124

Miała być wycieczka z Adamem i jego dziewczyną, no ale się porobiło u nich i w efekcie pojechaliśmy we dwoje + Tosia.
Trollhättan leży dość blisko nas. Miasto jak miasto …
„co dzień kino, co pół roku cyrk”.
Tuż za Trollhättan, na północy, z Wener wypływa Göta (wymawia się Jeta) – krótka, ale potężna rzeka. Göta ma tylko 93km długości, przepływa przez Trollhättan, Kungälv, Göteborg i wpada do Kattegat.
Jest rzeką wykorzystywaną do żeglugi oraz produkcji energii elektrycznej.
Co ciekawe: Szwedzi mają różne określenia na rzeki.
Jest älv albo flod -wielka rzeka, najczęściej płynąca z gór, wpadająca do morza. Sądzę, że np. Wisła mogłaby być älv.
Jest też å – rzeka mniejsza, spokojniejsza – Łyna na bank by była å.
Ale – może być i tak:
– Ci ludzie w twoim mieście to dziwni są – powiedział Szwed.
– Dlaczego?
– Oni myślą, że wszystko wiedzą lepiej, że są lepsi od reszty.
– … (zachowuję swe opinie o mentalności bonde w moim miasteczku dla siebie)… Taaak?
– Patrz. Lidan jest długi, nie? Płynie przez kilka komun. I wszędzie mówi się, że to jest å. Ale jak wpływa do Mieściny to od razu mówi się, że jest älv! Ale jaka älv?! To normalna å jest! Älv to jest Göta!

No. 11 lat tu mieszkam i nie wiedziałam. Nawiasem mówiąc Lidan jest też długi na 93km.
Ale wracajmy do naszej Goty (już bez szwedzkich znaków, dobrze?).
Jest to potężna rzeka, płynie przez Trollhattan kilkoma ramionami i tam jest jedna z potężniejszych chyba zapór i elektrowni na tej rzece. W każdym razie to ta zapora służy do regulacji poziomu wody i w Wener i w Gotcie. Spektakularne jest codzienne spuszczanie nadmiaru wody, zwłaszcza w sezonie letnim. W ciągu kilkunastu sekund zapora kilkoma kanałami wypuszcza potężne ilości wody do niemal pustego, skalistego koryta wypełniając je w całości. Strona internetowa podaje, że z każdego spustu wypada około 300 tysięcy litrów wody na sekundę. To zjawisko zawsze gromadzi sporą widownię na moście Oskara ponad zaporą. Przyznam, że choć widziałam to wiele razy, zawsze oglądam z zainteresowaniem i pewną dozą lękliwego szacunku dla potęgi natury.
Teraz, jesienią wypuszczanie wody nie odbywa się tak widowisko i nie tak regularnie, zresztą w jednym miejscu widzieliśmy paletę z cementem, drabinki i bramki, więc zapewne trwają prace konserwacyjne.
Powyżej zapór i elektrowni wznosi się góra której krawędzią biegnie ścieżka turystyczna zabezpieczona solidnym płotem. W niektórych miejscach do zbocza przymocowane są metalowe kładki – balkony skąd bez przeszkód można oglądać rzekę, koryto, mury starych i nowych budynków.
My wczoraj poszliśmy dalej niż zwykle – oczywiście zdążyliśmy się pokłócić o kierunek po drodze. W efekcie zrobiliśmy sobie spacerek siedmiokilometrowy. Z czego kilka razy było trzeba zejść w dół lub wejść na górę po schodach na wysokość pięter.
Moje kolana oraz mój krzyż mszczą się dziś na mnie.
Ale jaki tam były widoki..!

