Szukanie pracy

<p …

Szukanie pracy to nie jest łatwe zajęcie dla kogoś, kto jak
dotąd nie musiał specjalnie tego robić, kogo właściwie to praca znajdowała.

Napisać CV, nawet w obcym języku, to nie jest specjalna filozofia, choć
oczywiście CV w Polsce ma nieco inne prawa niż CV w Szwecji.
Napisać list motywacyjny to już inna historia. Pisząc list motywacyjny musimy
pamiętać bowiem, że to jest to, co zastępuje naszą osobista prezentację. W
Szwecji składanie podań o pracę odbywa się najczęściej drogą internetową lub
pocztową. Bardzo rzadko  robi się to
osobiście. I w tej sytuacji nie ma innego wyjścia jak napisać taki list, który
zwróci na nas uwagę. Wiadomo, że każdy, kto aplikuje na pewne stanowisko
posiada odpowiednie kwalifikacje i staż pracy, więc tym raczej trudno
zaciekawić potencjalnego pracodawcę. No chyba, że ktoś jest geniuszem i w wieku
25 lat ma doktorat z ekonomii i 15 lat stażu pracy…
Zdjęcie może pomóc, szczególnie jak się dobrze wygląda i ma dobrego fotografa,
inaczej lepiej sobie darować. Zdjęcia na szczęście nie są obowiązkowe. List
motywacyjny jako urzędowy, oficjalny dokument powinien być pozbawiony rameczek,
zawijasków i innych ClipArtów, no chyba, że ubiegamy się o stanowisko artysty.
Więc jakie narzędzie do zwrócenia uwagi nam zostaje ? Treść. Li i jedynie.
Treść ma pobudzić zainteresowanie pracodawcy, ma sprawić, że wydasz się
kandydatem stworzonym na to stanowisko i wartym by go poznać. Treść ma być
niezbyt długa, ma pokazywać nas samych, a jednocześnie odpowiadać na kilka
pytań „Dlaczego chcę tu pracować ? „ 
„Co dobrego wyniknie z zatrudnienia mnie dla pracodawcy”.
Odpowiedzieć na te pytania wcale nie jest łatwo.
Więc siedzisz człowieku nad tym nieszczęsnym listem, głowisz się i głowisz.
Piszesz, skreślasz, poprawiasz, przywracasz, odwracasz. Jeśli piszesz we
własnym języku. Gorzej jak musisz pisać w języku, który może nie jest dla
ciebie całkiem obcy ale nie władasz nim tak samo sprawnie jak ojczystym.
Słowniki, google-translate, telefony do przyjaciela, word-sprawdzanie tekstu.
Wreszcie – jest. Dumna z siebie oddychasz z ulgą. A wtedy koleżanka z biurka
obok, rodowita Szwedka zagląda ci przez ramię, pytając grzecznie czy może,
zahacza wzrok o pierwsze zdanie i cichutko szepcze, że to dziwnie brzmi, czy
może dać ci małą radę, bo to by lepiej brzmiało, gdybyś napisała…
Z wdzięcznością przyjmujesz pomoc, w efekcie której każde, wycyzelowane przez
ciebie zdanie poddane jest rozmaitym przeróbkom i to, co wydawało ci się
kwestią chwili staje kilkugodzinną pracą. Zmęczona, skonfundowana, zbita z
pantałyku, odarta z językowej pewności siebie, wreszcie otrzymujesz swój list
na powrót i widzisz, że tak teraz brzmi dużo lepiej jednocześnie zachowując to,
co chciałaś wyrazić.
Jeśli masz to szczęście i masz pod rękę coacha idziesz z tym listem do niego,
ale dopiero następnego dnia, i prosisz żeby rzucił okiem. Pół dnia później
nieśmiało pytasz czy już. Już, zaprasza cię do biurka, wyciąga twój
list…pokreślony w różne strony. Coach nie jest tubylcem, ale mimo twardego
akcentu, językiem włada bardzo dobrze. Jednak – czy na pewno jego szwedzki jest
lepszy od szwedzkiego koleżanki, która w dodatku zarabiała na chleb pisząc
slogany reklamowe ? Myślisz sobie kawałkiem mózgu. Reszta skupia się na
zrozumieniu rad i zapamiętaniu słów napisanych niewyraźnie.
Wracasz do biurka. Po raz kolejny przerabiasz list. Koniec kropka – więcej go
pokazywać nie będziesz, i tak strawiłaś nad nim prawie tydzień. Wysyłasz. A
potem czekasz. I czekasz. I czekasz. I…
Dobrze jak po jakimś czasie dostaniesz odpowiedź „wybraliśmy kogoś innego”. Ale
zwykle nie dostajesz. Mozolnie piszesz kolejny list i kolejny i kolejny, przy
każdym przechodząc podobną ścieżkę.
Aż wreszcie w czasie przerwy śniadaniowej słyszysz opowieść jugosłowiańskiej
koleżanki, której ktoś doradzał zmianę imienia i nazwiska, bo podania sygnowane
obco brzmiącym nazwiskiem najczęściej nie są nawet czytane. Inna koleżanka,
Szwedka, której mątaż pracował przy werbowaniu pracowników potwierdza tę tezę.
Ale na koniec dodaje anegdotkę.
Jej mąż odczytał podanie niejakiego Ahrama Ibrahimovica (imię i nazwisko
fikcyjne) i zdecydował się zaprosić do jednak na rozmowę. W oznaczony dzień, w
oznaczonej godzinie wyszedł do hollu i zaczął się rozglądać, który z kręcących
się tam ludzi mógłby być owym Ahramem. Ale nie było nikogo ciemnoskórego,
ciemnowłosego, ciemnookiego. Stał tam jak słupek dłuższą chwilę, aż ktoś
popukał go w ramię. Odwrócił się. Przed nim stał doskonale skandynawski
osobnik, jasnowłosy i jasnooki,  który
odezwał się doskonałą, najczystszą szwedczyzną:
– Czyżbyś szukał jakiegoś Nigra ?   

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s