Jak się kliknie w zdjęcie to się otwiera galeria i zdjęcia są duże. Wtedy widać wszystkie detale…ale i niedoskonałości.
46. fotograficznie
Oczywiście cały weekend upłynął mi na grzebaniu w ustawieniach aparatu oraz fotografowaniu i sprawdzaniu różnych ustawień.
Ciężkie to bydlę, ale zdjęcia, nawet na dużym zoomie robi jak żyleta. Ma opcję zdjęć seryjnych szybkich i wolnych, oraz cichych. Jak ktoś chce w lesie na ptaki czy coś innego popolować.
A co ja zresztą będę mówić.
Popatrzcie

Bernikle kanadyjskie – crop z zoomu 
Beronikle i ich młode – crop z pełnego zoomu 
Za dalą dal – pełny zoom 
Dąb się budzi – bez zoomu czy makro 
Chabaź – crop 
Pracuj mądrze nie ciężko pająku – crop 
Tosia na ostro- czyli to możliwe! 
Przypadkowa, dzika jabłoń 
Pliszka czyli arla -pełny zoom a potem wycięta 
Rzepak -wycinanka czyli crop 
Świerk bez żadnych zabiegów
46.
i znowu mnie wzruszył ten Mark K.
Taki tekst:
There’s a place in my heart
Though we’re far apart
May you always know
No matter how long since I saw you
I keep the flame there for you
Wherever I go
Jest takie miejsce w moim serce
choć tak nam daleko do siebie
musisz to wiedzieć:
nieważne jak dawno cię widziałem
wciąż trzymam tam iskrę dla ciebie
dokądkolwiek pójdę
—-
Ludzie myślą, że on śpiewa piosenkę miłosną, bo towarzyszy mu kobieta, Ruth Moody. Ale jest tam jedno słowo „brother”. Więc może to jest o miłości, ale nie koniecznie takiej o jakiejś myślimy. Może adresatem tej piosenki tak naprawdę jest David, młodszy brat, z którym o ile mi wiadomo nie utrzymują kontaktów od wielu lat?
Kochać można na tyle sposobów.
Trucker jest wciąż moją ukochaną płytą.
Jeszcze 26dni do koncertu.
——-
Nikon D7500 przyszedł we czwartek.
Ciężkie bydlę…Razem z obiektywem waży prawie dwa razy tyle co ten maluszek 3100.
Niby ta sama marka, ale obsługa zupełnie inna. Tylko dwa dni zajęło mi znalezienie pojedynczego, ręcznego ustawienia punktu wyostrzenia.
Nie mam pojęcia dlaczego, ale instrukcja obsługi jest napisana chyba dla początkującego amatora, kogoś, kto ma zamiar pstrykać zdjęcia korzystając wyłącznie z automatu. A aparat jest z założenia przeznaczony dla zaawansowanych amatorów.
Szybki jest, skubaniec. I delikatny. Muszę się nauczyć nie dusić spustu migawki z całej siły. Ledwie go trącę a ten już strzela.
Robi jakieś koszmarnie ciężkie zdjęcia. Na karcie, na której dotąd mogłam upchnąć jakieś 200 zdjęć, teraz mi mam miejsce na niewiele ponad 80.
Co to jest 80zdjęć? W godzinę wypstrykałam.
Ma wifi i bluetooh mogę od razu ładować zdjęcia na”urządzenie inteligentne”, bylem tylko na tym ostatnim zainstalowała apkę. Owszem – zainstalowałam. Po czym okazało się, że cokolwiek uruchamiam to najpierw muszę obejrzeć reklamę. Oooo, panowie, tak to my się nie bawimy. Apko -wyp…WON! Chrzanić technologię. Od zawsze ładuję zdjęcia z aparatu na kompa i nie widzę powodu by to zmieniać.
Oraz okazało się, SURPRISE! Że mój photoshop15elements mimo wszystkich aktualizacji – nie czyta plików RAW z tego aparatu. Nie wymuszę kolejnej aktualizacji, muszę czekać aż ADOBE samo dołoży. Nie dokłada, bo elementy to wersja płatna jednorazowo, ładowana na komputer dożywotnio, więc po co się starać dla kogoś, na kim się już nie zarobi. Już byłam gotowa jednak kupić ten ichni abonament, ale Ewa podpowiedziała converter. I śmiga.
