W glorii chwały i oparach zawiści

wychodziła przedwczoraj …

wychodziła przedwczoraj moja córka ze szkoły.
Czekałyśmy na nią – Zozol i ja.
Zozol miał na sobie koszulkę "I love mum" i przytulał do siebie bukiet róż, bo to Dzień Matki był, i moja córka świętowała go po raz pierwszy, więc chciałam, żeby było …pamiętnie.
Ja czekałam z kartką z gratulacjami, bo tego dnia Misia zdała egzamin i zakończyła naukę "Szwedzkiego dla imigrantów" (SFI).

I jak to zwykle bywa w takich chwilach – jedni cieszyli się wraz z nią, zwłaszcza ci, którzy też skończyli. Inni popatrywali z niechęcią, rzucali zdawkowe "gratis" czyli szwedzkie gratulacje, a na twarzach mieli wypisane "no i co się tak cieszysz?" "trafiło się ślepej kurze ziarno" po których rozpoznawałam rezydentów "odwiecznego stoliczka pod oknem".

Tak czy siak – od jesieni idą zmiany.
Jeszcze walczymy o przedszkole dla Zozola. Niby duże miasto, niby przedszkoli dużo…a jedyna placówka w której jest miejsce to szkoła, której absolutnie nie chcemy.
To ta, gdzie na całą grupę przypadało zaledwie dwoje szwedzkich dzieci a na szafkach napisy były po szwedzku i arabsku.
Tymczasem koleżanki córka, nosząca szwedzkie nazwisko bez problemu dostała się do wybranego przedszkola.
Przypadek ?

O dzieciach, imionach i ukrytym rasizmie

Nie wiem jak długo mi …

Nie wiem jak długo mi się uda popisać.
Zozol jest niestety jest nieodrodnym dzieckiem cywilizacji oraz wnuczką swojej babci. Kocha komputer, szczególnie mój. Bo jak się człowiek mocno uprze to różne rzeczy się wyświetlą na ekranie a i dźwieki można wygenerować nie tylko z własnego gardła. Albo tę klapkę można babci zamknąć i wtedy babcia zajmie się wnuczką- pośpiewa, ponosi, pobawi się w akuku albo w złapięcię.

10 dni jej tylko nie było. Wyjeżdżał dzidziuś, wróciło dziecko.
Rozkoszna jest…

Córeczka Gulsum jest malutka, nie odważyłam się wziąć jej na ręce. Dali jej tureckie imię oznaczające tę, która jest najpiękniejsza i najmądrzejsza – Bihter. Ponieważ było mi trudno zapamiętać, może dlatego, że imię wydaje mi się twarde i mało "przytulne" dla dziewczynki, skróciłam do Bi a po namyśle dodałam lilla i teraz jest Lilla Bi. Pszczółka ( bi to po szwedzku pszczoła) nawet po polsku brzmi nieźle, prawda ?
Namawiałam Gulsum, żeby dała małej jeszcze jedno, bardziej międzynarodowe imię. Szczególnie zachwalając Zofię czyli Sofię. (mała urodziła się 15 maja a stolicą Bułgarii jest Sofia).

No ale z drugiej strony w Bułgarii wciąż prócz nazwisk funkcjonuje "ot’czestwo" czyli przydomek od imienia ojca więc mała Bi w efekcie nazywałaby się Bi Sofia Dżodżowa Cośtam, a oni wciąż rozmyślają o tym, by jednak zebrać jak najwięcej kasy i wrócić, otworzyć restaurację, która póki co stoi i czeka…
Ale jak nie wrócą mała będzie miała utrudnione życie, szczególnie jak zacznie szukać pracy.
Bo w Szwecji oczywiście jest demokracja, tolerancja, równouprawnienie i żadnego rasizmu. Pod warunkiem, że cudzoziemiec-emigrant godzi się na zajmowanie stanowiska wskazanego mu przez system czyli najczęściej tego w niższych strefach stanów niskich. Nawet statystyki mówią, że o "dobrą" pracę łatwiej tym co mają na imię Adreas niż Ahmed. Nawet jeśli Ahmeda rodzina żyje tu od dwóch czy trzech pokoleń a Andreas przyjechał z Anglii – ale to już nasze, emigranckie spostrzeżenia.

