96. Weekend

minął spacerowo.
Każdy weekend to są dwa zasadnicze pytania: co na obiad i gdzie z psem.
Na obiad zwykle są schabowe dla chłopaków bo to najszybsze danie a jednak przynajmniej wydaje się wartościowsze niż pizza z mrożonek.
Dla chłopaków, bo ja nadal mięsa nie jem. Czasem zjadam puszkę tuńczyka bo lubię, ale też rzadko.
Spacery z psem to oddzielna historia.
Tosia lubi pobiegać, powęszyć, potropić. Jak każdy w pies. Cały tydzień, każdego ranka pies chodzi asfaltowanymi ścieżkami, na smyczy. W weekendy chcemy jej dać trochę radości: brak smyczy, potaplanie się w wodzie, chaszcze, gdzie tyle zapachów. Problem w tym, że choć Szwecja jest o wiele rzadziej zaludniona niż Polska to znalezienie miejsca w miarę bezludnego jest praktycznie nie możliwe. Oczywiście mamy swoje pewniaki jak ta droga pośrodku niczego, ale tam nie ma wody. A woda to absolutnie obowiązkowy element spaceru. Może być rzeczka, strumień, bajorko, jezioro. Ale może być też śnieg. No, ale w Szwecji, cokolwiek ktoś by sobie nie myślał, śniegu latem nie ma. Nie w Zachodniej Gotlandii w każdym razie.
Poza tym…jak często można jechać w miejsce, gdzie zna się każdy kamień, każde drzewo na drodze?
Dlatego skrzętnie notuję, gdy znajomi różnej maści pokazują swoje wycieczki i trasy spacerowe w okolicy bliższej lub dalszej.
I tak w sobotę byliśmy na takim szlaku, który startuje koło kościoła w Varnhem. Kościół ten „grał” w w filmie Arn, więc od dawna chciałam go zobaczyć z bliska. Są tam ruiny klasztoru, ale z psem się tam nie pchałam. Ot tak…z szacunku.
Spacerek takie ze dwa kilometry, spora część wzdłuż rzeczki, która kiedyś zapędzała młyn i dawała mnichom wodę, dziś prawie wyschnięta, odsłoniła koryto pełne kamiennych płyt i uskoków. Ale jak to w Szwecji: szlak wytyczony jest przez prywatne posesje, najczęściej będące pastwiskami, więc pies niestety na smyczy, długiej, ale jednak.
Na koniec były owieczki…i trzeba było widzieć Tośkę. Nagle zbystrzała, zaczęła się wdzięczyć, to znaczy robić coś takiego jakby tańczyła: przestępuje z łapy na łapę i każda część ciała się kręci w innym kierunku. To taka oznaka radości i ekscytacji. eM musiał trzymac z całej siły bo rwała się do owieczek strasznie. Nie chciała iść dalej, odwracała się i opierała z całej siły. Podobnie reaguje na konie. Na krowy na kolejnym pastwisku zareagowała zwyczajnym zaciekawieniem, powęszyła*, popatrzyła, obejrzała, bez oporów poszła dalej.
Wczoraj inna trasa, też wzdłuż innej rzeki. Stary, bardzo stary las, leniwa rzeka płynąca zakolami, nad rzeką małe drewniane ale stabilne mostki, nad mokradłami kładki. Pełno zwalonych drzew, bo to rezerwat, więc jedyne co się robi to w zwalonym na ścieżkę drzewie wycina się przejście na szerokość ścieżki. Pierwszy raz widziałam żeremie, ale się domyśliłam, że to musi być to.
Było mroczno, duszno bo bezwietrznie (no, w wiatr to ja bym nie chciała tam być, bo pewnie uschłe konary latają co i rusz) i prawie bez różnej maści owadów, których w takich miejscach zwykle pełno.
Ciekawa trasa, ale Tośka znów na smyczy, bo znowu blisko pastwisk.
Niemniej pies się zmęczył, my też a potem w poczucie dobrze spełnionego obowiązku mogliśmy się uwalić na sofach i fotelach.
W lesie już cisza, ptaki nie śpiewają. A od kilku dni nad miastem słychać gęganie i widać klucze gęsi lecące na północ. Nie pytajcie mnie czemu na północ, bo to dziwne, nie?

