Nienawiść

Nienawidzę śród. No …

Nienawidzę śród. No nienawidzę. W środy czynniki zewnętrzne zmuszają mnie do aktywności ponad miar. I nie mam czasu do woli przed południem jak dom pusty i spieszyć się muszę. Już to wystarczy, żeby znienawidzić środę. A co może być gorszego od środy w pędzie ? Może być cokolwiek gorszego ?
Może! Może!
Środa pod koniec lutego…Którego zresztą nienawidzę bardziej niż środy.
Rano, wcześnie rano, właściwie to w nocy, Kocur, to podłe bydlę, ten futrzak nietrzepany, ta owłosiona parówa, ten wyjec z buszu, włożył mi do ucha zimny nos! Chyba po to żebym wyraźniej usłyszała to rozdzierające mruczenie. Mruczenie…! To warkot traktora na najwyższych obrotach był. Odruchowo sięgnęłam po telefon i sprawdziłam godzinę. Była 4:33. 4:33! Obudziło mnie bydlę na całe dwanaście minut przed pobudką. Ukradł mi najcenniejsze, bo ostatnie, dwanaście minut snu, co za zwierzę! 
Zadrzemałam jeszcze, ale wstanie na druga pobudkę jest dla mnie dużo boleśniejsze niż na pierwszą.
Niemrawo ubierałam się do roboty.
Ulubiony kubek kawowo-poranny okazał się być nieumyty. Wzięłam inny, też kawowy, ale na kawę późniejszą, gdy na przykład w łikend (czyt. co drugą niedzielę) wstaję wyspana na tyle, że mój żołądek już pracuje, wtedy mogę się raczyć kawą z dużego kubka.
Pół godziny później wyszłam w noc. Pod nogami była gruda – kilka dni temu była odwilż i wszystkie koleiny, wszystkie wgniecenia stóp ładnie się utrwaliły na mroziku -2 stopnie. Noga mi ujechała,w krzyżu szarpnęło.
– No żesz…- zaczęłam. Nie skończyłam, co będę Reginę na dzień dobry wiązanką częstować.
W samochodzie pod butami miałam ślizgawkę.  W pracy sauna połączona z fitnesem.
Popylam z mopem, Regina jak królowa siedzi na tronie i jedzie. Dali nam nową maszynę, zabrali starą akurat jak zaczęłam się zastanawiać czy bardziej pasuje do niej imię Krasula czy Frania.
Nowa maszyna jest suuuuper.  Nie trzeba jej trzymać, siedzi się na niej i się struje kierownicą. Naprawdę suuuuper…Wielka jak szafa trzydrzwiowa z przystawką. Wysoka jak kamienica…W sam raz do małego sklepu, gdzie co chwila albo filarek, albo koszyk z konserwami, albo wóz z pomarańczami. Lodówki mają na dole takie fajne barierki, tak na wysokości półbuta. W sam raz jest ta maszyna – nareszcie nie trzeba się wysilać z podjechaniem do lodówki jak najbliżej. Po co? Mop wygarnie lepiej i głębiej sięgnie. Czasem pod lodówkę, wtedy tak fajnie się zahacza i gubi ten niebieski wichajsterek co utrzymuje mopa na miejscu.  
Latam z mopem, pot mi cieknie po tyłku, bo nawet przy lodówkach temperatura jest taka, żeby broń boże nikt nie zmarzł, a na reszcie sklepu panuje po prostu sauna. A ja sobie biegam i usiłuję się cieszyć, że wypacam nie tylko nadmierne kilogramy ale i toksyny.
W pysku mam saharę, ale nie ma czasu na picie – woda w kranie, ale kran na zapleczu, a to za daleko.   
Rwie mnie prawy łokieć, do posiadania prawego nadgarstka wole się nie przyznawać.
Kończymy z małym poslizgiem -zamiast o 7 to o 7.30. Oczywiście nikt nam za te półgodziny nie zapłaci. Jesteśmy guły i musimy się nauczyć pracować szybciej. Innym tyle czasu wystarcza.
Wychodząc widzę po kątach kamyczki z chodników. Jaka ładna dekoracja na jasnych kafelkach ciemne punkciki …
W domu półtorej godzinki odpoczynku. Śniadanko, herbatka, prysznic, nie koniecznie w tej kolejności.
O 8:45 na robocze ciuchy zakładam ciepłe, radośnie różowe spodnie i kurtkę w kwiatki. W uszy wtykam słuchawki, na uszy czapkę i jestem gotowa do wymarszu w stronę, z której dopiero co wróciłam. Apteka sąsiaduje z marketem, ale tam sprząta się pojedynczo, więc nie mogę liczyć na Reginy samochód.
