Wszystkie Zuzie są nasze

Śledzę losy pewnej …

Śledzę losy pewnej maleńkiej Zuzi, która niedawno miała przeszczep szpiku. Koleżanka mamy donosi, że może już wkrótce maleńka Zuzia pójdzie do domu, tylko musi zwalczyć jednego wrednego wirusa, który się jej przytrafił.
Więc ściskam kciuki z całej siły i wymyślam kolorową podusię, jaką uszyję.
Bo wiadomo, że choroba czy inna niedola każdego dziecka porusza, ale jak to dziecko ma na imię Zuzia, to porusza bardziej.
Nasza osobista Zuzia chora od tygodnia więc tęsknię za nią. Żeby potańczyła do piosenki o słoniach albo tej głupiej koreańskiej, co rekordy bije na youtube.
Żeby na rowerek wreszcie iść, na Torget, gdzie dużo miejsca i słońca.
I na ślizgawkę pod domem, które stoi od jesieni, więc nie było dotąd okazji, żeby przetestować.
I na plac zabaw w parku, gdzie tyle atrakcji, z piaskownicą, huśtawkami a może nawet i wodą w kranie.
To tylko tydzień jak nasza Zuzia chora, a wydaje się wieczność. Co czuje mama tamtej maleńkiej Zuzi, kiedy niemal całe jej dotychczasowe życie (mniej więcej roczne) to szpital ? 
Poproszę o dobre myśli dla obu Zuź. Niech już będą zdrowe. 

 

Pogawędki

<span …

– Krister, myślę, że powinieneś w końcu zacząć mówić po szwedzku – pouczył kolegę Per zwany Pelle. Odpowiedział mu hałaśliwy śmiech, który słychać było także poza słuchawką telefonu.

Siedziałam z boku i usiłowałam opanować piekący rumieniec zawstydzenia. Cholerne rumieńce! …dziesiątka na karku a ja się płonię jak pensjonarka. No ale nie łapię tego ichniego dialektu:  zachodnio-gotlandzkiego + miejscowego. Inny akcent, inna wymowa niektórych głosek, inne też słownictwo. To coś takiego jakby obcokrajowcowi kazać rozmawiać z góralem albo ślązakiem.
Pelle pogadał z Kristerm, poklepał mnie po ramieniu. Tu klepanie po ramieniu to nie protekcjonalność, tylko życzliwość.
– On wie, że mówi szybko i niewyraźnie – uspokoił mnie.
Ba. Na moją prośbę zwolnił…i dalej go nie rozumiałam.
Ale nie będę się tym teraz przejmować. Samej siebie nie przeskoczę a telefoniczne rozmowy są trudniejsze od tych na żywo, to wie każdy, kto zmaga się na co dzień z obcym językiem.
Krister jest dużym blondynem o ujmującym uśmiechu. Coś w nim przypomina Briana Dennehy – aktora zazwyczaj grającego dobrego glinę w amerykańskich filmach kryminalnych. Spotkałam go dwa razy osobiście. Za drugim razem przyszedł do mojego pokoju, usiadł obok i zapytał czy wiem,  że Szwecja kiedyś zawładnęła Polską.
– Nie zawładnęła, ale chciała. I wtedy zrabowaliście starą bibliotekę z mojego miasta, którą do dziś macie w Sztokholmie – odpyskowałam.
Śmiał się głośno jakby cały uszczęśliwiony, że ma się z kim poprzekomarzać.
– A twój mąż to pracuje w „wijesobie”?
– Pracuje.
– A znasz jego „mniejszego bossa” Rolanda ? – mówił o Rolandzie Dobroczyńcy.
– Pewnie, że znam. Bardzo dobry człowiek, dużo nam pomógł jak się przeprowadziliśmy tutaj.
– Bo on tu jest trenerem…
-…dziewczyn – wpadłam mu w słowo- Wiem, wiem.
Pelle, który wszedł w trakcie tej pogawędki zdziwił się.
– Ty go rozumiesz ?!
Przytaknęłam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wkrótce telefon zweryfikuje moją pewność siebie w tym zakresie.
– A mnie rozumiesz ?
– Bardzo dobrze – zapewniłam, trochę zaskoczona pytaniem.
– O ! – ucieszył się. – Bo ja nie jestem stąd i oni zawsze mi mówią, że ja mówię dziwnie. A to oni mówią dziwnie. Ja jestem ze wschodniej gotlandii, wiesz gdzie to jest ?
– Wiem, obok. I to oni mówią dziwnie. Ty mówisz prawie tak samo jak w radiu albo telewizji.
 Pelle popatrzył na Kristera z wyraźną satysfakcją.
Pelle nie wygląda na Szweda. Niewysoki, szpakowaty, o ciemnoniebieskich oczach za szkłami okularów. Troszkę starszy ode mnie. Do niedawna to on robił część z tego co teraz jest moim obowiązkiem. Teraz cieszy się, że uwolniono go od udręki zadań administracyjnych. Najbardziej lubi kierować autobusem – to jego druga praca, bo w klubie ma tylko kawałek etatu. Mówi, że taka jazda autobusem to okazja do spotkania różnych ludzi, z którymi można porozmawiać i choć czasem jest zmęczony, to lubi.
Siedząc z Kristerem i Jonnym przy tradycyjnej „fika” czyli kawie z małą przekąską zerknął na mnie spod okularów i rzucił
– Ale wiesz Katarina, że dotąd koszenie trawy na boiskach to był obowiązek kancelisty ?
– Oooo, dasz mi taki mały traktorek ? – ucieszyłam się.
– Niestety nie mamy takiego. Mamy kosiarkę ręczną – usiłował zgasić mój entuzjazm.
– Cool! Będę mogła spacerować w czasie pracy! – nie dałam się. Nie dam w sobie tak szybko zgasić entuzjazmu, choćby mnie nie wiem czym jeszcze chcieli straszyć.
A Jonny, wysoki, bardzo szczupły, starszy pan, ze strzechą siwych włosów siedział, popatrywał na nas i tylko się uśmiechał. Jak to Jonny.

