O muj borze! – pisownia celowa

Wysłuchałam wczoraj …

Wysłuchałam wczoraj trójkowej listy przebojów. Fakt ten wart jest odnotowania bowiem nie zdarza mi się to zbyt często – rodzina w piątkowe wieczory bywa absorbująca. Wczoraj nie była.
Słuchawki wetknięte w odpowiednią dziurkę komputera i- hajda! – pomyślałam- no teraz sobie pokowboję. Załapałam się na Piotra zamiast Marka. Nie, żebym nie lubiła Piotra. Lubię. Ale jeszcze bardziej lubię Marka, lubię jego żarciki, pogaduszki z Aliną i docinki dla Helen.
Wtopiłam się w słuchanie, ręce zająwszy bezmózgimi grami typu pasjans, bo tak siedzieć i tylko słuchać to nie potrafię. Powinnam może wzorem iksińskiej wziąć się za szydełkowanie czy coś, byłoby z większym pożytkiem może.
Po kwadransie słuchania doszłam do wniosku, że chyba ja tej listy za długo nie słuchałam ponieważ to, co się uplasowało w drugiej dziesiątce, w moim osobistym rankingu nie przekroczyłoby progu poczekalni. Nie, nie wszystkie utwory, ale spora ich część. Pocieszałam się, że to może za sprawą nowości. Jak wiadomo lubimy to, co znamy.
Dojechaliśmy z listą do miejsca szesnastego, w większości anglojęzycznego, więc mimo wszystko dało się przeżyć. Ale na owym 16 miejscu była Brodka. No, pomyślałam, zobaczmy na kogo wyrosła bo czytuję o niej, ale za grosz nie wiem co robi. Nadziei przyznaję wielkich nie miałam i się nie zawiodłam.

”Dobijam się, dobijam się
i sprawdzam czy otwarte
i krzyczę znów
za dużo słów
za dużo słów na marne”

A tak, krzyczy, to prawda.
Jakoś mnie nie powalił tekst, choć gdy sobie go przeczytałam, bez muzycznych zakłóceń, wydał mi się znośniejszy. Może się starzeję i sztuki nowoczesnej nie pojmuję. Może.
O. To co było potem, zdecydowanie bardziej mi przypadło do gustu, ale znów po angielsku.
Ale pocieszałam się, że wszak jedna Brodka wiosny nie czyni, miejsce szesnaste coś musi oznaczać, i ci co są wyżej pewnie pokażą lepszą klasę.
Na miejscu czternastym był niejaki Bajcar…Wsłuchałam się, bo po polsku i opadła mi szczęka. O mój Boże- jęknęłam. Nie…nie tak. Tak : o muj borze, bo to był właśnie ten poziom.
Układający puzzle Marcepanek aż się zaciekawił co się stało.
– Posłuchaj , jakie teksty ludzie śpiewają – i zacytowałam to co mi wpadło w ucho:

”Gdy widzisz ptaka w locie, jak wolny jest
Jak płynie sobie aż po nieba kres
Wiedz, niebo bywa pełne wichrów i burz
A z lotu ptaka już nie widać róż”

Tu mogłabym przytoczyć więcej,
ale mi ślina napływa do ust,
i czuję w sobie wielki mus,
by do łazienki zrobić szus…
To jest zaraźliwe!!!
No ale co tam taki Bajcar, nikt go nie zna, jakiś początkujący, nie czepiajmy się chłopaka. Na pewno polskie teksty nie są wcale takie złe, są wszak artyści, którzy nawet jak klną, to mają klasę.
O, właśnie, taki Kazik na miejscu trzynastym. Nie jest to może szczyt wyżyn poetyckich, ale przynajmniej stylem muzyki i tekstem pasuje do wizerunku twórcy, który się nie sili na intelektualne gierki tylko rąbie prawdę między oczy.
Na jedenastym Myslovitz. Nie przepadam, bo falset toleruję jedynie u Jona Andersona. Taką fanaberię mam,  może za to, że gdy usłyszałam pierwszy raz Myslovitz to byłam pewna, że śpiewa kobieta, zwłaszcza, że tekst mi bardzo pasował do kobiecej liryki. I teraz zawsze jak ich słyszę to przypominam sobie, że mnie oszukali. Ale teksty mają zazwyczaj niezłe i muzycznie trzymają poziom.
I tak sobie rezonując w duchu, przeleciałam z ogromną przyjemnością przez kolejne miejsca na liście. Aż do miejsca czwartego. Oooo. Dżem! Radzą sobie chłopaki, choć im członkowie poumierali. Wsłuchałam się i mnie zatchnęło. No po prostu uszom własnym nie wierzyłam.