No to start
Most nad zaporami. Widzicie Wikinga?
Wiking
Puste koryto a w dali Oskarsbron
Tak wysoko jesteśmy, że owe słupy i wieże wodne mamy na wysokości wzroku
Tę brzozę, w suchym teraz korycie zawsze podziwiamy, bo każdego dnia opiera się tonom wody
Wędkarz ma na sobie kamizelkę ratunkową. Bardzo rozsądnie.
Znowu puste koryto i mury starych budynków, dziś są systematycznie zalewane.
Rzut oka z góry raz jeszcze
i na brzegu. Taka spokojna, łagodna rzeka zdawałoby się
I „zielony mosteczek uginasie” 😀

123. Tylko zdjęcia

Poznań wczesnym rankiem
Z Poznania – plakat miał inna wymowę, ale dla mnie to prawdziwy obraz religii. Każdej religii.
Brama Brandenburska Berlin
Berlin – zrujnowany kościół Pomnik-Symbol
Zozo fika koziołki w parku
W Szwecji, w Gotlandii Zachodniej, w dawnym powiecie Skaraborg już jesień na całego
No, jesień w mieście
… i za miastem też

122.

Wszyscy się teraz chwalą kiszonkami, dajcie spokój, gdzie człek nie spojrzy tam słoje z różnościami.
No to postanowiłam ukisić coś i ja. Tylko nie wiem co i ile bo nie wiem czy lubię.
Pomyślałam, że na początek wrzucę brukselkę, kalafiora i buraka.
Brukselkę lubię, kalafiora tez. Buraków nie bardzo, ale bardzo chcę się do nich przekonać bo to samo dobro jest podobno i warto spożywać, zwłaszcza jak się mięso omija wielkim łukiem, a i ze strączkami się zawarło pakt o nieagresji.
Poza tym podobno barszcz wigilijny na kiszonych burakach to coś całkiem innego niż z buraków świeżych.
Zrobię mało, bo jak wywalę to bez żalu, że jedzenie marnuję.

Poza tym to nic.
Siąpi, leje na zmianę, czasem strzeli słońcem na chwilę. Ale w dzień słupek „rtęci” sięga 14-15 stopni oraz wieje słabo, to mnie to jakoś godzi z jesienią.
Za tydzień startuje festiwal światła w sąsiedniej gminie.
Znalazłam ebooka na yt co mi się podoba więc słucham, „drutuję” lniany sweterek-narzutkę na przyszłe lato, i dałam se na luz z filmami.

Zozo była we czwartek, znów robiłyśmy zdjęcia, bo wyjątkowo ciepło i słonecznie było. Mama kupiła Zozo ciemne dżinsy ogrodniczki. W połączeniu z czarną bluzką i włosami zebranymi w węzeł na czubku głowy Zozo nagle stała się taka „dorosła”. Na szczęście za chwilę włożyła czerwoną bluzę w serduszka, rozpuściła włosy i znów była babciną malutką wnuczusią. Ale kurde rośnie coraz szybciej. I coraz fajniej nam się gada.

I tyle.

