Karate karatem a Melodifestivalen Melodifestivalen, o.

W piątek, wychodząc z…

W piątek, wychodząc z basenu, spotkałyśmy, Zuzia i ja, doktor Katarinę. Pozdrowiła mnie pierwsza, bo ja ze swoją wadą a la Brad Pitt* jak zawsze nie byłam pewna czy to ona. Spotkanie przypomniało mi, że wciąż mam nie załatwioną sprawę kociego ubezpieczenia. Kiedyśmy się chwilę później mijały na parkingu zagadnęłam zwyczajowym:
– Hur är det?  Jak tam?
– Bra! Hur mår Kocio? Lever han? Dobrze! Jak się ma Kocio? Żyje? – dialog przytaczam w oryginale nie, żeby szpanować znajomością obcego języka, ale żeby uświadomić, że doktor nazywa mojego kota jego POLSKIM imieniem.
Rozumiecie? Doktor który ma setki pacjentów, rozpoznaje właściciela, pamięta przypadłość pupila i jego obcojęzyczne imię. To ostatnie to naprawdę mistrzostwo świata, mówię wam.  Przypomniałam sobie, że kocham tego lekarza i gotowa jestem nawet ogon sobie przyprawić żeby mnie w razie czego leczyła, mając nadzieję jedynie, że nie będzie na mnie stosować końskiej kuracji.  
Swoją drogą całkiem niedawno naszła mnie refleksja w kontekście ogólnych narzekań na polskich lekarzy.
Przez 40 lat życia w Polsce spotkałam chyba tylko jednego lekarza, który olał mnie i moje dolegliwości.  W Szwecji, przez pięć lat spotkałam może dwóch lekarzy, którzy tego nie zrobili. Oboje byli cudzoziemcami w tym jeden to Polak.  Wnioski mam takie, że jakby co, biorę tyłek w troki i lecę do Polski. Bo może i brak im kultury, sprzętu i pieniędzy,  tym polskim lekarzom, ale nie brak im wiedzy oraz woli pomocy. Tak, tak, wiem, od każdej reguły są i chlubne i niechlubne wyjątki.
Zuzię w piątkowe popołudnie odebraliśmy od taty. Przy okazji rzucając okiem na tatową wybrankę. Nie bardzo dokładnie mogliśmy to zrobić, bo od progu zostaliśmy całkowicie zaanektowani przez Tymka. Latał pomiędzy nami dwojgiem, gadał, pokazywał , opowiadał, straszył, zjadał cukierki, którymi go obdarowaliśmy i meldował o smaku każdego z nich. Srebro, nie dzieciak. Zuzia, jak przybita tkwiła przy komputerze i oglądała bajki, siostra cioteczna, jej chrzestna, czesała jej włosy, i Zuzia nie zwracała uwagi na to co się dzieje.
O, mniej więcej wygląda to tak:

Mama srebrnego Tymka, moja imienniczka okazała się spokojną, normalną, otwartą dziewczyną.  Łatwo się nam rozmawiało…to znaczy wtedy jak nie zagłuszał nam dialogu jej synek. Nie, nie, nie, boże bron nie sądźcie, że dziecko jakoś źle wychowane, nie. Dziecko ma wszak swoje prawa.
Zuzia wreszcie oderwała się bajki, jednym rzutem oka ogarnęła sytuację, wyprysnęła zza stołu, przypadła do mnie, objęła za nogę i stwierdził dobitnie:
– To mój babi!
Tymek nie zrażony podbiegł do mojego męża…
Zuzia natychmiast znalazła się u dziadziu na rączkach. Złapała za szyję i z wysokości, pełna triumfu, wygłosiła komunikat o wartości zbliżonej do sławetnego „Bar wzięty!”
– To mój dzidziu!
Kurtyna. No comment.

