Donosiciel

Właściwie to jest czym …

Właściwie to jest czym się pochwalić, ale nie mam jeszcze odwagi, żeby nie zapeszyć. Z drugiej strony rozpiera mnie.
No to może tak.
POSynek grając w Szwecji w siatkówkę wygrywa dla siebie szansę na polepszenie życia. Jako, że przesądna jestem, to jeszcze nie mam odwagi się cieszyć, żeby nie zapeszyć, choć on twierdzi, że już można. Ale tak czy siak – trzymanie kciuków jest wskazane, bo jeszcze żaden papier podpisany nie został.

Dopadła mnie zaraza. Pół tygodnia łaziło po mnie, w nocy suchym kaszlem drapało w gardle, w dzień paliło ogniem w przełyku. Na amen położyło mnie w środę wieczorem. Zgodnie z zaleceniami szwedzkiej służby zdrowia położyłam się łóżka, dużo piłam i łykałam paracetamol. Idzie ku lepszemu, tylko sypiam na siedząco. Choroba chorobą, ale dziś ostatni weekend sierpnia. Jest ciepło, wygląda, że nie ma padać. Nie wiem czy mi się termometr nie popsuł ale od 3 rano wciąż pokazuje 20 stopni. Muszę gdzieś się ruszyć. Gdzieś dalej, gdzieś w nieznane. Kto wie- może to ostatni taki weekend w tym roku ? Kusi mnie Åmal i Dalslandia, którą zaledwie liznęliśmy wiosną. Ale kusi też przeciwległy rejon, Joköping i Vetter, drugie z ogromnych szwedzkich jezior. "Tak żywina pośród jadła z głodu padła".
Tak, tak. Wiem. Pranie już wyszło z kosza, rozlazło po całej łazience i zaczyna podbijać przedpokój. Gary w zlewie patrzą na to i zbierają s na odwagę by dać odpór szmatom, powoli rozciągając swe wpływy na kuchnię i przyległe jej rejony.
Ale ja mam dziś urodziny! Czy z tej okazji wolno mi olać wszystko i być stuprocentową egoistką ? Bo na co dzień jestem egoistką tylko w osiemdziesięciu procentach.
Kawa jest błeeee…
Zozol pogaduje. Jak ja się stęskniłam za nią przez te dwa dni! Kocio jak dziecko – pcha się na kolana, nos wkłada do leżącej na stole, szleszczącej jak cholera paczki chrupków (nadmieniam, że pan mąż śpi tuż obok kanapy), wyje i rozdzierająco mruczy.
O urodzinach chciałam zapomnieć z całej siły, ale facebook mi przypomniał. I nie tylko mi. Kablarz i donosiciel.  Już dawno bym zrobiła z nim porządek, ale Ela się tam wyniosła. I Steven czasem się tam pokazuje i Mark…
Åmal czy Jonköping ? Åmal ? Jonköping ? Åmal…Nie, Jonköping. A może jednak…
Miłego weekendu życzy niezdecydowana KasiaProwincjuszka

Tyle było dni

intensywnych …

intensywnych ostatnio.
Szkoła się zaczęła, zostawiłam sobie już tylko szwedzki ostatni poziom i
angielski. Na angielskim nowa nauczycielka, bo Karolina urodziła sobie
synka. Nowa ma doświadczenie w nauczaniu, to widać. Od pierwszego dnia
wiedziała co robić, ma jakiś plan, jakieś pomysły, jakieś ćwiczenia nie
tylko książkowe. Spodobała mi się. No i ona nie wymawia "Germany" ze
szwedzka "jermany". Najgłupsze w systemie szkolnictwa jest to, że zanim
zacznę zajęcia mam decydować czy chcę dany materiał przerobić w jeden
czy dwa terminy. A skąd ja na boga ojca mam wiedzieć czy podołam ? Czy
dam radę opanować materiał, czy wiedza jaką dostąd pozyskałam wystarczy
mi by iść dalej…Ale na trybie dwu-terminowym jest Irina-Ukrainka,
która mi zaszła za skórę, więc może jeden termin ? A nie wiem kto jest w
grupie…I tak się borykam. Tak, ja wiem, to głupio, powinnam
stwierdzić jak szybko i jak intensywnie chcę sie uczyć, ale ponieważ nie
mam pojęcia jak to wygląda…itd.
W piątek miałam gości, tych samych których wiosna wizytowałam w
okolicach Helsingborga. Ach, mieszkanie w centrum daje naprawdę pogląd
na to co się dzieje w mieście, i okazuje się, że jednak się dzieje.
Gościom się podobało. Piątkowy koncert niejakiej September zachwalała mi
i Jola i Asia. Co ja zrobię, że fanką popu nie jestem zwłaszcza jeśli
chodzi o pop współczesno-szwedzki ? Przemknęliśmy przez park, gdzie było
głośno, tłoczno i , o dziwo – piwnie.
W sobotę prócz Rorstrand Muzeum odwiedziliśmy pchli targ. No, to jest
coś co koniecznie trzeba zobaczyć, coś co ma klimat i styl. Za jedyne 4
tys. koron mogłam kupić gablotkę z piętnastoma zegarkami kieszonkowymi.
Chodzącymi! Cudnymi. gdybym miała – wyjęłabym od razu pieniądze. Czy ja
mówiłam, że lubię zegary ? I że marzy mi się posiadanie zegara bijącego
godziny ? Ale takiego prawdziwego, starego, nakręcanego a nie żadnego
elektronicznego ścierwa.

