Bo na imię mam Kubek a nazwisko Kawowy



<p …



– Nie, Gulsi, to nie jest kubek do kawy – powiedziałam, gdyśmy się wreszcie spotkały na poranne pogaduchy. Ja po pracy, ona po odwiezieniu małej Bi do przedszkola. Gulsum właśnie oglądała  zachód słońca nad Finlandią. Nie, nie na żywo,  na kubku, który mi mąż kupił na pocieszenie na promie z Helsinek, bo odkryłam, że kubek kupiony w Helsinkach jest pęknięty.
– Dlaczego nie do kawy ?  Taki ładny kubek, piłabyś w nim rano kawę i patrzyła na słońce…
– Ale to kubek do herbaty – wyjaśniłam
– Nie rozumiem. Kubek to kubek – zdziwiła się moja przyjaciółka. Ja też się zdziwiłam, że ona nie wie takich oczywistych oczywistości.
– Gulsi…są kubki do herbaty i  są kubki do kawy – wyjaśniłam cierpliwie. Widząc, że nadal nie rozumie wyjęłam ze zlewu biały kubek z czarnymi napisami.
– Tu jest napisane „kawa” na sto różnych sposobów, tak ? No więc to jest kubek do kawy.
Wyjęłam z szafki kubek z reniferem, ten z Norwegii.
– A to jest kubek do herbaty.
– Dlaczego, Kaszia ?
– Nie wiem, ale kawa w nim nie smakuje. O, zobacz – ten też jest do herbaty. Ale ten jest na zimę – pokazałam jej pękaty, zwężający się ku górze, kubek w róże ze złoceniami. – Na zimę, bo jest wąski i herbata tak szybko w nim nie stygnie.
A ten jest na lato – do zimnej herbaty z cytryną – wskazałam na szeroki, przysadzisty kubas w tulipany.
Gulsi patrzyła na mnie oszołomiona.
– Masz kubek inny do herbaty, inny do kawy i jeszcze inny na lato i inny na zimę ?!
– Noooo…mam jeszcze kubek do kawy na niedzielę…Albo na wolne dni. – Wyjęłam z szafki kubek z elegancko wywiniętym brzegiem, zdobiony zielonymi liśćmi, z cieniutkiej, kremowej porcelany.
– Na niedzielę ? Dlaczego ?
– No bo w zwykłe dni piję kawę rano, przed pracą  więc szybko. Poza tym mój żołądek za bardzo nie lubi kawy o tej porze, więc nie może być jej za dużo. Dlatego piję w tym mniejszym.
Gulsum kręciła głową. I śmiała się. Jak można być takim dziwnym człowiekiem co ma kubki na pory dnia i na pory roku ?
 Na wszelki wypadek nie przyznałam się, że nie lubię, gdy ktoś sobie pożycza któryś z „moich” kubeczków. Ani do tego, że jeszcze większą zbrodnią jest podanie kawy w kubeczku herbacianym lub odwrotnie. POZięć miał, niezrozumiały dla mnie, problem z opanowaniem kubeczkowego „dress-kodu”.  Nie raz, nie dwa mu tłumaczyłam, a zdarzało się, że w ostatniej chwili przed zaniesieniem kawy gościom przelewałam tęże do właściwszego naczynia, choć nie na wiele się to zdawało. Zbezczeszczony kubeczek musiał swoje odstać na półce, nim sięgnęłam poń ponownie. Bo może jednak zapach się ostał i będzie mi smak psuć? A gdy już w końcu POZięcia wyedukowałam to…przestał być POZięciem.  Los naprawdę bywa złośliwy.
Tak sobie donoszę znad kubka Sowiego. Miał być kawowy, bo Zielonemu podejrzanie w uchu strzyka, ale kawa w nim nijaka. A sobotnio –wieczorna herbata – wyborna.


Dopadła mnie, zaraza !

A jutro ciężki dzień …

A jutro ciężki dzień bo wypełniony, ech.
I nie zabierzemy Zuzi bo nie ma kiedy i nie ma siły, aż do niedzieli.
Słońce świeci, ale w nocy mrozi jak głupie. Dziś -10 było.

Pocieszam się oglądając Maszę i Miszę.
Bo Masza ma miny i śmiech Zuzi.