Wczorajszy wieczór w z Litwinami. Pretekstem było opijanie zakończonego urządzania dużego pokoju. Oraz testowanie  nowego, żeliwnego gara.
Pokój nareszcie nie tonie w czerwieni. Wszystkie szafki stoją jak stać powinny. Na ścianach wiszą obrazki a nie kolejne zdjęcia Zuzi, o co toczyłam bój, bo co za dużo to nie zdrowo.  Zasłonki w kolorowe „ciafki” powieszone. Ciafki to ptaszki, słówko przetrwało w naszym słowniku od dzieciństwa Misi. Ciafki, głównie jaskółki,  mieszkały na strychu, wlatywały przez otwarte okienka i zasiadały na nieużywanych od dawna sznurach do suszenia bielizny. Mała Misia uwielbiała tam chodzić i na nie patrzeć. Misia urosła, wspólnota zabiła okna gwoździami, żeby ptaki na strychu na srały…
Heh. Pani prezes wspólnoty żyje i ma się dobrze. Ale w koalicji nastąpił jakiś rozłam podobno i panie się już razem nie trzymają. My wyjechaliśmy, po nas Misia, sąsiedzi spod dwójki wyprowadzili się do innego bloku (nie mogąc znieść ich rządów sprzedali mieszkanie i kupili inne, naprawdę!), pod szóstką chyba nikt nie mieszka. Nie ma wrogów, więc panie pogryzły siebie nawzajem.
Co nie znaczy, że absurdy dnia codziennego znikły, o nie. Ostatnia wichura zerwała umocowaną na dachu naszą, nieużywaną już, tubę od internetu. Tuba dyndała na kablu, i podobno stukała w okno sąsiadce z góry. Sąsiadka przyszła z awanturą do mojej matki, że jej zaraz okno wybije. Matka poszła do pani prezes wspólnoty, że trzeba to zdemontować, bo przecież nie używane, żeby klucz od wyjścia na dach uzyskać. Pani prezes odmówiła dostępu bo…PAPA NA DACHU SIĘ PODZIURAWI! Sąsiadkę z góry, która zgłosiła problem, że jej coś stuka w okno, Pani Prezes wysłała do mojej matki. Paranoja po prostu. Zdaje się, że syndrom Macierewicza zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej osób zachowuje się tak, jakby miało problem z oceną rzeczywistości. A jak mówiłam, że ludzie dzielą się na tych po terapii, na tych przed i na tych nie zdiagnozowanych, to mi nie wierzyli.

Tak więc wczoraj wieczorem zasiedliśmy wreszcie na czerwonej kanapie wespół w zespół z Litwinami. Gintas był jakoś mało rozmowny, zapytał czy oglądamy Melodifestivalen. Nie oglądamy, ale jak chce to możemy się jeden raz poświęcić. Nie protestowałam, bo nie dalej jak kilka godzin wcześniej myślałam, że muszę się zmusić do oglądania tego, bo inaczej naprawdę mam kłopot z nawiązywaniem rozmów ze Szwedami, z którymi pierwsze rozmowy wyglądają mniej więcej tak
– Cześć, nazywam się Sven
– A ja Kasia
– Gdzie pracujesz Kasia?
– Gdzieś tam.
– A Melodifestivalen oglądasz?
…No więc kurczę, trzeba.
Melodifestivalen to grunt i tradycja jak julskinka, Midsommarstång, Volvo i Ikea. Nie ma, że się nie lubi. Mus oglądać.
Jeżdżą po miastach, organizują koncerty na których mało lub więcej znani artyści walczą o prawo do wystąpienia na Eurowizji.  Za jakiś miesiąc koncert będzie w Mieście, czym żyją już wszyscy. ABBA też kilka razy walczyła na Melodifestivalen, by wreszcie z Waterloo pojechać na Eurowizję.
Poziom artystów taki sobie, rzekłabym. Naprawdę ciężko odróżnić jedna grupę od drugiej po muzyce. Jedna Sanna Nilsen ze swoim Undo zwróciła moją uwagę. Bo też dziewczyna ma głos. Nawet instrumenty towarzyszące ograniczone zostały do jedynie fortepianu.  Złośliwe zapewne, stwierdziłam, że to jedyna artsytka, której fałszowania i braków wokalnych  nie trzeba zagłuszać kakofonią dźwięków. 
Mąż i sąsiad zamilkli, wpatrywali się w ekran z natężeniem. Wreszcie Gintas, głaszcząc jak zwykle Reginę czule po głowie, przenosząc zakochany wzrok z niej na ekran telewizora orzekł:
– Piękna kobieta, co ma wszystko to co powinna…
Mąż przytaknął.
Nie protestowałam. Co się będę kłócić, jak im się podoba rozmiar 40+. Przynajmniej nie muszę mieć kompleksów.