I jeszcze był pokaz samochodów rodem z
lat dwudziestych. Do tego przygrywała kapela grająca porządnego rock
and roll’a. Panowie mieli nawet stosowny zarost. A w pobliskim sklepie o
wiele mówiącej nazwie Nostalgeek panie miały uniformy, fryzury i
makijaże  a la lata 50-te. Cud miód i powidło.
Goście pojechali po obiedzie a ja padłam. Gardło, głowa, dreszcze.
Niemniej, następnego dnia, czyli w niedzielę nie mogłam sobie odmówić
wyprawy do lasu. Słońce świeciło na czystym niebie, ciepło było. Gardło
bolało, ale reszta ucichła.
Madzia zabrała nas do letniskowego domku ciotki. Domek w lesie,
kilkanaście kroków dalej jezioro, pomost, przystań, sauna, ławki, i
stoły, kąpielisko i plac zabaw. Oraz toalety i prysznice. Ludzi
niewielu, samochodów jeszcze mniej.
A w lesie prócz wysokich skał i głębokich jarów jagody jak pięści. Oraz
żurawiny. W godzinę nazbieraliśmy po małym wiaderku jagód. Potem leniwe
siedzenie przy stoliczku w cieniu wysokich świerków. Trochę zdjęć na
przystani.


Spotkałam tam starszą kobietę przebierająca się na pomoście w
kostium kąpielowy. Zachmurzyło się i zrobiło chłodno.
– Masz zamiar się kąpać ??- zdumiałam się. Przytaknęła.
– Nie zimno ci ?
– Nie, jest 17 stopni. Ja pływam codziennie minimum kilometr.
Wow. Podziwiam, naprawdę. I zazdroszczę hartu.
A dziś -tadam!
Zozol poszedł pierwszy raz do przedszkola. Z mamą i babcią.
Heh. Tyle tam atrakcji, że można ją było spokojnie zostawić samą. Ale
dla maluchów okres przywykania wynosi około 10 dni.  Mama czy kto inny z
rodziny przychodzi i zostaje. Maluch robi co chce, opiekun może sobie
siedzieć na kanapie i palcem kiwać – dziecko tylko musi widzieć, że ktoś
taki jest w zasięgu.
Pierwsze hardcorowe przezycie Zuzia ma za sobą- zdaje się że dostała po głowie od kolegi.
Nauczycielki nazywają się Eva, Anna-Karin i Susana. A ja zobaczywszy to
pomyślałam, że w Szwecji chyba wszystkie nauczycielki noszą wyłącznie te
imiona.  