I tak mi upłynął ostatni tydzień

Ładne kwiatki

<img style="float: …

Takie kwiatki dziś znalazłam Stenbrottet. 
Stenbrottet to miejsce po wydobyciu kamienia w obszarze naszego najwyższego (i jedynego w okolicy) wzniesienia jakim jest Kinnekule, wygasły przed tysiącami lat wulkan. Miejsce jest niezwykłe, bo tam gdzie wyrąbano kamień pozostały pionowo-urwiste ściany poczerwieniałe od erozji. A w samym centrum wyrobiska zebrała się woda i powstało rozlewisko. Od wschodu rozlewisko jest płytkie, z piaszczystym dnem, od zachodu głębokie i niezbadane. Nie da się tego opowiedzieć i chyba będę musiała wrzucić kilka fotek na fotobloga.

Nie da się ukryć mamy wiosnę. Choć Vener a raczej nasza jego zatoka jeszcze skute lodem, tak samo jak staw na Stenbrottet. W lesie jeszcze sporo śniegu, ale na łąkach i w mieście już go prawie nie ma. Gałęzie zaczynają się zielenić, choć to co na nich jest to jeszcze nawet nie pączki liści. Choć na Hornborgasjön wczoraj zanotowano tylko około 2 tys żurawi. Piszę tylko, bo rok temu było ich 15 tysięcy. Niemniej tydzień temu było ich tylko 50sztuk więc ewidentnie widać, że wiosna już na dobre zajęła Skandynawię.

