List z przeszłości przyszedł do mnie wczoraj.
Ktoś, z kim dawno temu spędzałam dużo czasu, napisał w nim, że było to ważne i przeprasza mnie.
To dziwne… Zrobiło mi się miło, ale nie odczułam żadnych głębszych emocji. Może jeszcze odrobinę ciekawości „co z niej wyrosło”.
To dziwne… trochę jak z książką czytaną dla zabicia nudy na wakacjach. Wakacje się skończyły, trzeba było wracać do domu, książka została. Nie pamięta się ani tytułu ani autora bo nie była to jakaś szczególnie zajmująca lektura, ale człowiek by chciał wiedzieć jak się to skończyło.
To dziwne… dowiedzieć się, że się było kimś ważnym dla kogoś.
To dziwne… że ja mogłam dla kogoś być na tyle ważna, że po wielu latach wychodzi ze swej strefy komfortu by mnie za coś przeprosić.
To dziwne… pamiętam detale tego co nas poróżniło, ale dziś wzruszam tylko ramionami, że to głupota kłócić się o takie pierdoły.
To dziwne…bo mam ochotę otworzyć szeroko drzwi, ale całą sobą zasłonić wejście.
Wszystkie ognie wypalają się z wolna – taki cytat mam w głowie.
W obliczu koszmarnego weekendu (migrena, koszmarny ból pleców, dół jak do antypodów i dojmujące poczucie samotności) ten list zza światów był jak koło ratunkowe.
Taki kawałek złotej nitki…
113. W snach
Nie wiem dlaczego przychodzi. Ale przychodzi dość często. Zwykle jest tylko fantomem, czymś o czym wiem, że istnieje ale nie mogę go spotkać. Męczę się wtedy i szukam, uporczywie i bez skutku.
Budzę się poirytowana i zżymam się na własny mózg, że mi takie jazdy funduje.
Czasem jest bardziej namacalny. Jest, ale odwraca ode mnie twarz, chowa oczy, wytropiony – zamyka się przede mną, odgradza innymi ludźmi i zdarzeniami.
Budzę się wtedy z przeraźliwym smutkiem, ogromnym rozczarowaniem i szarpiącą tęsknotą.
A czasem…bardzo rzadko. Jest tak jak dzisiaj. Obejmuje mnie wzrokiem, a w spojrzeniu ma uśmiech i ciepło. Dotyka mojej dłoni, jak zawsze, takim lekkim jak dotyk motyla gestem. I czuję jak coś się we mnie rozlewa i koi, jakby mi ktoś położył ciepłą dłoń wprost na sercu.
Budzę się i coś w duszy mi mówi „wszystko będzie dobrze”. Ale oczy mi wilgotnieją.
Zdarzyło się nie pierwszy raz,
Że wrócił gdzieś o wschodzie
Jak z morskiej piany biały ptak
Mój Anioł Stróż, dobrodziej…
112
Są takie dni w tygodniu,
gdy nic mi się nie układa
i jak na złość wypada wszystko z rąk.
Zasłaniam wtedy okna,
w najdalszym kącie siadam
i sama z sobą chcę do ładu dojść…
Zapowiadało się dobrze.
Wstałam jak trzeba, choć spało mi się kiepsko i wciąż coś się dziwnego śniło. No ale wstałam, porobiłam to, co zawsze rankiem czyli kawa, blogi, ablucje, pies. Potem zasiadłam do pracy i szło mi tak dobrze…tak dobrze. Aż o 10:30 zadzwonił telefon. Najstarsza moja klientka miała problem. I czy ja bym mogła zadzwonić, bo ona nie rozumie, bo ktoś mówi tak dziwnie, że nie łapie ani słowa…
Strasznie nie lubię takich spraw. Nie jestem dobra sytuacjach konfliktowych jako rozjemca. Tracę cierpliwość, zaczynam mówić podniesionym głosem, bardzo nieprzyjemnym tonem, nie daję rozmówcy dojść do słowa, zakrzykuję go. A potem mam kaca bo wiem, że zamiast załagodzić zaostrzyłam sytuacje. Pół biedy jesli to moja prywatna sprawa, gorzej jak klienta.
