Uwagi życia codziennego

Janki o szwedzkiej …

Janki o szwedzkiej szkole :
– Nie ciepię jej. Wciąż ode mnie oczekują, że będę kreatywny. Nie jestem! To już bym wolał, jak w polskiej szkole, encyklopedię wkuwać.
– A jak inni ?
– No właśnie – inni nie mają z tym problemu
– Może dlatego, że w takim systemie uczą się od lat dziesięciu a nie dwóch ?
– Na pewno dlatego.

Złamane serce me na sznurku dynda…

Przyjechali. Ośmiu …

Przyjechali. Ośmiu chłopaków a każdy ładniejszy od drugiego. Wszyscy wysocy jak sosny w lesie. Wiadomo – siatkarze. Wszyscy uprzejmi, wręcz szarmanccy. Wiadomo – Polacy.
A jeden szczególnie ładny. I miły. I zabawny. Zagadywał mnie, starszą bądź co bądź panią,  z wyraźnym zainteresowaniem.  I ten  błysk porozumienia w oku…”O, jeszcze nie jest tak źle ze mną, skoro…”cieszyłam się. Sympatia nie zależy od różnicy wieku, tłumaczyłam sobie głęboko zafascynowana zjawiskiem. Potrafił rozśmieszyć mnie do łez w jednej chwili naśladując Michela z Gilmorek.
– A niedobra, jak mogłaś ? – machał ręka jak „rączką”.
I te dygnięcia do aparatu. Reszta po męsku udawała, że obiektyw ich nie obchodzi, a ten jeden nie, ot, szczery otwarty chłopak.
A potem doleciały moich uszu dziwne żarciki rzucane półgębkiem. Przesłuchana córka wytrzeszczyła oczy.
– No co ty ? Przecież od razu widać że gej. Ale fajny jest, co ? Widziałaś jak na ciebie rączką machał „ty niedobra” ?
– Eeee, ja myślałam, że się wygłupia – chyba zrobiłam podkówkę
– Nie, on tak naprawdę. Faaajny jest…

Siedzę w kącie i leczę złamane serce.
Tyle dobra…i tak się zmarnuje.

A turniej wygraliśmy. Znaczy Polacy wygrali.

Płynna Jezabel

<div style="text-align: …

W powieści Klaudyna jest odwołanie do jakiejś szkoły zakonnej z internatem, której pensjonariuszki tworzyły dziwne mikstury do picia i czasem do określenia jakiejś, szczególnie wyrafinowanej mieszanki, używały określenia "płynna Jezabel".
…to wspomnienie, uzmysłowiło mi, że dawno nie wracałam do Klaudyny…

Ja też tworzę takie dziwne ( dla niektórych mieszanki). Na przykład – zaparzam razem herbatę czarną z malinową, albo żurawinową albo różaną albo
– zaparzam melisę z miętą
– albo herbatę malinową z jabłkowo-cynamonową albo