A o 4:30 obudził mnie Kocio domagający się śniadania, bo nie ma że niedziela i zjeść można później. Oraz znany od miesiąca bół głowy, cholera jasna. Naprawdę trzeba iść do lekarza i udowodnić nie tylko, że mnie boli, ale i że warto mnie leczyć…

 

 

 

 

 

*tak jak on mam kłopot z rozpoznawaniem ludzkich twarzy, co lekarze od niedawna uznają, za jakiś rodzaj schorzenia.

Njus!

Zdaje się, że Zuzia …

Zdaje się, że Zuzia będzie miała rodzeństwo.
A konkretnie: braciszka.
A jeszcze konkretniej: starszego braciszka.
Bardzo, bardzo konkretnie: w pakiecie do starszego braciszka dołączona jest macocha.

Nie wiem co Zuzia na to.
Ba! Nie wiem nawet co JA na to.
Zuzi mama, która ma raczej dobre serce mówi, że to wspaniale.

Z cyklu Zuzia i my

– Cio to?
– …

– Cio to?
– Alarm
– A ciemu?
– Jak ktoś upadnie i nie może wstać to naciska ten guzik i wtedy ktoś inny przyjdzie i pomoże
– A cio to lobi?
– To tak piszczy, pipipip
– A dzie?
– Nie wiem, pewnie w pokoju gdzie siedzi personel
– A daciego?
– Bo w innym miejscu ktoś mógłby nie zauważyć
– A ciemu…? ooooo, pani psisied…Bojem pani!
– Pani się boisz?
– On patsi…Oś do dziadziu

–         Zuzia, oddaj mi moją ściereczkę
Zuzia zwędziła mi moją ulubioną, służącą mi od lat wielu ściereczkę do okularów.
Ściereczka jest również ulubioną Zuzi od zawsze. Kiedyś wycierała w nią nos. Teraz służy jej do czegoś innego.
– Posiekaj tosiećke…Ja konik cielam. Tu, dziś? Tu ma mokle wosy. Musiem cielać.
( Wyciera konikowi grzywe i mówi przy tym do niego)
– No posiekaj. Maś mokle tu. Tu musiem ci cielać. To nie boli. Musim cielac, bo będzie mokle. O juś. 
  – Juś babi. Maś – oddaje mi ściereczkę.
Odwraca się do konika, łapie go za ogon. Namysł na buzi.
– Oj, oj, oj , tu teć mokle. Cieba cielać. Daj – wyciąga rączkę.

–         Oooo, jaka ziećna babi! Ziećnie mówi! Ja teć ziećna!

 

Czyta. To znaczy trzyma przed oczami kartkę z przedszkola z informacją, że wkrótce ferie zimowe. Mruczy pod nosem a potem nagle:
– Tu nie wiem…
( Jak czytamy pisma po szwedzku to zdarza się nam, że jakiegoś zwrotu nie rozumiemy, wtedy pada „tu nie wiem” albo „tego nie wiem”)

Wyciąga zdjęcie z przedszkola, na którym jest podpis, że to ona.
– Tu jest napisiane JA!



Eeee, tam…

<span style="color: …

Zima. Ale nadal nie ta biała i słoneczna, nie. Wilgotna, szaro-bura w kolorycie, bezsłoneczna.Szukam sposobów na pociesznie się. Bo polubić to sie tego, co za oknem, nie da w żaden sposób. No nie da. No to sie pocieszam.
Ostatnio kupuje sobie czapki. 
Regina przy każdym spotkaniu dziwi sie spektakularnie