Tydzień minął mi jak z bicza trzasł. Wczoraj przespałam prawie cały dzień. Nie wiedziałam, że byłam aż tak zmęczona.
Do biura jeżdżę o 11 więc po powrocie ze sprzątania mam czas na godzinną drzemkę, śniadanie i prysznic. Niekoniecznie w tej kolejności. Mimo wszystko jednak byłam zmęczona, choć to pewnie bardziej zmęczenie stresem niż faktyczną pracą.
Praca sama w sobie nic trudnego, w Polsce robiłam podobne rzeczy tuż po skończeniu szkoły, kiedy kompletnie nie wiedziałam co i jak i bałam się nawet odebrać telefon. No to w zasadzie teraz jest bardzo podobnie. Też nie za dobrze wiem jak funkcjonuje system i znów boję się telefonu :). Jednak rozmowa osobista w obcym języku a rozmowa w tymże przez telefon to nie jest to samo. No ale jak mus, to mus. Dzwoni to odbieram i staram się traktować z humorem mój twardy słowiański akcent, potyczki gramatyczne i trudności ze zrozumieniem miejscowego dialektu.
We czwartek Annette, ta która mnie wprowadza w pracę, zleciła mi wykonanie prostej listy, całkiem samodzielnie. Cieszyłam się jak dziecko!
Prócz Annete znam jeszcze Pellego i Joniego – obaj pracują na kawałki etatów i zajmują się szeroko pojętą obsługą obiektu w skład którego wchodzi kilka boisk do piłki nożnej, szatnie i magazynki. Któregoś dnia poznałam też Jona-Olofa emerytowanego trenera. Uroczy starszy pan przytrzymał moją dłoń i zapytał czy mieszkam w naszym mieście i czy dobrze mi tu. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą rozsiadł się wygodnie, wyraził radość z mojej obecności w klubie i wziął mnie w krzyżowy ogień pytań. Czy mam dzieci, dlaczego tu jestem, czym zajmuje się mój mąż i czy mówi po szwedzku równie dobrze jak ja…
Niby standard, ale jakoś tak czułam, że jest w tym wiele życzliwości i autentycznego zaciekawienia.
Staram się nie dawać ponosić za bardzo entuzjazmowi, bo wiadomo: na początku zawsze wszyscy są mili ale czas to potem weryfikuje, a ja jako pesymistka zawsze wolę się przygotować na to gorsze a potem miło się rozczarować.
Niemniej fakt, że pracuję, że wykonuję zadania takie, do jakich przywykłam oraz to że nareszcie zarabiam godziwe pieniądze napawa mnie entuzjazmem i radością życia. Bo można mieć bogatego męża i nawet niechby był to najlepszy mąż na świecie, to kobieta powinna mieć własne dochody.   
A zatem wiosna i pozytywne zmiany wokół. Czego i Wam życzę. 

 

Do ostatniej chwili

Do ostatniej chwili …

Do ostatniej chwili czekałam, że zadzwonią i powiedzą „przepraszamy, ale …” 
Ta ostatnia chwila była wczoraj, bo dziś w Szwecji jest „czerwony dzień” czyli wszyscy mają wolne, pracują tylko spożywczaki. No i sprzątaczki, naturalnie 😉
Wygląda więc na to, że już NIE zadzwonią. Albo NIE napiszą. Albo inne NIE. W każdym razie – nie powiadomią mnie już w żaden inny sposób. 
Myślę więc, że mogę już chyba ogłosić : a słowo ciałem się stało.

We wtorek, 2 kwietnia zaczynam pracę w swoim zawodzie.
 (TADAM!)

Pół etatu. Klub sportowy za miastem więc dojazd autobusem i kilometrowy spacer od przystanku.
To są plusy „ujemne”
Dodatnich chyba nie muszę wymieniać.

A w głębi duszy strach.
A jak się wyda, że wcale nie jestem taka mądra jak to wynika z mojego CV …?

Dziś znów sen o tym, że jadę. Tym razem mostami, a tam gdzie ich nie było to promem. I dobiłam do miejsca. 
Praca w moich snach jest podróżowaniem. 

 

W zaułkach pamięci i rozumu

<span …

 Od dwóch dni na okrągło słucham dwóch kawałków z lat siedemdziesiątych.

Bijelo Dugme „Selma” i „Hop-cup”. 
Selma to przejmująco zaśpiewana ballada, z całym bogactwem brzmienia lat siedemdziesiątych o miłości skrytej za zwykłymi słowami.
Hop-cup to energetyczny kawałek, którego gitarowy riff wzbudził uznanie u młodego pokolenia czyli mojego syna. 

