Byliśmy w sobotę w Goeteborgu. Najpierw szybkie zakupy w sklepie polskim od którego odwykliśmy, bo w ostatnich latach zaopatrywaliśmy się w twarożek, kiełbasę i chrzan u mojego klienta w Boras. No, ale klient zamknął swój kramik, więc wróciliśmy do sklepu U Braci.
Pamiętam jak chłopaki startowali, to był jeden z pierwszych polskich sklepów w Goeteborgu. Gdzieś na Partille, w małej ciupce. Bracia jeździli po towar, sprzedawali ich rodzice. Sklepik był zawalony towarem, atmosfera przyjazna, swojska. Po kilku wizytach sprzedawcy już nas rozpoznawali.
Pamiętam takie zakupy, tuż przed Bożym Narodzeniem. Tłum ludzi w małym sklepiku, wszędzie paczki z towarem jeszcze nierozpakowanym, bo nie zdążyli. Staliśmy w długiej kolejce, sprzedawcy ledwie się wyrabiali. Nie wiadomo kiedy dialogi zaczęły wyglądać jakoś tak:
– A jest Ptasie Mleczko, bo nie widzę? – pytał klient
– Gdzieś jest, ale może jeszcze nie rozpakowane, za chwilę poszukam, tylko obsłużę tego pana.
Po chwili wołanie gdzieś spomiędzy półek:
– Ktoś szukał Ptasiego Mleczka? Tu jest! – jakiś inny klient natknął się na paczkę – Ile trzeba, to podam bo nie ma jak przejść.
I po chwili już każdy zaglądał w paczki i wiedział co ma w pobliżu żeby odpowiedzieć, gdy ktoś pytał.
Kto uznał że ma wszystko stawał w kolejce i oddawał się przyjemności rozmowy z innymi. Klimat się wtedy zrobił taki naprawdę świąteczno-rodzinny, znany z lat komuny gdy właśnie przed świętami się stało w najdłuższych kolejkach.
A zaraz potem bracia otworzyli drugi sklep, po drugiej stronie Goeteborga, na Hisingen i nazwali go U Braci. Sklep był większy, lepiej zaopatrzony, ale na klimacie stracił. Podobno ten na Partille nadal funkcjonował, ale dla nas to był przeciwny kraniec miasta więc zostaliśmy u Braci na długo.
No, a potem ja otworzyłam swoją firmę, zaczęłam objeżdżać wszystkie polskie sklepy w na Vastra Gotaland żeby zostawić swoją reklamę i tak trafiłam do Boras. I do Braci zajeżdżaliśmy już rzadziej.
Bracia tymczasem, jak plotka głosi, rozwiązali spółkę. Podobno szwagierki się nie umiały dogadać. Sklep został w rękach jednego, ale wciąż z szyldem U Braci. Panowie przestali sami wozić towar, zaczęli korzystać z usług hurtowni i spedytora co odbiło się i na jakości towarów i na cenach. Jakość towarów nie spadła mocno, zresztą w porównaniu ze smakiem wielu szwedzkich wyrobów, zwłaszcza mięsnych, to i tak było to niebo w gębie. Ceny powoli szły w górę i teraz dorównują albo i przewyższają ceny podobnych produktów szwedzkich. No ale jak mówiłam: parówka szwedzka i parówka polska to naprawdę kolosalna różnica w smaku. Są też rzeczy jakich w szwedzkim sklepie nie kupisz: twaróg, taki zwykły twaróg, kapusta kiszona czy pomidory malinowe.
Tak więc raz w miesiącu jedziemy na zakupy do polskiego sklepu. EM jako mięsożerca kupuje kiełbasy i wędliny, jakieś słoiki z mięsem czy smalcem. Ja twarożek, herbatę malinową, pomidory malinowe, groszki mleczne i różne inne, zozole dla Zozolka, grześki dla eM, kisiele, budynie, galaretki oraz zupki Amino dla Yanka i znajomych.
Czasem kupujemy tez mrożonki pyzy, pierogi różnej maści, ale ostatnio nam się przejadły.
A Sklep tymczasem zmienił się całkowicie, wejście jest od innej strony, eleganckie, z podjazdem dla wózków i porządną toaletą. Jest też mała salka gdzie można zjeść lunch – widziałam jakieś schaby w kapuście, jakąś zupę pomidorową i nie pamiętam co jeszcze, ale różności to były.
Sklep lekko chaotyczny, towarów jakby mniej (możliwe, że po prostu jest jeszcze więcej przestrzeni) , za to personelu więcej, porządne stanowisko kasowe, z taśmą przesuwającą towary.
Widać, że wciąż się to rozwija, że właściciel inwestuje. Co cieszy. Niech mu się dobrze wiedzie, bo dostarcza nam to, czego nam tu najbardziej brak: smaków znanych od urodzenia.