– kawę rozpuszczalną zalewam gorącym mlekiem albo
– czekoladę zalewam wodą i dodaję odrobinę mleka albo
– sok pomarańczowy mieszam z wodą albo
– a do coli dodaję cytrynę albo
– wodę do wina leję umiarkowanie albo
– sypię do kawy kardamon i cynamon,
– a raz do kawy wsypałam sól zamiast cukru – nie polecam, ale
– polecam mieszankę 3 łyżeczek czekolady rozpuszczalnej (kiedyś to się zwyczajnie kakao puchatek nazywało )+ łyżeczka kawy rozpuszczalnej + kropla mleka + cukier jak kto lubi. Właśnie zrobiłam, piję, jest pyszne i stawia na nogi.
Dodatkowej porcji kofeiny potrzebuję bo o 6 rano wyrwała mnie ze snu poczwórna seria mężowskiej pobudki. I już nie udało mi się zasnąć, bo po trzech powtórkach- zamykam oczy-układam się w najwygodniejszej pozycji-odsuwam myślenie o sprawach niemiłych-zapadam się-zapadamsię-zapadaaaa-pip pip pip- miałam już ćmę na oczach nie z niewyspania bynajmniej.
Dochodzi 13, załatwiłam w mieście co musiałam, znalazłam SWETER IDEALNY – idealny był kolor (rudy!), długość (za tyłek, żeby do legginsów pasował), z golfem (normalnym golfem a nie typu chomąto)…Niestety – cena nie była idealna za dużo o jakieś 200koron. Taak…im bardziej prosiaczek zaglądał do portfela tam bardziej  pieniążków tam nie było.
Zatem wróciłam z miasta, potarmosiłam Zozola, który z każdym dniem robi się coraz cudniejszy, choć dnia poprzedniego mam wrażenie, że cudniejsza być nie może, a teraz wracam do baranów czyli pogłębiania wiedzy o literaturze pozytywizmu. W sobotę mam opisać ulubioną epokę literacką i okazuje się, że najwięcej znam i lubię bardzo powieści z drugiej połowy XIX wieku oraz młodsze. No to jak się chce opowiadać o ulubionym to wypada coś więcej wiedzieć niż tylko praca organiczna i u podstaw.
Tu też rodzi się pytanie: kiedy wreszcie przeczytam cokolwiek Lwa Tołstoja ? I Honoriusza Balzacka ? Hę?
 

Bez różowych okularów

Ekstraklasa powoli …

Ekstraklasa powoli odsuwa się w niebyt.
…wiedziałam, kurde, wiedziałam, że nie należy się cieszyć, a jeszcze bardziej mówić wszystkim dookoła! Wierzyłam w POSynka, w jego umiejętności i uznałam, że to wystarczy. A guzik, jeszcze trzeba mieć szczęście.
W tym wszystkim bardziej chodzi o pracę, legalną pracę, niż o prestiżowe granie, ale nie ma znaczenia co ważniejsze, jesli można byłoby mieć te rzeczy w pakiecie.
Tamci też nie mogą znaleźć mu pracy. Choć pobliskie miasto jest dużym miastem, choć ofert na stronie ich biura pracy jest dziesięć razy więcej niż w naszym mieście.  Bez pracy POSynek nie dostanie szwedzkiego personnumeru a bez niego nie może grać w ekstraklasie.
Czarna dupa. Dlaczego ten dzieciak nie ma szczęścia ??? …a ja razem z nim?
W związku z powyższym dzisiejszy udział POSynka w meczu został odwołany. Czekamy do środy to ostateczny termin, potem nadzieję możemy odłożyć na półkę. Cholera.

I moja siostra jest bardzo chora. Wiemy już na co, tylko nie wiemy jak bardzo bardzo.

I jesień.  Taka szara i zimna. Liście się sypią na potęgę. I nawet jak słońce świeci to jest chłodno. Ludzie powoli wyciągają ciepłe kurtki.
A mnie się marzy sweter-tunika w kolorze rdzawym.