A teraz oddalam się pierogów…

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Pada nieprzerwanie od …

Pada nieprzerwanie od kilku godzin. Woda ciurka, bębni, pluszcze, chlapie, siąpi, spływa. Świat się schował za srebrną mgiełkę. Na kałużach bąble a te kałuże ogromne i wszędzie. Ludzie przemykają pod parasolami, które niewiele dają. Co zapobiegliwsi mają kurtki, spodnie i gumaki.
No, dziś Zozol to sobie nie pospaceruje.
Ostatnie dni spędziłyśmy na chodzeniu. Był to jedyny sposób na zapewnienie odrobiny spokoju Kociowi i rozładowanie nadmiaru energii Małego Potwora. Bo słodki aniołek, jak mu Kocio zszedł z drogi i zaszył się w jakimś trudno dostępnym kącie, wtedy aniołek wymyślał inne zajęcie. Najlepiej takie które babcię o zawał serca przyprawiało. Na przykład włażenie na wszystko, na co się da wleźć albo otwieranie i zamykanie wszystkich możliwych drzwi ze szczególnym uwzględnieniem drzwi przeszkolonych (bo tak fajnie dzwonią jak się nimi trzaska).
Zatem chodziłyśmy. Przy wózku albo przy śmiesznym rowerku, który Zozol dostał na pierwsze urodziny. Rowerek wzbudza sensację – zielono-żółty, z pieskiem przy kierownicy, z koszyczkami i baldachimem przeciwsłonecznym – kiedy idziemy oglądają się za nami, zaczepiają, komentują. Zozol zresztą i bez rowerka generuje ludzkie zainteresowanie, bowiem każdemu mijanemu człowiekowi zagląda w oczy i złowiwszy spojrzenie uśmiecha się szeroko, szczerząc swoje osiem zębów. Rzadko, ale zdarza się, że tak prowokowany Duży Człowiek minie obojętnie, nie uśmiechnąwszy się nawet. Wtedy Zozol ogląda się, wykręcając szyję o 180 stopni i wydaje dźwięk
– Ooooo – pełen zdziwienia.
Po takich przełażonych dniach, wieczorami padałam na twarz. A Zozol w nocy śpi jak zając pod miedzą.
No ale koniec wreszcie babcio-wnuczkowego urlopu. Mama i tata wrócili z Anglii. Do Londynu wybrali się, a jakże. Nawet wylądowali w pobliżu zamieszek, zupełnie niechcąco. Natknęli się na płonący McDonalds, i widzieli kilka grupek szabrowników.
Na szczęście nic im się nie stało.
A dziś startuje szkoła.
Miałam przez wakacje powkuwać angielskie słówka i przygotować opis ulubionej epoki.
Nie-chce-mi-się-uczyć!

Zaległości blogowe nadrobiłam. A co u innych ?
Witajcie po przerwie.

31 lipca

Donosze, ze …

Donosze, ze zyje. 

Zauwazylam, ze moje pisanie ma zwiazek z nastrojem. Jak jest baaardzo zle – to milcze. Ale milcze takze, gdy zle nie jest, gdy jest codziennie, spokojnie, normalnie. Gdy pisaniem niczego nie musze zagluszac ….