121

Wróciłam w nocy z poniedziałku na wtorek. Tosia omal domu nie rozsadziła z radości. Popiskiwała cicho, zabrałam ją do swojego pokoju, wskoczyła na łóżko i nie dawała mi odejść ani na chwilę.
Myślałam, że wejdzie ze mną nawet pod prysznic.
Ale jeszcze zaliczyliśmy Berlin w pigułce. Szwed kupił nam takie bilety na autobus „hop in-hop out”- fajna sprawa jak ma się tylko kilka godzin. Wsiadasz na dowolnym przystanku, na dowolnym wysiadasz a jak się już naoglądasz wskakujesz do następnego autobusu.
W autobusie dostajesz darmowe słuchawki, podpinasz je do portu i wybierasz język – i masz wycieczkę z przewodnikiem po polsku. Ciekawe.
Moja przewodniczka mówiła „czydzieści czy”.
Patrzyłam na Berlin, myślałam „oto miasto, które przetrwało szaleńca”. Na zgliszczach powstały nowe budowle, ulice zapełniły się tłumami ludzi, w dodatku ludzi ewidentnie nie ras nordyckich. Tak Berlin zrobił gest Kozakiewicza w kierunku Hitlera i jego obłąkanych idei.
Nie jest ładny. Nie w sensie jaki zwykle mnie (nas?) zachwyca. Ale chyba mogłabym tam mieszkać. Pełno tam zieleni i łączenia starego z nowym.
Brama Brandenburska nie zrobiła wrażenia.
Kawałek muru nieopodal Charlie Point – ogromne.
Zjedliśmy jeszcze lunch koło Reichstagu. Szwed jakieś piwo i frytki, ja kartofel souppe. Była pyszna, wciągnęłam nawet pływającą w zupie smażoną kiełbaskę. Co zemściło się potworną zgagą.
Tak właśnie podejrzewam, że mięso może być jednym z czynników wywołującym zgagę. Dobrze, że na co dzień go nie jem.
A teraz się jakoś usiłuję ogarnąć.
Kręcę się jak bąk. Piorę, sprzątam. Myślę: jakim cudem w ciągu niespełna tygodnia dwóch facetów jest w stanie tak uświnić chałupę? Co by było jakbym wyjechała na dłużej?
Zozo była po południu we wtorek z mamą. Przykleiła się do mnie i tkwiła bez ruchu. A ja do niej. Przytulam ją i coś mi w środku mięknie i się otwiera. Kocham ją każdego dnia jeszcze bardziej.
Zobaczyła swoje ostatnie zdjęcie na tapecie komputera. Ucieszyła się. Wtedy jej pokazałam to, na telefonie.
– Wszędzie mnie masz! – ucieszyła się.
– No pewnie, bo to najpiękniejszy widok na świecie!
– Mówisz jak Mel.
Mel mówi jej, że jest najpiękniejsza na świecie! Czy to dobrze? Chyba…dobrze? Nareszcie ktoś, nie babcia i nie mama, mówi jej, że jest piękna. Mam nadzieję, że Mel jest mądry i wie, że nie tylko uroda i urok osobisty potrzebują doceniania. Mel JEST mądry.
Ale coś mnie niepokoi. I nie jest to jego choroba. Bardziej – to jego ogromne przywiązanie do Zozo. On mówi „trudno jej nie kochać”. A ja się boję czy ich związek nie jest zbyt intensywny, bo to nie jej tata, a co jeśli kiedyś zniknie, zrani ją…? Oooo…moja wyobraźnia nie zna ograniczeń, rysuje coraz to potworniejsze scenki jeśli jej tylko pozwolę. Nie pozwalam.
Czy dziś jest czwartek? Pogubiły mi się dni tygodnia…
Jeśli czwartek to zabieram Zozo na lekcję pianina. A wieczorem fotoklub. Idziemy do starej wieży ciśnień. Mogłaby pogoda być uprzejmą i dać trochę słońca… Od sierpnia jest prawie cały czas szaro i zimno. Temperatury poniżej 15 stopni! Wyciągnęłam puchową kurtkę, tę którą zwykle wyciągam około połowy piździelnika października.
W niedzielę jesteśmy umówieni z Adasiem, ale najchętniej nigdzie bym nie jeździła tylko posiedziała w chałupie, pogadała na spokojnie. Pobyła. Ta pogoda nie zachęca do wycieczek.
Muszę umówić się na wizytę u sjukgymnast w sprawie głowy.
Oraz dostałam zaproszenie na tomografię w połowie października.
…a głowa odpuściła…

120

No to dzis juz nie jedziemy na targi. Szwed uznal ze dwa dni by w sumie wystarczyły. Ale wczoraj mial jeszcze doejchac Pan W. Dojechal. Pogadac zbyt wiele nie moglismy bo wciaz ktos go zagadywal ale jednak, w sumie nasza wspolpraca sie raczej konczy bo to, co od nich Szwed bierze podlega pod inna kategorie i bedziemy wspolpracowac z kims innym. Pan W przy pozeganiu wydawal sie z lekka poruszony…Mam wrazenie ze ma do nas, do Szweda i mnie jakis sentyment, zeby nie rzec, ze feblik…do mnie. Cos tam iskrzy miedzy nami, ale zbyt wiele nas rozni by cokolwiek mialo z tego byc. Obserwuje to lekko z boku i usmieszkiem.Ale przynajmniej wspolpraca sie dobrze ukladala. Z panem Markiem nie wiem jak bedzie ale moze i lepeij? Pan M jest milkliwy ale jak się odzywa to mowi. Konkret. Lubie tak. Nie darmo moja firma takie nosi miano. Najgorzej jak ktos mowi duzo ale co mowi to nie powie…Trfilismy jednego takiego goscia.Po minucie chcialam uciekac ale Szwed mial whisky w szklance.,.Nabijal sie potem ze mnie, ze spokojnie do gadatliwego nie pójdziemy.No co ja zrobie ze facet byl tak pelen zapalu ze nie sluchal ani pytan ani odpowiedzi. Raz spotkalam goscia o ktorym wiedzialam ze jest pod wplywem amfy i tez sie tak zachowywal.