Masza myśli.


Smutna Maszka. (Ulubiona broń Zuzi na każdą odmowę)

I naprawdę to cudna bajeczka i dla dużych i dla małych.
Jestem zdecydowaną fanką. Możliwe, że dziecinnieję na starość.

Nienawiść

Nienawidzę śród. No …

Nienawidzę śród. No nienawidzę. W środy czynniki zewnętrzne zmuszają mnie do aktywności ponad miar. I nie mam czasu do woli przed południem jak dom pusty i spieszyć się muszę. Już to wystarczy, żeby znienawidzić środę. A co może być gorszego od środy w pędzie ? Może być cokolwiek gorszego ?
Może! Może!
Środa pod koniec lutego…Którego zresztą nienawidzę bardziej niż środy.
Rano, wcześnie rano, właściwie to w nocy, Kocur, to podłe bydlę, ten futrzak nietrzepany, ta owłosiona parówa, ten wyjec z buszu, włożył mi do ucha zimny nos! Chyba po to żebym wyraźniej usłyszała to rozdzierające mruczenie. Mruczenie…! To warkot traktora na najwyższych obrotach był. Odruchowo sięgnęłam po telefon i sprawdziłam godzinę. Była 4:33. 4:33! Obudziło mnie bydlę na całe dwanaście minut przed pobudką. Ukradł mi najcenniejsze, bo ostatnie, dwanaście minut snu, co za zwierzę! 
Zadrzemałam jeszcze, ale wstanie na druga pobudkę jest dla mnie dużo boleśniejsze niż na pierwszą.
Niemrawo ubierałam się do roboty.
Ulubiony kubek kawowo-poranny okazał się być nieumyty. Wzięłam inny, też kawowy, ale na kawę późniejszą, gdy na przykład w łikend (czyt. co drugą niedzielę) wstaję wyspana na tyle, że mój żołądek już pracuje, wtedy mogę się raczyć kawą z dużego kubka.
Pół godziny później wyszłam w noc. Pod nogami była gruda – kilka dni temu była odwilż i wszystkie koleiny, wszystkie wgniecenia stóp ładnie się utrwaliły na mroziku -2 stopnie. Noga mi ujechała,w krzyżu szarpnęło.
– No żesz…- zaczęłam. Nie skończyłam, co będę Reginę na dzień dobry wiązanką częstować.
W samochodzie pod butami miałam ślizgawkę.  W pracy sauna połączona z fitnesem.
Popylam z mopem, Regina jak królowa siedzi na tronie i jedzie. Dali nam nową maszynę, zabrali starą akurat jak zaczęłam się zastanawiać czy bardziej pasuje do niej imię Krasula czy Frania.
Nowa maszyna jest suuuuper.  Nie trzeba jej trzymać, siedzi się na niej i się struje kierownicą. Naprawdę suuuuper…Wielka jak szafa trzydrzwiowa z przystawką. Wysoka jak kamienica…W sam raz do małego sklepu, gdzie co chwila albo filarek, albo koszyk z konserwami, albo wóz z pomarańczami. Lodówki mają na dole takie fajne barierki, tak na wysokości półbuta. W sam raz jest ta maszyna – nareszcie nie trzeba się wysilać z podjechaniem do lodówki jak najbliżej. Po co? Mop wygarnie lepiej i głębiej sięgnie. Czasem pod lodówkę, wtedy tak fajnie się zahacza i gubi ten niebieski wichajsterek co utrzymuje mopa na miejscu.  
Latam z mopem, pot mi cieknie po tyłku, bo nawet przy lodówkach temperatura jest taka, żeby broń boże nikt nie zmarzł, a na reszcie sklepu panuje po prostu sauna. A ja sobie biegam i usiłuję się cieszyć, że wypacam nie tylko nadmierne kilogramy ale i toksyny.
W pysku mam saharę, ale nie ma czasu na picie – woda w kranie, ale kran na zapleczu, a to za daleko.   
Rwie mnie prawy łokieć, do posiadania prawego nadgarstka wole się nie przyznawać.
Kończymy z małym poslizgiem -zamiast o 7 to o 7.30. Oczywiście nikt nam za te półgodziny nie zapłaci. Jesteśmy guły i musimy się nauczyć pracować szybciej. Innym tyle czasu wystarcza.
Wychodząc widzę po kątach kamyczki z chodników. Jaka ładna dekoracja na jasnych kafelkach ciemne punkciki …