Tymczasem chyba wreszcie przestało wiać, więc jest szansa, że będzie można wyjść z Zozolem na dwór bez obawy, że wichura urwie nam głowy. Młody jest znów przeziębiony. Kazałam iść do lekarza. Tak, wiem, najpierw trzeba będzie udowodnić pielęgniarce, że alvedon, picie i łóżko już stosowaliśmy, zasugerować alergię i testy albo badanie krwi czy piorun wie co jeszcze. Bo nie wydaje mi się, że to jest zupełnie naturalne, że człowiek smarka, kicha, prycha, ma bolące gardło i temperaturę co trzy tygodnie. Niestety- na spotkanie z pielęgniarką muszę iść z Młodym, bo Młody sobie spokojnie da wmówić ten alvedon. Oraz brak odporności z powodu braku ruchu na świeżym powietrzu.

Zozol wstał.

Jak trzeba

Otwieram oczy i od razu …

Otwieram oczy i od razu widzę niebo. Czasem błękitne jak oczy Zozola a czasem szare. Widzę flagę na szkolnym maszcie i wiem czy znów wieje mocno czy tylko trochę.
Dziś niebo jest w różnych odcieniach szarości aż do białego. Czasem przedziera się odrobina słońca. Flaga na maszcie tańczy na różne strony.
Zatem wieje. I pewnie znów będzie "deszczyć". Szwedzi na deszcz mówią "regn", a kiedy chcą powiedzieć że pada mówią "regnar" czyli deszczy. Rower jest "cykiel" a jazda na rowerze to "cykla"  no to po polsku będzie rowerować. Bardzo się nam, Miśce i mnie, spodobało wymyślanie takich czasowników.
Zatem będzie deszczyć.  Tak sobie notuję po otwarciu "martwej powieki". Ramię mi ścierpło- no tak Kocio znów musiał spać jak najbliżej Pańci czyli nosio do nosia.
Notuję te wszystkie poranne informacje, codziennie te same choć co dzień nie takie same. Dziś dochodzi jeszcze jedna.
Słyszę z drugiego pokoju znajomą śpiewankę, radosne popiskawania i okrzyki.
Zozol wrócił.
Zozol, który właśnie zabiera mi komputer.
I wszystko znów jest jak trzeba

Już wkrótce zawita do Ciebie listonosz…

Jeśli masz ponad 45 lat,…

Jeśli masz ponad 45 lat, kształciłeś się na prowincji w komunistycznej Polsce a twoje wykształcenie jest na poziomie szkoły policealnej. Jeśli mieszkasz na szwedzkiej prowincji i nie masz żadnego znajomego przedsiębiorcy – już wkrótce zawita do ciebie listonosz z takim anonsem:
 

Normal
0
21

Ponieważ nie posiada Pani umiejętności wymaganych na obecnym
rynku pracy a wiek sprawia, że nauczanie Pani jest wysoce nieopłacalne,
stwierdzamy iż jest Pani osobnikiem zbytecznym dla społeczeństwa. Z tego powodu
wzywamy Panią do stawienia się w najbliższym zakładzie utylizacyjnym, z wieńcem
na szyi i w łatwopalnym ubraniu. Przed przybyciem proszę pożegnać się z
rodziną.
Sprawę proszę traktować jako ostateczną.

 

Z poważaniem

Międzynarodowe Zrzeszenie Biur Pracy

Żyję!