Wrocilismy do Poznania, poszli zjesc bo szwed jeczal ze chce wolowine. Co jest ze w okolicznych knajpach zjesz cuda a porzadnego obiadu z kartoflami, miesem i surówką nie dostaniesz? Restauracje maja dziwne nazwy i jeszcz dziwniejsze menu. Juz nie mowiac o nazwach tych potraw. Wszystko ma byc takie…cool? A gdzie oferta dla zwyklych ludzi w srednim wieku?Na przedmiesciach?

I jeszcze w wiekszosci miejsc obsluga jest naburmuszona i przymuje poze „nie marudz, ciesz sie, ze w ogole chcemy cie obsluzyc”. Nie, nie mowie,ze wszedzie ale w wielu miejscach. Np w pierogarni Pierozak. Nawet te pierogi, choc dobre, smakowaly mi jakos tak, bo mialam wrazenie ze ktos jest na mnie ciezko obrazony. Naprawde _ przez dluzsza chwile analizowalam co ja takiego zrobilam..!

W kilku miejscach widzialam kartki o poszukiwaniu pracownikow. Podobno bezrobocie jest zerowe w tej chwili. I rzad sie tym chlubi. No ba…po co pracowac jak wystarczy naklepac dzieci i zyc z tego jak paczek w masle. Ludzie na targach robili dosc pesymistyczne prognozy, bo po wyborach jak pojda w gore place minimalne to koszt robocizny tez wzrosnie a to sprawi ze wyroby z Przestana byc konkurencyjne. Taaa…szwedzki bonde bedzie kombinowal eeee tyle samo kosztuje i z Polski?! To wole szwedzkie – nawet jesli jakosc szwedzkiego lezy i kwiczy.

Siedzac na obiedzie ze Szwedem posluchalam co on mowi….No, jesli wiekoszosc Szwedow tak mysli jak on to ciemnogrod ma sie dobrze. A ja i inni „obcy” bedziemy zawsze obywatelami 2 kategorii bo w paszportach mamy miejsce urodzenia poza Szwecja. Zadziwiajace jest to, ze Szwed gadal do mnie calkiem bezrefleksyjnie – nie zastanawiajac sie, ze w sumie mowi tez o mnie. Z tego co gadal wylazl z niego taki typowy szwedzki nacjonalista. Tyle swiata zjezdzil tyle widzial ale najlepsze na swiecie jest szwedzkie. Kazy system, ktory nie chce dopasowac sie do szwedzkiego jest glupi. Ot taka drobnostka: Polacy zrobili urzadzenie, jedna czesc do niego jest dokrecana. Polacy wstawili typowa srube zeby czy w Polsce czy Afryce czy w Azji wystarczyl zwykly śrubokręt.Szwed sie piekli bo w ICH wyrobach jest sruba specjalna do ktorej sie robi specjalny klucz. I on chce zeby tak bylo. Bo on panisko chce chce kupic. …

Takie klimaty.

Dzis lazimy po Poznaniu a jutro Szwed chce zwiedac Berlin.Nie wiem jak on chce to zrobic z bagazem ale niech sie on o to martwi. Ja to bym juz najbardziej chciala byc w domu z Tosia.