” Kryję twarz za zasłoną rąk
Gdybym mógł pewnie uciekłbym stąd
Ciągle myślę: gdzie był błąd?
No gdzie był mój błąd…

W koło grzmią kanonady bomb
A mój dom parę kroków stąd
Paru ludzi jeszcze wczoraj a
Dziś zostałem całkiem sam”

O muj borze! O muj borze! O muj borze!!!
Taki fajny bluesowy głos, nawet muzyka niezła, ale…Nie da się słuchać! No nie da. Jakby zaśpiewali po angielsku, byłoby fajne – większość Polaków nie zrozumiałaby tekstu, w tym ja. Można powiedzieć, że piosenka wprawiła mnie w osłupienie. I pewnie z tego powodu nie zanotowałam co było w pierwszej trójce.

A teraz „upraszam entomologów
czyli badaczów owadzich nogów
by się na tę sprawę rzucili z szałem”

Czyli znawcy poezji, literatury, i czego tam jeszcze, wytłumaczcie mi jak krowie na miedzy : dlaczego mi się powyższe teksty nie podobają ?  
 
 

Gulsum

Gülsüm to imię …

Gülsüm to imię pochodzące od róży (Gül – róża) czyli polska Rozalia. Albo Róża.

Czasem mnie złości, że wybitnie inteligentna i bardzo zdolna niczym szczególnym się nie interesuje i wciąż nie ma pomysłu co ze sobą zrobić i jaką ścieżkę zawodową wybrać. Uzdolniona matematycznie mogłaby bez kłopotu zostać inżynierem, bo język ma opanowany o wiele lepiej niż ja. Co zresztą bywa kolejną przyczyną mojej ansy. Różni nas wiele – wiek, wyznanie, pochodzenie, wychowanie, zainteresowania. Wspólne mamy tylko przekonanie, że Bóg jest zawsze ten sam choć go inaczej nazywamy i wiara, że On chce dla nas jak najlepiej.
Ale. Jak nikogo innego tutaj – jestem jej pewna. Pewna jej życzliwości, lojalności i oddania.
Znalazłyśmy się tutaj jak dwie zbłąkane owieczki, opiekujemy się sobą i troszczymy o siebie. Rozmawiamy po szwedzku, ale czasem po polsku , a czasem wystarczy kilka słów byśmy wiedziały o czym myśli ta druga. 
Myślę o niej "moja Gulsum". Chciałam napisać, że zastępuje mi i siostrę i przyjaciółkę, ale tak nie jest bo ona jest i siostrą i przyjaciółką.
Wczoraj przyjechała do niej mama z dalekiej Bułgarii, bo Gulsum już za kilka- kilkanaście dni ma zostać mamą.
A ja nie mogę się tego doczekać.