Muszę szybko napisać co …

Muszę szybko napisać co mam do napisania, bo coś czuję, że za kilka godzin będzie to niemożliwe: rączki już teraz ważą tonę.
Wypłynęliśmy około godziny 18. Jezioro wydawało się niezbyt wielkie, ale ta woda jak na mój gust była zbyt ruchliwa a kajak zbyt skłonny do przechylania się. Co prawda, właściciele zapewniali, że nie da się go wywrócić, ale nie byłam przekonana.
Najlepszym lekarstwem na obawę okazało się wiosłowanie. Robiłam to z takim zapałem, że wysforowaliśmy się zostawiając naszych towarzyszy z tyłu.
(My – to znaczy Marcepanek i ja w jednym kajaku. Towarzysze- to trzyosobowa rodzina Szuwarków : mama Szuwarkowa, jej mąż, profesor-doktor nauk stosowanych, Szuwarek, oraz ich dziesięcioletni poTomek Szuwarek. Każde we własnym kajaku. Nawet dziesięciolatek.
Głupio mi się zrobiło, bo rzeczony poTomek, ledwie wypłynął na ten przerażający akwen rzucił absolutnie zachwyconym głosem:
– Ale fajnie! – gdy ja gotowa byłam błagać o wysadzenie mnie gdziekolwiek, byle na stałym gruncie.
Wyobraża to ktoś sobie ? Dziecko w łupince na wzburzonej wodzie, a mama woła radośnie:
– O, jak ja to lubię!
A my chcemy pretendować do miana Rodziny Patologicznej z powodu tych kilku siniaków i guzów, jakie sobie nabił Zozol.)
Zatem zatrzymaliśmy się. Towarzystwo nas dogoniło, fala nami chybotała. No dobra, zdecydowałam się uwierzyć przynajmniej w kapok. Ok. Nie utonę, albo nie tak od razu. Ale jak utopię Młodemu Nikusia, to lepiej, żebym utonęła wraz z nim.
A potem…
A potem to zapomniałam, że trzeba się bać. Bo było jak u Gałczyńskiego :

Jutro popłyniemy daleko,
jeszcze dalej niż te obłoki.
Pokłonimy się nowym brzegom
odkryjemy nowe zatoki.

Nowe ryby znajdziemy w jeziorach
nowe gwiazdy złowimy na niebie
popłyniemy daleko, daleko,
jak najdalej, jak najdalej przed siebie.

Starym borom nowe damy imię,
nowe ptaki znajdziemy i wody.
Posłuchamy jak bije olbrzymie,
zielone serce przyrody.

Najpierw była zatoczka. A potem wyspa, a potem jeszcze jedna zatoczka, i kolejna wyspa, i kolejna…
Do brzegu dobiliśmy mniej więcej około 21.55
Słońce już się schowało za lasem, zmierzch zapadał coraz szybciej.
W poświacie nadgryzionego księżyca pakowaliśmy kajaki na dachy samochodów. W krzakach podśpiewywał słowik. Naprawdę!

Ech. Zakochałam się.
Do domu dotarliśmy około północy a o pierwszej chrapaliśmy zgodnym dwugłosem.

Zdjęcia na prowincjonalnym. Będą.

 

Trzynastego maja, w piątek

jesteście pewni, że to …

jesteście pewni, że to dobra data na testowanie mojej osoby pod kątem przydatności w wodniactwie ?
Jakbym się długo nie odzywała – znaczy jakiś szwedzki Wodnik mnie porwał i więzi.
Przypominam, że …hm…pływam "na siekierę".
Tak wiem – popełniam wagary ze szwedzkiego. Świadomie i z premedytacją. O.