Albo i nie jest tak jak pisze. Milcze, bo pisanie bez znakow polskich to dla mnie trauma a polskie znaki na lapku wraz z Jankim jeszcze wciaz w Polsce. Wracaja za tydzien…nie, za cztery dni i nie przyznam sie za nic, ze oba powroty ciesza mnie jednakowo a moze i lapkowy – bardziej. Bardziej, bo Janki wroci i wykopie mnie ze swojego pokoju ktory w pakiecie do samotnosci i odosobienia ma jeszcze wiatrak ( bo okna poludniowe) i najwygodniejsze lozko w calym domu.
A lato nam sie zrobilo w regionie Västra Götaland powiat Skaraborg. Cieplo to bylo tylko dzdzyscie i wilgotno. Wczoraj pojachalismy "na ryby"  na skaly nad taki przesmyk gdzie ruch jak na drodze na Bezledy. Marcepanek zabral sie za grilla ….tadam ! – nie wzielismy rozpalki. Plan byl taki, ze zostajemy do wieczora, jedzenie bylo surowe – grill musial wiec byc. M. wrocil do  miasta, ja zostalam na skalach. Najpierw tylko w opalaczu. Zaraz potem wciagnelam spodnie dresowe i koszule. Potem narzucilam chustke plazowa. Potem zdjelam chuste i owinelam sie kocem starajac sie nie zwracac uwagi na marznace stopy. Wialo, wiec czapke wcisnelam jak najglebiej na uszy. Jak zaczelo kapac wrocil Marcepanek. Nim rozpalil grilla zdjelam koc, potem spodnie a wreszcie koszule. Czapka i opalacz zostaly. 
Tak tu jest, ze pogoda zwykle zmienia sie po godzinie 14 i wtedy tez robi sie najgorecej.
Lubie szwedzkie lato. Dni wciaz sa dlugie -slonce zachodzi o 21.30.
Jagod i malin w lesie zatrzesienie. Mielismy dzis zbierac na ppierogi, ale M. zle sie poczul. Swoim zwyczajem – zajal sie czyms tam, tradycyjnie bez jedzenia i bez picia. W pelnym sloncu.
Zozol nieodmiennie cudny. Lubi byc wozona rowerkiem, lubi tez przy nim spacerowac. Koty, psy i ptaki wzbudzaja entuzjazm. Ale najlepsza przytulanka jest dziadek. A najlepsza zabawa to w chowanego. Chowac mozna sie nawet pod sciana – wystarczy zamknac oczy.
Mieszkanie wciaz mnie cieszy. Oddycham tu. O dziwo – niby scisle centrum a wiecej mam zieleni wokol a co za tym idzie – wiecej tez mam ptakow mniejszych: wrobli i jaskolek zwlaszcza. Lubie posiedziec na balkonie i popatrzec jak jaskolki z wizgiem ganiaja wokol starej wiezy cisnien.
No i znam juz dwie sasiadki – obie starsze panie, ale daleko im do zapedow Pani Prezes i jej Zastepcy. 
Mam material na patchworkowy obrus i juz mnie rece swiezbia by zaczac…

