzem i jakoś w tym samym czasie miejscowa drużyna zaczęła podupadać. Ojciec zmarł w 1980, w sierpniu wybuchła Solidarność, a Rajny (tak nazywał go ojciec) jeszcze przez kilka lat wysyłał nam paczki.
Ale mecze nadal śledziłyśmy. Obie, razem, ściskając się za ręce. Kochałyśmy Jasia Tomaszewskiego i Grzesia Lato.
A potem przyszła dorosłość. Baśka wyjechała na swoją wieś i już nie było z kim tych meczy oglądać. A zaraz potem już nie za bardzo było co.
Patrząc na wczorajsze rozpoczęcie przypomniałam sobie, że tata marzył by Polska była organizatorem Mistrzostw Świata. 
Wczoraj pewnie usiedli razem, mój ojciec z moją siostrą Baśką i jak kiedyś oglądali mecz. A dziś Baśka skończyłaby 49 lat. 

Zdrowe odzywianie

Ostatnio, jedzac tego …

Ostatnio, jedzac tego okropnie niezdrowego, tuczacego i w ogole odsadzanego od czci i wiary kotleta wieprzowego zadumalam sie.
Bo ja nie jestem miesozerna. Mieso jadam tak, jak Clinton uzywal "marychy" -czyli jem ale sie nie zaciagam. Znaczy to, ze jadam, ale nie jestem nalogowcem i jak mam cos zamiast to wole zamiast. No ale jadam. A jak jadam to wieprzowine. Li i jedynie. Dobra – czasem moze byc ryba lub kurczak. Ale bardzo czasem. jeszcze bardziej czasem – wolowina.
Tak i tu widze pelne zgrozy spojrzenia roznej masci dietetykow. Wieprzowina ? Dzis nikt sie nie przyznaje, ze jada wieprzowine. Wieprzowina jest passe, de mode, fuj fuj… Niezdrowe to, tuczace, sprzeczne z kanonami zdrowej diety, prawda ? Juz lepszy kurczaczek, rybka, ewentualnie wolowinka? Ale pomyslcie – kurczaki daly nam ptasia grype, na ktora sie umieralo, ale tez nadmiar hormonow, ktorymi naszprycowane jest ich mieso. Wolowina daje jeszcze grozniejsza chorobe wscieklych krow i alergie na bialko krowie. Ryby sa w ogole bardzo niewskazane dla alergikow. A na co choruja nasze powszechne, poczciwe "macki"? Na jakas wysypke, zwana swinska grypa. Nie slyszalam, zeby ktos od tego umarl.
I ktos chce mi wmowic, ze swinskie mieso to najgorsza zaraza?

12 dzien miesiaca kolejnego

Niektore zdarzenia …

Niektore zdarzenia oddalaja sie nie tylko w czasie, ale i przestrzeni.
To dziwne, ze wraz z calkowita zmiana otoczenia to, co dzialo sie w inym miejscu, staje sie jakies nierealne i oddalone.
Jeszcze dziwniejsze jest to, ze mimo odrealnienia, bol i poczucie straty wciaz sa bardzo rzeczywiste.