Zdjęcia robi jak żyleta… Stabilizacja+prędkość migawki+optyka i mamy efekty.
Chciałam wrzucić kolaże ze zdjęć z dwóch pierwszych dnia, ale okazuje się, że photoshop robi je tylko w pdf, a tego pliku tutejsza witryna nie czyta.
45. W oczekiwaniu
Klienci się pomieszali, pokomplikowali, w efekcie mam drugi dzień prawie wolny a za to w piątek znowu będzie „spiętrzenie robót”.
No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz?
Korzystam więc z wolnego dnia, choć zaiste – wolałabym bym być dzisiaj zajęta i to jak najbardziej. Bo czekam, a ja w czekaniu dobra nie jestem.
Nawet jak u Kultowej Szeficy miałam dostać opiernicz za przeoczenie jednego grosza co skutkowało korektą całej deklaracji VAT to szłam jak najszybciej, żeby mieć z głowy i móc się w spokoju i samotności pobiczować.
A teraz czekam i nie mogę nic zrobić, ani wybiec na przód ani nic, mogę tylko cierpliwie czekać, a w takiej chwili najlepiej mieć pod ręką jakieś nitki, które można plątać. No to sobie plączę. Dosłownie. Zdjęłam robótkę by w ładnym świetle zrobić zdjęcia i mi się poplątało. Ale już rozplątałam.
Mówiłam niejednokrotnie, że najbardziej na świecie lubię szmatki i nitki? (To znaczy, lubię jeszcze masę innych rzeczy, ale tu chodzi o te takie co to „tymi ręcamy”).I że niesamowite na ile sposobów te nitki można połączyć i jakie niesamowite rzeczy z tego wychodzą?
Druty, szydełko…to wiadomo. Ale takie krosna? Krosna to jest cud nad cudy! Choć najlepsza zabawa jest przy zakładaniu osnowy, bo potem to już nudyyyy. Nic tylko nitka w prawo/nitka w lewo.
Aż tu kilka dni temu, chyba z nadmiaru wolnego czasu po 8 tygodniach zasuwania jak jak mały samochodzik, przypomniało mi się, że widziałam taki fajny filmik reklamujący sklep z takimi prostymi grzebykami do robienia krajek. W sumie to od jakiegoś czasu marzy mi się ładny, miękki, odpowiednio długi pasek do aparatu. ALbo np. taka torba na ramię, na wyjście do miasta, wiecie taka niby damska torebka, ale w razie czego kilo kartofli + mleko i 30 jaj da się w tym przenieść. I żeby ona ta torba jeszcze jakoś tam zdobna była. Np. rączki miała z krajek, nie? To se poszłam popatrzeć w tym sklepie jak te grzebyki alias drabinki a prawidłowo bardka wyglądają. No fajne, fajnie się plecie, trzeba by pomyśleć. Zaczęłam szukać, i szukać i drążyć. I natknęłam się na filmik i instrukcję tkania na tabliczkach. Po szwedzku. Kobietka pokazywała instrukcję pisemną oraz filmik pokazujący różne etapy.
Napaliłam się! Oderwałam okładkę od jakiegoś bloku rysunkowego, pocięłam, oznaczyłam, podziurkowałam. Nitek ci w domu dostatek…
I zaczęłam. Szło fajnie, potem zaczęło się plątać, potem odkryłam dlaczego się plącze, potem odkryłam, że znowu się plącze ale z innego powodu, potem odkryłam jak to kolejne plątanie odplątać, potem odkryłam, że zapominam w którą stronę, i stąd błędy we wzorku.
No ale krajka na ukończeniu. Pełna pomyłek, miejscami mocno ściśnięta, miejscami za luźna, z supełkami na krawędziach …ale idzie ku końcowi.
Patrzcie:




Dziś ją skończę, a jutro zabiorę się do innej, szerszej, może bardziej kolorowej, takiej by pasowała do aparatu.