W domu półtorej godzinki odpoczynku. Śniadanko, herbatka, prysznic, nie koniecznie w tej kolejności.
O 8:45 na robocze ciuchy zakładam ciepłe, radośnie różowe spodnie i kurtkę w kwiatki. W uszy wtykam słuchawki, na uszy czapkę i jestem gotowa do wymarszu w stronę, z której dopiero co wróciłam. Apteka sąsiaduje z marketem, ale tam sprząta się pojedynczo, więc nie mogę liczyć na Reginy samochód.
Maszeruję …maszerowałam bym dziarsko, ale gruda na chodnikach skutecznie mi to uniemożliwia. Noga to jedna to druga co chwila ujeżdża w lodowej koleinie. Wiatr smaga po oczach i wyciska łzy, zamazując całkowicie obraz. Świetnie i tak nie ma na co patrzeć.
W Aptece wolniej, ale ostrożniej. Kij od mopa jest długi, jak się za mocno zamachnę strącę coś ze stoliczka, koszyczka albo półeczki, przemyślnie ustawionych na środku.
Z mopa, teoretycznie wypranego, więc czystego, osypuje się dekoracyjna słoma ze spożywczaka. Wózek wygląda tak, że zastanawiam się za każdym razem czy mnie z nim nie wyproszą z tego sterylnego świata.
Znów mam saunę. Personel pracuje w płóciennych fartuszkach na gołe ciało, i nie muszą się zbyt aktywnie ruszać.
Zabieram się wreszcie za wycieranie półeczek. Rządkami ustawione rozmaite leki i kosmetyki. Rządek wystawiam na podręczny stoliczek, przecieram szmatką półeczkę, ustawiam rządek na powrót pilnując takiego samego porządku, bo daty ważności są wykładnikiem kolejności butelek i tubek. 
Najwyżej ustawione są tubki i cieniutkie buteleczki. Cudownie! Takie tubeczki i buteleczki bardzo przewrotne są i łatwo spadają ze stoliczka. Mam wtedy okazję do poćwiczenia stepu i mięśni brzucha oraz krzyża przy skłonach.
Przysiad. Czyścimy najniższą półeczką.  Ćwiczenie na wytrzymałość więzadeł kolanowych i skokowych (czy jak je tam zwą).
Koniec.
Ups…zagapiłam się. Przeciągnęłam czas o 15 minut… 
Powrót.
Łokieć rwie. Nadgarstek szarpie. Okres mi się spóźnia. Nie, ciąża mi nie grozi, ale wkurza mnie bo nie znam dnia ani godziny, boli mnie brzuch, boli mnie bok, boli mnie krzyż. A nie, przepraszam. Krzyż boli mnie od napinania mięśni na lodowych przeszkodach.
Półtorej godziny w domu.
Powtórka z rozrywki. Prysznic. Znów na zwykłe (tym razem wyjściowe) ubranie, ciepłe ubranie. Idę do LUDZI. Będę się być może widziała z Mortenem, trzeba wyglądać. Mażę po oku ciemną kredką.
Wiatr, który wyciska mi łzy z oczu, w połączeniu z kredką zapewne zrobi ze mnie pandę. Morten ani żaden inny pracownik biura pracy tak szybko o mnie nie zapomną. 
Maszeruję raźno po lodowej grudzie.
Raźno znaczy : suw- jedną nóżką, suw-drugą nóżką, zgrabne gibnięcie, wymach nóżką i rączką, utrzymujemy równowagę, suw jedną nóżką…
Z Biura Pracy na spotkanie z grupą wsparcia – dla takich samych ciamajd jak ja, co sami nie umieją sobie pracy znaleźć. 2,5 godziny …zajęć o niczym. 
Gawędzimy sobie.  
Wreszcie koniec. Do domu .
Dobrze, ze rodzinę uprzedziłam, że ma sobie obiad zrobić we własnym zakresie.
Wrzucam gary do zmywarki, ogarniam blat, drugą ręką usiłując zrobić sobie coś do jedzenia.
Mąż warczy bo mu się internet wiesza i obwinie o to wszystkich wokoło, poza Tuskiem naturalnie. Kot wyje, bo …wyjec z niego. Pomidor (rozkrojony)(ostatni) szerokim łukiem wylatuje mi z  ręki, odbija się od szafki, spada na podłogę.  Oczywiście krojonym do dołu. Oczywiście na szafce i podłodze gustowne zacieki. Może zostawić ? W końcu „przewróciło się niech leży” to moje motto życiowe. I będzie jak znalazł do tej palmy na podłodze, która już jest.