– Znowu nowa czapka?!
No to teraz sie zdziwi.
Bo nowa. A jakże. Kupiona na dziale dziecięcym. Włóczkowa, biała z błękitnymi i różowymi elemtami. Z nausznikami, zakończonymi warkoczykami. Dodatkowo obszyta futerkiem. Absolutne cudo! Muszę się w niej sfotografować i pokazać światu. W takiej czapce, skrywającej większą częśc twarzy, oraz karku i uszu naprawdę można się wieszać na różnych takich…Co uczynię  niebawem. Niech no się tylko jakoś ogarnę i przestanę być śpiąca.
Z tymi zdjeciami osobistymi to dziwnie jest.
Bo zawsze gdy na nie patrzę to się zastanawiam kim jest ta stara, gruba baba. Gdzie podzialo sie to sliczne, młodziutkie dziewczę, o twarzy wychudzonego szczurka? To dziewcze przecież żyje, ma się dobrze, nie dorosleje, jak widać, skoro z uporem maniaka wbija się w ciuchy przeznaczone dla dzieci, choć w rozmiarze bardzo, bardzo dorosłym.
Eech…
A ze zdjęć patrzy szara rzeczywistość, która nadal nie wie co chce robić, gdy już dorośnie.
Zima jest wstrętna. Wysysa ze mnie energie, az strach. Naprawdę coraz mocniej irytuje mnie, że własciwie moja aktywnośc sprowadza się do tego, że chodze do pracy. Wracam z jednej- śpię. Wstaję, jade do drugiej, wracam i po wykonaniu absolutnego minimum obowiązkowych czynności znowu śpię. 
Witaminy zimowe, ze specjalnym uwzględnienien D nic nie pomagają.
Yankie znowu ma sie kiepsko. W sobote skonczył z antybiotykiem na zarazę, którą sobie był przywiózł z Polski. Wczoraj wieczorem znowu go telepało. Miał sie dziś z lekarzem kontaktować, bo termin kontroli ma za tydzień. Co za cholerna bakteria mu się zalęgła. Niepokoję się.

Kocio schudł. 
Nie dostaje ciasteczek, szyneczek, kawałeczków mięska. Nawet daktyli mu na wszelki wypadek nie daję, bo cukier tuczy. Pije, sika, nie nadążam wymieniac żwiru. Ale badania dwa miesiące temu wykluczyły cukrzycę! Kocio zrobił sie wybredny do jedzenia. Puszkowane jest błeeeeeee.  Suche jest błeeee. Odkryliśmy saszetki. Na razie je. Oraz te cudowne sheba, które kosztuja drożej niż najdroższa szynka. 

Zuzia. Zuzia pyskuje. 
– Ja telas mówim!
– A w przedszkolu byłaś?
– No, nie byłam – niecierpliwi się i fuka, macha ręką, okazuje irytację moim zagadywaniem.
-Zuzia, a czemu ty się tak brzydko do babci odzywasz ? – pyta w koncu dziadek troche ostrzej.
Zuzia spuszcza główkę, i chowa się za rączkami. 
– Widzisz? Przykro ci, że na ciebie krzyczę? A  jak ty na babcię krzyczysz to babci jest tak samo przykro.
Spomiędzy paluszków łypie oczko.
Już jej nie zagaduję, jakoś mnie nie lubi ostatnio, zwłaszcza jak dziadek w pobliżu.
Oczko łypie, rączki odsłaniaja coraz więcej.
Wreszcie:
– Oooo, piesek! – cieszy się. Dziadziu zajęty prowadzeniem auta nie zwraca uwagi.
– No piesek, a tam jeszcze jeden – mówię.
– Ale ja do dziadziu mówim – bąka cichutko Zuzia.
– Dziadziu! – wołam – Zuzia ci pieska pokazuje.
Dziadziu reaguje właściwie.
– Sisiś dziadziu, ja juś ziećna eśtem – mówi Zuzia. 
Nie ma rady. Trzeba się pogodzic, że jestem numer dwa. Pozostaje nadzieja, że kiedyś sie to zmieni.

Komus sie moj fotoblog spodobal i reklamuja go na glownej. Mile.

Forma przetrwalnikowa

<span style="color: …

Jak jest taka pogoda to wpadam w jakiś stan hibernacji umysłowej chyba. Albo innej formy przetrwalnikowej. Byle do wiosny.