Ale NajstarszaKlientka była zdenerwowana i rozdygotana…To tak naprawdę młoda dziewczyna, ale jest ze mną od niemal samego początku. Ostatnio miała kilka nieprzyjemnych spraw: pracownica, której się kończyła umowa, ostatniego dnia powiedziała, że ona od jutra nie przychodzi. Rzecz w tym, że wiedziała, że NK chce jej tę umowę przedłużyć, ale się do ostatniego dnia nie zająknęła o tym, że odchodzi. Zemściła się…za co? Czort wie. NK twierdzi, że pracownica ciągle miała coś, ciągle jej się coś nie podobało, ale gdy klient się poskarżył na źle wykonaną przez nią usługę to się oburzyła.
Nie byłam tam, nie znam żadnej tak naprawdę, z NK pracuję od kilku lat, wiem, że jest pracowita, skrupulatna i nie dąży do konfliktu. Pracownicy nie znam.
Tymczasem dziś NK odebrała wyżej omawiany telefon. Zadzwonił jakiś mężczyzna, nie przedstawił się, nie podał skąd dzwoni za to zaczął coś mówić o prawach pracownika, o adwokacie , padło nazwisko męża pracownicy…No i czy ja bym mogła zadzwonić i dopytać.
Myślałam, że to jakiś …nie wiem…coach z biura pracy albo ktoś taki, bo NK odmówiła byłej pracownicy referencji. A tu się okazało, że to jakiś anonimowy pan nasłany przez męża byłej pracownicy postanowił NK złajać za atmosferę w pracy.
No i poszło jak poszło. On swoje -ja swoje. Trzasnął wreszcie słuchawką.
Oddzwoniłam do NK. Powiedziałam o przebiegu rozmowy, powiedziałam, żeby się nie przejmowała i żeby zgłosiła na policję nękanie. NK się ogarnęła, chwilę potem zadzwoniła raz jeszcze, już normalnym głosem, że facet jej teraz smsy śle. Powiedziałam, żeby zablokowała, a jak będą ją nękać niech idzie na policję.
Ale zdenerwowałam się i już.
Zdenerwowałam jakby dwutorowo. Raz, że zamiast załagodzić – chyba zaogniłam czyli NAWALIŁAM. Dwa, że prawdą okazuje się twierdzenie, że człowiek może wyjechać z Polski ale Polska z człowieka nie wyjedzie, bo to jest taki typowo polonijny klimat. To jest po prostu…Dzieci w piaskownicy. Najpierw pani się obrazi, że klient śmiał się poskarżyć a szefowa zwróciła uwagę. Potem pani poskarży się mężowi. Potem mąż się postanawia odegrać w tym celu prosząc swego znajomego by napsuł krwi byłej szefowej jego żony.
Kilkanaście kilometrów od mojego miasta jest fabryka mrożonek gdzie tylko właściciel jest szwedzki. Cała reszta to Polacy. Cuda się tam podobno dzieją, bo dodatkowo wszyscy ci ludzie mieszkają w jednej miejscowości lub w sąsiednich wioskach. Podobno bywa, że połowa ludzi nie gada z drugą połową bo biorą stronę w konflikcie miedzy byłymi przyjaciółkami które sobie poodbijały mężów.
Dobrą pracę dziabli wzięli, wbijałam każdy dokument po kilka razy, cofałam się, sprawdzałam, myliłam…
Dodatkowo od kilku dni dobijam się do różnych biur rachunkowych by znaleźć dla klientki biegłego i nikt mi na maila nie odpisuje.
A potem jeszcze przyszło pismo od ubezpieczyciela, że ponieważ nie zgłosiłam szkody to grożą mi takie i siakie konsekwencje….
Jak nie zgłosiłam, jak zgłosiłam? Napisałam maila z pytaniem o co chodzi, ale znowu wysadza mnie w powietrze.
Głowa boli mimo dwóch dużych paracetamoli.
Nalałam sobie brandy z colą i lodem. Z jakiegoś powodu ci Amerykanie są zawsze tacy „keep smiling” i wyluzowani. Może jak ja bym chodziła ciągle lekko nawalona to też bym się nie stresowała życiem.
Idę po dolewkę.
Zresztą…pogoda taka, że nic tylko się upić. Jesień i to na z gatunku parszywych: zimno i wieje. Żeby choć spokojny deszcz padał, to nie.
111. Zaspałam
Spałam do ósmej! Do ósmej! O tej porze to ja powinnam już być na spacerze z Tosią, po wypitej kawie, po obleceniu blogów i fejsa…
No ale zaspałam. Przez Tośkę.