Zasiadam wreszcie do komputera. Odwodnik pisze o wiośnie. @, sadystka wredna, jedna!
Piszę, bo upust złości gdzieś muszę dać. Jakaś kombinacja niechcąco wciśniętych klawiszy powoduje, że bloxa przenoszę się na stronę mojej przychodni.
– Nożesz ..wa twoja mać! – klnę na głos.
Blox oddaje wszystko co napisałam, do ostatniego zdania. 

Jak ja nienawidzę środy w końcu lutego!!!
I NIE! Nie będę tego czytać przed publikacją!
 

Lista

Nareszcie ktoś …

Nareszcie ktoś podszedł poważnie do zagadnienia i wrzucił listę „polecanek czytelniczych”
Tymczasem ja sama poszperałam na empikach, merlinach i publiach i innych biblionetkach i zbudowałam własną listę pozycji „do przeczytania”:

 

1. Intrygantki – Eric-Emmanuel Schmitt – bo uwiódł mnie Ulisses z Bagdadu
2.
Czas na mnie – Agnieszka Kowalska  – bo uwielbiałam Macieja Kozłowskiego 
3. Ostatni tacy przyjaciele – Tomasz Lach – bo kiedyś łyknęłam całego Hłaske na raz, co przypłaciłam ciężką depresją, a potem polubiłam jazz

4. Bajarz z Marakeszu – Roy Bhattacharya Joydeep – bo lubię wschodnie i południowe klimaty w literaturze

5. Prowincja pełna smaku – Katarzyna Enerlich – bo przeczytałam jedną jej książką i mam ochotę na jeszcze, a w jednej z nich miały się pojawić wiersze jednego z TriechMalczikow

6. Studnia bez dna – Katarzyna Enerlich ( patrz wyżej)
7. Podmorska wyspa – Isabel Allende – bo wciąż nie mogę znaleźć książki Dom Dusz 
8.
Pół życia – Jodi Picoult – bo brzmi ciekawie
9. Lista Pana Rosenbluma – Natasha Solomons – a ta jeszcze bardziej
10. Zanim dopadnie nas czas – Jennifer Egan – i ta też

A poza tym przywołuję wiosnę: już drugi bukiet tulipanów wstawiam do flakonu. A w pękniętym kubku, który kupiłam w Helsinkach (nie zauważyłam skazy) zasadziłam szafirki, które właśnie przekwitają.
Na pohybel padającemu, białemu pasukudztwu.

Wszystkim Kotom, nawet tym co mówią HAU, W ŚWIATOWYM DNIU KOTA życzę aby:
– miały dom
– a w tym domu przytulną kanapę
– a na tej kanapie miękkie kolana i chętną do głaskania dłoń
– i żeby ta dłoń równie chętnie rzucała zabawki  
– a koło kanapy stawiała miskę zawsze pełną
– i żeby nie było na świecie zwyrodnialców, którzy robią te straszne rzeczy jak zostawianie w lesie albo jeszcze gorsze

Bo pomyślcie tylko: jak wyglądałby nasz świat bez Kota ?
Bez sierści na ubraniach i w jedzeniu, bez rozsypanego wczesnym rankiem żwiru na drodze po której idziesz boso trąc zaspane oczy, bez miauczenia pod zamkniętymi drzwiami i nad pełną miską, bez maleńkiego kłębuszka zmieniającego się w nocy w ogromne, zajmujące pół łóżka zwierzę…itd.
Smutno by było, nie ?
Pogłaszczcie ode mnie wasze Futrzaki. 

Mam dość!

