57. Upał

Przyszło lato. Upalne, że strach. W takich temperaturach Tosia ma własne zdanie co do spacerów.
Szybko na boczku załatwiamy co trzeba a potem…to tylko tak:

Zakwitł łubin i jak co roku powala mnie piękno. Te małe, białe drobne kwiatuszki też są piękne (nie wiem czy to przytulia czy barszcz? ktoś wie?) i zawsze pełno w nich robaczków.
Podglądam świat z tej mrówczej perspektywy przez wizjer aparatu i coraz mocniej mi się to podoba.


A tymczasem po cichu, bez fanfar, mój syn skończył studia tym samym stając się licencjonowanym księgowym. Wzruszyłam się gdy do mnie zadzwonił i powiedział, że zaliczył ostatni egzamin oraz obronił pracę.

Teraz szuka pracy i zaczął kurs na prawo jazdy.

56.

Jakoś tak…odtajałam.
Coś „pykło” jakoś mniej we mnie złości. Więcej uśmiechu, takiego „wsobnego”. Może i cierpliwość, nie jest moją mocną stroną, ale chwilowo wredna strona mego charakteru jakoś ucichła. Ta życzliwa ma teraz głos.
A przecież nic, kompletnie nic się nie zmieniło…

55.

Byłam przed chwilą na spacerze z Tosią. I spotkałam najpierw jednego, potem jeszcze kilku innych młodzieńców w wieku lat 19 odzianych w garnitury i białe czapki. Niektórzy z nich dzierżyli w dłoniach charakterystyczne reklamówki z logo System Bolaget. Znaczy: dziś w mojej mieścinie STUDENTEN. Mówiąc po polsku: zakończenie szkoły średniej. Dla wielu z tych młodych ludzi to zakończenie edukacji w ogóle: gdzieś czytałam, że tylko sześć osób z dziesięciu kontynuuje naukę w szkołach wyższych po zakończeniu szkół średnich.
W Szwecji ten dzień jest dużą uroczystością rodzinną, to coś jak oficjalne przyznanie statusu dorosłego, choć na prawo zakupu alkoholu w sklepie System Bolaget muszą jeszcze poczekać dwa lata. Nieważne jednak jaką dalszą ścieżkę wybierają: studia czy pracę od tej pory kończy się kuratela rodzicielska i młodzież zaczyna żyć na własny rachunek. Wynajmują mieszkania, pracują czy studiują – utrzymują się sami – pracujący z zarobionych pieniędzy, studiujący z zasiłków i pożyczek studenckich.
Ale dziś jeszcze są dziećmi, mogą poszaleć pierwszy i ostatni raz w życiu z pełnym przyzwoleniem społecznym.
Wczesnym popołudniem wybiegną ze szkoły, z okrzykami, wyrzucając w górę białe czapki. Chłopcy w garniturach, dziewczyny, obowiązkowo, w białych sukienkach. Wybiegną w tłum rodziców, krewnych i przyjaciół, którzy obwieszą ich maskotkami różnej maści. Aby znaleźć się w tłumie, każda rodzina zaopatruje się w tablicę na długim drągu ze zdjęciem absolwenta z wczesnego dzieciństwa. szczytem wyrafinowania jest umieszczenie na owej tablicy w miarę kompromitującego zdjęcia. (Wciąż nie mogę odżałować, że nie dane mi było zrobić użytku ze zdjęcia Misi w czapeczce Yankiego, w dodatku tył na przód). Chwilę pobędą razem z krewnymi, a potem wsiądą na wyposażone w wielkie głośniki, udekorowane przyczepy, ciągnięte przez traktory. Na tych przyczepach spędzą całe popołudnie i noc pijąc, tańcząc i wrzeszcząc. Traktory będą krążyć po mieście i najbliższej okolicy, zajeżdżając do kolejnych domów, gdzie rodzice będą czekali z posiłkiem w międzyczasie urządzając imprezę alternatywną.
I tak sobie patrząc na tych młodych, mijających mnie ludzi, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, bo teraz czyste, porządne koszule, miłe, młode buzie, ugładzone włoski, w ciągu najbliższych 24godzin zmienią się nie do poznania.
Gdy jutro pójdę na spacer z Tosią raz po raz będą mnie mijać wolno toczące się traktory a na przyczepach ostatnie niedobitki: blade, z przekrwionymi oczami, zachrypnięte od krzyku i półgłuche od muzyki zombie.
I oczywiście najbliższa noc zapowiada się dość męcząco, bowiem młodzież wyznaje zasadę że „studenten” ma się raz w życiu. No chyba, że tak jak my i jeszcze kilka tysięcy innych mieszka się w mieście. Wtedy się ma co roku. No ale: TRADYCJA!
Całe szczęście, że w tym roku ktoś poszedł do głowy i termin tego wydarzenie wyznaczył na 5 czerwca. Jutro bowiem jest 6 czerwca, szwedzkie święto narodowe, Dzień Flagi, więc wolne.
Studenten nie ma określonego terminu, jednakowego w całej Szwecji, każda komuna ma w innym dniu, zazwyczaj pilnują jednak by te w najbliższej okolicy nie pokrywały się ze sobą.