Maszeruję …maszerowałam bym dziarsko, ale gruda na chodnikach skutecznie mi to uniemożliwia. Noga to jedna to druga co chwila ujeżdża w lodowej koleinie. Wiatr smaga po oczach i wyciska łzy, zamazując całkowicie obraz. Świetnie i tak nie ma na co patrzeć.
W Aptece wolniej, ale ostrożniej. Kij od mopa jest długi, jak się za mocno zamachnę strącę coś ze stoliczka, koszyczka albo półeczki, przemyślnie ustawionych na środku.
Z mopa, teoretycznie wypranego, więc czystego, osypuje się dekoracyjna słoma ze spożywczaka. Wózek wygląda tak, że zastanawiam się za każdym razem czy mnie z nim nie wyproszą z tego sterylnego świata.
Znów mam saunę. Personel pracuje w płóciennych fartuszkach na gołe ciało, i nie muszą się zbyt aktywnie ruszać.
Zabieram się wreszcie za wycieranie półeczek. Rządkami ustawione rozmaite leki i kosmetyki. Rządek wystawiam na podręczny stoliczek, przecieram szmatką półeczkę, ustawiam rządek na powrót pilnując takiego samego porządku, bo daty ważności są wykładnikiem kolejności butelek i tubek. 
Najwyżej ustawione są tubki i cieniutkie buteleczki. Cudownie! Takie tubeczki i buteleczki bardzo przewrotne są i łatwo spadają ze stoliczka. Mam wtedy okazję do poćwiczenia stepu i mięśni brzucha oraz krzyża przy skłonach.
Przysiad. Czyścimy najniższą półeczką.  Ćwiczenie na wytrzymałość więzadeł kolanowych i skokowych (czy jak je tam zwą).
Koniec.
Ups…zagapiłam się. Przeciągnęłam czas o 15 minut… 
Powrót.
Łokieć rwie. Nadgarstek szarpie. Okres mi się spóźnia. Nie, ciąża mi nie grozi, ale wkurza mnie bo nie znam dnia ani godziny, boli mnie brzuch, boli mnie bok, boli mnie krzyż. A nie, przepraszam. Krzyż boli mnie od napinania mięśni na lodowych przeszkodach.
Półtorej godziny w domu.
Powtórka z rozrywki. Prysznic. Znów na zwykłe (tym razem wyjściowe) ubranie, ciepłe ubranie. Idę do LUDZI. Będę się być może widziała z Mortenem, trzeba wyglądać. Mażę po oku ciemną kredką.
Wiatr, który wyciska mi łzy z oczu, w połączeniu z kredką zapewne zrobi ze mnie pandę. Morten ani żaden inny pracownik biura pracy tak szybko o mnie nie zapomną. 
Maszeruję raźno po lodowej grudzie.
Raźno znaczy : suw- jedną nóżką, suw-drugą nóżką, zgrabne gibnięcie, wymach nóżką i rączką, utrzymujemy równowagę, suw jedną nóżką…
Z Biura Pracy na spotkanie z grupą wsparcia – dla takich samych ciamajd jak ja, co sami nie umieją sobie pracy znaleźć. 2,5 godziny …zajęć o niczym. 
Gawędzimy sobie.  
Wreszcie koniec. Do domu .
Dobrze, ze rodzinę uprzedziłam, że ma sobie obiad zrobić we własnym zakresie.
Wrzucam gary do zmywarki, ogarniam blat, drugą ręką usiłując zrobić sobie coś do jedzenia.
Mąż warczy bo mu się internet wiesza i obwinie o to wszystkich wokoło, poza Tuskiem naturalnie. Kot wyje, bo …wyjec z niego. Pomidor (rozkrojony)(ostatni) szerokim łukiem wylatuje mi z  ręki, odbija się od szafki, spada na podłogę.  Oczywiście krojonym do dołu. Oczywiście na szafce i podłodze gustowne zacieki. Może zostawić ? W końcu „przewróciło się niech leży” to moje motto życiowe. I będzie jak znalazł do tej palmy na podłodze, która już jest.

Zasiadam wreszcie do komputera. Odwodnik pisze o wiośnie. @, sadystka wredna, jedna!
Piszę, bo upust złości gdzieś muszę dać. Jakaś kombinacja niechcąco wciśniętych klawiszy powoduje, że bloxa przenoszę się na stronę mojej przychodni.
– Nożesz ..wa twoja mać! – klnę na głos.
Blox oddaje wszystko co napisałam, do ostatniego zdania. 

Jak ja nienawidzę środy w końcu lutego!!!
I NIE! Nie będę tego czytać przed publikacją!
 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s