*oczywiście tak krowy jak i owieczki były oddzielone od psa ogrodzeniem a my trzymaliśmy się kilka metrów od ogrodzenia, żeby nie stresować zwierząt ale i nie narazić psa na kontakt z prądem.

95. Piosenka na dobry początek dnia

Chwała najsampierw komu
Komu gloria na wysokościach?

Chwała najsampierw tobie
Trawo przychylna każdemu
Kraino na dół od Edenu
Gloria! Gloria!

Chwała tobie, słońce
Odyńcu ty samotny
Co wstajesz rano z trzęsawisk nocnych
I w góry bieżysz, w niebo sam się wzbijasz
I chmury czarne białym kłem przebijasz
I to wszystko bezkrwawo – brawo, brawo
I to wszystko złociste i nikogo nie boli
Gloria! Gloria! Gloria in excelsis soli!

Z słońcem pochwalonym teraz pędźmy razem
Na nim, na odyńcu, galopujmy dalej

Chwała tobie wietrze
Wieczny ty młodziku
Sieroto świata, ulubieńcze losu
Od złego ratuj i kąkoli w zbożu
Łagodnie kołysz tych co są na morzu
Gloria! Gloria in excelsis soli!

Z słońcem pochwalonym teraz pędźmy społem
Na nim, na odyńcu, galopujmy polem

Chwała wam ptaszki śpiewające
Chwała wam ryby pluskające
Chwała wam zające na łące
Zakochane w biedronce

Chwała wam: zimy, wiosny, lata i jesienie
Chwała temu co bez gniewu idzie
Poprzez śniegi, deszcze, blaski oraz cienie
W piersi pod koszulą – całe jego mienie
Gloria! Gloria! Gloria!
(Edward Stachura- Gloria)

Wewiór

94.

Zaprawdę powiadam wam: nie masz na świecie radośniejszego stworzenia niż szczeniak.
Lato się kończy i w mieście znowu wysyp szczeniaków. Chcę wierzyć, że wszystkie z nich zostaną w swych domach na zawsze, bo schronisk psich w Szwecji nie ma, bezpańskich psów też nie, więc to chyba o czymś świadczy? Szwedzi mają chyba troszkę większą świadomość w traktowaniu zwierząt choć zdarzyło mi się widzieć ogłoszenie „Z powodu powiększenia się rodziny oddam 11-letniego kota”.
Ale ja nie o tym chciałam…
Wczoraj na spacerze z Tosią, nad jeziorem, na naszej stałej letniej trasie z daleka wypatrzyłam dość rosłego psa. Był biały, z brązowymi łatami wokół oczu i klapniętymi uszami. Bernardyn?! Szczenię Bernardyna?
Nie myliłam się.
Szczeniak-dziewczynka, czteromiesięczna. Tak na oko: 20kilo radości i miłości do świata. Natychmiast chciała się zaprzyjaźnić z Tosią, ale Tosia nie była zainteresowana. Pewnie bez smyczy poszłoby szybciej, ale to nie warunki na puszczanie luzem szczeniaka – ulica blisko.
Trzymałam się z daleka, bo Tosia bardzo nie lubi, gdy inne pieski się ze mną spoufalają, eM może, eM jest podzielny, ale Pańcia – nie.
Minęliśmy się się potem w drodze powrotnej. Tośka uwaliła się w trawie, pod drzewem, eM przypiął jej smycz i trzymał z daleka, ja zostałam na ścieżce. Psie dziecko wspięło mi się po nodze i koniecznie chciało dać buzi. Pogłaskałam odruchowo, no bo jak inaczej? Tosia natychmiast się zerwała i leciała mnie bronić, smycz w dłoni Pańcia ją powstrzymała, ale stała wyprężona. To dlatego nie mogłam się z tym maluchem przywitać jak należy.
Ech… ta jedyna, niepowtarzalna miękkość…Tylko szczenięta ją mają. Futro mają jak aksamit, a pod nim same są mięciutkie jak przytulanka.
Uwielbiam szczenięta wielkich ras, ich niezgrabność, nieproporcjonalną budowę: drobny tułów, długie potężne łapy, długie ogony, małe głowy z wielkimi uszami.
Piękna była. Jak Tosia cztery lata temu.
Nie miałam aparatu, ani telefonu, więc nie mam zdjęcia.