Ostatnie dni kwietnia

Czy pisałam, że …

Czy pisałam, że Szwedzkie szkoły mają czterostopniową skalę ocen ?
To system nieco podobny do starego polskiego systemu :5,4,3,2.
Zatem z pisemnego dostałam 4-. Wypełniłam wszystkie zalecenia, napisałam ciekawie i jak zawsze kreatywnie, jednak mój język wciąż jest niepewny, wciąż jeszcze popełniam błędy w składni oraz w formach nieokreślonych i określonych.
Moja ambicja jest zaspokojona, bo to jedna z lepszych ocen w grupie, a byli tacy co nie zaliczyli. I o.
Wczoraj był ustny. Załapałam się na tylko na trójkę. Prezentacja ciekawa, oryginalna. Trochę za krótko, założyłam, że każdy zna tekst o którym mówię, więc go nie streściłam. I znów te końcówki w liczbie mnogiej rzeczownika. Tu już nie jestem taka zadowolona, ale co tam – egzamin za mną, jeden stres mniej.
Prawda, że do prezentacji przygotowywałam się dopiero wczoraj – chory Zozol odciągał moją uwagę od wszystkiego innego.
W czwartek to już była tragedia. Lało się z oczu, z nosa, z buzi. Posypiała na krótko, budziła się marudna, jeść za bardzo nie chciała, na szczęście piła, więc nie bacząc na nic dawałam jej ten słodki jak ulepek soczek – cukier wszak  krzepi. Najlepsza pozycja jaka była to pionowo na rękach, z głową na ramieniu, i najlepiej, żeby to było babcine ramię. A dzidziuś wagę ma słuszną bo około 9 kilo. A ja się dziwiłam w nocy: czemu do licha tak mnie bolą plecy i prawy nadgarstek?
A wczoraj rano, ledwie otworzyłam oczy, usłyszałam najcudowniejszy dźwięk : Zozol odśpiewywał poranne "godzinki". Oczom nie wierzyłam jak weszłam: jeszcze zasmarkana, jeszcze z czerwonymi oczami, ale szczerząc cztery zęby, stała chwiejnie na nóżkach.
Mówiłam, że nie ma to jak polska służba zdrowia ? Doktor tylko swoje oko i ucho przyłożył i od razu lepiej ;)).
Miśka wróciwszy ze szkoły mogła się więc skupić na wydarzeniu z wielkiego świata. No bo przecież ślub księcia Williama! Julia, Miśki angielska koleżanka z klasy, wyszła ze szkoły wcześniej by ani chwili nie uronić. Ale nim wyszła, zdążyła powiedzieć, że jej szwedzka teściowa z okazji tego ślubu czeka na nią z tortem i szampanem. I że to jeszcze nic, bo jak w zeszłym roku ślub brała księżniczka Wiktoria to ta teściowa, na tę okoliczność, ubrała się w swoją suknię ślubną. I podobno wiele pań tak zrobiło…Prawda, że ciekawy zwyczaj ? Ciekawe co na to socjolodzy i psycholodzy ? (Socjo- i psychologowie?).

…A dziś za oknem jak co dzień – słońce od rana. Przyroda dostaje zadyszki. Kwitnie wszystko w oczach. I przekwita, niestety. Po wodzie śmigają kacze pary, oj. Trzeba się przygotować, bo za chwilę kacze kolejki będą pływać. Wiecie : duża kaczka i rządek małych z tyłu.
A jak włączyłam radio, pierwsze co usłyszałam to: "ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy" .
Prawda jakie piękne motto na Dzień Walpurgii oraz beatyfikacji Jana Pawła II?

 

