Bubel literacki czyli dlaczego nie lubię amerykańskich powieści.

Nie wiem jak to się …

Nie wiem jak to się dzieje. Może wybieram powieści określonego gatunku i dlatego tak trafiam. A dzieje się tak, że biorą książkę do ręki znęcona okładką, wyrywkowym zdaniem ze środka książki, czyjąś recenzją. Zresztą każdy kto czyta, wie jak to jest – nie do końca da się opowiedzieć dlaczego sięga się po właśnie tę, a nie inną z tysiąca książek stojących obok. Nazwisko autora najczęściej jest mi nie znane, bo pisarzy na świecie jest wielu i choćby nie wiem jak dużo człek czytał, nie będzie znał wszystkich. A to, że nazwisko nie jest znane nie musi oznaczać, że książka jest nie warta czytania. Zatem biorę, czekam niecierpliwie na chwilę świętego spokoju, żeby się raczyć kolejną historią. Siadam, zaczynam, zagłębiam się w świat, odpływam…I biada temu autorowi, za sprawą którego z błogiego zaczytania wyrwie mnie jakiś zgrzyt. Jeśli zgrzyt będzie jeden – przełknę i pójdę dalej, ale jeśli za chwilę znów mi coś zazgrzyta wtedy już złośliwie będę wyszukiwała następne potknięcia. Czasem doprowadza to do odrzucenia książki z głębokim, pełnym irytacji zawodem. Czasem, rzadko, ale bywa, jeśli historia wciąga, doczytuję tę książkę do końca, aczkolwiek z poczuciem  krzywdy i bycia oszukaną. Zawsze jednak, kiedy zgrzyty wyrywają mnie ze świata, w którym byłam, sprawdzam kim jest ów barbarzyńca, ten przestępca, którego powinni skazać na karę ciężkich robót za marnowanie dobrej historii i stworzenie literackiego bubla. I dziwnym trafem tak często okazuje się, że jest to Amerykanin (lub Amerykanka) że zaczynam czuć awersję do całej literatury pochodzącej zza oceanu. 

Pamięta ktoś, jak w latach komunizmu telewizja serwowała nam rosyjskie filmy ? Nabijaliśmy się z nich wyliczając, które z trzech typowych scen już się pojawiły w filmie. Pociąg był, deszcz był, a to zaraz pojawi się i gitara.  
Adekwatnie do rosyjskich filmów w amerykańskich powieściach odkryłam trzy, charakterystyczne cechy, które powodują, że książka z niezwykłej staje się sztampowa.
Po pierwsze Deus ex machina 
Bohater, a częściej bohaterka, miota się po poniesionej klęsce życiowej, w której traci wszystko, lądując na samym dnie drabiny społecznej. I wtedy, niczym  duch z maszyny, pojawia się ktoś w rodzaju dobrej wróżki, kto za pomocą jednego gestu sprawia, że bohater/ka znów znajduje się na szczycie. Nie ma ciężkiej pracy, oszczędzania, kształcenia się i powolnego pięcia w górę. Nie. Jest pstryk i bohater staje się osobą sukcesu. To jest sukces?
Że bohater sam niczego nie wywalczył, a jedynie poddał się temu co mu los, a raczej autor zapisał ? 
Po drugie Nimfomania
Jeśli wierzyć amerykańskim powieściom wszystkie, ale to absolutnie wszystkie amerykańskie dziewczyny to nimfomanki. Od pierwszego wejrzenia marzą o uprawianiu seksu z ukochanym, przy czym nie ma znaczenia czy są dziewicami czy nie, ale od razu, za pierwszym razem, przeżywają orgazm gigant. Potem już zwykle bywa tylko lepiej. Jeszcze pół biedy jak takie głupoty pisze facet. Ale kobieta zazwyczaj wie, że to tak nie działa. No chyba, że jest się nimfomanką.
Po trzecie Prawo Kalego 
Przyjaciółka zawsze okazuje się tą podłą i śpi z facetem bohaterki. Sprawa wychodzi na jaw, bohaterka ma zranione podwójnie serce. A koniec jest zawsze taki sam: ona sama zakochuje się w mężu przyjaciółki, ale namiętność jest tak silna po obu stronach, że jest usprawiedliwiona. No czyż to nie klasyczny przykład „Kalemu ukradli kozę – to bardzo źle. Kali ukradł kozę – to dobrze”

Cały ten, przydługi może wywód, spowodowany jest przez kolejny literacki bubel, na jaki trafiłam. „Gorzka czekolada” autorstwa Lesley Lokko. Wszystkie trzy powyżej wymienione cechy znajdują się w tej powieści i to w dodatku w potrojonej wersji ponieważ bohaterki są trzy.
Prócz tego, powieść uatrakcyjniają pomyłki logiczne w powieści. Bohaterka opuszcza dom z powodu ciąży, którą matka przyjaciółki poznaje wyłącznie po jej oczach. Ale kierowca taksówki, który odbiera bohaterkę z lotniska, widzi jej wystający brzuch.
Ta sama bohaterka raz ma termin porodu na luty, innym razem na maj. Różnica wieku między bohaterkami raz wynosi dwa lata, innym razem sześć.
Tłumacz, Rafał Lisiński, też się jakoś nie sprawdził. To co mnie najbardziej  zirytowało to notoryczne używanie słowa szafoi zamiast szafa.
Całości bubla dopełniły redaktorka Elżbieta Kobusińska, która na takie rozbieżności uwagi nie zwróciła oraz korektorki Marianna Filipkowska i Irena Kulczycka, które wypuściły całe rzesze denerwujących literówek.
Za całokształt można podziękować wydawnictwu Świat książki.
Gratuluję! Jeśli wszystkie ich powieści mają taki poziom to już wiem, żeby trzymać się od nich z dala.   
Tylko szkoda mi fajnej historii o trzech młodych i pięknych dziewczynach, które pozbawione wsparcia rodziców i rodziny szukają swojego miejsca w życiu. W książce jest kilka bardzo dobrych momentów, ciekawie opisany jest przemysł włókienniczy w Ghanie, nieźle pokazany jest werbunek młodych dziewczyn do świata kina dla dorosłych. I za to dałam książce ocenę   
2,5 w sześciostopniowej skali. Mogła być z tego bardzo dobra powieść, wyszło czytadełko o jakości Trędowatej, tyle że z amerykańskim, a jakże happy endem.
Nie polecam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s