Zza sceny

Młody ostatnimi czasy …

Młody ostatnimi czasy otrzymał nowe przezwiska. Matka go tytułuje Długim, ojciec nazywa Janki (od yankie). Informuję, bo jak mi się wypsnie to zaczniecie mnie pytać czy mam nowego syna czy coś.
Ewoluujemy.
Ostatnio doszłam do wniosku, że Młody zmieniając miejsce zamieszkania w bonusie dostał dwa lata dzieciństwa extra. W Polsce już by się szykował do wylotu z domu: na studia bądź do roboty a tu jeszcze dwa lata przed nim. My też często jakoś zapominamy, że mamy w domu dorosłego faceta a nie nastoletnie chłopię. Czego skutkiem bywają chwile takie jak wczoraj.
Młody, zwany inaczej Janki, był bowiem wczoraj na koncercie Iron Maiden. Bilet dziecko kupiło rok temu i rok temu otrzymał od ojca zapewnienie, że zostanie dowieziony i przywieziony z koncertu w Goeteborgu przy aplauzie mamusi, która w cichości ducha zastanawia się, czy gdyby dziecię wybierało się np. na Zlot Techno czy Koncert Graczy Gier Komputerowych to czy z równym entuzjazmem spotkałaby się ta idea u obojga rodziców. Ale ponieważ "Nomad" jest jednym z naszych ulubionych to dyskusji nie było.
No i "nadejszła wiekopomna chwila" wczoraj. Pojechli(śmy).
Tu dygresja kolejna będzie.
Ile razy wjeżdżamy do Gbg, nie jest to za często, ale bywa, to mamy wrażenie, że bez względu na kierunek i tak zawsze przejeżdżamy koło stadionu Ullevi. Nie rozumiem więc jakim cudem wczoraj, tego Ullevi, które było naszym miejscem docelowym znaleźć nie mogliśmy, a wplątawszy się w drogi ekspresowe, wylądowaliśmy w zupełnie innej części miasta. Oczywiście – żadnej mapy nie wzięliśmy, że o pożyczeniu nawigacji nie wspomnę. Po co skoro w Goeteborgu wszystkie drogi prowadzą na Ullevi.
To tak na marginesie.
Znaleźliśmy w końcu Ullevi, stojąc na światłach wykopaliśmy Jankiego z auta ( bo korki i zakazy i w końcu nie wiadomo gdzie się będzie można zatrzymać).
Nadmienię jeszcze, że kawaler wyjątkowo miał dylemat w co się ubrać. W koszulkę z Iron Maiden czy…w koszulkę z Iron Maiden, bo ma dwie. Wybrał co mu w ręce wpadło.
Na bilecie było napisane, że start o 17.30. Dodaliśmy godzinkę na support i optymistycznie stwierdziliśmy, że około 21 będzie koniec. Poszliśmy na spacer do Ikea.
O 21 pod stadionem kręcił się tłum ludzi w odpowiednich koszulkach. A do wejścia stały kolejki. Co rusz zaczepiali nas ludzie z obłędem i błaganiem w oku pytając czy mamy może bilety.
Tłumy kłębiły się nieprzerwanie. I pomyli się ktoś sądząc, że była to jedynie lub w większości młodzież. Odważę się postawić tezę, że rozkład wiekowy w przedziale 18-50 był równomierny. I równomierne było też upojenie alkoholowe.
Na słuch stwierdziwszy, że to co gra to nie jest to co powinno, poszliśmy na spacer…gdzieś. Przy okazji poznaliśmy kawałek miasta. Zaciekawiły nas rowery na wynajęcia. Stoją sobie takie rowerzyki, przypięte, obok jakiś wpłatomat na kartę, ale jak to działa ? 15 czy 30 minut takiego rowerka jest gratis. Opłata za godzinę 10 kr, to nie jest dużo. Ale jak to-to odłączyć ? Jak parkować gdy np. chcę wejść do sklepu? Wie ktoś ?
O 21.30 wróciliśmy pod stadion, znalazłszy wygodne miejsce na krawężniku z tyłu sceny oddaliśmy się uciesze kontemplacji. Znaczy załapaliśmy się na koncert na tzw. krzywy ryj. Nie byliśmy jedyni.
Dredziasty jamajczyk (tak wyglądał) usiłował z nami konwersować w swenglish (swedish+english).
Policja wyciągnęła trzech panów, jednego rzuciła na glebę, dwóch po konwersacji wpuściła z powrotem. Starsza pani, w rozdeptanych różowych klapkach przechadzała się tam i siam w dłoni dzierżąc zakupiony właśnie plakat. Co kilkanaście minut przebiegał pan w czarnych spodenkach i żółtej koszulce. Jakaś para uprawiająca jogging zatrzymała się na nabranie oddechu.
Pięćdziesięciolatek z wystającym brzuchem stał oparty o billboard z reklamą piwa Cider. Jakaś para podjechała rowerami, wyciągnęli torebki Burger Kinga i pożywiali się. Pan w żółtej koszulce z każdym okrążeniem zbierał coraz większy orszak…
Ktoś zapytał ochroniarza o której koniec. Za 10 minut. Dochodziła 23. Płot się odemknął. Wjechało kilka busów, ze dwa mercedesy. Wszystkie z ciemnymi szybami. Zaroiło się od żółtych kamizelek. Za płotem zapaliły się światła pokazując trzy, otwarte kontenery i stertę kufrów.
Grupa jeszcze grała a z bram zaczął wyciekać strumyk ludzi. Coraz większy, coraz szerszy. Patrzyliśmy ze zgrozą. Wychodzić PRZED zakończeniem koncertu ??? To po co w ogóle nań iść ? Nie, duszy Szweda jednak nikt nie pojmie.

