Taki sobie piątek

Lubię to. Naprawdę …

Lubię to. Naprawdę lubię.
Wstać rano, jak najwcześniej. Wypić kawę i iść na spacer.  Ale nie taki spacer noga za nogą, nie nie, taki bardziej marsz. Szybko, tak szybko jak się da. Aż się gorąco robi a koszulka nadaje się wyłącznie do prania. Potem przyjść, zjeść śniadanie i …wtedy można stawiać czoła rzeczywistości.
Dlaczego tak rzadko stosuję ?

Trójka sobie cicho mruczy.
Za oknem, na balkonowym karmniczku co chwilę lądują sikorki albo wróble, albo mazurki.  Niebo z błękitnego zasnuwa się rozbieloną szarością. Kocio, rozciągnięty na całą długość, śpi obok mnie na kuchennej ławce. Ławkę kupiłam, żeby móc wygodnie wyprostować nogi kiedy czytam w kuchni. Nic z tego. 3/4 ławki zajmuje kot. Na nogi nie ma miejsca. Przecież nie wygonię śpiącego kota. Śpi chrapiąc. Jak zawsze blisko mnie, najbliżej jak się da, bez tracenia wygody. Patrzę na niego i serce mi topnieje. Bo czasem się złoszczę. Że sierści pełno, że żwir znów wysypany a kupa obok kuwety, choć ledwie co posprzątałam. Że miauczy pod drzwiami. Że wypuszczony – zastanawia się długo czy wyjść. Że na stół włazi, że łapą usiłuje sięgnąć do tego co jem, że Zuzię drapie. Tak się  złoszczę, narzekam, gderam do niego i na niego. A wystarczy, że zmienię miejsce przebywania a kot się natychmiast materializuje przy mnie. Nawet w nocy, gdy raz śpię z głową raz przy drzwiach a raz przy ścianie, Kocio podąża za mną. I gdy przekładam się z boku na bok. Układa się mordką w moją stronę, najlepiej nosio-do-nosia, ale jak nie, to choćby grzbietem do ręki.
Przyzwyczaił się Kocio, że w dzień dom pustoszeje, chowa się wtedy do szafy, na moje skarpetki i majtki i tam śpi póki nie wrócę. Wychodzi wtedy zaspany, jeszcze nieprzytomny. Ale nich tylko spróbuję wyjść z domu wieczorem. Siada pod drzwiami i płacze rozpaczliwie póki go ktoś spod drzwi nie przegoni.
Wzrusza mnie jego przywiązanie, bezwarunkowa miłość, którą mi oszczędnie okazuje. No i…lubię go mieć koło siebie. Tak blisko, że kiedy tylko zapragnę mogę poczuć pod ręką miękkość jego futerka.
  
Może…Może nie jestem taka najgorsza, skoro kot mnie kocha ? Bo w naszym domu zawsze bardziej kochany przez dzieci i zwierzęta jest mój mąż. Nawet Zuzia pierwsze, ludzkie co zaczęła wołać „diadiu”. Potem poszły inne słowa ple-ple jak jabłko, mjo jak mleko, mamma, upa jak pupa, apki jak czapka, cici jak dzieci. Od dwóch dni jest wreszcie „ba-pi” jak babcia. W końcu, bo już mi smutno było, że każdy zasługuje na miano a ja nie. Doczekałam się wreszcie. A Zozolowi słowa się wysypują. Zbierała je przez dwa lata i trzy miesiące a teraz każdy dzień to kolejne słowa, nie nadążam za wszystkimi.
Tu utknęłam, bo nie wiem jak opowiedzieć więcej. Bo jak próbuję to idą same przymiotniki…

Z ranka robi się południe. Na obiad będą pyzy, a tu nawet mięso nie wyjęte. I dwie sowy trzeba jeszcze uszyć. A najpierw zaplanować. Pszenica już stoi w worku. Prosiłam o dwa -trzy kilo. Dostałam dziesięć razy więcej. Muszę się odwdzięczyć pszenno-lnianą poduszką.

A moja przyjaciółka, ta najdawniejsza, Marzenka kilka tygodni temu została magistrem. A teraz jest w Indiach. Taką sobie nagrodę zafundowała. Czekam kiedy wróci, ciekawam co tam przeżyje, czego doświadczy.

I tak mi się codziennie dni toczą.  
 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s