Nowego aparatu, który kupiłam dwa dni temu i czekam aż mi go poczta łaskawie dostarczy. Więc same rozumiecie, że mam na co czekać.
44. Taka sytuacja

Córka przed chwilą przysłała mi zdjęcie…
43. Grill u Wandali
Tosia biedna zmęczona. Wczoraj miała dzień pełen wrażeń, bo pojechaliśmy do córki i Mela. Oni mieszkają 5km od centrum Mieściny, już prawie na wsi. Wprawdzie domów dookoła pełno, ale to jeszcze ta starsza zabudowa, gdzie dokoła domu jest jeszcze duże podwórko. (Te nowo wybudowane domy nie mają prawie wcale podwórka, a odległość miedzy budynkami nie wiem czy wynosi 10m, koszmar, biorąc pod uwagę, że nawet taki dom kosztuje około 2 milionów koron.)
No tak, ale te w okolicy Mela, najtańsze kosztują 4 miliony.
W każdym razie wokół ich domu jest spore podwórko, a zaraz za nim puste jeszcze pole, na którym niedługo staną kolejne domy.
Od innych sąsiadów posesję odgradza żywopłot lub…nic nie odgradza. Szwedzi się nie grodzą. Tu, nawet jak jest płot to jest on symboliczny, niski, jakieś żerdki na słupkach i tyle.
Mel z ojcem rozbudowywali taras, bo Mel wymyślił sobie basen. Nie taki do pływania, ale taki do posiedzenia latem. eM miał chęć na kiełbasę z grilla, więc wzięliśmy kiełbasę, butelkę słodkiego piwa dla mnie i spełniliśmy prośbę Misi, która odkąd zrobiło się cieplej marudziła: przyjedźcie z Tosią do mnie…
Rodzina Mela to kociarze: Mel, przed zamieszkaniem z moimi dziewczynami miał dwa koty, potem doszła Maja, więc teraz mają trzy. Kota mają rodzice Mela oraz brat Peter.
Z tego też powodu Tosia może odwiedzać moją córkę, ale tylko w ogródku.
Ciekawa byłam jak Tosia będzie się zachowywać.Czy nie poleci w pole? Czy nie będzie chciała latać na posesje sąsiadów? Czy nie będzie płoszyła kotów na ich osiatkowanym wybiegu?
Otóż nie. Nie było ŻADNEGO problemu. No, może jeden. Każdy chciał się z nią piłeczką pobawić, a Tosia …cóż. Tosia nie bawi się piłeczką.
Zabawa wyglądała więc tak, że kolejny naiwniak rzucał piłkę i namawiał psa by pobiegł za piłką. Tośka patrzyła człowiekowi wymownie w oczy, po czym odwracała się ogonem. Cała jej postawa mówiła co myśli o bieganiu za piłeczką. „Nie krępuj się, Człowiek, możesz lecieć, jak masz chęć”.
Ale oczywiście nalatała się po trawie, bo ganiała za mną, za pańciem, za Zozo. A że co chwila ktoś nowy przychodził to leciała się witać, poznawać, odbierać hołdy.
Potem przyszedł brat Mela z żoną i całkiem nowiutkim dzieckiem, takim co to jeszcze kilka dni temu miało metki. Tosia niemowlakami jest zafascynowana. Strasznie, ale to strasznie chce zajrzeć do wózka, sprawdzić co to jest to takie co pachnie jak człowiek, ale nie wygląda. A te ludzie chciwusy nie dajo.
Poniuchała dookoła, zaciągnęła się zapachem spod wózkowej budki i dała se spokój. Tym bardziej, że na stole pojawiła się kiełbasa. Żebrała bezczelnie u każdego, a najwięcej u Mela. Zdaje się, że wyczuła najsłabszego duchem.
Słońce świeciło, ale wiało mocno i robiło się coraz zimniej. Koło dwudziestej pożegnaliśmy się. Tosia na zaproszenie do auta zareagowała biernym oporem. Znaczy – podobało jej się prawie tak samo, jak w lesie na Kinekulle.
I tylko jedna rzecz mąci tę sielankę.
Czy ktoś wie jak wyłączyć myślenie „a co, jeśli…”?