Mam dość :
bólu,…

Mam dość :
bólu, zimy, śniegu, ciemności , szarości, miauczącego kota, siedzenia w domu bo zima i wszędzie jest tak samo czyli szaro i buro, spotykania tych samych ludzi, nie-spotykania LUDZI, marazmu uczuciowego, monotonnej diety, głupoty ludzkiej, szwedzkiego braku szczerości i poprawności politycznej, niemożności pójścia z Zuzią na normalny spacer

Chcę:
żeby, do cholery, przestało mnie boleć bez straszenia skalpelem, chcę słońca i ciepłego pisaku nad morzem, chcę mądrej książki, którą przeczytam w jedną noc i będę potem żałować, że tak szybko, chcę spotykać się z fajnymi ludźmi, dzięki którym znów poczuję motywację do samorozwoju,  żeby zima się skończyła, czegoś dobrego do zjedzenia, ale żeby to nie było mięso ani ryba, bo są wstrętne, psa który będzie wesoły i miły jak P_Sunia, żeby mama zawsze odbierała telefon jak dzwonię, nowy komputer, żeby był lżejszy i się nie grzał jak patelnia, żeby do cholery PRZESTAŁO WRESZCIE BOLEĆ!!!

 

To ważne

Zakochiwanie was nie …

Zakochiwanie was nie bierze, jak widzę.
Pewnie nadal trwacie w szoku po debacie na temat związków partnerskich. Miałam się wypowiedzieć. Potem pomyślałam, że po co ? Przekonanych nie trzeba przekonywać, nieprzekonani tu raczej nie zaglądają, a nawet jeśli to ich i tak nie przekonam. To co będę pianę bić.
Po czym przyszło mi do głowy, że jak wszyscy tak pomyślą, wszyscy przekonani, to nieprzekonani uznają, że to oni stanowią większość i normę społeczną.
A potem jeszcze odwodnik napisała tak, że nic dodać, nic ująć. Nie, no dodać mogę jedno: każda kochająca dziecko osoba, bez względu na wszystko, będzie zawsze o wiele lepszą alternatywą niż najlepiej nawet wyposażony dom dziecka. Także dwóch tatusiów lub dwie mamusie. 

A resztę bezczelnie przekopiuję od odwodnik

 
 
człowiekiem jestem

10 grudnia 1948 roku w Paryżu została uchwalona jednomyślnie Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Po II wojnie światowej najważniejsze było zapisanie, że

„uznanie przyrodzonej godności oraz równych i niezbywalnych praw wszystkich członków wspólnoty ludzkiej jest podstawą wolności, sprawiedliwości i pokoju świata”

„nieposzanowanie i nieprzestrzeganie praw człowieka doprowadziło do aktów barbarzyństwa”

To „odczłowieczanie” innych, wykluczanie ich z powodu jakiejś  cechy, na którą nie mieli wpływu rodzi agresję.  I nie mów mi, że prawo do aborcji, przeciwdziałanie dyskryminacji, związki partnerskie czy krzyż w sejmie to tematy zastępcze. To są tematy najważniejsze i nigdy ważniejszych nie będzie, jeśli nie chcesz widzieć swoich dzieci na barykadach (sprawdzić czy nie Terlikowski). Nie mów mi o deficycie w budżecie, o bankructwie ZUS, o podwyższonej składce rentowej, że niby to są poważne problemy. Nie próbuj też budzić we mnie poczucia winy z powodu tego, że 1/3 dzieci w Polsce żyje w ubóstwie albo w nędzy a ja tu o związkach partnerskich.

Po pierwsze wszyscy jesteśmy ludźmi. Po pierwsze nauczmy się szanować siebie nawzajem a potem zajmijmy się wszystkim innym.  

Jeśli dwoje kochających się dorosłych ludzi, chce wziąć ślub i obiecać sobie miłość, wierność i uczciwość to wszelkie głosy sprzeciwu są głosami przeciw prawom człowieka.

Jeśli jako argumentu w jednym zdaniu wymienia sie , że związki homoseksualne są wbrew naturze i wbrew religii to jest to zamach na podstawowe prawa logiki, bo nie ma nic bardziej nienaturalnego od religii. 

Jeśli chcesz mówić o nieprzydatności dla społeczeństwa, jałowości i obrzydliwości to mówisz o osobach samotnych, chorych, niepełnosprawnych starych i niedołężnych. Mówisz też o duchownych i zakonnicach. 