…takie tamy…

Pogoda zgłupiała. To tak…

Pogoda zgłupiała. To tak na wstępie. Wczoraj wiało tak, że kwiatek-wiatraczek, znak szczególny mojego balkonu, wyrwało z patyczka. Na szczęście rzuciło go na balkon a nie za. Bo jakby Kasia, nie ja, inna Kasia, następnym razem do mnie trafiła ??
Dziś nadal wieje, ale z porannych 13 stopni zrobiło się 17.
Wybrałam się do apteki rowerem, w koszulce na krótki rękaw. W drodze powrotnej spotkałam Roberta z Julką na rowerku ( Robert jest Szwedem, facetem Madzi).
– Cześć Julka, zobacz , ja też mam rower- pochwaliłam się. Po polsku, bo Julka się ma wprawiać także w poprawnej polszczyźnie.
Prawie trzylatka obejrzała mnie dokładnie.
– Ale mój jest mały – odpowiedziała po szwedzku.
– I bardziej kolorowy- dodałam konsekwentnie po polsku.
No co Julka odpowiedziała długim zdaniem, z którego nic nie zrozumiałam. Widząc moją minę nacisnęła jakieś guziczki koło kierownicy. Przegrałam z kretesem, bo ja miałam tylko zwykły dzwonek…
Robert patrzył na mnie z namysłem.
– Nie. Zimno ? – zapytał. On też się wprawia po polsku.
– Lite – odpowiedziałam, co po szwedzku znaczy "trochę"
– Trochę – dopowiedział, z naciskiem na ę.
Fajne, takie mieszane rozmówki. Julka mieszka szwedzki z polskim. Ostatnio powiedziała: "Ja umiem inte". Inte to szwedzkie przeczenie, składnia też szwedzka. Tworzy też fajne analogie – bierze polski czasownik i tworzy z niego czas przeszły dodając końcówkę szwedzką. Do tego jak prawie każdy trzylatek – mówi niewyraźnie. Zrozumieć ją bywa trudno nawet dla Madzi. To też przed nami.
Zuzia chodzi do przedszkola, trzy dni w tygodniu. Na razie jeszcze mówi niewiele – dwujęzyczne dzieci podobno później zaczynają mówić. Na razie wydaje z siebie dźwięki słowopodobne.
-Tio – mówi i wkłada mi palec do oka.
-Tio – mówi i wyciąga rączkę po mój telefon.
– Mam-ma-ma – mówi i wyciąga rączki do góry.
A czasem krzyczy na kota i kłóci się z nim. Już się nie próbuje przytulać, już chyba wie, że to się kończy niefajnie. Podchodzi do niego, Kocio wyje, syczy i prycha z oburzeniem a Zuzia stoi nad nim i się wykłóca. Kocio czasem się poddaje i wycofuje ale najczęściej stosuje bierny opór. Kładzie się, wyciąga i rozlewa, zaczyna ważyć tonę a cała jego postawa głosi "dźwigiem mnie stąd nie ruszycie".
Jesień się zrobiła jak połowa października w Polsce. Drzewa coraz bardziej żółte. Lipy i brzozy sypią liściem. W niedzielę, ciepło było choć dżdżyście, wybrałam się rowerem za miasto i znalazłam kilka fajnych miejsc, takich gdzie trawa na łące, i widok na pola, i piach pod nogami zamiast bruku. Dziś znalazłam pierwszego kasztana na chodniku. Zuzia oglądała go z ogromnym zaciekawieniem.
Lasy sypią grzybami. POSynek i Marcepanek ściągają toto tałatajstwo do domu, wieszają przy kaloryferach a potem śmierdzi cały dom.  Fuj…Nie lubię grzybów, a jaszcze bardziej nie znoszę ich zapachu.
Szwedzkie mieszkania komunalne mają tę zaletę, że jak tylko temperatura w nocy spada dostatecznie nisko kaloryfery zaczynają grzać. Czasem jest tego ciepła tyle zaledwie, że kaloryfer nie jest zimny. A w domu od razu inna atmosfera.