119

Lądując w Berlinie mialam wrażenie że ląduję w największym mieście świata.Niebo utkane było chmurami i popołudniowym słońcem a daleko, daleko aż po horyzont ciągnęło się miasto. Bloki budowane w szergacg wydawaly się urwiskami nad przepasciami ulic. Potem samolot doknął ziemi… (ja przepraszam ale pisanie z polskimi znakami oraz przecinakmi na klawiaturze ekranowej przekracza granice mej cierpliwosci)

…dotknal ziemi i wrazenie zniklo. Tlum ludzie jazgot ogloszen warkot tysiaca aut…Zanalezlismy naszego busa, przy czym Szwed z uporem godnym maniaka namawial mnie by sie o busa spyatac w informacji.Ja – z doświadczenia wiedzac ze obsluga lotnika nie ma zielonego pojecia o busach przed lotniskiema zwlaszcza o busach linii prywatynych. Przytanki autobusowe byly oznakowane wolami ale ten uparcie nie chcial isc sprawdzic czy ten bus tam jest tylko ciagnal do informacji. Gdyby to byl moj chlop poslalabym go do diabla czyli do owej informacji a sama bym poszla za owymi znakami.No ale do busa dotarlismy w koncu i juz po 1.5 godziny mknelismy w kierunku Poznania.

Berlin z ziemi przypomina Warszawe. Stare i nowe sporo zieleni ruch jak niewiadomo co. Dotarlismy do Pznania bez przygod .( Naprawde? Ta watla rzeczulka o wielkosci Lyny to nasza rzeka graniczna?! Jestem rozczarowana.)

Mieszkanie w keminicy przypominajacej neapolitanska: klatka schodowa na zewnatrz. Podworze w ksztalcie studni sznur aut na ulicy pkd domem. Pokoj….No mogloby byc lepiej.Czystosc taka sobie. Brudne drzwi wejsciowe brzydki poczernialy silikon w kabinie sprana posciel okna z ktorego wialo w nocy tak ze ubieralam sie w skarpety. No ewidentnie lokum dla osob bardzo malo wymagajacych a wcale nie taki tani choc moze znaczenie ma okolica.

Po pierwszym dnniu targow jestem zaskoczona jak duzo sie nauczylam w ciagu minionych trzech lat! Patrze na ustrojstwa rozne i wiem co to jest oraz czy bedzie interesowalo Szweda. Nie, no jasne że nie znam wszystkiego ale wiele urzadzen znam. Znam tez slownictwo! Imo wiele latwiej mi sie tlumaczy.Nawet nie zauwazylam kiedy mi sie tak rozwinal jezyk. Cieszy. spotkalam kilka osob znanych z maili i telefonow.Dziwne tak polaczyc glos i czlowieka.

Padam. Wczoraj pomprzybyciu o 23 Szwedowi zachcialo sie szukac knajpy z jedzeniem. Na prozno tlumaczyalm ze o tej porze to moze dostac ew kanapke z chlodziarki.Wlazl do pobliskiej restauracji i choc piwo sobie kupil. Miałam chec mu owe piwo wylac na glowe. Dzis chyba zaspokoil swoj glod wrazen bo dal sie zamknac w pokoju.Ufff.

118.