Jeśli obsesyjnie nurtuje cię, kto komu i co wkłada w tyłek, to gorąco namawiam do odstawienia porno, bo tylko tam narażasz się na takie widoki. W życiu to raczej mało prawdopodobne.

Zanim zaczniesz układać komuś życie i decydować, co powinien a czego nie powinien, policz do siedmiu miliardów. Tyle nas ludzi jest. 

Cieszę się, że ustawa o związkach partnerskich przepadła, bo wszystkie trzy projekty były bublem legislacyjnym, który by straszył latami. Cieszę się, że homoseksualizm doczekał się debaty publicznej, choć bulwersuje mnie język tej debaty. I radosna ignorancja naszych posłów. Czekam na odważny projekt zmiany definicji małżeństwa w konstytucji i, co za tym idzie, prawa do zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. 

A dzieci? 

Dzieci potrzebują miłości, wsparcia i bezpieczeństwa. I każda rodzina, która może to dziecku zapewnić jest dobra.

Nie przyjmuję argumentu, że dziecko „takich” rodziców będzie dyskryminowane. Chodziłam do małej wiejskiej szkoły. Najbardziej dręczone były dzieci biedne. Obrywały też dzieci grube,  w okularach, rude, krzywe, zezowate, dzieci mniejszości ukraińskiej i dzieci świadków Jehowy, dzieci nauczycieli i dzieci małżeństw mieszanych. Wachlarz ogromny. A konkluzja taka, że tatuś i mamusia to nie jest zestaw, który chroni dziecko przed prześladowaniem. Przed prześladowaniem chroni nasza NIEZGODA na nie. 

 

 

Zakochiwanie

Słuchajcie. <br …

Słuchajcie. 
Walentynki blisko, nie ? Więc może z tej okazji zrobicie dobry uczynek i opowiecie JAK SIĘ ZAKOCHUJECIE.

Chodzi mi o odpowiedź na takie pytania:
Co sprawia, że wybrana osoba zaczyna was interesować?
Jakie zmysły wam wtedy najbardziej pracują – wzrok? węch? dotyk?
Kiedy przychodzi pożądanie ? 
Co czujecie widząc podmiot swoich uczuć – zwłaszcza w najpierwszych początkach, kiedy jeszcze nie macie pewności, czy druga strona „też”

Jak nie chcecie opowiadać o sobie, możecie opowiedzieć o kimś innym, kto wam te uczucia opisał. 
Prowadzę to badanie  „socjologiczne” bo piszę Harlequina i chciałabym być wiarygodna. Żeby nie było jak w amerykańskich powieściach, że nastolatka przy pierwszym razie przezywa kilkukrotny orgazm.  Lub, że on ją kocha miłością czysto platoniczną. 

To jak towarzysze, pomożecie ?

Na zachętę mogę o sobie.
Poważne zakochanie odnotowywałam zwykłe dość późno. Lubiłam rozmawiać, słuchać co wybranek ma do powiedzenia i zachwycać się, że och jaki inteligentny i dowcipny. Nigdy nie zakochałam się w ponuraku. Ale zdarzyło mi się zadurzyć w kimś o niespecjalnie szerokich horyzontach gdy byłam w wieku „młodej, głupiej” , ale dość szybko mi mijało. 
Zdarzyło mi się odkryć zakochanie po pierwszym dotyku ręki. Ręka była ciepła, sucha i została mi podana, chroniąc mnie przed upadkiem. Gdy ją złapałam, odniosłam wrażenie, że wzięłam w dłoń coś, co idealnie do niej pasuje. Coś takiego jak przedmiot, którego od lat dotykasz codziennie, tak, że jest wypolerowany dokładnie do twojej dłoni.
Po takim zwykłym kontakcie fizycznym, czasem dość przypadkowym, pojawiało się pragnienie, żeby jeszcze, i żeby bliżej.
Następnym ważnym elementem był zapach. 
No a potem to już tylko motyle, brak apetytu i rozpierająca energia. Nawet jak sercem targały wątpliwości albo wręcz pewność, że on nie… 

 

 