Jest szaro. Szarzej. Jeszcze szarzej.
Spadł snieg w zawrotnej ilości 3 cm. Może nieco więcej gdzie nie gdzie, może nieco mniej. Za mało by schować zimową brzydotę, wygładzic kanty, przykryc psie kupy (tak, w Szwecji też!), zaznaczyć wyraźną granicę między białym a czarnym. Miasto w zasadzie nie uzwya soli, tyle co na drogach dojazdowych głównych. W efekcie sól z przedmiescia na kołach aut, rowerów oraz na butach wdziera sie do miasta. Sprawia, że zamiast białej nawierzchni mamy nawierzcjnię częściowo czarną, częściowo szaro-lodową. Skuter zamieszkał w garażu na stałe, bo czy 3 czy 30  centymetrów śniegu, jeździc się nie da. Mróz -1 w porywach do -5. Wiatr i duża wilgotność powietrza sprawiają. że odczuwalna jest dużo niższa niż przy bezwietrznych słonecznych dziesięciu stopniach w minusie. Nie da się jeździć  skuterem. No chyba, że na zimówkach a i to jak  ktoś twardzielem jest.
Jestem?  Nie jestem.  Więc latam na piechote w te i we w te. Extra motion nazywa sie to po szwedzku, Czyli trening bez dodatkowych nakładów. 
Wieczorem czyli o 18 marze już tylko o ciple i miękkości mojego przestronnego łóżka. Z Kociem mruczącym u boku, książką o ciekawej treści oraz ciepłym tudziez rozgrzewajacym napitkiem.
Kocio ostatnio narzeka, że mu zagoraca i najchętniej poleguje na podłodze pod uchylonym oknem. 
Książki jakie ostatnio trafiają mi ręce najchętniej wywaliłabym przez owe otwarte okno po przeczytaniu, a raczej zmęczeniu połowy. Ale nie chce mi się wstawać. 
Od herbaty mam zgagę, od kakako na mleku wyspkę. Zostaje alkohol ale z tym należy ostroznie.
Że co? Że o co mi chodzi z tymi książkami?
Ludzie…Ileż razy mozna czytac to samo. Ona dzielna, w kwiecie wieku, piekna, choć zaniedbana. On ja puszcza kantem, świnia jeden. Ona cierpi,. Potem się dźwiga. Odkrywa w sobie geniusza. Albo piękną. Albo jedno i drugie. Potem spotyka jego. I żyją długo i szczęśliwie w bogactwie i szczęściu. kurtyna.
Łooo matko! Czytam pierwsze strony i wiem czym się skończy. Zmieniaja się tylko stroje bohaterek i dialogi między przyjaciólkami, które w domysłach mają byc zabawne, a są żenująco sztuczne. 
Szkoda papieru, naprawdę. Czasu szkoda. Chyba naprawdę lepiej sie upić.
Nie mówcie mi więcej „powinnaś napisac, spisac, opisać, wydać”. Nie, nie, nie. Ten blog to już szczyt grafomaństwa. Nie będę cegiłki dokładac do marnotrawstwa papieru.
Dni mijają łudząco podobne jeden do drugiego. Różnią się jedynie stopniem zabrudzenia powierzchni gładkich w Kupie. Ostatnio każdego dnia jest coraz brudniej i brudniej. Ludzie nie mają co robic to łażą po sklepach dla rozrywki. Taki sport, zamiast jazdy na nartach.

O Zuzi to innym razem 

Pokazać język zimie

  <span …

  Jeszcze w połowie grudnia spierali się meteorolodzy. Jedni mówili, że miast zimy będzie u tych drugich wielki potop. Ci drudzy prognozowali, że wcale, że nie, że zima będzie i to tak ostra, że ci pierwsi  wymarzną. I jedni i drudzy wieszczyli z zapałem skłaniającym do zastanowienia ile w tym rzetelenej prognozy, a ile pobożnych życzeń.

