Polska służba zdrowia

<div style="text-align: …

Dawno temu moja koleżanka z podwórka wyemigrowała do Kanady. Urodziła sobie tam dziecko i z tym dzieckiem przyjechała na wakacje do rodziców. Spotkałyśmy się na podwórku. A ponieważ ja wtedy też byłam świeżo upieczoną mamą…to wiecie jak jest. Najpierw kupki i ząbki a potem, nie wiadomo kiedy wrażenia z porodówki.
Koleżanka jakieś bujdy opowiadała. O oddzielnym pokoju, normalnym łóżku, jakichś piłkach czy innych pomocniczych akcesoriach. Był początek lat 90 i w Polsce, a przynajmniej w Olsztynie nikt o takich fanaberiach nie słyszał.
– Ale następne urodzę tutaj – zakończyła koleżanka czym wprowadziła mnie w stupor.
– No wiesz…co u siebie to u siebie. No i tu mam pewność co do lekarzy.
No tak, z tym dyskutować nie mogłam, bo jej mama była lekarzem-pediatrą, która za dobre zachowanie przy badaniu wypisywała witaminę C. Na osłodzenie życia po zastrzykach na bolące ucho.
Zawsze uśmiechnięta, emanowała ciepłem i spokojem. Przechodząc przez poczekalnię potrafiła rzucić
– O, jaki piękny kaszel – w stronę jakiegoś zaplutego malucha i maluch się cieszył, że się pani doktor przypodobał. W Miasteczku do dziś żyją całe rzesze dorosłych dzieciaków pacjentów pani doktor i jak sobie czasem ze znajomymi wspominamy, to okazuje się, że tej pani doktor nigdy się nie baliśmy.
…Inna moja znajoma, przebywająca na emigracji we Włoszech, mając świeże dziecko dzwoniła rozpaczliwie do matki nakazując jej wysłanie polskich medykametów dla niemowlaka, bo od tych zagranicznych pachnących dzieciakowi zrobiła się tarka ze skóry.
Jeszcze inna, tym razem z Niemiec, zwykła mawiać, że jakby co, jakby jakaś poważna choroba, to ona chce do Polski, bo ci niemieccy lekarze, to na niczym się nie znają.
Słuchałam, wzruszałam ramionami. Ale przyszła kryska na Matyska.
Zozol dostał temperatury, z nosa się leje, kaszel ją zatyka, jest słaba, niezbyt chętna do zabawy.
Pielęgniarka z przychodni miała szczerą chęć zalecić alvedon ale kategorycznie zażądałam, żeby malucha ktoś osłuchał.
Doktor zgodnie ze zwyczajem nie wszedł a wkroczył. Nie uśmiechnął się do dziecka, nie raczył się przedstawić, suchym głosem polecił rozebrać dziecko. Dziecko na widok obcego rozryczało się na cały głos.
Doktor bezceremonialnie przyłożył słuchawkę, potem włożył wziernik do ucha, potem patyk do buzi. Na koniec stwierdził, że on niczego nie słyszy, bo dziecko głośno płacze. Co sobie pomyślałam to spuśćmy zasłonę milczenia.
Tylko proszę się nie dziwić, że napadłam znajomego lekarza z prośbą o pomoc. Polaka oczywiście. Ten na pewno będzie umiał zbadać dziecko…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s