Tak to jakoś jest, że moim najbliższym i najbardziej dostępnym otoczeniu syn jest jedyny, który podziela (w większości, bo do Pink Floyd miłości nie podziela) moje muzyczne fascynacje.  Mąż z wiekiem coraz bardziej steruje w kierunku muzyki dance. Tak, to jest ironia losu: jak się trafi jeden na 100 egzemplarzy lubiący tańczyć, to za żonę ma osobniczkę tańczącą z gracją szafy i o wyczuciu rytmu głuchego. 
O córce się nie wypowiadam, bo to, czego słucha ona obraża mój wybredny gust muzyczny. I tak dziecko potrafi mi zadać w jakiś weekendowy dzień pytanie:
– A oglądałaś Melodifestivalen?
Na co moja nieodmienna odpowiedź brzmi:
-Szkoda mi czasu na takie głupoty. 
No bo szkoda.
Ale coraz częściej zdarza się tak, że piątkowy wieczór, który przeznaczony jest z założenia na muzykę z listy przebojów trójki, odpalam youtube, bo mi po głowie chodzi piosenka sprzed lat stu…Szukam, aż znajdę, słucham, zachwycam się, a czasem rozczarowuję, jeśli artsta jest mi znany tylko z tej jednej piosenki szukam czegoś więcej, i tak krok za kroczkiem…
Ostatnio przypomniała mi się „Maria-Magdalena”, ale nie, nie ta, którą śpiewała niejaka Sandra. Wcześniejsza, taka do której tańczyłam na wieczorku klasy VII z Andrzejem, w którym się podkochiwałam. Podkochiwałam się w nim niezależnie od stałej fascynacji niejakim Adasiem Z, który jako jedyny z fizyki miał czwórkę, a zadania matematyczne rozwiązywał pomiędzy wygłupami i żarcikami. Adaś siedział i kumplował się z Kwiatkiem, drugoroczniakiem palącym pappierosy, kochającym się w mojej przyjaciółce Violetcie. Ma matmie Kwiatek siedział za mną, Adaś za Wieśką, z którą ławkę dzieliłam ja. Kwiatek, Wieśka i ja wygłupialiśmy się, zamiast robić to co należy, Adaś w tym brał udział, jednocześnie rozwiązując te zadania. Kwiatek bezczelnie od niego zżynał a my od Kwiatka. I nigdy nie wiedziałyśmy, dlaczego nauczycielka nam skreśla zadania! Po latach okazało się, że Kwiatek nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami jak znaki…
Z tamtego okresu pochodzi też wspomnienie o „Kristinie” w wykonaniu niejakiego Zdravko Colic. Maria Magdalena w wykonaniu Julie Pietri ( na początku nie wiedziałam nawet jak się artystka nazywała i byłam przekonana, że to śpiewał facet) mnie rozczarowała. I wtedy zasłonka w mózgu podsunęła kawałek refrenu „Kristina, Kristina”, i imię Zdravko. Dalej było łatwo. I tak szukając co ten Zdravko jeszcze zaśpiewał trafiłam na Bijelo Dugme. No dobra, Bregovic tam grał, tyle pamiętałam. Trafiłam wersję Elderlezi, potem przypomniały mi się słowa Hop-cup, podśpiewywane razem z radiem przez Baśkę. Z tym radiem, które ojciec kupił zamiast spodni na moją komunię i matka powiedziała, że mu tym radiem stare portki załata. A ojciec potem, jak to radio matka wyniosła do kuchni żeby jej grało przy zmywaniu czy prasowaniu, bo taki tranzystorek był,
pytał 
– Gdzie moje SPODNIE??!  
Radio przeżyło około dziesięciu lat a może i więcej. Po śmierci ojca jeździło z nami na wakacje na Mazury, grało nam jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych i na nim chyba łapałyśmy pierwsze listy przebojów trójki, póki któraś z koleżanek, chyba wyjeżdżająca na stałe na RFNu nie podarowała nam nieco lepszego egzemplarza. Wtedy już byłyśmy bogate bo miałyśmy magnetofon Grundig na kasety i mogłyśmy sobie te listy nagrywać. Tak sobie pierwszy raz spiratowałam płytę Pink Floyd, którą litościwy Piotruś Kaczkowski zagrał w całości…To był chyba album Wish you were here – do dziś moja najukochańsza płyta Floydów, z cudownym Szalonym Diamentem.
I tak sobie słuchałam tego Hop-cup wspominając. Gdy zaciekawiła mnie Selma. No i wsiąkłam.
Pomyślałam z życzliwością o moich znajomych z dawnej Jugosławi. Djulejman ma fioła na tle muzyki jak ja, za młodości był chyba na koncertach wszystkich ówczesnych gwiazd, tych z Zachodu także.
I tak od Selmy przeszłam do historii Jugosławii, i choć wiem jaka była geneza rozpadu i wojny to nadal nie rozumiem jak można strzelać do sąsiada, z którym się całe życie mieszkało „przez płot”. Obejrzane wczoraj „Pokłosie” było naturalną kontynuacją tych rozmyślań. 
Nigdy chyba nie pojmę siły nienawiści jaka potrafi tkwić w ludziach.
Mocny, prawdziwy obraz. Antypolski mówią niektórzy. Nie. Polski. Prawdziwie polski. Do bólu szczery. Jak widać można opowiedzieć prawdę i nie epatować obrazami przemocy, zupełnie inaczej niż w „Róży”.
I tak od historii miłosnych przeszłam do historii.
Zaiste: meandry mojego rozumu zadziwiają mnie samą.
 
Macham wam rączką nucąc razem z Bijelo Dugme: Selama, Selma, zdravo Selma!
Poświęćcie jedną palmę za mnie, dobrze ? 

