Na życzenie Odwodnik

Atlas chmur książka i…

Atlas chmur książka i film moje SUBIEKTYWNE bardzo przemyślenia.

 

 Najpierw książka.

Zmienny język, stylizowany na adekwatny do epoki. Absolutne mistrzostwo. Mistrzostwo tłumaczki też. Postaci- wyraziste, odmienne od siebie i ludzcy, bardzo spójni psychologicznie. Fabuła każdego wątku wciągająca od niemal pierwszych wersów.
Przesłanie.
Każdy z nas ma wpływ przyszłość. Tak, jesteśmy kroplą w oceanie, ale ocean to morze kropel.  Przyszłość nie istnieje bez przeszłości, ale logicznie z niej wynika. To jeden z wniosków. Inny: nasze pragnienie posiadania więcej i więcej prowadzi do zagłady. To nie pusta filozofia- zanieczyszczenie ziemi jest nierozerwalnie związane z konsumpcją.
Podsumowanie: książka do przeczytania po raz kolejny. Za jakiś czas. Gdy szum wokół filmu ustanie, gdy w głowie zatrze się pamięć filmowej adaptacji. Wtedy będzie czas na powtórne czytanie. Po pierwszym czytaniu książka jest raczej przygodowa ale z przesłaniem. Coś mi mówi, że pod płaszczyzną może się kryć coś o wiele głębszego. Żadna nachalna, prosta coelhowska filozofia, a coś co każdy odkrywać mu sam.
Warto.

Film.
W miarę wierna adaptacja. Ale czy skakanie scena po scenie po wątkach daje widzowi coś więcej niż uporządkowana narracja książki – wątpię.
Mistrzostwo charakteryzacji. Odkrycie na liście obsady, że Jokasta i Meronym to ta sama aktorka spowodowało opad szczęki. No ale ja, jak Brad Pitt, mam chorobliwy problem z rozpoznawaniem twarzy.
Film, jak się spodziewałam, słabszy niż książka. Nie udaje mu się przekazać filozofii Mitchella. Jest skomplikowanie złożonym obrazem o przygodach jednostki. Motyw ze znamieniem nieudolnie usiłuje powiązać bohaterów ze sobą, ale nic z tego nie wynika. No może jedno: żyjemy w kręgu. Prędzej czy później dojdziemy do tego co było na początku, niezależnie jak wysokie budynki wzniesiemy, jak sprytne komputery zbudujemy. Choć może raczej: im wyższe budynki wzniesiemy, im  jeszcze sprytniejsze komputery wymyślimy, tym szybciej. Mimo to oglądając film wciąż ma się ochotę zakrzyknąć „ale to już było”. Mnie najbardziej chciało się krzyknąć w scenach przyszłości, w Nowym Seulu, jakby żywcem przeniesionym z Matrixa.
Odkrywczy wniosek: dżinsy w wysokim stanem, noszone jeszcze przed dwudziestu laty pogrubiały okropnie!
Film do powtórki za względu na Hanksa i podstarzałego Granta. Też, kiedy zatrą się wrażenia i ucichnie wrzawa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s