54.

Byliśmy w sobotę w Goeteborgu. Najpierw szybkie zakupy w sklepie polskim od którego odwykliśmy, bo w ostatnich latach zaopatrywaliśmy się w twarożek, kiełbasę i chrzan u mojego klienta w Boras. No, ale klient zamknął swój kramik, więc wróciliśmy do sklepu U Braci.
Pamiętam jak chłopaki startowali, to był jeden z pierwszych polskich sklepów w Goeteborgu. Gdzieś na Partille, w małej ciupce. Bracia jeździli po towar, sprzedawali ich rodzice. Sklepik był zawalony towarem, atmosfera przyjazna, swojska. Po kilku wizytach sprzedawcy już nas rozpoznawali.
Pamiętam takie zakupy, tuż przed Bożym Narodzeniem. Tłum ludzi w małym sklepiku, wszędzie paczki z towarem jeszcze nierozpakowanym, bo nie zdążyli. Staliśmy w długiej kolejce, sprzedawcy ledwie się wyrabiali. Nie wiadomo kiedy dialogi zaczęły wyglądać jakoś tak:
– A jest Ptasie Mleczko, bo nie widzę? – pytał klient
– Gdzieś jest, ale może jeszcze nie rozpakowane, za chwilę poszukam, tylko obsłużę tego pana.
Po chwili wołanie gdzieś spomiędzy półek:
– Ktoś szukał Ptasiego Mleczka? Tu jest! – jakiś inny klient natknął się na paczkę – Ile trzeba, to podam bo nie ma jak przejść.
I po chwili już każdy zaglądał w paczki i wiedział co ma w pobliżu żeby odpowiedzieć, gdy ktoś pytał.
Kto uznał że ma wszystko stawał w kolejce i oddawał się przyjemności rozmowy z innymi. Klimat się wtedy zrobił taki naprawdę świąteczno-rodzinny, znany z lat komuny gdy właśnie przed świętami się stało w najdłuższych kolejkach.
A zaraz potem bracia otworzyli drugi sklep, po drugiej stronie Goeteborga, na Hisingen i nazwali go U Braci. Sklep był większy, lepiej zaopatrzony, ale na klimacie stracił. Podobno ten na Partille nadal funkcjonował, ale dla nas to był przeciwny kraniec miasta więc zostaliśmy u Braci na długo.
No, a potem ja otworzyłam swoją firmę, zaczęłam objeżdżać wszystkie polskie sklepy w na Vastra Gotaland żeby zostawić swoją reklamę i tak trafiłam do Boras. I do Braci zajeżdżaliśmy już rzadziej.
Bracia tymczasem, jak plotka głosi, rozwiązali spółkę. Podobno szwagierki się nie umiały dogadać. Sklep został w rękach jednego, ale wciąż z szyldem U Braci. Panowie przestali sami wozić towar, zaczęli korzystać z usług hurtowni i spedytora co odbiło się i na jakości towarów i na cenach. Jakość towarów nie spadła mocno, zresztą w porównaniu ze smakiem wielu szwedzkich wyrobów, zwłaszcza mięsnych, to i tak było to niebo w gębie. Ceny powoli szły w górę i teraz dorównują albo i przewyższają ceny podobnych produktów szwedzkich. No ale jak mówiłam: parówka szwedzka i parówka polska to naprawdę kolosalna różnica w smaku. Są też rzeczy jakich w szwedzkim sklepie nie kupisz: twaróg, taki zwykły twaróg, kapusta kiszona czy pomidory malinowe.
Tak więc raz w miesiącu jedziemy na zakupy do polskiego sklepu. EM jako mięsożerca kupuje kiełbasy i wędliny, jakieś słoiki z mięsem czy smalcem. Ja twarożek, herbatę malinową, pomidory malinowe, groszki mleczne i różne inne, zozole dla Zozolka, grześki dla eM, kisiele, budynie, galaretki oraz zupki Amino dla Yanka i znajomych.
Czasem kupujemy tez mrożonki pyzy, pierogi różnej maści, ale ostatnio nam się przejadły.
A Sklep tymczasem zmienił się całkowicie, wejście jest od innej strony, eleganckie, z podjazdem dla wózków i porządną toaletą. Jest też mała salka gdzie można zjeść lunch – widziałam jakieś schaby w kapuście, jakąś zupę pomidorową i nie pamiętam co jeszcze, ale różności to były.
Sklep lekko chaotyczny, towarów jakby mniej (możliwe, że po prostu jest jeszcze więcej przestrzeni) , za to personelu więcej, porządne stanowisko kasowe, z taśmą przesuwającą towary.
Widać, że wciąż się to rozwija, że właściciel inwestuje. Co cieszy. Niech mu się dobrze wiedzie, bo dostarcza nam to, czego nam tu najbardziej brak: smaków znanych od urodzenia.