93.

eM po latach znowu nosi kolczyk.
Czy ja mówiłam, że kolczyk u faceta pod sześćdziesiątkę to wg mnie straszna siara? Że to tak, jakby se facet wywiesił etykietę: Jestem niedorosły emocjonalnie. Żałosne. Jeszcze se niech kilka tatuży walnie. Koniecznie z Bogiem, honorem i ojczyzną oraz, że to zła kobieta była.
Bunt młodzieńczy…
Może się jeszcze zakocha?
A daj mu panie boże!
Ktoś inny by się zastanawiał czy interweniować w sprawie co wieczornego nadużywania.

92. Trolle

Heh…
Tak się ludziska internetowe wkręciły w trollowanie, że zapomnieli o pierwotnym znaczeniu słowa troll czyli o takim człekokształtnym stworku, niezbyt rozgarniętym i troszkę złośliwym, ale w sumie mało szkodliwym. No przecież to cała ja!
Po szwedzku „trolla” znaczy: czarować. Czyli też ja – bo usiłuję zaczarować codzienność by była nieco mniej kanciasta.
Trolle zamieszkiwały Skandynawię. A gdzie mieszkam ja? No właśnie w Krainie Trolli przecież.

A tymczasem obcy ludzie, widząc mój podpis u siebie na blogu, na wszelki wypadek chyba unikają kontaktu.
Mam za swoje. Było se nadać jakiś mniej prowokacyjny nick. Np. Prowincjuszka…aaaaale to już było i okazało się, że sobie wykrakałam.
Nick powstał jako alternatywne ego na jakimś forum. Potem użyłam go na bloxie. A potem się okazało, że mieszkam na prowincji prowincji Europy. Yankie mówi, że inne określenie prowincji Europy to europejskie Ohio.
Jak zwał, tak zwał. Ale Szwecja jest najprawdziwszą prowincją Europy.
„Nie wyżyna, nie nizina
wszędzie piasek albo glina
Taka gmina
Spotkasz chłopa- gęba sina
oj nie wraca ci on z kina
Taka gmina”


91. Opad

Spadł deszcz. I temperatura. Oba zjawiska napawają mnie radością. Źle spałam, ciężko mi się wstaje, w domu półmrok, niebo nisko, zasnute chmurami, ale deszcz o parapet, deszcz o szyby puk-puk-puk-puk…
A no, może za chwilę bo puka głośniej i szybciej, do tego szumi czyli leje.
Odczekamy…A potem przetestujemy kurtkę z Decathlonu. Znaczy z softshellu ale z Decatlonu. Kurtka jest szara, kaptur ma oczojebnie różowy oraz kilka wstawek w takim kolorze. Nareszcie będzie mnie widać w jesienne słoty. Ma być nieprzemakalna do pewnej ilości, nieprzepuszczająca wiatru oraz lekko grzejąca.
…za to herbatka z jabłoni zrobiła się w zasadzie sama w tych temperaturach. Pięknie zbrązowiała w słoiku bez wstawiania do piekarnika czy coś. A wczoraj wyschła na pieprz. Właśnie przesypałam na powrót do słoika, bo okna mam pootwierane na przestrzał, żeby wywiało ukrop z domu, ale razem z chłodem wchodzi wilgoć, więc herbatka by zaraz ją złapała.
Teraz poczekam ze dwa tygodnie i spróbuję co mi z niej wyszło.
Ale malin, malin z owocami to bym jeszcze nazbierała. Dla Zuzanki na jesienno-zimowe infekcje.
Prawda…Zozo…
Przypadkiem natknęliśmy się na nią w mieście, była ze swoją „bonus mamą”. Wkleiła się w nas. Bez słowa, bez okrzyków. Ale z całej siły. A potem śledziła tok naszej rozmowy, czujna, gotowa w każdej chwili rozjaśnić się radością jak tylko padnie pytanie…
Ale musieliśmy to uzgodnić z jej opiekunką. I nie mogliśmy od razu, dopiero na weekend. Posmutniała. Ale i tak się cieszyła.
Spędziła z nami piątek i sobotę. A w sobotę Misia i Mel rozpoczęli odwrót z północnej Norwegii. Podobało im się strasznie, ale naraz stwierdzili, że chcą już wracać, bo widzieli dużo a strasznie się stęsknili za Zozo i chcą ją zobaczyć nim pojedzie do Polski. Chcieli jej zrobić niespodziankę więc nic nie mówiłam, tylko o stosownej godzinie powiedziałam, że Jokkie (tata Mela) prosił by zajrzeć do kotów…
Jak ona się ucieszyła, że choć koty zobaczy!
Podjechaliśmy, wysiedli… Oni wyszli z garażu. Jak ona się rzuciła do mamy..! Nie do Mela, do mamy. Z całej siły przywarła. Chyba zapomniała o bożym świecie. Mel stał z boku opuszczony, trochę bezradny, trochę posmutniały jakby, w końcu przytulił je obie. I tak trwali w milczeniu.
Dopiero po dłuższej chwili zaczęły się okrzyki i normalny powitalny harmider i Mel mógł ją wziąć na ręce.
A teraz Zozo w Polsce u babci, cioci, kuzynek. Dobrze jej tam będzie.
Strasznie nie lubię jak tam jeździ, bo tęsknię bardziej niż wtedy gdy mam ją tuż-tuż i wiem, że mogę zobaczyć w każdej chwili. Ale tamta rodzina jest duża i nie wolno nam jej tego pozbawiać, niech ma i to. Bo ludzi kochających jest nigdy za dużo. No i polski jej się jak zawsze rozwinie.
…i chyba przestało padać.