Jestem zmęczona tym moim patrzeniem w przód, usiłowaniem przewidzenia wszystkich możliwych katastrof i wymyślaniem scenariuszy naprawczych. Dlaczego wciąż mam w głowie takie coś, co można sprowadzić do słów ” za każdy gram manny niebieskiej płacę słoną rzeką”.
Nie chcę tego!
42.
Znowu pracuję od rana czyli od dziewiątej lub w pół do dziewiątej do dziewiętnastej. Byle do poniedziałku. Ale ponieważ cięgle pracuję, a robota jakoś się ślimaczy no i pieniędzy nie widać zrobiłam sobie listę i zapisuję dokładnie WSZYSTKO co robiłam. Nawet 3 minuty na napisanie maila do klienta.
I zobaczymy co z tego wyniknie.
Wczoraj już tak miałam dość siedzenia, wpatrywania się w monitor, że o 19. nie zważając na zimno, wiatr i granatowe chmury poszłam się przejść. Miałam chęć wziąć aparat, ale uznałam, że idę się poruszać, a z aparatem to będę co chwila przystawać.
Wyszłam, poszłam i pomyślałam o moim ulubionym Vänersborgu.
W mojej mieścinie po godzinie osiemnastej, ba! już po siedemnastej to jak zobaczysz w mieście człowieka to gotowyś krzyczeć jak syn Pawlaka :O-o CZŁOWIEK!
Pusto wszędzie, głucho wszędzie. No ale po co tu łazić, jak wszystko zamknięte na głucho. Kilka restauracji otwartych, ale zapomnij o sklepach czy kawiarniach.
A Vänresborgu o tej samej porze normalnie chodzili ludzie! Fakt, że była sobota.
Porównałam oba miasta i komuny i wyszło, obszarowo i ludnościowo są prawie takie same.
A mieścina wczoraj wyglądała tak:

Taka gmina…

Taka gmina…
41.
W tym teatrze spotkałam dwie rodaczki z Goeteborga. Zgubiły się tak, jak i my bo weszliśmy do budynku od ulicy a teatr ma wejście od zaplecza. Podeszłam, zagadałam o wejściu.
eM, jak zawsze przy obcych dostał słowotoku i szykował się do opowiadania historii życia, tradycyjnie nie pozwalając nikomu innemu dojść do słowa, co mnie coraz bardziej irytuje, bo ja bym chciała posłuchać o innych ludziach, zamiast po raz tysięczny wysłuchiwać tej samej historii, opowiedzianej w dodatku tak samo, tymi samymi słowami.
Jednej z rodaczek udało się jednak wbić klin i zaproponować nam obejrzenie występu kabaretu jaki wkrótce ma się odbyć w Goeteborgu. Miną i głosem wyraziłam swój sceptycyzm. Na co Rodaczka zareagowała żywym rozczarowaniem, że dlaczego, przecież nie widziałam, dlaczego od razu na nie?
– Bo ja w zasadzie nie lubię kabaretów. One mnie w ogóle nie śmieszą. Ja się w rozwoju zatrzymałam na „Potem”…-zacięłam się na chwilę – No a potem to już mnie nic nie bawi
– Ale my to taki trochę inny kabaret. Mało skeczy, więcej śpiewania…
I tu przerwałyśmy bo czas był udać się na swoje miejsca.
Na przerwie poprosiłam o więcej info.
Kabaret nazywa się Kabaret Biura Spraw Beznadziejnych. Występ będzie 1 czerwca w polskiej restauracji Tawerna.
No dobrze. Kupiłam bilety. Wybierzemy się. I zobaczymy.
A tymczasem kupiłam płytę Marka Knopflera Down The Road Wherever.
I słucham, bo już za niewiele ponad miesiąc…!
Płyta jest dobra, ale nie przebija płyty Trucker, gdzie w sumie na piętnaście piosenek dwie są takie trochę mniej w moim stylu. Choć kilka piosenek na tej Wherever ma klimat, nie powiem.
Liczę dni, ekscytuję się i denerwuję czy znowu miejsca które niby miały być najlepsze nie okażą się takie sobie.