 
 

Pomiędzy spożywczakiem a apteką

Obiecałam sobie, że …

Obiecałam sobie, że nie utnę sobie drzemki. Przynajmniej – nie pomiędzy spożywczakiem a apteką. Znaczy między jedną a drugą pracą. Do apteki lecę o 9, muszę pamiętać o wrzuceniu listów do skrzynki oraz o zakupieniu medykamentu…Wrrr
Pięć dni antybiotyku na ucho minęło szybko. Ucho kłuje nadal przy przełykaniu, kłuje też w gardle, z jednej strony, strony kłującego ucha: ki grzyb?? 
Antybiotyk nie zadziałał ? Za to zadziałał w zupełnie innym miejscu i to, cholera, nadzwyczaj skutecznie. Nie o te bekterie mi chodziło, proszę Antbiotyka.

Szaleństwo jakieś w pogodzie.
Słońce odrabia trzymiesięczne zaległości i świeci od rana do zmierzchu od co najmniej dwóch tygodni. Niebo w nocy jest cudne – rozgwieżdżone, czasem z lampą księżyca, czasem, jak wczoraj z wąziutkim rogalikiem. Szukałam wczoraj komety, ale nie wiem z której strony i o jakiej porze. Dłuższe zgłębianie niebiańskich tajemnic przerwała mi temperatura. Bardzo minusowa. 
Domowy termometr dziś rano pokazał -12. Termometr przy Netto, po drugiej stronie rzeki: -16! Takich temperatur to już dawno tu nie było i na pewno nie w marcu.  
Dobrze, że nie wieje jakoś nadmiernie, bo z domu by się wyjść nie dało.
A ja czekam na wiosnę!
Zmieniłam firanki w dużym pokoju na lżejsze, poprzestawiałam meble w sypialni i w kuchni. Ławka stanęła pod oknem, tak jak chciałam, żeby stała, ale ciągle wydawało mi się, że jest za długa, więc zablokuje wyjście na balkon. Trochę blokuje, ale nie tak, żeby się przeciskać.  A ja nareszcie mam oparcie dla pleców i miejsce na wyprostowanie nóg. Teoretycznie mam, w praktyce nogi mam podkurczone, bo pół ławki zajmuje mój wierny cień, mój ogon, moja dajmona…Kocio. Wyrzuciłabym, ale jakoś serca nie mam, bo wyrzucony chodzi i płacze rozdzierająco i miejsca sobie znaleźć nie może. Niech leży, jakoś się pomieścimy. Od razu wyjaśniam: większa ławka sprawy nie załatwi, bo Kocio rozmiarami natychmiast się dopasuje, ja go znam. Kiedy miałam jeszcze dobry zwyczaj pisania przy stole, z komputerem na blacie i rękami wspartymi o tenże, Kocio doskonale mieścił się w prostokącie pomiędzy krawędzią stołu a komputerem po dwóch bokach zamkniętym moimi rękami. Przypominam, że Kocio dużym kotem jest, 

I tak to.
Zuzia spędza z nami zwykłą ilość czasu: czyli jedno popołudnie w tygodniu i jedną dobę w co drugi weekend i nadal uważam, że to najlepsze chwile w całym tygodniu. Nawet jeśli czasem jestem zmęczona.
Tylko co zrobić z małym odludkiem ? Nie lubi obcych ludzi, szczególnie nie lubi obcych dzieci, zaciska rączki w geście „boję się!” Boi się urządzeń wydających głośniejsze dźwięki, boi się dużych maszyn i samochodów jadących z naprzeciwka. Za skarby świata nie chce się ani bawić ani nawet przebywać w tym samym pomieszczeniu gdzie są inne, nieznane jej dzieci. Ale jak już się oswoi, to wtedy chce robić wszystko to, co one. Co bywa korzystne, bo dzięki temu pozwoliła sobie zakładać pływaczki na basenie. Źle, bo przestała się bać wody, uwielbia być na głębinie, a znów oprotestowuje pływaczki.
Słownictwo ma coraz większe, coraz częściej mówi coś, czegoś chce a my nie wiemy o co chodzi. Poza tym rozwinęła się w niej empatia.
Wczoraj zaprotestowała przed moim towarzystwem w samochodzie. Głośno i z potokiem łez.
Dziadziu powiedział:
– Tak nie można. Zobacz: babcia jest smutna
Spoza zasłony łez łypnęło na mnie błękitne oko i małe łapki wyciągnęły się w moim kierunku
– Ooooo- powiedziała z wyraźnym współczuciem. I jak tu być złym?
Umie pokazać na paluszkach ile ma lat, ale używa do tego palca małego, serdecznego i środkowego a nie jak zwyczajowo robią dzieci kciuka i wskazującego.
Kiedy robimy rozpuszczalne kakao, zwane tutaj o’boy, liczymy łyżeczki i Zuia wie, że sypie się tylko trzy.
Dziewczyny się wzięły za rozmnażanie.
Gulsum w ciąży, Madzia w ciąży, jeszcze jedna koleżanka w ciąży. Natalia od kursu księgowości bardzo w ciąży. Apage satanas! To zaraźliwe chyba!