Bo ona też zaspała. Normalnie jak o siódmej rano nie podnoszę głowy to pies przychodzi i pufa mi w nos. No, ale tym razem nie przyszła. Też spała jak zabita i jak wyszłam z łazienki to miała strasznie głupią minę, bo nie zauważyła, kiedy ja do tej łazienki poszłam.
No ale jak nie zaspać?
Przyszedł do nas Dorian. Albo jakiś inny. Wiało i lało.
Czytałam sobie spokojnie w łóżku, światło zapalone, godzina 22. Kilkanaście minut później skończyłam książkę (Moja ostatnia księżna – nie polecam, ale dokończyłam, bo obiecywali jakąś niespodziankę na koniec, niespodzianki nie było, a naprawdę miałam nadzieję, że ten książę zleci w końcu ze skały czy cóś). Zgasiłam światło ułożyłam się wygodnie, starając się myśleć o czymś innym niż o tym o czym myślę.
Sapanie.
Jak tu ciemno!
Jak tu ciemno!
Mama, mama
Posiedź ze mną!
Tam za oknem wiatr się gniewa,
krzyczy, gwiżdże, szarpie drzewa.
A jak ścicha, zaraz słychać,
jak coś w rurze głośno wzdycha.
Czy to coś, co mieszka w rurze,
to jest małe? Albo duże?
Mama może to jest mysz?
Mama, śpisz?
Otwieram oczy: pies stoi przy łóżku. Podsunęłam nogi, kołdrę, poklepałam zachęcająco. Wlazła. Usiadła, dyszy. Pogłaskałam. Poczochrałam za uchem i za drugim.
Dyszy. Usiadłam, głaszczę, przytulam. Kładę się. Podpełza do mnie, łbem podrzuca mi rękę „głaskaj”. Głaszczę, ale ile można. Trzymam za łapę, zamykam oczy.
Dyszy. Otwieram oczy. Siedzi nade mną, dyszy, wzrok wbity w przestrzeń. Słyszę jak wiatr huczy. Acha…boi się wiatru, pewnie gdzieś świszcze, ja nie słyszę, ale to nic nie znaczy. Wstaję, idę kuchni, zamykam uchylone okno. Wracam do łóżka. Pies oczywiście cały czas za mną. Zamykam oczy, przysypiam…
Drrep, drep, drep…Idzie. Wstaję, sprawdzam, gdzie poszła. Znajduję ją pod biurkiem. Dyszy i wbija wzrok w przestrzeń. Głaszczę, wołam ze sobą na łóżko. Układa się, ja też. Przysypiam.
Dyszy, zeskakuje z łóżka stoi w progu i dyszy.
– Co jest- pytam – Czego się boisz? Wiatru? Pokaż mi gdzie te potwory?
Ruszam, pies koło mnie, niespokojny, ogląda się na mnie czy na pewno idę. Prowadzi mnie do kuchni.
Ki czort? Okno przecież zamykałam..? Ale jest zimno…Balkon otwarty?
Zamykam balkon, wracam do łóżka, pies ze mną. Patrzę na zegar: 00:30.
No pięknie. Pies leży w rogu łóżka, pozamykane okna sprawiają, że robi mi się duszno i gorąco, z powodu psa nie mogę się ułożyć tak, jak lubię, ale przecież nie zgonię. Myśli wirują, serce trzepocze…No to po spaniu.
Zapalam lampkę, łykam dwie ostatnie tabletki waleriany (KUPIĆ!!), biorę kindla. Kilkanaście minut później nie rozumiem co czytam, odkładam książkę, gaszę światło, odrzucam kołdrę…zasypiam.
A teraz mamy wczesne przedpołudnie, za oknem słońce, niebo jednolicie niebieskie, świat jak świeżo wypolerowany kryształ. Tosia śpi pod biurkiem.

Cugowski śpiewa „późno, późno, późno…”
Dzień dobry.
A co u was?
110.
Wieczór i ranek upłynął nam (Zozo i mnie) fotograficznie. I nie przestraszył nas ani niezwykły jak na tę porę dnia i roku upał który panował w sobotę o zmierzchu, ani deszcz który lał dziś od rana z małą przerwą, którą właśnie wykorzystałyśmy.
Zdjęć, z dwóch godzin w sumie, mamy ze 300. Tak mało bo mam za małą kartę pamięci.
A tu kilka z tych najbardziej nam się podobających.
Wybrałam tylko takie, które nie pokazują za bardzo buzi Zozo.