Polska służba zdrowia

<div style="text-align: …

Dawno temu moja koleżanka z podwórka wyemigrowała do Kanady. Urodziła sobie tam dziecko i z tym dzieckiem przyjechała na wakacje do rodziców. Spotkałyśmy się na podwórku. A ponieważ ja wtedy też byłam świeżo upieczoną mamą…to wiecie jak jest. Najpierw kupki i ząbki a potem, nie wiadomo kiedy wrażenia z porodówki.
Koleżanka jakieś bujdy opowiadała. O oddzielnym pokoju, normalnym łóżku, jakichś piłkach czy innych pomocniczych akcesoriach. Był początek lat 90 i w Polsce, a przynajmniej w Olsztynie nikt o takich fanaberiach nie słyszał.
– Ale następne urodzę tutaj – zakończyła koleżanka czym wprowadziła mnie w stupor.
– No wiesz…co u siebie to u siebie. No i tu mam pewność co do lekarzy.
No tak, z tym dyskutować nie mogłam, bo jej mama była lekarzem-pediatrą, która za dobre zachowanie przy badaniu wypisywała witaminę C. Na osłodzenie życia po zastrzykach na bolące ucho.
Zawsze uśmiechnięta, emanowała ciepłem i spokojem. Przechodząc przez poczekalnię potrafiła rzucić
– O, jaki piękny kaszel – w stronę jakiegoś zaplutego malucha i maluch się cieszył, że się pani doktor przypodobał. W Miasteczku do dziś żyją całe rzesze dorosłych dzieciaków pacjentów pani doktor i jak sobie czasem ze znajomymi wspominamy, to okazuje się, że tej pani doktor nigdy się nie baliśmy.
…Inna moja znajoma, przebywająca na emigracji we Włoszech, mając świeże dziecko dzwoniła rozpaczliwie do matki nakazując jej wysłanie polskich medykametów dla niemowlaka, bo od tych zagranicznych pachnących dzieciakowi zrobiła się tarka ze skóry.
Jeszcze inna, tym razem z Niemiec, zwykła mawiać, że jakby co, jakby jakaś poważna choroba, to ona chce do Polski, bo ci niemieccy lekarze, to na niczym się nie znają.
Słuchałam, wzruszałam ramionami. Ale przyszła kryska na Matyska.
Zozol dostał temperatury, z nosa się leje, kaszel ją zatyka, jest słaba, niezbyt chętna do zabawy.
Pielęgniarka z przychodni miała szczerą chęć zalecić alvedon ale kategorycznie zażądałam, żeby malucha ktoś osłuchał.
Doktor zgodnie ze zwyczajem nie wszedł a wkroczył. Nie uśmiechnął się do dziecka, nie raczył się przedstawić, suchym głosem polecił rozebrać dziecko. Dziecko na widok obcego rozryczało się na cały głos.
Doktor bezceremonialnie przyłożył słuchawkę, potem włożył wziernik do ucha, potem patyk do buzi. Na koniec stwierdził, że on niczego nie słyszy, bo dziecko głośno płacze. Co sobie pomyślałam to spuśćmy zasłonę milczenia.
Tylko proszę się nie dziwić, że napadłam znajomego lekarza z prośbą o pomoc. Polaka oczywiście. Ten na pewno będzie umiał zbadać dziecko…

Håverud – czyli Dalslandia na pierwszy rzut oka

<img border="0" alt="" …


Ach!
Duszę mam pełną słońca a oczy pełne nowych widoków.
Niebo się utopiło w wodzie, pewnie od tego kwietniowego słońca było mu za gorąco. Wszystko kwitnie, drzewa mają liście. Zielono, niebiesko, słonecznie i wietrznie.
Pusto! No, dobra nie całkiem, ale w miarę.
Dalslandzkie jeziora, przytulone do zalesionych zboczy są zdecydowanie przytulniejsze i cieplejsze w kolorycie. Mam niedosyt. Jeszcze! Jeszcze! – wyrywa się moja dusza "globtrotuara i oberżyświata".  Ileż tam nieutwardzonych ścieżek i tajemniczych zakrętów.Ta kraina nieco bardziej przypomina Warmię.

Młody, nieodrodny synek mamusi rzucił okiem z wysokiego mostu i wyraził uznanie.
– Nieźle…No, nie tak jak na Warmii, ale nieźle.
– Synu – odparłam mentorskim tonem – Ustalmy jedno: nigdzie nie jest piękniej niż na Warmii, zgadza się ?
– Zdecydowanie – odparł ten przystojny facet, w którym coraz trudniej mi rozpoznać małego, słodkiego Kajtusia.
W Hawerud zostaliśmy wbrew pogróżkom, że musimy zobaczyć, co będzie jak skręcimy w tę dróżkę…Ale tak to jest jak się zabiera ze sobą prawie całą rodzinę (Kocio na propozycję wyjazdu fuknął z niesmakiem, ale ja go trochę rozumiem – pusta chata w perspektywie).
Zozol raczkował po trawie.
Miśka walała się po kocu, a Marcepanek z POSynkiem moczyli kije.
Mamusia z nieodrodnym syneczkiem, na dwa aparaty polowali na wszystko wokół. Tylko w mysią dziurę nie zajrzeli, wyłącznie dlatego, że jej nie dostrzegli.
Zozol się strzaskał na pysiu, mimo kremu faktor30. Czy to bardzo niebezpieczne ?

A teraz:
Lany Poniedziałek czas urządzić rodzinie.

…Jak się nie odezwę za kilka dni – znaczy nie żyję.