Ja to jednak lubię ponarzekać i poprzewidywać na czarno by potem się miło rozczarować.
Zadzwoniłam do tego hostelu i uprzejmy pan zmienił nam rezerwację na pokoje z łazienkami za niewielką dopłatą, którą uiszczę na miejscu. Choć nadal spodziewam się różnych fajnych atrakcji w tym miejscu, bo hostel to jednak hostel…No, ale mając kibelek oraz czajnik i kawę w pokoju mogę się zabarykadować i nie wychodzić póki nie będę musiała, prawda?
A dziś byłam u doktora Amira . Doktorem okazał się młody człowiek z rudą brodą, doskonale mówiący po szwedzku z lekkim tylko obcym akcentem. Doktor Amir jak się okazało jest młodym lekarzem i pracuje pod nadzorem lekarza starszego. Lekarz Starszy ewidentnie z Bliskiego Wschodu, mówił po szwedzku prawie niezrozumiale, zdaje się, że lekko się jąkał i strasznie czerwienił.
Ale ciśnienie mam dobre, wyniki prawidłowe, odruchy neurologiczne prawidłowe. Troszkę się uniosłam jak mi Młody Lekarz zasugerował fizjoterapeutę/rehabilitanta (tutaj jest kult fizjoterapii – jak cię coś boli to pół roku będą cię wysyłać do fizjoterapeuty nim zdecydują się robić badania). Uniosłam się, choć samodzielnie też wpadłam na taki pomysł. Więc Starszy Lekarz zapytał czego oczekuję. Powiedziałam, że chcę by mi zrobili badanie głowy – miałam na myśli jakąś tomografię -i wyleczyli lub/oraz ewentualnie znaleźli leki przeciwbólowe, które pomogą. Na co Młody skwapliwie przytaknął, że tak, tak, tak, CT też, ale jednocześnie bym jednak sjukgymnast odwiedziła. Powiedziałam ok.
Pakować się trzeba, ale… Jak mi się nie chce jechać!!!
Chce mi się siedzieć w domu, nie spotykać ludzi, czytać, oglądać seriale i dziergać lniany sweterek-narzutkę.
YCH!
Nie biorę komputera, tylko tablet bo to odporniejsze na transport i lżejsze. Mniej jednak wygodne, ale powieści pisać nie będę.
Aparat oczywiście biorę, bo jak nie?

Jak moja Tosia przeżyje te 5, w sumie 6 dni????

117.

Napisałam do Szweda: Kupiłam zakwaterowanie w hostelu a nie w hotelu. Wiesz jaka to różnica? Będziemy zmuszeni korzystać z publicznych łazienek i toalet.
Odpisał mi: Nie przejmuj się, najwyżej solidarnie nie będziemy się myć.
Hm…mycie to mały problem. Gorzej z sikaniem w nocy…no ale tego już nie pisałam.