Byłam w Helsinkach

i się zakochałam. Nie…

i się zakochałam. Nie wiem co sprawiło, że odjeżdżając czułam niedosyt i smutek, jakbym zostawiała kogoś kochanego. A niby miasto jak miasto.
Ale, mimo zimy, szarości, bo słońce nie miało ochoty współpracować, było coś…
Pierwsze wrażenie : jakbym była w Olsztynie, gdzie już zaczęły jeździć tramwaje.
Gdy stanęliśmy z mężem patrząc w mapę na jakimś rogu jakiś elegancki mężczyzna zapytał nas czy nam w czymś pomóc. Podobno pytał po angielsku. Ja odkryłam, że jak rozumiem, to nie wiem czy ktoś powiedział po szwedzku czy po angielsku…
Szwedzkim posługiwałam się wszędzie i nigdzie nie miałam z tym problemu. Tak samo jak kartą bankową.
Na następnym rogu, gdy ratujemy przed przewrotką starszą panią, jej wnuczka od wypadnięcia z wózeczka, zbieramy rozsypane zakupy odbieramy serdeczne „kiitos, kiitos” i prawie uściski.
Na kolejnym rogu znów ktoś nas pyta czy nam pomóc widząc mapę…
Finowie są niżsi od Szwedów, bardziej różnorodni. Noszą się cudownie, kolorowo i z fantazją.  Angielski i szwedzki funkcjonują wszędzie. Tak samo jak uśmiechy. Tylko kierowcy nie zatrzymują się przed przejściami dla pieszych. A ceny zwalają z nóg. Ktoś mówił, że Szwecja droga ??  W Finladii nie był…
Na rogach sklepiki i kawiarenki. A pizza ma smak i zapach pizzy.  
 

Obrazki z wycieczki są do pooglądania.
Wypłynięcie 

Helsinki

Powrót 

Po drodze

I premia dla wytrwałych

Państwo czyli …?

Telewizję oglądam …

Telewizję oglądam rzadko. Ale czasem coś zobaczę. Zazwyczaj gorzko żałuję, że zobaczyłam. Wczoraj wyjątkowo usłyszałam.
„Mam żal do Państwa Polskiego o tę katastrofę, bo to Państwo się do niej przyczyniło” . Tak mówiła jedna pani, wdowa po ofierze katastrofy sprzed 6 lat na Śląsku. Wiecie, tej na wystawie gołębi.
Ruszyło mnie, przyznaję. Ja rozumiem, że kobieta jest rozżalona, bo straciła męża. Nie ma znaczenia czy przed sześcioma dniami czy sześcioma laty. Ale co to za maniera jakaś się zrobiła, żeby o wszystko oskarżać państwo. Katastrofa – państwo winne, złodziej ukradł ludziom oszczędności – państwo winne, matka morduje dziecko państwo winne.
Ludzie. Kim lub czym jest państwo ? Definicja wg Wiedzy o społeczeństwie mówi, że Państwo to  wspólnota polityczna, współcześnie będąca najczęściej formą organizacji życia narodu (państwo narodowe).  
Naród (za Wikipedią) to: wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzona w procesie dziejowym, przejawiająca się w świadomości swych członków. 
Czyli mówiąc po naszemu – państwo to my. Ja, ty, pan i nawet ta pani, wdowa po hodowcy gołębi. 
Czy w takim razie ja, ty, pan i owa wdowa są winni tamtej katastrofy ? Naturalnie, że nie.
Wdowa zapewne miała na myśli rząd Polski, ale doprawdy. Nie przepadałam za entuzjastycznym Kaziem ani tym bardziej za jego partyjnym zwierzchnikiem, ani za jego bratem bliźniakiem ówczesnym prezydentem. Niemniej obarczanie ich winą za ową katastrofę uważam za przesadę. Tak jak przesadą wydaje mi się obarczanie winą rząd obecny.
Nie proszę pani, nie proszę pana.Nie zgadzam się na zbiorową odpowiedzialność. Bo jeśli wszyscy to tak naprawdę nikt jej nie ponosi. Państwo Polskie nie jest winne temu, że zdarzają się katastrofy i inne nieszczęścia. Zwykle winni są bardzo konkretni ludzie. Ci, którzy źle wykonali swoją pracę. Li i jedynie. I ich proszę oskarżać. A nie Państwo czyli między innymi mnie.