90. Trochę zdjęć

Zakochałam się w malwach na nowo.
Boziu jakie one są piękne.
Innygłosie: patrzaj i podziwiaj.
Zdjęcie słabe, jakoś nie mogłam uchwycić tej orgii barw, ale na tle szarej ściany były przepiękne.

A tu Tosia w rumiankach , albo w czymś do nich podobnym.
Warmiński fruwaczek pt Kraśnik sześcioplamek. Ładny i łatwy do fotografowania. Nie ruszyła go nawet Tosia przygniatająca badylek ogonem.
Czy ja to pokazywałam? Źle wychowany bocian, co nie chciał Tosi nawet cześć powiedzieć.

89.

Litwini ścięli starą jabłoń. Dobrze zrobili, bo pusta była w środku i trzymała się właściwie na korze. Owoców na niej nie było.
To skoro tak leżała to zerwałam liści na herbatkę wg takiego przepisu
http://magdabebenek.pl/herbata-fermentowana-pachnaca-lasem/

Przepuściłam przez maszynkę, bo za dużo i za gorąco by liście międlić w dłoniach. Nim przygotowałam słoiczek do tzw oksydacji herbatka zbrązowiała i zaczęła pachnieć zielonym i jabłkiem.
Hm…
W domu mam 28stopni. W tej chwili czyli o 20:33. Myślicie, że mam tę herbatkę wstawiać do piecyka na całą noc, czy wystarczy zostawić w kuchni na blacie?