Poza tym całą sobotę i w niedzielę od nowa aktualizował mi się komp. Ten od zabawy. Ja pierdziu…W sobotę po 4 godzinach mielenia miał nadal tylko 5% aktualizacji. Stwierdziłam, że 4 godziny to przesada, odcięłam mu źródło zasilania, przerwałam aktualizację (wiem, jestem ryzykantką) i uruchomiłam ponownie. Mielił chyba ten start ze 30 minut ale zastartował. W niedzielny poranek i Starej Jędzy wyczytałam, że ładowanie wszystkiego na pulpit spowalnia komputer.
Na pulpicie mam porządek. Mam dwa rzędy ikon a pomiędzy ładny obrazek. Większość ikon to skróty, ale jest też ileś tam folderów. A w nich masa innych folderów :D. Np. mam folder zdjęcia – tam są oddzielne foldery na każdy rok, a w roku na każdy dzień. Taki fotograficzny pamiętnik. (Zdjęcia mam jeszcze na dysku zewnętrznym, żeby nie było). Mam też folder prywatne – a w środku różne foldery: pisanie, rachunki, przepisy itp. Albo np. folder rozrywka w środku foldery muzyka (i foldery na płyty, lub grupy), książki, filmy…
A tu się okazuje, że to może sprawiać, że komputer muli. A muli ostatnimi czasy na tyle okropnie, że nawet pisanie bloga bywa kłopotliwe. Z jednej strony to wina wifi – w tym mieszkaniu wifi chodzi kiepsko, a i na kablu internet bywa kapryśny, zwłaszcza po południu jak eM odpali równocześnie i kompa i telewizor, choć mamy najwyższą prędkość.
No więc czego nie bałam się przenosić poprzenosiłam z pulpitu do biblioteki, ale bojąc się, że potem tego nie znajdę na pulpicie utworzyłam skróty. A boję się, że nie znajdę dlatego, że mam wrażenie, że nie mam wpływu na to co robi mój komputer. Bo tak: mam takie coś jak biblioteka. Ale katalogu/folderu biblioteka ni grzyba wyszukać nie mogę. Mogę tylko wyszukiwać pojedyncze folder: muzyka, filmy, dokumenty.
Szczerze mówiąc najchętniej zapłaciłabym jakiemuś dobremu informatykowi by mi przeinstalował kompa. Żeby mi powywalał tysiące aplikacji jakie mam wgrane fabrycznie, a których za grzyba nie potrzebuję. Teraz, po chyba 4 latach aplikacje pozamykały mordy, bo się nauczyły, że mają się nie odzywać nie pytane. Na początku był koszmar. Przez kilka tygodni wiecznie któraś darła japę „kup mnie!!” „weź mnie!” „zaktualizuj mnie” „jestem ci potrzebna, jestem ci niezbędna, dzięki mnie będziesz wiedziała czego chcesz, nawet jeśli nie chcesz niczego to ja ci znajdę”.
Byłam wściekła, bo kupiłam permanentną reklamę, a nie bezwonne, bezgłośne, nieinwazyjne narzędzie, które pracuje dokładnie tak jak JA tego chcę.
Wreszcie spacyfikowałam – przestały mi wyskakiwać tysiące informacji, a niektóre były z dźwiękiem. Ale nadal mendy są …
Tak więc do końca nie ufam temu komputerowi, bo ja sobie mogę wybierać miejsce a on potem powie ” serio, naprawdę chcesz to tutaj położyć? Nie, ja mam lepsze miejsce, przełożę ci to gdzie indziej. Wprawdzie zapytam, ale tak żebyś nie zrozumiała o czym ja mówię, bo jeszcze się uprzesz, a tak powiesz okej, na odczepnego. Hahaha..ale będzie zabawa zanim to znajdziesz…”
W każdym razie coś niecoś poprzekładałam. Oraz usunęłam cookies. Potem komputer mi powiedział, że nie dokończył aktualizacji i czy chcę ją dokończyć teraz, za godzinę czy w innym czasie. Kliknęłam w innym czasie sądząc, że jak telefon – pokaże mi zegar bym wybrała kiedy. Nic takiego! Po prostu uznał, że inny czas to inny czas. Potem pojechałam z psem na spacer, do sklepu, zrobiłam sałatkę. Nie było mnie ze dwie, może trzy godziny. Wróciłam – a tu niebieski ekran i informacja: aktualizacja 5%.
!@#$% !!!!
Dałam mu 2 godziny. Ale ponieważ po tych dwóch godzinach miał już 87% to dałam mu całą noc. Wreszcie skończył około północy.
Rano okazało się, że muszę od nowa wpisywać hasła. Tym sposobem weszłam we wnętrzności bloga i odkryłam, że mam ileś tam nie zatwierdzonych komentarzy sprzed miesiąca czy dwóch. To wreszcie zatwierdziłam.
Więc jakby ktoś kiedyś coś pisał nie z wordpressa i nie widział swego komcia to teraz już jest.

116. Plötsligt händer det

czyli nagle staje się…

Wczoraj rano Szwed zapytał mnie czy mogę z nim pojechać na targi rolnicze do Bednar. Teraz już mamy kupione bilety na samolot do i z Berlina, na autobusy Berlin-Poznań i z powrotem oraz zarezerwowane lokum. To ostatnie przysparza mi zresztą stresu bo nie sprawdziłam dokładnie i kupiłam noclegi w hostelu. Mamy oczywiście każdy swój pokój, ale łazienkę pewnie będziemy dzielić z innymi. Szfak!!!
Ale targi zaczynają się we czwartek i ceny hoteli gdzie były jeszcze wolne miejsce poleciały w kosmos.
Inna rzecz, że te durnowate wyszukiwarki typu booking uparcie ignorowały moje opcje wyszukiwania hoteli z uporem maniaka proponując mi apartamenty z małżeńskimi łożami choć na wstępie zaznaczyłam: dwa pokoje! Nie mówiąc o opcji „podróż służbowa”.
Jakoś przeżyję.
Będę w Pl od czwartku 19 września do poniedziałku 23 września. Ale na życie czasu to raczej mieć nie będę, no chyba, że wieczorem.