Tak się zaczyna

Mammograf był bardzo …

Mammograf był bardzo głośny, warczał, rozprasowując mi ramię na naleśnik. Przygniatał mnie kamieniem cięższym od wyrzutów sumienia.
Operatorka nie patrzyła co robi. Wreszcie udało mi się krzyknąć.
…i wtedy się obudziłam. Chyba. Bo mammograf dalej warczał i prasował mi ramię. Otworzyłam oczy.
Na moim ramieniu rozwalał się Kocio i wymownie mruczał do ucha tym dyskretnym znakiem dając mi do zrozumienia, że miska jest pusta, on się wyspał i właściwie to mogłabyś wstać, kto to słyszał, żeby pół dnia przesypiać.
Za oknem znów świeciło słońce na niebieskim niebie.
Była godzina 7.30 a za otwartym oknem wydzierały się mewy.
Konające z głodu zwierzątko wsadziło mordkę do miski, prawie uniemożliwiając nałożenie karmy.
Kawa była gorąca i słodka, a w domu panowała cisza.
Konające z głodu zwierzątko, powąchało karmę, polizało, skubnęło dwa kąski i spojrzało mi w oczy. "Już to jadłem. Wczoraj. (z naciskiem na wczoraj)Daj inne. Najlepiej rybkę. Albo surowe mięsko".
Odwróciłam się pięcie nie łapiąc tych subtelnych aluzji. No, taka mało pojętna jestem.
Uruchomiłam komputer, uprzednio rozsiadłszy się wygodnie na łóżku, wpierw umieszczając pieczołowicie kawę na łóżkowym stoliczku, który kocham. Maleńki koteczek skromnie przycupnął w rogu, zajmując zaledwie połowę łóżka.
Zasnął. Śpi. I mruczy.
Przez zakurzoną szybę wpada słońce, a z otwartego okna sączy się świeży, wilgotny po nocnym deszczu, zapach powietrza.
Cisza i tylko mruczenie futrzaka pokazującego biały brzuszek.
Tak zaczyna się dzień.
Pierwszy dzień reszty mojego życia – prawda, że wiekopomne odkrycie ?

Głód

Zupełnie niespodziewanie…

Zupełnie niespodziewanie odkryłam jeszcze jedną przyczynę mojego "nie-pisania". I nie chodzi tu tylko o bloga, ale też o tworzenie innych rzeczy. Choćby nawet miały pozostać niedokończone bo przyjdzie moment gdy pomysł wydaje się głupi i banalny.
Przestałam czytać. Od jakiegoś czasu prawie nie czytam. Nie czytam bo nie mam co. Biblioteka oferuje skąpy wybór książek polskojęzycznych, a w tym skąpym wyborze – jeszcze trzeba wybrać coś co będzie odpowiadało temu co lubię. Problem w tym, że nie wiem co lubię. Lubię, żeby mnie książka wciągnęła, żeby dzieje bohaterów zaciekawiły, żeby podobał mi się język, żebym opisywane miejsca mogła zobaczyć w wyobraźni. Żeby książka miała klimat, który odróżni ją od innych. Może być zabawna i lekka ale może być dramatyczna i trudna, że niemal po każdej stronie człowiek musi odłożyć i zaczerpnąć powietrza. Ale musi, jak pociągający facet, mieć to "coś"  co sprawi, że odłożona na stół będzie nęcić i wabić.

Jeden z MaliczikówKołchozników poprosił mnie o pomoc. Bo ma do niego przyjechać pisarka, która wykorzystała jego wiersze w swojej ostatniej powieści. Że on niezłe te wiersze pisze, to wiedziałam, choć czasem z niego żartuję, że pewnie sam tych swoich wierszy nie rozumie.
Nazwisko pisarki nic mi nie mówiło. A jak mam znajomą Polonię namawiać na spotkanie to muszę wiedzieć z kim. I muszę wierzyć, że osoba jest interesująca. Ale pisarka z Mrągowa a nawet spod. Znaczy -prowincja zapachniała. Malczik miał książkę- pożyczył mi.
No i właśnie przy niej odkryłam, czego mi brak.
Nazwiska nie zdradzę, póki ta wizyta pewna nie będzie.

PS. Nasza sobotnia eskapada w plener przyniosła między innymi taki plon >>klik -klik<<
No i niech mi kto powie, że świat piękny nie jest.