Nowego papieża mamy, tak? Franciszka, tak? Jeśli imię nawiązuje do Franciszka z Asyżu, a z doniesień prasy podkreślających jego skromność i pokorę, wygląda, że tak, to może to być dobra wróżba. Odeszłam od katolickiego kościoła już dość daleko. Od kościoła w ogóle. Więc wybór papieża mnie specjalnie nie wzruszał duchowo. Patrzę na to jak na kolejną instytucję, która ma duży wpływ na obraz naszego świata. Jako osoba o pewnym doświadczeniu życiowym, żeby nie rzecz osoba cyniczna, mam świadomość, że rewolucji nie będzie. Nie będzie zgody na aborcje z choćnby naprawdę poważnych powodów, nie będzie zgody na gejowskie małżeństwa, tak jak nie będzie zgody na in vitro. Nie będzie też zgody na zniesienie celibatu i dopuszczenie kobiet do kapłaństwa. To ostatnie to zwykła polityka jest, niewiele mająca wspólnego z prawdziwą religią, moim zdaniem. Niemniej po cichu mam nadzieję, że Franciszek przynajmniej jawnie się przeciwstawi takim treściom jakie głosi Radio_ma_Ryja, że przestanie kryć pedofili i nie zgodzi się na odtrącanie ludzi o innej, niż hetero- orientacji seksualnej- nie godząc się na ich piętnowanie. 

To już byłaby rewolucja. A jakby jeszcze tak przy okazji udało mu się czasem sięgnąć do watykańskiej kiesy żeby poprawić byt, naprawdę poprawić, tym najbiedniejszym to już już bym miała powód żeby go polubić. Co daj Boże.
  

Jak nie urok to ucho

 

<p …

 

A tak się cieszyłam, że całą zimę bez zarazy. Jak byłam dumna z siebie, jak zachwalałam witaminę D3, jak się mądrzyłam…Wystarczył jeden spacer bez czapeczki w zdradliwym słońcu końcówki lutego. Jeden spacer…nie, nawet nie spacer. Króciutka przechadzka i „mamy cię!”
Katar. Katar. Katar. Big katar. Gigant katar. Tydzień. Drugi. Zaczyna się trzeci. No ale to katar, tylko katar. Dobra – jak zawsze po przeziębieniu pada mi na zatoki, znamy to, znamy, kto by się tam tym przejmował.
Wczoraj wieczorem, po powrocie z „małpiego gaju” gdzie byliśmy z Zoozlem, przy jedzeniu kolacji coś boleśnie zakłuło w uchu. Rano kłuło jeszcze bardziej. I rozleglej. Nie, nie, nie. Nie mogę się teraz rozchorować, nie w ten weekend, nie w tym tygodniu, nie w TEN PONIEDZIAŁEK!
Pobiegłam do doktora, nastawiona raczej na uspokajający komunikat, że  nic specjalnego mi nie trzeba. Trzeba. Antybiotyk. O żesz ty w mordę! Wiedziałam, wiedziałam, że to, że katar jest jednostronny to nie jest żaden prezent od losu, trzeba było zawalczyć o dwustronny, ale dobrze było móc swobodnie oddychać choćby połową nosa.
Dylemat : wolę, żeby mnie bolał żołądek czy ucho ? Jednak nierozwiązywalny na razie.
Wolimy być bogaci i zdrowi niż biedni i chorzy.

Wnioski.
W czapce chyba zacznę chodzić przez cały rok. Jak nie zatoki, to ucho. Jak nie urok to sraczka albo przemarsz wojsk. Biednemu zawsze wiatr w oczy. To znaczy w ucho.

[Marzy mi się mały skuterek, taki klasy II, osiągający prędkość do 25km/h.
Szybsze niż rower, i za miasto wywiezie szybciej w razie czego. I prawa jazdy nie trzeba.
Kupię sobie.]