22 kwietnia

Ależ się ta wiosna …

Ależ się ta wiosna rozpanoszyła!
Kwitną magnolie w centrum miasta i forsycje pod blokiem, krokusy na trawnikach i przylaszczki w lesie. Jest zielono. Rano, zza otwartego okna napływa ptasi zgiełk. I słońce w oczy.
Jest ciepło, bardzo ciepło. Nosimy krótkie rękawki a Zuzia kapelusz w kwiatki.
W tym roku wiosna jest o dwa albo i trzy tygodnie wcześniej niż zwykle. To pewnie rekompensata za zimę, co zaczęła się już w październiku.
Święta idą. Zbuntowałam się – nie gotuję bóg wie czego. Robię pierogi, barszcz i sernik. A. I rybę "po grecku". Marcepanek piecze szynkę. Miśka kroi sałatkę. Przy lepieniu pierogów ma mi pomóc POSynek. Zoozol też nam będzie "pomagał" zapewne, bo jej ulubione zajęcie to kręcić się pod nogami tam, gdzie najwięcej się dzieje.
Zatem dziś kulinarnie.
Jutro malowanie jaj. I spacer po mieście z Zoozolem przebranym za czarownicę – będzie miała piegi, i rumieńce i chustkę. I święcenie jaj wieczorem w naszym kościółku.
A w niedzielę…
W niedzielę to ho, ho, ho…
Jedziemy na wycieczkę zaraz po śniadaniu. Całą rodziną i nie tylko. We dwa samochody. I będziemy patrzeć na wodę, dużo wody. Jeszcze więcej wody – bo jedziemy do Dalslandii, popatrzeć na dalslandzki akwedukt po którym pływają statki. I ta perspektywa sprawia, że tak mnie cieszą najbliższe dni.

Dzwoniłam do siostry. I dodzwoniłam się. Ucięłyśmy sobie pogawędkę nie tylko na tematy rodzinne.
A wczoraj zadzwoniła mama ze szpitala. To już postanowione – wraca na stare śmieci – czyli do Miasteczka. Jak to dobrze, że utrzymaliśmy mieszkanie.

Idzie lepsze ?

Plaster na rzeczywistość

Gdy życie przerasta, gdy…

Gdy życie przerasta, gdy rzeczywistość staje się nie do wytrzymania, gdy na piersi leży kamień…
…jedni piją, inni grają, jeszcze inni idą spać…
Ja zakładam słuchawki na uszy, biorę aparat, psa…nie, psa już przecież nie…Zatem biorę aparat, zakładam wygodne buty i idę tam, gdzie pod nogami jest piach zamiast bruku a nad głową korony drzew. Gdy myśli spłoszone głośną muzyką wreszcie ulecą ( a ulatują zawsze) wtedy zdejmuję słuchawki i słucham "jak bije olbrzymie, zielone serce przyrody".
Po dwóch godzinach włóczęgi, najlepiej po wąskich, wyboistych ścieżynach jestem zmęczona fizycznie i gotowa na powrót.  Znów mam siłę być Atlasem.
Tak było w niedzielę.
Odkryłam szlak, który być może będzie mi tu ratował zdrowie psychiczne. Nie jest idealnie – zbyt blisko jest ruchliwa droga- ale dość odludnie i dość pięknie.
Nie jest to wijąca się Łyna, Lidan jest prosty jak struna, ale odbija niebo.
Zdjęcia są tu

Nocnie

Zamykam oczy tylko na …

Zamykam oczy tylko na chwilę i ta chwila mija.
Wszystkie marzenia przesuwają się przed moimi oczami.
To dziwne.
Pył na wietrze, wszystko czym one są to tylko pył na wietrze.

Ta sama stara piosenka
zaledwie kropla wody w niekończącym się morzu.
Wszystko co robimy to kruszenie ziemi.
Udajemy, że nie widzimy pyłu na wietrze.

Nie trzymaj się tak kurczowo.
Nic nie trwa wiecznie prócz ziemi i nieba
Wszystko inne odchodzi
i nawet za pieniądze świata nie kupisz minuty życia
Wszystko czym jesteśmy to tylko
pył na wietrze.