Jeszcze długa solówka, werbel…
Mignęło kilka długowłosych głów, brama się otwarła, busy, w szpalerze żółtych i pomarańczowych kamizelek śmignęły, a tłum na stadionie wszczął gwałtowny protest. Ale już nie było po co.
"Jednej minuty nawet wszystko to nie trwało,
co było przeszło, znikło, z wiatrem uleciało,
tłum się miesza kręci i tłumem być przestaje,
na opustoszałym placu milicjant zostaje"
…że zacytuję klasyka.

W tłumie ludzi była czteroosobowa rodzina z dzieciakami we wczesnonastoletnim wieku. Wszyscy w koszulkach. A z tłumu kilka wyłowiłam polskie słowa. Nasi tam też byli.
 

Janki wyszedł schrypnięty, przygłuszony, pozytywnie nakręcony.
A my stwierdziliśmy, że następnym razem pójdziemy dalej w opiece: pójdziemy z nim na koncert.

Midsommar afton

To lubię – rzekłem – to …

To lubię – rzekłem – to lubię…
Pracuję ciężko ostatnimi dniami. Wysprzątanie starego mieszkania do takiego stanu w jakim chciałabym je zastać to wyzwanie. Nie wiedziałam, że moja rodzina i ja jesteśmy takimi brudasami.
Kłaki pod lodówką i pod kuchenką, boki szafek przylegających do kuchenki pełne wspomnień po minionych obiadach, paluchy na drzwiczkach od szafek i futryny usmarowane na wysokości 80cm od podłogi. O szafce ze śmietnikiem nie wspomnę. Macie jakiś patent, który zmusi rodzinę do patrzenia czy śmieci lądują w wiadrze czy obok ?
Dwa dni sprzątałam samą kuchnię …Nie, kłamię. Zaczynałam o 9.30 kończyłam około 15.30 czyli zajęło mi to jakieś 14 godzin. Zostało okno i podłoga.
Skakałam jak łasica – na krzesło-z krzesła-na stołeczek. Ale.
Kiedy spojrzałam na wypucowany pierwszy kąt stwierdziłam, że kurcze, fajne uczucie móc zobaczyć efekt pracy.
Młody, zagoniony wczoraj do sprzątania we własnym pokoju, umywszy okno i futryny stwierdził z goryczą:
– Tyle lat cywilizacji a nikt nie wymyślił takich powierzchni lub sposobu żeby sprzątanie dało się załatwić jednym machnięciem ścierki.
Pomachał jeszcze ścierką po drzwiach i skonkludował:
– Już wiem czemu to zazwyczaj kobiety są od sprzątania: my*  jesteśmy do tego po prostu za leniwi.
*(my czyli mężczyźni, dziecko ma silną orientację płciową)

Zalągł mi się pomysł. A może ?
Nie lubię sprzątać. Uważam to za durną, syzyfową pracę, ale lubię jak jest posprzątane. Ale gdybym to robiła za pieniądze ? Na własny rachunek ?
Pomyślimy.
Fizyczna praca ma zaletę: sypiam jak niemowlę. Wczoraj padłam jak za oknem było jeszcze całkiem widno. No dobra – na tej szerokości geograficznej, to trzeba być naprawdę mocną sową, żeby latem zasypiać w całkowitej ciemności. O dziesiątej wieczorem czytam książkę bez palenia światła i nie odczuwam żadnego dyskomfortu.
No, ale dziś Midsommar Afton. Szwecja świętuje noc świętojańską. Zwyczajowo przeniesiono tę uroczystość na weekend co wyjątkowo w tym roku pokrywa się z kalendarzem. Dziś najkrótsza noc. Mieliśmy plan rok temu, że przesiedzimy tę noc nad jeziorem, przy ognisku. Ale obowiązki gonią, więc chyba jeszcze nie w tym roku.
Moje miasto wygląda jak chwilę przed kataklizmem. Tłumy ludzi i aut na ulicach, w sklepach półki wyczyszczone do zera, przy kasach kolejki, w System Bolaget (sklep z alkoholami) podobno działy się sceny dantejskie. Zwyczajowe życzenia w pracy to "Dużo, mocnego alkoholu".
Niby zwykły dzień roboczy, ale kto może robi sobie wolne. A kto nie może to przynajmniej pracuje krócej.
Takie trzęsienie ziemi Szwecja przeżywa jeszcze w Jul Afton czyli w Wigilię.
Będzie się działo. Stare samochody znów będą jeździły w kółko, na parkowej scenie będą się zapewne produkować kolejne kopie radia Mix Mega Pol (czy Rix FM).
W Läckö znów piknik ale nigdy nie byłam to nie wiem, i w tym roku jeszcze się nie dowiem.

A w ramach pretendowania do tytułu Rodziny Patologicznej pozwoliliśmy Zuzi przytulić się do Kota w efekcie czego dziecko ma gustowny, czerwony sznyt na czole. Od razu mówię: po dwóch minutach ryku, dziecko wyrwało się matce z rąk i poleciało dalej się przytulać do Kocia.

W końcu

– To co teraz …

– To co teraz zabierać ? Telewizor?
– Nie, to to na końcu
– To bierzemy te pudła
– Nie, one też na końcu, bo jak się będziecie między pudłami z meblami przeciskać. Może weźcie Zuzi łóżeczko…
– Nie, łóżeczko to na końcu, bo będzie jeszcze chciała spać
– To kwiatki?
– Nie, kwiatki na końcu…
– Weźcie kanapy i łóżka
– Nie, łóżka na końcu, bo dziś jeszcze tu śpimy…

Takie dialogi prowadziliśmy aż w końcu wszystko nam się pomieszało i wyszło tak :

                                                                                                                