53. Nadal w kwiatkach

bo kwiatki małe – więc trzeba się potrudzić, i wdzięczne bo miło się patrzy. W mieście i najbliższej okolicy jakoś już nie widzę nic spektakularnego. Może przywykłam do miasta a może odwykłam od fotografowania codziennego.
No ale ostatnio zrobiłam takie, o.
Oczywiście trzeba kliknąć w zdjęcie to będzie większe.

52.

Tydzień przeleciał …
Największym rozczarowaniem były wyniki wyborów. W Szwecji, bo w Polsce to wiadomo…Staram się dystansować ale i tak jakiś ułamek do mnie dociera i sprawia, że krew mnie zalewa. W dodatku z tego co dociera wyłania się obraz zupełnie inny niż ten jaki widzę będąc w Polsce.
Krótko mówiąc – słuchając, z rzadka i zawsze niejako z przymusu, doniesień z Polski mam wrażenie, że Polska stała się jakimś szarym, biednym krajem, gdzie ludzie wciąż protestują, gdzie bieda aż piszczy a stany patologiczne są w zasadzie normą społeczną. Gdzie jak za komuny garstka rządzących żyje jak pączki w maśle a reszta przymiera głodem. Gdzie wszystko się wali i popada w ruinę.
No i oczywiście panuje terror, cenzura i totalitarny zamordyzm jak za Stalina w ZSRR.
A kiedy jestem w Polsce widzę kraj bogaty, coraz nowocześniejszy, o wiele bardziej nowoczesny od zacofanej Szwecji, gdzie ludzie może nie są bogaci, ale biedni też nie – przynajmniej większość. I okazuje się, że wbrew mediom ludzie, nawet ci jawnie i głośno przeciw władzy, funkcjonują w miarę normalnie.
Czyli może nie jest idealnie jak opowiada jedna strona, ale też i nie tak koszmarnie jak mówią inni.
W sumie to kaas ma rację: polityka – polityką a żyć trzeba.
W Szwecji wybory wygrała lewica czyli Socialdemokraci. Nie wiem czego spodziewałam jak znaczna część Szwecji to emeryci i imigranci z krajów biednych – jedni i drudzy korzystają z zasiłków, więc można się spodziewać, że nie podetną gałęzi na której siedzą.
Moderaci, z którymi poglądowo jest mi najbliżej, uplasowali się na miejscu drugim a zaraz za nimi, i to jest prawdziwy powód do niepokoju – Sveriges Demokraterna czyli partia nacjonalistyczna.
To dziwne: bo tak jak w Polsce nikt nie głosuje na PIS, tak tu nikt nie głosuje na SD. A słupki pokazują prawdę.
Myślę, że rosnąca popularność SD i innych tego typu partii w Europie to odpowiedź kiepską ekonomię. Wiadomo: w Europie nie ma przemysłu już prawie wcale, a jak nie ma przemysłu nie ma co napędzać rynku. I społeczeństwa ubożeją. Młodzi mają coraz trudniej bo brak mieszkań, trudno o pracę a wartość nabywcza pieniądza spada w zastraszającym tempie. A tu wychodzi na scenę ktoś, kto palcem pokazuje winnego tej sytuacji (imigranci, a najbardziej „ciapaci”). Wiadomo, że iloraz inteligencji tłumu nie jest zbyt imponujący…i mamy rezultat.
Trochę to frustruje, ale nie mam na to wpływu, więc mogę tylko robić to, co robię: chodzić na wybory a potem dalej pchać swój wózeczek.