115. Whoop de doo

Odpowiedziałam. Grzecznie i w zachęcającym tonie zaproponowałam nowy początek. Wprawdzie nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, ale…może to już inna woda. Minęło lat tak wiele.
Zatem poznajemy się od nowa, na razie pisemnie.

Whoop de doo

Byłam na badaniach tydzień temu, dziś miałam wizytę u pielęgniarki.
Wesoło…
– Porozmawiamy o twoim wysokim ciśnieniu – zaczęła.
Wytrzeszczyłam oczy.
– Ale przecież nie mam wysokiego.
– No tak, bo bierzesz tabletki.
– Nie biorę! Nie potrzebuję ich.
– Ale jak masz wysokie ciśnienie…
– Ale ja mam prawidłowe. Twój kolega tydzień temu mi mierzył i mówi, ze jest w porządku. Sama w domu czasem mierzę jak bardzo mnie boli głowa i zawsze mam w normie. Sama sprawdź zresztą
Popatrzyła na mnie. Wreszcie w mój dziennik. Złapała mnie za rękę.
– To sprawdzę puls…
– Proszę. Ale wiesz – jechałam tu na rowerze a potem się stresowałam w recepcji bo kolejka…
– A nie masz problemu z oddychaniem? A w piersiach cię nie boli? A jak trenujesz? Nie trenujesz… A, z psem co dzień co najmniej pół godziny, no bardzo dobrze. To nie wiem po cię tu przysłali, bo wszystkie wyniki masz dobre.
– O! Nawet CRP? Żadnej infekcji? Jestem zdrowa i nie mam raka? – ucieszyłam się.
– No, tego to nie mogę zagwarantować, ale wyniki masz dobre.
No fajnie. Tylko czemu ta głowa boli każdej nocy? I już tabletki nie pomagają. Za tydzień spotkanie z doktorem. Niestety doktor Ameer co znaczy, że z Bliskiego Wschodu. On będzie kiwał głową i powtarzał jak katarynka, że nic mi nie jest, a na ból zaproponuje mi znowu super ekstra mocny lek: PARACETAMOL 1000mg czyli to samo co dwie tabletki apapu. To jest bardzo poważny lek, ajajaj! Gdyby nie szkodził na wątrobę mogłabym go łykać jak cukierki z takim samym efektem dla głowy.
ych…
Whoop de doo
Klienci się postarali i wszystkie dokumenty dostaję w tym tygodniu. A we czwartek jest termin. Brawo. Każdemu doliczam ekstra czas. Za ekspres i stres należy mi się.
Nowi klienci, jak się okazuje podwójni sąsiedzi – bo tu mieszkają w sąsiednim miasteczku, a w Polsce też na Warmii – wprawili mnie w osłupienie opowiadając jak pracowała ich poprzednia księgowa.
Ot…odlicza to, czego nie powinna, nie zwraca uwagi, że na fakturach sprzedaży ulga budowlana jest bezprawnie. Na litość boską..! I była droższa niż ja!
Nie wiem jak tym ludziom nie wstyd brać grube pieniądze za podliczenie słupków. Przecież tyle każdy potrafi sam zrobić.
Whoop de doo
Bo tak mi gra dziś w głowie. Whoop de doo
https://www.youtube.com/watch?v=D-ZQ5nuw-6Y

On tu śpiewa, że nie już nie czeka, już poszedł dalej, po powrocie do domu nie leci do automatycznej sekretarki, że wszystko jest lepsze, a on już nie płacze i dodaje na koniec Whoop de doo czyli takie „No i co z tego wielka mi rzecz”.
Można myśleć, że śpiewa dla utraconej kobiety…
Może tak, to pewnie wie tylko Mark. Ale ja często mam wrażenie, że wiele jego tekstów jest adresowanych do jego brata Davida. Ale to może tylko moja interpretacja podyktowana osobistym doświadczeniem.

O, a w niedzielę zrobiłam takie zdjęcie i strasznie mi się ono podoba:

I jeszcze to:

Umarła lawenda: jesień, nie ma na to rady.

Whoop de doo, whoop de doo