88.Mamusia

eM wczoraj wieczorem poprosił mnie o omeprazol. Taki lek na zgagę, co to ja go biorę codziennie, a on od czasu do czasu.
I przypomniało mi się…
Pakował swoje ostatnie rzeczy. Jakieś kosmetyki, szczoteczkę do zębów…No wiecie, to, co zawsze pakuje się w ostatniej chwili bo używa się tego cały czas.
Na koniec leki przeciwbólowe: silniejszy paracetamol, kupowany na receptę, bo każdy inny drażni jego układ pokarmowy, a eM ma chorobę Chrohna i już mu usunęli jelito grube.
– A daj mi tego trochę, zostaw mi to – zażądała teściowa. (Nie, to nie była prośba, to było żądanie). Zbystrzałam. Zaczęłam się przyglądać uważniej.
eM odsypał garść tabletek z fiolki. W tej samej chwili łapa teściowej zamknęła się na innej buteleczce.
– A to też mi zostaw, to mi dobrze robi na żołądek – mignęły mi pomarańczowe napisy Omeprazol. Drogi w Szwecji jak cholera.
– A to w Polsce nie można tego kupić? – zainteresowałam się. Odpowiedziało mi milczenie.
W samochodzie eM powiedział:
– Zostawiłem mamie swój ręcznik. Wiesz, ten czerwony. Tak się jej podobał. I mówiła, że taki miękki.
– Miękki bo sprany – powiedziałam nieuważnie, bo wpatrywałam się w wiszące na balkonie u teściowej pranie, a właściwie w intensywnie niebieską, pasiastą koszulkę, którą mój mąż w zeszłe lato nosił z upodobaniem, a która potem jakoś mi znikła z oczu. Właśnie się znalazła.
Pewnie też była miękka. Albo wygodna. Albo konieczna i niezbędna do życia. Choć eM pewnie wtedy też zabrał matkę na zakupy do centrum handlowego. Tak jak w tym roku i w każdym innym.
Przyjeżdża na urlop, na 10 do 14 dni. Wypożycza wózek, wozi ją do strusiolandii i innych takich durnych miejsc, gdzie są „zwierzątka”. Do centrum handlowego, na dializy i czort wie, gdzie jeszcze czyli wszędzie gdzie ona sobie zażyczy. Przez te dni gotuje jej obiady, utrzymuje ją kupując nawet papierosy. Przed wyjazdem zbiera dla niej różne różne rzeczy. Np. puder pomocny przy odklejaniu różnej maści plastrów. Bo on ma „za darmo” w ramach materiałów stomijnych.
A ona mu choćby ostatnią tabletkę zabierze, bo jej się przyda, koszulkę ulubioną z grzbietu prawie ściągnie, ręcznik zabierze – nie myśląc nawet o tym, że w dwudziestogodzinnej podróży ten ręcznik i ta ostatnia tabletka mogą mu być zwyczajnie potrzebne.
Nie. Tylko ona jest chora. Ona jedyna na świecie ma dializy, nie może chodzić i ma tysiące chorób.
Było nie pić całe życie, nie jarać, nie obżerać się cukierkami.
eM miał 14 lat jak poszedł do pracy, bo chciał sobie coś kupić. Coś kupił, ale wiele z tego ona mu prostu zabrała. Miał 17 lat gdy posyłała go na melinę po wódkę a potem tę wódkę piła razem z nim.
Nie pracowała, nie interesowała się ani nim ani jego siostrą. eM podstawówkę skończył jako osoba pełnoletnia. Piła. Bo było jej smutno po śmierci męża. eM miał 12 lat jak ojciec się zabił na komarku.
Moją ulubioną anegdotą z dzieciństwa eM jest jak miał może z 5-7 lat. Ojciec mu obiecał wspólny wyjazd na ryby. I mały eM na to czekał. Tak bardzo czekał. To były inne czasy, ojcowie nie spędzali czasu z dziećmi.
Potem ojciec z matką o coś się pokłócili. I matka przyszła do swojego ukochanego synka i powiedziała coś w stylu:
– Powiedz tacie, że nie pojedziesz z nim na ryby, póki mamusi nie przeprosi.
Rozumiecie to? Nie ważne jak to się skończyło, pewnie bez ingerencji eMa ale…
Uch…Nie cierpię tej baby. Bardziej niż jej, nie znoszę tylko jej córki. „Polepszonej” kopii mamusi.
– Pewnie teraz płacze – dodał eM wyjeżdżając z parkingu.- I nawet na balkon nie wyjdzie.
No, ja też bym płakała jakby mój niewolnik mnie porzucał. Och biedna taka, przecież ona go tak kocha. Ale nie na tyle by np. iść palić na balkonie w czasie jego pobytu, by powstrzymać się przed włączaniem telewizora o szóstej rano, bo on śpi w tym samym pokoju. Po co? Cały rok tak wcześnie wstaje to pewnie jest przyzwyczajony, cały rok pracuje w oparach spawanego metalu, to co mu tam ten jeden papieros. Czy dwa. Czy pół paczki.
Mamusia…