16 kwietnia

Ponieważ Młody w Polsce …

Ponieważ Młody w Polsce – mam własny pokój. Niestety – dziś kończy się to dobre – Młody wraca. 
Zdecydowanie powinnam mieć własną sypialnię. No co ? Z wieku i urzędu mi się ten zaszczyt należy…

Odespałam w końcu stresy egzaminowe. I te rodzinne. Okazało się, że za wcześnie się ucieszyłam kocią rejteradą z placu boju. Przedwczoraj po południu siadłam sobie na podłodze przy łóżku. Kocio natychmiast się zmaterializował za moimi plecami, a Mały Potwór przy moich nogach. Pech chciał, że Mały Potwór koniecznie chciał się pochwalić staniem a może chciał wreszcie zajrzeć w kocie oczy ? Usłyszałam za plecami syk, złapałam Potwora i odciągnęłam, ale było za późno. Kocio bowiem najpierw wystawił pazury a dopiero potem syknął. Chyba. Potwór ma gustowny sznyt na czole. Miśka patrzyła na mnie z wyrzutem tym większym, że rano, zaaferowana egzaminem omal nie rozbiłam lampy o Zozolową główkę. Czy już zasługujemy na miano rodziny patologicznej ? A jeśli powiem, że ze trzy tygodnie temu Zozol spadł z łóżka, rozbił nos i wylądowaliśmy na pogotowiu ?
…wygląda na to, że moje dzieci powinny czuć wdzięczność do losu, że matka ich nie pozabija w niemowlęctwie…
Zatem odespałam stresy.
I jak …? Pytacie.
A bo ja wiem ?
Napisałam 5 stron na temat wampirzej mody. Nie żeby temat był mi jakoś szczególnie bliski, ale uznałam, że tu przynajmniej mam coś do powiedzenia. No bo o czym ?
Motywem przewodnim całego egzaminy były znaki i sygnały. Ubranie, tatuaże, frazesy, internet i wampiry z wilkołakami. Takie były tematy tekstów. Można było wybrać temat i napisać zalecony doń tekst. Artykuł prasowy, debatę, rozprawkę. Niestety żadnego eseju.
Pisząc tekst należało się trzymać zaleceń (w przypadku wampirów i wilkołaków – napisać artykuł, porównać co najmniej dwie wampirze postaci z czego jedna musiała pochodzić z broszury egzaminacyjnej, podyskutować dlaczego wampiry są inspiracją no i powiązać to jakoś z tematem przewodnim czyli znakami lub sygnałami). Oczywiście po szwedzku.
Przeleciałam przez przerażającego Draculę, potem wspomniałam Thriller Jacksona, potem wampira z Sapkowskiego Sagi o Wiedźminie, potem Zoey z Wybrańca(fragment był w broszurze) a na koniec Edwarda Cullena ze Zmierzchu. Podsumowałam, że z jednej strony jest to być może tęsknota za oderwaniem się od rzeczywistości, z drugiej być może moda, wykreowana przez media i psychologów by pokazać młodzieży model miłości romantycznej i czystej – podparłam to cytatem psychoterapeuty z broszury. I podsumowałam, że być może cała współczesna fascynacja wampirami jest znakiem, że ludzie tęsknią do magii i cudów, które kiedyś otrzymywali za sprawą wiary w Boga (Bogów).  
Nie ma, jak widać, tego złego co by na dobre nie wyszło. Wyśmiewam Zmierzch gdzie popadnie, ale te pół przeczytanej książki na coś się przydało. Największy problem miałam jak przetłumaczyć słowo "wiedźmin". Na szczęście Dziecko w Polsce wiedziało, bo czytało szwedzkie tłumaczenie Ostatniego
Życzenia.
Co będzie to będzie.
Mam ferie świąteczne, okna wołają o ścierkę, szafki w kuchni też.
Szwedzki WOS leży odłogiem, zaległe sprawdziany śnią mi się po nocach.
Wiosennie. Ptasi rejwach zagłusza samochody. Trawa rośnie, drzewa pączkują. Kwiaty kwitną na trawnikach ale magnolie jeszcze nie. Po długiej zimie, wiosna w tym roku jest o jakieś dwa tygodnie do przodu w porównaniu do lat ubiegłych.
Ciekawe czy na Warmii drzewa jeszcze mają tę zieloną mgiełkę czy już liście. Może Młody przywiezie zdjęcia…