86. idzie Grześ przez wieś

Umówiłam się z koleżanką na pogaduchy. Spotkanie ustaliłam we wsi, nie wiem dlaczego.
Zadzwoniła, że jedzie. Zebrałam manatki: aparat, wodę, portfel, kapelusz, telefon. W ostatniej chwili dorzuciłam psią miskę. Trampki na nogi, smycz w łapę, pies do smyczy przypięty – idziemy.
Podwórze, kur jeszcze nie ma, koty się pochowały, ciągnę Tośkę nie dając chwili do namysłu bo jak ją znam, uwali się w trawie i będę ją namawiać do usr…do śmierci.
Za chaszczami zastępującymi bramę spada na nas żar. Nie ma jeszcze jedenastej, z nieba na głowę spada piekło w czystek postaci. Ani podmuchu wiatru tylko biała droga wśród pół. Na łące spaceruje bocian, ale ogłupiałe od nagłego gorąca nie jesteśmy w stanie skupić na nim uwagi. Tośka dyszy jak miech, jęzor sobie prawie przydeptuje.
Idziemy. Wypatruję cienia i tam daję i jej i sobie chwilę wytchnienia. A potem ruszam dalej. Pies dogania mnie dopiero po chwili, jakby do końca miała nadzieje, że tym razem to dalej jej nie pogonię. Gonię jednak. Solidarnie z psem – nie piję ani kropli z butelki. Byle szybciej do wsi – tam ignorując opory przez komunikowaniem się z obcymi poproszę o miskę wody dla psa.
Przy pierwszym domu zakładam jej smycz. Po ulicy jeżdżą auta w te i we wte, wypasione limuzyny każde na warszawskich blachach. Sąsiednia agroturystyka ma w soboty dzień otwarty.
Tośka uwala się pod płotem. To znaczy najpierw usiłuje wtargnąć na cudze podwórze, ale ją powstrzymuję. W zamian za to uwala się na trawie z miną: nie wstanę, tak będę leżał.
Namawiam, tłumaczę, zmuszam. Mogę se…
Po dziesięciu minutach pies wstaje, gotów do drogi. I nieruchomieje. CZŁOWIEK!
Człowiek woła:
– O, narzeczona! Cześć!
Do mnie? Podchodzi kilka kroków
– Aneta?
– Nie – odpowiadam.
– Ojej, przepraszam, myślałem, że to znajoma, przepraszam…
– Nie szkodzi – mówię i idę. Tośka na szczęście też. Koleżanka zadzwoniła, że już jest we wsi, stoi pod sklepem. Zaraz będę – odpowiadam.
Mijam dom z wysoką rampą, wygląda jak stary sklep, z klubokawiarnią. Ilekroć tamtędy przejeżdżam, na schodach wylegują się psy. Teraz ich nie ma, ale zapach ściąga Tośkę. Węszy, ciągnie po schodach, zza otwartych drzwi szczeka pies. Ciągnę bydlaka siłą, na szczęście idzie, dyszy jak miech kowalski. Aśkę dostrzegam na ławce, nim zdążę zrobić gest podnosi się i idzie do mnie. Tośka się cieszy, ślini Aśce spodnie, Aśka mówi
-No kurde – i strzepuje portki, ja przepraszam
– Zapomniałam ci powiedzieć, że masz nie ubierać elegancko
Ona macha ręką, śmieje się i pyta czy kiedykolwiek widziałam ją ubraną elegancko.
Uściski. Ustalanie, że samochód to trzeba w cień, a psu wody. Mija nas kolejny człowiek.
-Proszę pana a gdzie tu można dostać miskę wody dla psa? – pytam.
-Co?
– Gdzie dostanę wodę dla psa? Miskę mam…
– A tam – macha ręką w nieokreślonym kierunku – pani tam podejdzie, taki w żółtej koszulce to właściciel, pani mu powie to on da.
Podchodzę. Siedzi ich kilku, wokół nich butelki po piwie. Milkną gdy podchodzę. Grzecznie się witam.
– Przepraszam, a gdzie możemy postawić auto, żeby było w cieniu?
Podchodzą wszyscy, chcą być pomocni, machają rękami mówią, że tu, tu będzie dobrze, tu jest w porządku, i tam, tam też można. Jeden w pomarańczowej koszulce wysuwa się naprzód.
– A ten pies to gryzie…- bardziej stwierdza niż pyta.
Zapewniam, że nie, wcale, łagodny, ale Tosia przykleja mi się do nogi, stoi na ukos, odgradza mnie od obcych. Kurde…Wionie alkoholem, nie wiem co mój pies na to. Wcale się do panów nie wdzięczy.
Proszę o wodę, podaję miskę. Pomarańczowy oddala się w stronę domu.
– A ten pies to jakiś rasowy, nie? – odzywa się Szczerbaty. I tak ma więcej zębów niż jego koledzy.
– Tak, rasowy – przytakuję. Kątem oka patrzę jak Aśka przestawia samochód.
– A my tu mamy dużo psów- ciągnie Szczerbaty.- Mogą ją zgwałcić. To suka, nie?
– Suka.
– I co będzie?
– A co ma być?
– No jak ją zgwałci jakiś nasz pies?
– Szczeniaki będą. Może nawet całkiem ładne – mówię spokojnie, bo Tośka aktualnie woli bożej nie czuje.