87. Koniec wakacji

Potem zrobiło się normalnie.
Nie wiem czy gospodarz postanowił powściągnąć uczucia dla dobra relacji z klientem, czy rzeczywiście przeszedł nad podłogą do porządku dziennego gdy minęła mu pierwsza histeria.
A ja, z niejakimi oporami, ale postanowiłam nie zatruwać sobie tych ostatnich chwil.
Tak do końca się nie udało. Żal mi było posmutniałej Tosi, której obiecywałam wolność od smyczy, a w efekcie była jeszcze bardziej zniewolona niż w mieście.
Niemniej relacje z gospodarzem wróciły na normalne tory i, muszę oddać sprawiedliwość, to głównie zasługa tego chłopaka. Starał się przełamać lody – robiąc mi na śniadanie naleśniki, mówiąc do mnie a wreszcie i nieco życzliwszym spojrzeniem na psa…
W niedzielny wieczór pomogła nam w tym taka jedna Zielarka, która wypiwszy nieco ponad normę miejscowego cydru, wprawiła nas … w stan wręcz frywolny. Zielarka mogłaby być ciekawym elementem mego pobytu. I to nie tylko ze względu na znajomość ziół i tarota, ale głównie za sprawą całkowicie innego charakteru. No, ale minęłyśmy się. Czas widać nie ten.
…a chciała mi tarota postawić, ale stchórzyłam…
Przy ognisku, które paliliśmy czekając na mruczącą w oddali burzę Gospodarz obserwując poczynania Zielarki mruknął nieco, ale tylko nieco, żartobliwie, że może by mu się Tosia przydała w charakterze obronnym. Rozwiałam jego złudzenia: Tosia po pierwsze bez mnie nigdzie nie pójdzie, po drugie bronić nikogo poza mną nie będzie.
To było chwilę po tym jak Zielarka przytuliła się do mnie a wtedy Tosia spokojnie wstała, podeszła do nas i wcisnęła nos pomiędzy mnie a Zielarkę. Chwilę potem Zielarka została delikatnie acz stanowczo odepchnięta. Obojgu opadły szczęki.
A burza nadciągała tak:

A potem przyszedł poniedziałek, eM zajechał na podwórze, spakowaliśmy rzeczy i pojechali. Z tamtym dwojgiem pożegnałam się serdecznie.

I niech mi na plus będzie policzone w niebie: odwiedziłam Teściową. Nie całkiem dobrowolnie, ale uznałam, że będzie grzecznie wejść i się przywitać zamiast demonstracyjnie tkwić przed blokiem. Nawet rozmawiałam do niej ludzkim głosem, pokazałam zdjęcia ZoZo co niech mi będzie policzone za plus dodatni. Mogłam nie, prawda?
Co te urlopy robią ludziom, no naprawdę.
Cała reszta szła jak po maśle. Droga do promu znaczy. Tylko w Gdańsku przegapiliśmy jeden Auchan (tak się to pisze?) za sprawą gigantycznego korka i wtedy nam się nieco spiętrzyło, bo eM zaplanował ostatnie zakupy spożywczo- alkoholowe. I trzeba było szukać innej alternatywy. Przy okazji: nie polecam sklepu Piotr i Paweł w CH Matarnia. Wypasione centrum a sklep spożywczy jak sklepik osiedlowy w dodatku z niedoborem obsługi.
I jeszcze taka myśl mnie dręczy: obwodnica Trójmiasta korkuje się niemal od zawsze. Ten, co planując jej przebudowę, zdecydował o tym by były tam zaledwie dwa pasy w jedną stronę, powinien być skazany by do końca życia, tą drogą jeździć do i z pracy. Dwa pasy! Ponieważ do drogi dołączają co chwilę inne drogi, to pas prawy jest pasem de facto dojazdowym a wyłącznie lewy służy do jazdy.
I jeszcze ciekawostka na temat psa.
Na wsi Tola była dość smutnym, lekko oszołomionym i niepewnym siebie psem. Nawet jak szła bez smyczy nie było w niej tej werwy, tej radości jaką znam z naszych spacerów. Myślę, że to za sprawą różnej maści owadów, które się tam kłębiły. Tosia właśnie pozbyła się podszerstka, wygląda jakby jej było o połowę mniej. Na brzuszku ma kilka czerwonych plam, a sama zauważyłam jak użądliła ją (chyba) czarna pszczoła i…natychmiast padła. Tosia zaskamlała. A pszczoła czy co to tam było zaplątała się kudły i umarła. Tosia wszak ma truciznę w skórze.
W mieście, na chodniku gdy poszliśmy po pomidory pies naraz nabrał werwy, wyprężył się i wyraźnie rozluźnił. Tak: mój pies jest mieszczuchem jak ja.
Na promie była spokojna, ułożyła się na moim łóżku spała twardo całą noc. Ja też.
A potem przyjechaliśmy do domu.
Już w Karlskronie poczułam ulgę. A domu, w domu jest po prostu…w domu.
I czego ja szukałam na tej wsi? Po co?
Jest ciepło, choć mgliście. Zaraz idziemy na spacerek. A potem do pracy.