40. Celtic Night
Zacznę od tego, że są w Szwecji rzeczy, które lubię. Lubię na przykład jasność przepisów. Lubię uprzejmość w urzędach. Lubię umiar polityków i mediów tę politykę komentujących. Wiele rzeczy lubię, wbrew temu co by się wydawało, bo jak mówię o Szwecji to w zasadzie ciągle narzekam. Nawet ich kuchnię lubię…no dobra, bez przesady, ale są ich rodzime dania, które lubię: zapiekankę z ziemniaków, sałatkę z ziemniaków lubię. Lubię też kotbullar czyli te małe pulpeciki ale tylko te, robione w domu. Spróbowałam ich pierwszy raz u Wandali i powiem wam, że nasz mielony przy tym to erzac.
Jest wiele rzeczy, które mnie śmieszą lub irytują.
Jest w zasadzie jedna rzecz jakiej w Szwecji nie lubię. Ale o tym potem.
Pojechaliśmy wczoraj do teatru. Miasteczko Vänerborg lezy 60km od nas, za dwiema górami i jedną zatoką. Centrum jest ładne, murowane, ciekawe. W jednej z kamienic przy placu głównym mieści się teatr.
Maleńki ten teatr, o wiele mniejszy niż olsztyński, ale klimatyczny, przytulny, z balkonami tuż nad sceną i takim klimatem fin de siecle.
No, niezły początek.
Mąż mnie namówił na ten występ, bo wielkim fanem niejakiego Flatley’a jest. Ja owszem – też lubię, bo muzycznie to ja wiele lubię, że szybciej wymienić czego nie lubię. W wejściu dostaliśmy program, ale w programie słowa nie było kto, co, dlaczego i o czym tylko kilka zdjęć i opowieść o muzyce celtyckiej.
Zaczęło się. Kurtyna poszła w górę, na mrocznej scenie stała posągowa, blond piękność, po podłodze snuła się mgła, na banerze z tyłu migały krajobrazy z celtyckimi krzyżami, klifami, ruinami, w tle coś jednostajnie buczało. Kobieta śpiewała coś mocnym głosem, mnie się podniosła gęsia skórka. Cudnie się zaczęło. No cudnie!
Potem wyszły dwie kobiety, w ciemnych sukienkach i dalejże podskakiwać, wybijając pantoflami na scenie jakiś rytm do piszczałkowatej muzyki. Wparłam plecy w fotel, rozsiadłam się wygodnie w oczekiwaniu na ucztę słuchowo-wzrokową.
A potem światło zgasło, chwilę trwała ciemność a potem scena się rozjaśniła i ukazała stojącego przy mikrofonie zacnej postury mężczyznę. Z gitarą.
Mężczyzna się odezwał. Po szwedzku…Po szwedzku??? Ano tak.
Jeszcze się nie uprzedzałam, jeszcze starałam się oddzielić od moich uprzedzeń, ale coś mi szeptało w duszy, że to jednak nie będzie to, co ten obiecujący wstęp zapowiadał.
Okazało się, że Pan z Gitarą oraz Pan z Banjo to były gwoździe programu. I to niestety był najsłabszy punkt wieczoru. Co ileś tam piosenek w klimacie szantowo-biesiadnym na scenę wychodziło mniej lub więcej dziewcząt w różnych układach tanecznych. I były cudne! Jeszcze ze trzy razy wyszła na scenę posągowa pani z wielkim głosem. I też było cudne. Ze dwa, trzy razy pokaz dał dudziarz w czerwonym kilcie i też było cudne. Niestety – były to momenty zaledwie. Reszta był to typowy szwedzki show: pogadamy jakieś bzdury, pośmiejemy się, zaśpiewamy razem jakąś piosenkę. Wszystko to w stylu „jakiego mnie panie boże stworzyłeś taki jestem”. Ukoronowaniem żenady wieczoru był popis solistki. Nawet głos miała, ale ta przesadna gestykulacja, wygięcia, pozy, oraz afektowny styl śpiewania kompletnie do mnie nie przemawiał. Miało być pewnie uczuciowo, wyszło…jak wyszło. W ostatniej piosence solistce śpiewającej towarzyszyła solistka tańcząca. I to już naprawdę moim zdaniem był POPIS! Tancerka, nawiasem mówiąc dość pulchna, miała na sobie króciutką, zwiewną sukieneczkę. I nawet to, że sukieneczka w czasie ruchu odsłaniała masywne uda i sporą pupę nie było straszne. Straszne było to, że ta pupa odziana była w czarne, wielkie majtasy. Takie jaki u Bridget Jones, tyle, że czarne. Dziewczyna wiła się po scenie, to chyba miało być zmysłowe wicie się, a widać było tylko jej wielki tyłek i czarne gacie. Nikt biedaczki nie uświadomił?