Co czynię: cały tydzień pracowałam jak mrówek. W przerwach bawiłam się aparatem i pakietem programów od adobe – bo wreszcie kupiłam abonament za jedyne 80kr miesięcznie i mam full wypas: photoshop, lightroom i jeszcze jakieś inne, nawet nie wiem do czego.
W Szwecji od czwartku trwa długi weekend bo jakieś świeto było we czwartek, więc jest okazja. eM pracował, bo zbiera kasę na urlop w PL, ja też, choć mniej niż zwykle.
Wczoraj pojechaliśmy oglądać nowo nabytą posiadłość Litwinów. Tośka uważa, że to miejsce jest rajem, pod warunkiem, że jest tam i Pańcia. Posiadłość piękna, bo kawał ziemi dookoła domu a sam dom otoczony starymi drzewami. Mnie zastanowiło jak to będzie wiosną bo dookoła pola, a Szwedzi nawożą pola gnojówką…A teren oczywiście płaski.
No i dziwna, słona woda ze studni. Ale oczywiście podziwiałam, zazdrościłam. Po czym wieczorem dotarło do mnie, że TAKIEGO domu to ja bym nie chciała. Po co mi kawał pola jak nic uprawiać nie będę, w ogródku grzebać nie lubię i nie mam zamiaru.
Wypróbowałam ich obiektyw do makro, ale stwierdzam, że mój wcale nie robi zdjęć gorszych więc też przestałam zazdrościć.

51.

Sobotę spędziliśmy z „moją najlepszą koleżanką” Adasiem i jego dziewczyną.
Byliśmy po drugiej stronie Wener. Było słonecznie i ciepło choć dosyć wietrznie. Wener był błękitny i zielonkawy, dookoła las a w nim poukrywane większe i mniejsze domy.
Tym razem było leniwe kawkowanie na tarasie, krótki spacer, potem powolny obiad, grzanie się na słonku i rozmowy jak zawsze.
Jak to się dzieje, że zawsze wylazą nam jakieś kontrowersyjne tematy, o które ktoś z kimś prawie się pokłóci? Nie mam pojęcia. Na szczęście jakiś czas temu ustaliliśmy, że nasze wzajemne relacje, sympatia jaką się darzymy i przyjemność bycia z sobą, że to wszystko jest ważniejsze niż drobne różnice w poglądach. Więc nawet jak się nie zgadzamy staramy się pamiętać, że się lubimy a to pomaga opanować emocje i język.
Ten dzień przeleciał jak jedna chwila.
A wczoraj i ja i eM narzekaliśmy na koszmarne zmęczenie. Bolały mnie wszystkie mięśnie oraz ta nóżka co ją „mam bardziej”. Ból był tak silny, że w samochodzie nie mogłam siedzieć normalnie, musiałam rozsznurowac trampka i położyć stopę na kolanie. Tak, wiem: w razie jakiejkolwiek stłuczki szkody mogłyby być większe, ale nie dało rady inaczej, a psa przegonić trzeba. Kuśtykałam potem po leśnym dukcie nóżka za nóżką.
Czytać też nie mogłam bo oczy mi się od razu kleiły. W związku z tym machnęłam drugą połowę seriali What If na Netflix. Niezły, ale…
Za Renee Zellweger piękna i nareszcie mówiąca normalnym głosem. Dotychczas, niemal w każdej roli szeptała, dziwna maniera. Ależ ona ma figurę!!
Nawet zdjęć fajnych nie zrobiłam w czasie tego weekendu.