Na zdjęciach z białą spódnicą (w tej roli debiutuje tiulowa firanka pochodząca z Ikea) Zozo ma na sobie strój sportowy/strój kapięlowy. Żeby nie było, że jest goła 😀
Zdjęcia robione przy opuszczonej fabryce porcelany, zdobnej w samowolne graffiti lub zamówione przez miasto murale, oszpecone przez chuliganów.
Patrzajcie i podziwiajcie – oczywiście KLIKAMY w zdjęcia, wtedy zdjęcie pokaże się całe.
Sobota:
Niedziela
109.
Wczoraj był pierwszy powakacyjny fotoklub. Mało ludzi, co ja akurat lubię. Tuż za drzwiami zaczepiła mnie Maria, że jej syn był na polskim weselu, że przywiózł jej polską szynkę i że myślała o mnie jedząc tę szynkę.
Syn jak się okazało był na weselu gdzieś okolicy Tychów (czy Tych?!).
Maria nawet widząc nazwę nie dała rady jej wymówić.
– I jak mu się podobało?
– Dużo alkoholu. I jedzenia. – czyli standard.
– No tak, ale wesele trwa całe popołudnie, całą noc i następny dzień – wyjaśniłam.
Potem jeszcze dopytałam jakie związek ma jej syn z Polską. A żaden. Po prostu – chciał się nauczyć polskiego języka. Znalazł w internecie Polaka, który chciał się nauczyć szwedzkiego. I się zakumplowali.
Potem przysiadła się do nas inna kobieta – nie pamiętam jak ona się nazywa, ma fińskie imię…
A potem swoje zdjęcia pokazywała Ida Eriksson, tu jej strona https://www.idaeriksson.com/
Pierwsza kobieta, która w tym klubie prezentuje swoje prace. Dotąd rządził męski beton o średniej wieku 65lat. To rzutowało i na oceny zdjęć i na to jakich gości zapraszamy i chyba na ogólną działalność klubu. Od ubiegłego roku pałeczkę prezesa klubu przejął Peter Młodszy (poprzedni też był Peter) i widać powoli jak puszczają lody. Jest więcej wspólnych zajęć, jakichś takich ciągot w stronę wzajemnej wymiany doświadczeń i umiejętności. W ostatnim czasie doszło też sporo kobiet, bo gdy ja zaczynałam było nas zaledwie kilka.
Tak więc Ida pozywała swoje zdjęcia, opowiadała co ją inspiruje, opowiadała też jak uzyskała niektóre efekty, jak bardzo ingerowała potem w zdjęcie przy pomocy Light Room.
Ujęła mnie…Taka dziewusia, może ze 35lat, spokojna, dosyć ładna i zgrabna, pełna miękkiego wdzięku. Na wstępie powiedziała, że próbuje łapać światło na swoich zdjęciach. I już wiedziałam, że to to. Bo ja też głównie łapię światło. Moje motto to przecież „i jakie sztuki umie robić słońce kiedy się zacznie bawić kolorami” .
Jak pójdziecie do Idy galerii i odszukacie projekt Gatekeepers zwróćcie uwagę na jedno zdjęcie: są na nim otwarte drzwi, za nimi zielonkawa ściana, oraz łuszcząca się farba na ścianach na planie pierwszym oraz wpadająca z niewidocznego okna smuga światła. Szkoda, że samo zdjęcie nie ma osobnego linka.
Na ekranie wygląda to słabiej. W ciemnym pomieszczeniu, na dużym ekranie jest to coś, na co nie mogłam przestać patrzeć. Kwintesencja tego co lubię: światło i struktura koloru w roli głównej.
Naprawdę, nawet jak was nie interesuje fotografia – obejrzyjcie zdjęcia Idy, bo warte, choć nie ma tam takich ładnych widoczków jak u mojej ulubionej fotografki Ewy R.
…………………………………………….. Tu się zatrzymałam na chwilę, żeby znowu popatrzeć na zdjęcia Idy……………………. I znowu stwierdzam, że jednak powinno się oglądać dużym ekranie i ciemności.