Pomarańczowy wraca z miską pełną zimnej wody. Tośka grzecznie chłepcze, ale nie tak jak sądziłam, że będzie. Chyba odpoczęła. Idziemy dalej. Wreszcie stwierdzamy, że nie mamy siły szukać miejsca na kawę, siadamy po prostu pod jakąś lipą, na wystrzyżonym skwerku, z dala od domów. Mijają nas różne auta – tu w okolicy pełno jest jakichś agroturystyk, pensjonatów, ludzie wożą się starymi drogami, pełnymi kocich łbów. Jakaś kobiete chyba kończy sprzątanie, wylewa wodę w wiadra wprost na trawnik spogląda na nas. Chwilę potem wyjeżdża złotym matizem. Kłania mi się, ja jej odpowiadam, a ona nieruchomieje – raportuje mi Aśka. Chyba znowu mnie z kimś pomylono.
Gadamy, gadamy. Lipka daje cień, stoi na wzniesieniu czasem zawiewa leciuteńki wiaterek. Ale gdy słońce się lekko przesuwa znowu czuć żar.
Aśka stwierdza, że musi wracać. My też.
Myśl o drodze mnie przeraża. Ale co mam robić? Idziemy.
Skądś dudni – na ogrodzonej działce staw, dymi grill, z samochodu dudni muzyka, jakieś dzieci biegają. Pytam młodego, do połowy rozebranego mężczyznę, czy mogę wejść na jego teren, żeby dać psu wejść do wody.
Pozwala, ale mówi, że z zejściem słabo bo od razu głęboko, i nie wie…
Proszę więc o tylko wodę. Przechodzi na drugą stronę ulicy, odkręca kran na budynku. Psy za płotem zaczynają ujadać, Tosia kręci się w kółko. Aśka bierze miskę, ja psa i odchodzimy, żeby psy się uciszyły.
Dajemy psu wodę, która jej wcale nie interesuje, żegnamy się. Do za rok.
Aśka odjeżdża, a my ruszamy. Idę trzymając smycz w jednej, a miskę z wodą w drugiej ręce. Zero cienia, biała droga i kłęby kurzu od kolejnych aut.
Mijamy dom z rampą. Psy wybiegają, poszczekują, lgną do Tośki a ona wcale nie jest im niechętna. Z domu wychodzi mężczyzna. Obwisły dres, rozciągnięty, sprany t-shirt. Uśmiecha się szeroko, woła psy
– Przepraszam panią, bardzo przepraszam za psy
Ja się uśmiecham bo mam w sobie przyjaźń do świata, psy są zadbane – puchate, nie wychudzone i wcale nie agresywne. Obwąchują się z Tośką. Niechby sobie razem i pobaraszkowały, ale ukrop z nieba a my w pełnym słońcu. Dodatkowo obok droga i te auta. Cieszę się w duchu widzą jak w ślimaczym tempie suną po kocich łbach kolebiąc się na dziurach. Może i dobrze, że w środku wsi nie ma lepszej drogi. Tak „warszawka” musi zwolnić.
Słońce się przesunęło, teraz świeci wzdłuż drogi, cienia na niej coraz mniej, ale wreszcie gdzieś na skraju wsi, pod płotem wilgoć trawy i cień. Siadamy obie. Tosia wypija resztkę wody. Nie poganiam jej. Niech leży. Przed nami 20 minut drogi niemal w pełnym słońcu.
Sama nie mam chęci iść. Mogę tu siedzieć.
Chłopiec za płotem odgania Tosiowych wielbicieli, którzy dotąd szli za nami. Chwilę potem słyszę głos:
– Czy ja dobrze widzę? To berneńczyk pod moim płotem? Boże jaki piękny!
Młoda kobieta stoi w bramce. Podnoszę się.
– Mogę się przywitać? – pyta kobieta. Zapraszam. Ale dostrzegam w jej dłoniach kanapki więc mówię, żeby je lepiej odłożyła. Kobieta cofa się, wraca woła:
– A może pani tu wejść? Ja tylko te kanapki odłożę.
Idę, kobieta stoi w bramce, woła Tośkę zachwyconym głosem. Puszczam smycz. Pies jak petarda wpada w ramiona nieznanej kobiety. Potem ją mija, wpada do ogrodu, obskakuje radośnie chłopca, chłopiec kładzie się na trawie i pozwala lizać.
Dostajemy obie wodę – ja dodatkowo z cytryną i miętą. Tosia, już bez smyczy kręci się jak fryga, węszy, szuka, biega za chłopcem. Kobieta się przedstawia – Agnieszka Jakaśtam- stoimy, gadamy. O psach, berneńczykach, bo ona miała, ale zachorował na raka…Ale kupi następnego, bo to rasa jedyna na świecie taka cudowna: mądra i przytulna.
Dom jest przepiękny: murowany, z czerwonej cegły, z dobudowanym tarasem z ciemnego drewna. Na podwórzu rabaty z cieniolubnymi kwiatami i wysokie drzewa. Domek na jednym z nich. Chłopiec, Franek buszuje z Tosią. Tosia cała szczęśliwa.
A ja nabieram powietrza w płuca. Tak. Tak powinien być mój pies witany. Tak traktowany. A nie – ledwie tolerowany.
Wreszcie – trzeba się pożegnać. Idziemy. Za krzyżem odpinam smycz znowu. Tu już mało kto jeździ. Idziemy od plamy cienia do plamy cienia. Coraz bardziej niechętnie im bliżej naszej siedziby.
Wpadamy do pokoju, Tośka rzuca się na michę z karmą. Ja do prysznica, ale najpierw nalewam zimnej, pachnącej bagnem wody po brzegi.
A potem trochę drzemiemy przytulone na łóżku.
I tak nam moja dzień przedostatni pobytu tutaj.
Jeszcze tylko dwie noce i jeden, jutrzjszy dzień.
eM dostał instrukcję, że w poniedziałek ma być wcześnie rano, jak najwcześniej. Nie chcę tu być ani minuty dłużej niż muszę. Już tu nie wrócę. I do tej wsi pewnie nie wrócę, chyba, że przejazdem, choć ludzie wydają się tu nie być źli.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s