50. Archeologia

czyli czasy zamierzchłe są dostępne po prawej stronie w zakładce Archiwum. Można tam znaleźć wpisy z roku 2006!
Nie ma niestety mojego najpierwszego bloga, pisanego od 11 listopada 2004 do 31 grudnia 2005 bo go wysłałam w kosmos.
Reszta jest. Wgrałam tutaj, bo jednak plik notatnikowy, nawet przekopiowany do worda to nie to.
Kto ma chęć wiedzieć więcej – zapraszam. Ale nie ma obowiązku.

49.

Czuć radość o poranku… Tak zaraz po otwarciu oczu… Jeszcze leżąc w łóżku pomyśleć, że to będzie fajny dzień, że teraz nic mnie nie boli, pracy mam w sam raz, to znaczy tyle, że wystarczy czasu i na pracę i na zabawę. Że, o jak fajnie słońce świeci. Albo o jak fajnie deszcz. Pies jest miękki a kawa smakuje jak nic innego.
Uśmiechnąć się do siebie. Wciągnąć ten uśmiech na twarz, niech się tworzą zmarszczki koło oczu, takie zmarszczki są fajne. Gorsze są te bruzdy przy ustach, te które wydłużają i tak już opuszczone w dół kąciki i nadają twarzy wyraz jędzy. Więc ten uśmiech najpierw trzeba obudzić we wnętrzu a potem wciągnąć go na twarz. Wtedy te kąciki się lekko unoszą, o i szczęki się rozluźniają, i mózg jakoś łatwiej przyjmuje do wiadomości, że to może być…że to będzie fajny dzień. Nawet jeśli taki zwykły.
Potem ten uśmiech z wnętrza trzeba w sobie zachować na cały dzień. Pamiętać o byciu dobrą dla innych. Nie myśleć „jak można tak zapaść dziecko” bo nic nie wiem o tej rodzinie i jej problemach. Może nawet wcale nie mają większych problemów, może i są bezmyślni, ulegają łakomstwu i dziecku nie bronią. Kim jestem by ich oceniać? Ja – zwłaszcza ja.
Więc patrzeć na świat życzliwie, pobłażać innym, a czasem nawet sobie.
I nie pozwalać mózgowi, że zwodzenie na manowce, na „a co jak…”. To wyuczona ścieżka, łatwa, wydeptana przez lata. Pora wydeptać inną. Nauczyć się być inną.
Czy to się da w ogóle?

48. przyziemnie

Pozwolicie, że jeszcze zostanę przy tematach przyziemnych? Ale dosłownie.
Cieszę się tym nowym aparatem i bawię. Mam motywację by wychodzić z domu. Wczoraj poszłam do parku i pewnie jeszcze was tymi parkowymi klimatami poczęstuję nie raz.
Aparat jest kochany bo albo robi zdjęcia jak żyleta lub z miękkimi, rozmazanymi konturami jak na obrazach impresjonistów. Czasem tylko mamy problem z dogadaniem się kto jest dyrektorem i którą opcję wybieramy 😉

Wczoraj po godzinie aparat wreszcie się ugiął i prawie usłyszałam: aaaaa, to o to ci chodzi, a to masz, masz, ciesz się.
To się cieszę.
Pocieszcie się ze mną. Klikamy w zdjęcie, żeby było duże.

To z powodu tych zdjęć zasypiałam z uśmiechem . I wstałam z uśmiechem. Znaczy z uśmiechem wstałam i siódmej, bo trzy pół godziny wcześniej znowu łykałam coś na ból głowy, ale co tam. Zadziałało, to najważniejsze.
Spotkałam w internecie ciekawą postać. Zgłębiam znajomość. Kto wie? Może taka Wiedźma jest mi na coś potrzebna?

Dobry czas. Łaskawy. Tak dużo dostaję…Staram się czuć wdzięczność zamiast strachu. I być dobra dla innych, nawet jeśli o tym nie wiedzą.