Potem Peter Młodszy dziękował artystce za przybycie. Ha! To też było fajne zajwisko, kiedy patrząc na nią prostował się, wypinał klatkę, wciągał brzuch albo wysuwał biodra do przodu. Taniec godowy! Nigdy dotąd nie widziałam czegoś takiego tak wyraźnie. Może dlatego to zauważyłam, że znam Petera kilka lat. Peter Młodszy jest mniej więcej w moim wieku, czyli całkiem młody facet. Jest całkiem przystojny, choć ostatnio przybrał na wadze i zapuścił brodę. Jak dotąd był w klubie jedynym facetem na którego można było patrzeć z pewną przyjemnością estetyczną. (Teraz przybyła mu konkurencja, ale Michael rzadko bywa). No, inna rzecz, że panie w klubie, nawet te nowe, pewnie do grzechu by nie namówiły nawet na bezludnej wyspie, bo jednak dość wiekowe. Ja byłam chyba do niedawna najmłodsza. I najładniejsza…powiem nieskromnie. A co tam…choć raz dane mi było poczuć się „najładniejszą w klasie”.
W każdym razie potem ucięłam sobie pogawędkę z innymi paniami, bo siedząca na przeciwko Kerstin (wymawia się Siaśztin) zapytała czy jestem Polką i że to musi być trudne…
Nie do końca zrozumiałam dlaczego uważa, że to musi być trudne, mówiła dość dużo i robiła pełno dygresji, w dodatku dookoła był gwar, a ona siedziała po drugiej stronie stołu. Wreszcie zagłębiła się w instagrama, z jakiegoś powodu chcąc mi pokazać profil jakiejś kobiety…
Zrobiło się późno i lokal opustoszał.
Wyszłyśmy z Marią. Powiedziałam: jakbyś miała chęć na wspólną fikę, albo na fotospacer, czy foto wyjazd- zadzwoń.
Maria prócz fotografowania – maluje. I strasznie, ale to strasznie chciałaby móc sfotografować baletnice.
A Ida podpowiedziała kilka pytań które warto sobie zadać. Jedno z nich to o jakich fotografiach marzysz.
I przyszła mi do głowy sesja foto na tle starej fabryki porcelany, pod starymi przęsłami – z Zozo w pointach i długiej, lekkiej spódnicy. Mam taki szyfon, starą zasłonę, w kolorze kobaltowym. Kilka warstw…
Czy Zozo by się zgodziła? Hm…
108. SMS do Kasi z K.
Notatka z cyklu „Rękopis znaleziony w kaftanie (bezpieczeństwa): Były moje urodziny. Przyszli goście. Dostałem życzenia, kwiaty, prezenty oraz migreny z chandrą. Rozważam powrót do niebieskich (tabletek)”.
—–
Już tylko dla siebie:
Nowy Kindel fajoski. I współpracuje z Legimi. Nie byłabym sobą jakbym nie znalazła dziury w całym: jest czarny. A mogłam powiedzieć, że chcę biały, prawda?
Kubek-termos marki Stanley też super, ale ten przycisk, żeby się napić
pewnie jest upierdliwy.
—–
I tak ze wszystkim.
107. Pięćdziesiąta piąta
jesień mego życia właśnie wystartowała.
Podsumowanie to „wciąż dokucza trwały zez duszy z ciałem”.
A czego bym sobie życzyła to mówi ta piosenka:
Zabezpieczony: . Pięćdziesiąta piąta
106. Jesienne lato
Babie lato…w całej swej krasie. Jeszcze żółte liście nie lecą, ale już jest ten klimat jesieni: zimne poranki, gorąco w ciąg dnia, niebo puste i ciche bez ptasiej krzątaniny, pola pożółkły a teraz powoli czernieją.
Woda w jeziorze, na płyciznach znowu ciepła, można się kąpać, choć to nie jest podgrzewana zupa co miesiąc temu.
Ludzie znowu wylegli i są wszędzie co nam, jak zwykle nie w smak, bo wtedy jest problem, gdzie zabrać psa, żeby sobie swobodnie pomyszkował.
Wczoraj padło na las wokół Svalnas. Svalnas to taka nasza miejscowa Riviera nad Wener: piaszczysta plaża o długości kilometra czy dwóch. W upalne dni siedzi tam połowa naszej gminy. Druga połowa rozsypuje się w każdym innym miejscu gdzie jest jakie-takie zejście do wody. A że Wener w okolicach miasta ma niemal wszędzie piaszczyste dno i głębokość brodzika to i ludzie są wszędzie. A niby ta Szwecja taka mało zaludniona, mniej niż Polska, a jak przychodzi co do czego to…
Ale jednak jakiś kawałek nie zajęty przez ludzi się znalazł. Tosia zamoczyła łapki, ja też. A potem Tosia utknęła na brzegu jak to Tosia.
Kontemplowała piękno motorowodniactwa