Tak się ten program toczył, z każdą piosenką coraz bardziej zniżając pozom. Jak panowie z gitarą i banjo zaśpiewali bożonarodzeniową piosenkę „Fairtale of New York” w dodatku jeden pan śpiewał partię męską, a drugi żeńską, to sobie pomyślałam optymistycznie, że program sięgnął dna i gorzej już być nie może. Na co przekorny głos w mej głowie szepnął „może, może, jeszcze Whisky on the Jar nie było”.
Ale! Kurtyna spadła! Koniec – ucieszyłam się znudzona. eM się poderwał, że lecimy do szatni. Powstrzymałam go, bo ludzie klaskali i żądali bisów. No i był bis…Zgadnijcie co? Owszem Whisky in the Jar.
Teraz moja OPTYMISTYCZNA strona szepnęła z nadzieją „no, gorzej być nie może”. PESYMISTKA zarechotała obleśnie i zapytała „a założysz się?”. Panowie skończyli Whisky, na scenę wyszedł cały zespół: tancerki, solistki, dudziarz. Na banerze pojawił się jakiś motyw, który ewidentnie cała sala rozpoznała, poza mną, bo rozległy się fertyczne brawa. Poleciały pierwsze nuty w których rozpoznałam jakąś piosenkę, którą słyszę z radia ilekroć znajdę się w jego pobliżu.
I to był już naprawdę finał.
Więc teraz mogę już powiedzieć czego najbardziej nie lubię w Szwecji. Nie lubię występów organizowanych przez Szwedów. Wszystko jest przaśne, amatorskie, niedopracowane…byle jakie w sumie, byle jak sprowadzone do poziomu „ma być śmiesznie i żeby grała muzyka”.
Takie właśnie…jak ta tancerka w czarnych majtasach pod zwiewną, kusą kiecunią.
39. Zimnoooo
Wieje. Wieje z północy, drzewa tańczą, flagi odfruną za chwilę razem z masztami. Pierwszy raz od wielu miesięcy spałam przy zamkniętym oknie! A wieczorem, przy oglądaniu filmu otulałam się chustą od Kasi. Dużą, ażurową, miękką i fioletową.
Oglądałam Fracture (Słabe miejsce po polsku chyba). Uwaga będzie spam!
Z Ryanem Gosligiem i Anthonym Hopkinsem. Goslinga nie poznałam, bo znam go właściwie z LaLaLand, a tam jest starszy i nie ma już tej młodzieńczo pucułowatej twarzy. Strasznie mi ta pucułowatość na początku filmu przeszkadzała bo jakoś kojarzył mi się z Szycem. A Szyc teraz jest wszędzie, że strach otwierać słoik z dżemem. Potem akcja, podparta pięknymi zdjęciami i sugestywną muzyką mnie wciągnęła.
I nawet niezły to film choć ja od początku podejrzewałam o co chodzi z tą bronią.
Hopkins w roli zimnego drania-psychopaty jak zawsze przekonujący. Inna rzecz, że on w każdej roli jest przekonujący.
Dziś wieczorem jadę z mężem na widowisko Celtic Dans Night. Lubię celtycką muzykę …albo wydaje mi się, że lubię. Zobaczymy. Lubię za to pasjami miasteczko Venerborg, gdzie na to widowisko się udajemy.
Tam ma początek Göta, potężna, ale krótka rzeka z której woda przelewa się z Vener do Bałtyku.
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów będę w teatrze. Czy to się teraz trzeba jakoś specjalnie ubierać? W Szwecji?
