Nowa nauczycielka na angielskim nazywa się Lotta. Kurde…Gdybym z nią miała zajęcia rok temu już bym coś umiała. Przeskakuje z języka na język jakby była dwujęzyczna, trajkocze i po szwedzku i po angielsku , no i wymawia odpowiednio g i j.
Zachęca do mówienia i człowiekowi się robi głupio, że umie powiedzieć tylko yes albo I don’t know. Choć jak dla mnie jest nieco za szybka…Ale nie narzekajmy. Mogłam sobie ten trzeci kurs rozłożyć na dwa semestry, ale nie, nie chciałam być w grupie z jedną taką Ukrainką.
Pracowo nic drga.
Poszłam wczoraj do ichniego Biura pracy, zła, naburmuszona. Bo od dwóch tygodni czekałam na spotkanie z coach’em. Jak to polsku? Trener ? Opiekun ?
– bo wiesz…od trzech lat szukam pracy i już mi trochę cierpliwości brakuje – wyjaśniłam gościowi na wstępie. Chyba byłam przekonywująca, bo znalazł mi szybko kobietę, która się mną zajęła. Niestety – mówiła tak niewyraźnie, bełkotliwie, że ni w ząb nie mogłam jej zrozumieć. Ale, że już byłam zła, to przyjęłam pozycję – ty masz problem, że JA nie rozumiem, postaraj się bardziej.
W efekcie dostałam formularz na praktykę.
Znalazła się jedna chętna, z biura turystycznego, co ma chęć pokazać mi organizację biura, księgowość i podatki. Tylko, że 50km ode mnie. Od wiosny mogłabym chyba u niej pracować na zlecenie jako pilot wycieczek do Polski. Niezbyt wielkie to pieniądze, ale zawsze coś…A tymczasem ta praktyka, też parę groszy by mogło wpaść. Tylko ceny biletów do S. mnie zmroziły, bo wygląda tak, że to co dostanę wydam na bilety. Madzia mówi, że miesięczny wyjdzie dużo taniej…
Sprawdzimy.
Jutro mam złożyć plan pracy na temat ulubionej epoki literackiej.
Ta…miałam na przygotowanie tego z pół roku, albo więcej. I co ?
I jak zawsze składam na ostatnią chwilę. Czyli na jutro.
Wybrałam pozytywizm czyli inaczej zwany naturalizm. Tylko, że ja mało o tym wiem, poza kilkoma powieściami z tego okresu. Nie mogę przecież pisać o Lalce, Chłopach i Nocach i dniach wyłącznie skoro mam omówić epokę…
Ech…Antybiotyk zmierza ku końcowi. Na razie efekty uboczne dają na wstrzymanie. Oby tak zostało.
Szwedzi od siatkówki z naszego miasta są naprawdę niepoważni, a niby dorośli ludzie. Organizowali turniej, miało przyjechać kilka drużyn. Chłopaki z Miasteczka, koledzy POSynka się zwiedzieli i napalili. Znaleźli sponsora, kupili bilety, Wizzair ich wykręcił, kazał przebukowac bilety na loty z Warszawy co wydłużyło im pobyt o kilka dni, ale się uparli, że i tak przylecą. Ośmiu chłopa. POSynek szukał im noclegu na tzw. międzyczas, bo w trakcie turnieju miał być nocleg w jednej ze szkół. Przylot już w najbliższą środę. Wczoraj POSynek się dowiedział, że turnieju raczej nie będzie, bo…bo oni nie zdążyli nikogo zaprosić! Od lipca nie zdążyli. Jak widać są lepsi ode mnie w organizacji pracy.
Wysmarowaliśmy kilka uszczypliwych zdań po szwedzku do przewodniczącego klubu. No, jemu na bank nie będziemy śpiewać łubu-dubu.
Ciekawam czym się to skończy.