Witamy w nowym mieszkaniu

Śniło mi się, że …

Śniło mi się, że zastrzeliłam kota. Mojego Kocia. Tyle, że trafiłam w szyję i kot przeżył, ale był ranny, miał krew na futerku i chodził jak wyrzut sumienia.
Po za tym zwolnili moją koleżankę z pracy w szkole żeby zatrudnić kogo innego. Tym innym okazał się mój dawny sąsiad z podwórka, Zbyszek. Zbyszek w Migrationverket poznał dyrektora szkoły…
Sen na nowym miejscu się podobno sprawdza to zapisuję. Mam nadzieję, że to oznacza, że Kocio będzie się jeszcze cieszył długim życiem i dobrym zdrowiem bo sny się spełniają na odwrót. Na razie Kocio, przewieziony wczoraj wieczorem ostatnim kursem, najadłszy się do urzygania (dosłownie) zaległ na moim łóżku w pozycji „będę tu leżał jak kamień i nic mnie stąd nie ruszy” oraz wywieszką na wąsach WEWNĘTRZNA EMIGRACJA.
Młody przetestował wychodzenie z domu przez okno i powrót przez balkon wczoraj wieczorem. Mam nadzieję, że jednak nie wzbudzi to podejrzeń sąsiadów co do stanu umysłowego, moralnego oraz cywilizacyjnego naszej rodziny.
TenMój chrapał tak, że Miśka w nocy prosiła, żeby go trącić, bo ich pokój przylega a ściana chyba jest cienka bo jej i Zuzi spać nie dawały te trąby.
POZięć i ja spaliśmy grzecznie.
Teraz rano.
Po za ludem pracującym wszyscy śpią.
Ja siedzę w kuchni, przy moim kochanym stole, który musiał pomieszkać w piwnicy, bo zajmował zbyt wiele miejsca. Tutaj stoi skromnie pod ścianą i okazuje się być normalnym stołem przykrytym serwetą w zielone koguty (ach ta zniszczona politura),
Za jednym oknem mam jarzębinę. Za drugim- krzaki jaśminu zaglądają mi w okno. Jak wyjdę na balkon –drzwi są w kuchni- słyszę i widzę uwijające się wróble, mazurki oraz inną ptasią drobnicę .Widzę też z okien starą wieżę ciśnień i ptaki chroniące się w jej zakamarkach. Zza budynków dobiega stłumiony szum samochodów.
Niebo, po wczorajszym całodziennym deszczu jest czyściutkie i lśniące słońcem i błękitem.
Zza drzwi słyszę głos Zuzi. Kubek z kawą jest pusty.
Dzień dobry! Witam w moim nowym domu.

Pisane w Wordzie bo internet został w starym mieszkaniu i dopiero jutro ma się przenieść tutaj.

Przeprowadzka po raz enty

Rodzina orzekła co …

Rodzina orzekła co następuje:
Owszem: tapety w pokoju Misi są koszmarne, ale się je zmieni własnym kosztem na białe.
Pomarańczowa łazienka może być.
Do garderoby wstawi się kupiony second handzie regał i będą półki.
Szafki oraz wyposażenie inwalidy się zlikwiduje – odda Aniołowi albo wstawi do piwnicy.
Na resztę poczekamy bo z końcem roku przyjdzie lista reperacji w mieszkaniu i wtedy zobaczymy.
Generalnie każdy zadowolony z miejsca oraz przestrzeni, ze szczególnym uwzględnieniem kuchni. Dodatkowo Młody jest zachwycony własnym pomysłem wychodzenia z domu przez okno własnego pokoju.

Tymczasem Zuzia płakała całą noc. Chora będzie ? Zęby ? Czy się wczoraj wystraszyła ? Bo z głupoty posadziłyśmy ją w tym nowym, pustym mieszkaniu na podłodze po czym każda polazła w inny kąt. I dziecko się wystraszyło. Bo echo. Bo obce. Bo wielkie i puste i nieznane. A jest na etapie bania się nowości.
Oby tylko nie choroba, plis. Już naprawdę chuchamy na nią i za chwilę zaczniemy przesadzać.

No i dyscyplina dodatkowa: pogoda.
Jest stabilna, ta pogoda, można powiedzieć. Tydzień leje i wieje. Po czym jeden dzień tylko wieje a następnie wychodzi słońce. A potem znów wraca deszcz.
Dziś, po wczorajszym załamaniu pogody, znów:
"to mi chlup chlup chlup
to mi chlap chlap chlap
to mi plum plum plum
to mi kap kap kap
To mi wesolutko
Z deszczykiem moim jest!"

A po za tym zasnęłam około 2 w nocy a wstałam pół godziny temu.