8:15

a za oknem ciemno. No…

a za oknem ciemno. No może nie całkiem mrok, świt. Grube chmury są też w pewnym stopniu winne temu co za oknem, ale jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nadszedł czas rannego mroku i wczesnych wieczorów. Czas świeczek, lamp solnych i wełnianych skarpet. Gdyby nie tylko nie ten uporczywy deszcz…Pada 6,5 dnia w tygodniu. Nie pamiętam jeszcze tak deszczowej jesieni tutaj. Szaro, szaro, szaro. Prawie czuję jak między palcami wyrastają mi błony, a za uszami tworzą się skrzela. Na dodatek i całkiem realnie odczuwam boleści we wszystkich stawach ze szczególnym uwzględnieniem newralgicznego barku oraz prawego nadgarstka. Imbir, dodawany do herbaty już codziennie, nie skutkuje. Dłuższe czytanie jest wykluczone, bo ból nie daje zbyt długo trzymać książki.

Mieszkanie Ingrid (tej od kota Rasmusa) stoi puste. Ale podobno tam, gdzie teraz mieszka pozwolili jej wziąć kota. To powiedział Göte, nasz sąsiad z drugiej klatki, zwany przez nas Gadułą. Ten, który dwa tygodnie temu był u nas na kolacji.  Ostatnio przybiegł z zaproszeniem na 3 listopada do nich.  No to będziemy się gościć znowu. Mąż się znowu robi miny, choć zaraz po ich wyjściu stwierdził zaskoczony, że było fajnie. Mnie też nie cieszy jakoś nadmiernie perspektywa kilku godzin w towarzystwie mało znanych mi ludzi i używania wyłącznie szwedzkiego.
Zdziczeliśmy przez ostatnie dwa lata, kiedy to nie za bardzo był klimat do spotkań towarzyskich w naszej rodzinie. Nasz ulubiony sposób na czas wolny to każde z nosem we własnym komputerze, każde w innym pomieszczeniu. Tak naprawdę nie można. Trzeba się choć odrobinę zsocjalizować, bo obcowanie z innymi zawsze coś wnosi do życia a na pewno pomaga wprawiać się w języku. M. niby się ze mną zgadza, ale wzdycha ciężko, aż mnie czasem irytuje.   
A tymczasem nurtuje mnie dylemat kto zajmie miejsca po Ingrid i modlę się w duchu, żeby to tylko nie była jakaś młódź co będzie w każdy weekend łomotać muzyką po uszach tak, jak to było w poprzednim mieszkaniu. Kilka dni temu wyprowadzałam Kocia na spacer. Wyprowadzanie odbywa się tak, że najpierw Kocio siada pod drzwiami i miauczy. Miauczy i miauczy. O różnych porach dnia to robi, jak mu się przypomni, więc czasem bywam w piżamie, prosto z łóżka, a czasem prosto od kuchni, w fartuchu. Więc muszę choćby garnek z palnika zdjąć, albo jakąś bluzę na siebie naciągnąć. A ten miauczy. Wreszcie otwieram mu drzwi, Kocio wystawia ostrożnie nos. I czeka. Ja w tym czasie schodzę kilka schodków niżej, otwieram mu drzwi na dwór, wracam, staję na przeciwko i tłumaczę jak komu dobremu, że nikt go nie zje, że nikogo nie ma, że to co tak bębni to deszcz o świetlik na ostatnim pietrze, a to co stuknęło to drzwi u sąsiadów, że samochody przecież jeżdżą po ulicy a nie po chodniku koło wyjścia. Kocio siedzi, węszy, namyśla się. Czasem łaskawie wyjdzie na dwór, a czasem tylko schodzi na schodki przed drzwi, wystawia nos i natychmiast zwiewa, bo jego siódmy zmysł mówi mu, że powinien. Ostatnio, kiedy tak zwiał do progu mieszkania, chwilę potem zza rogu wyszedł jakiś mężczyzna i skierował się do naszej klatki. Kocio wiedział, zanim go zobaczył. Kilka dni,  po południu gdyśmy tak odprawiali nasz codzienny ceremoniał Kocio zatrzymał się w półschodka bo pod drzwiami zmaterializowała się pani z panem. Tacy na oko po pięćdziesiątce. Naturalnie natychmiast zaciekawił ich ogromny, czarno biały kocur i zaczęli pytać co to za rasa. Po czym zapytali czy mieszkam gdzieś na górze więc wskazałam swój balkon. A czy tu się dobrze mieszka, czy spokojnie, czy sąsiedzi dobrzy, bo oni przyszli mieszkanie oglądać. Kocio w między czasie przesmyknął się między ich nogami i poszedł sprawdzić co jest w tych wielkich donicach, które kilka dni temu się pojawiły. Zachwaliłam mieszkanie, sąsiedztwo, okolicę, zgoniłam Kocia z donicy bo przymierzał się do obgryzania wrzosu i pogadałam jeszcze chwilę i wróciłam do domu. Chwilę potem usłyszałam głosy na klatce i poczułam ocieranie się Kocia o nogę. I tak sobie myślę, że jeśli Kocio się ich nie bał, to może to jacyś sympatyczni ludzie i warto trzymać kciuki, żeby to mieszkanie wzięli.
Dlaczego koty się nie spieszą? Bo mają 9 żyć. A dlaczego tyle ? Dlatego:

Misia też chce zmienić mieszkanie, ale stwierdziła, że tak blisko to by nie chciała mieszkać. Ona nie, ale Zozolek pewnie byłby szczęśliwy. 
…ale to opowieść na inny dzień.
 Tymczasem jest 9, a za oknem nadal szarówka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s