W sobotę POSynek debiutuje na meczu jako rozgrywający w drużynie ekstraklasy szwedzkiej. Dumna jestem ? No ba! 
I czekamy co z tego wyniknie w kwestii pracy i reszty.

A jednak!

A jednak dostałam …

A jednak dostałam antybiotyk. Mogłabym tryumfować, gdyby nie to, że najbliższej perspektywie mam: ból żołądka, nawrót aft buzi oraz w bonusie – grzybiczne dolegliwości na przeciwległym krańcu, że się tak eufemistycznie wyrażę.

Wczoraj odkryłam gigantyczny wrzód na piersi. Musiał urosnąć w jakimś ekspresowym tempie bo wcześniej niczego nie zauważyłam. Dylemat : położna czy przychodnia dla kobiet rozwiązał się sam gdy sobie uświadomiłam, że dziś powinnam się zgłosić na płukanie ucha.

Ucho wypłukane, ale i tak coś mnie łaskocze i szczypie, więc chyba nie pomogło. Na wirusa nikt tym razem winy nie zwalał, alvedonu i kortyzonu nie zalecał ( a szkoda – wolałabym, biorąc powyższe po uwagę).

Tak.
Może powinnam bloga przenieść do kategorii "medyczne" i nadać mu inny tytuł ? Ostatnio piszę tylko o tym, że jestem chora, jak jestem chora i gdzie jestem chora.
Ale może to i prawda, że powyżej pewnego wieku jak człek rano się budzi i nic mu nie dolega znaczy – umarł.

To niech choć poetycko się zaprodukuję.
Z głowy naturalnie, ale tym razem nie Gałczyński. O-o! Zgaduj zgadula, kto zacz ? W nagrodę dam popatrzeć na 13 zdjęć Zozola (Zozol w 13 miesięcy).

Leszczyna się stroi w purpurową morę
a lipa w atłas zielony, najgładszy.
Ja się już nie ubiorę.
Na mnie nikt nie popatrzy.

Bywają dziwacy którzy z pokrzyw i mleczu
robią bukiety.
Lecz gdzież są tacy którzy by całowali
włosy starej kobiety ?

Jestem stara. Babcia mi na imię.
Czuję się jako czarna plama
na barwnym świata gobelinie.

Nie dla wrazliwych

To jest przesada, …

To jest przesada, naprawdę.
Od kilku miesięcy coś mnie łąskocze w uchu, internet mówi, że to może być jakiś wysięk, dodatkowo słabiej na to ucho słyszę. Pójdę do lekarza, tylko…Od prawie dwóch tygodni kaszlę, chrypię, siąkam nosem, zużywam tony chusteczek. Nie mam siły na nic, z ochotą jeszcze gorzej. Sypiam , jeśli sypiam bo bywa, że nie, na siedząco.
Dwa dni temu zrobiła mi się rana na języku – więc nawet ponarzekać nie mogę, bo boli jak mówię.
Wczoraj, zapewne z powodu nadużycia ibupromu zatoki, alvedonu, strepsilsu, rutinoskorbinu, czosnku, soku pamarańczowego i…nie wiem czego jeszcze najpierw dostałam zgagi gigant a potem, przepraszam wrażliwych, sraczki – nazywając rzecz po imieniu.
Do kompletu brakuje tylko okresu, który widocznie wziął na przeczekanie.

W związku z powyższym zawieszam aktywność do odwołania. Nie szyję, nie sprzątam, nie gotuję. Nie niańczę wnuczki ani kota. Nie uczę się i nie szukam pracy.
Leżę na kanapie i NIE pachnę.
Oglądam I sezon Gilmorek na przemian z Kryminalnymi . I usiłuję czytać co piszą w internecie.
Z bólem stwierdzam, że poziom poratlu gazeta.pl leci na pysk w zastraszającym tempie. Pomijając wszystko inne, ilość błędów językowych robi się przerażająca.
Dziś mnie prawie do wymiotów doprowadził dwukrotnie powtórzony zwrot "na boso". Za chwilę redaktorzy będą musieli "wziąść" się garść i "tą" garść sobie na gardle zacisnąć…

Ja przepraszam, ale w tytule ostrzegam, że tekst jest nie dla wrażliwych.

Ostatni sierpniowy poniedziałek

Gdy trzcina zaczyna …

Gdy trzcina zaczyna płowieć
a żołądź większy w dąbrowie
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi.

Lato, jakże cię ubłagać ?
Prośbą jaką ? Łkaniem jakim ?
Tak ci pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki ?

Ptaków tyle, zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę *

…miałam piękną notkę o sobotniej burzy w moim mieście, rozmówce z panem, który się pięknie śmieje, zawrotach głowy, ale świnia blox zeżarł i oddał tylko pierwsze zdanie.

To tylko podziękuję Wam za życzenia.

*naturalnie Gałczyński, bo któż by inny.