Zima, nie słuchając meteorologów, konskewentnie nie nadchodziła tam, gdzie miała nadjeś a pojawiła się tam, gdzie miało jej nie być. W Egipcie na przykład. Bo w Europie Północnej temperatury były odpowiedniejsze do egipskiej pory deszczowej.
Kurtki zimowe staniały w miejscowych sklepach, a właściciele zimowych obiektów sportowych rwali włosy z głów oraz upijali sie tyleż z nudów co i z rozpoczy spowodowanej wizją bankructwa. Pod koniec grudnia z cenowego tonu musiały spuścić też inne sklepy sprzedające zimowe akcesoria.
Ludzie chodzili, oglądali, kiwali głowami i narzekali:
– Tak, teraz jak zimy nie ma, jak można w grudniu niemal w japonkach chodzic, to buty zimowe tańsze od owych japonek. I na co nam to?
Większość tak robiła. Znalazła się jednakże co najmniej jedna osoba, które nauczona doświadczeniem życiowym, trwała w przekonaniu, że nawet jak nie teraz, zaraz, to wkrótce zima nadejdzie. W głowie owej osoby nie panowało szczególne przywiązanie do tej pory roku. Ba! Nieuchronność nadciągnięcia mrozów, białego świństwa zalelegającego na chodnikach, przeroczystych sopli zwisających z dachów jakby w oczekiwaniu na odpowiednią ofiarę była dla owej osoby źródłem goryczy i poczucia niesprawiedliwości dziejowej bowiem to wszystko było tym, czego nie znosiła najbardziej na świecie. Świecie, w którym żyła tu i teraz, bo w innych okolicznościach prztyrody równie żywiołowo nie znosiła jadowitych pająków, tudzież nadmiernych teperatur, zatem wyprowadzka w inne rejony też by niczego nie zmieniła.
Tą osobą była niejaka KasiaP.
 
Na przekór sporom meteorologów KasiaP. była przekonana, że zima nadejdzie i będzie taka, jak być powinna, przynajmniej  wedle niektórych. Nadejdzie, żeby jej, KasiP zrobić na złość, utrudnić życie i udupić w domu.
 
Nic więc dziwnego, że z takim nastawieniem do zjawisk meteorologicznych KasiaP z niejakim entuzjazmem odniosła się do obniżki cen odzieży zimowej. Szczególnie przecena pewnych butów bardzo przypadła naszej bohaterce do gustu. Nie bacząc na nadchodzące święta oraz doroczny obowiązek obdarowania prezentami najbliższych, KasiaP. postanowiła, że buty owe kupi. I tak uczyniła.
Mąż popatrzył ironicznie gdy przytargała karton do domu, ale w obawie posądzenia o skąpstwo nie skomentował. Pomyślał tylko „I po co? Zimy ma nie być, a jakby nawet tych kilka płatków spadło, ma buty ubiegłoroczne”.
Tymczasem KasiaP. popatrujac każdego dnia na zalane deszczem okno czy też ocierając deszcz z szybki kasku od Komarka, rozmyślała, czy aby na pewno dobrze zrobiła, bo może jednak miast w buty zimowe, piękne co prawda,  było lepiej zainwestować w łódź albo porządny parasol?

Aż do ostatniej niedzieli, kiedy zbudziwszy się rankiem zobaczyła dziwnie jasne światło sączące sie spod niedokładnie zamknietych żaluzji. Przekręciła je i…powstrzymała się brzydkiego słowa. Zamiast tego wybrała klasyka.
„Spadł zdrajca noca i cicho legł.”
 Westchnęła ciężko.
 Zaznaczyć należy, że Kasia P nie jest osobniczką pozbawioną wrażliwości estetycznej. Siedząc w domu obiektywnie stwierdzała urodę namalowanych na szybach mroźnych kwiatów, tudzież miękkiego, białego puchu skrywającego brzydotę i łagodzącego kanty. Obiektywnie, bo subiektywnie nadal nie lubiła. Najbardziej nie lubiła brnięcia w śniegowej, rozdeptanej masie, często wymieszanej z solą pod którą czai się zwykle zdradliwy lód. A taka perspektywa czekała ją od nastepnego dnia. Ba! Od następnego, bardzo wczesnego ranka.
I tu na KasięP spłynęło olśnienie. BUTY! Przecież ma BUTY. Buty, który mają GWOŹDZIE!


Gdy następnego dnia rano, wrócała z pracy do domu nie mogła się oprzeć pokusie. Już popychając drzwi do klatki, odwróciła się i przez ramię  pokazała język w całej jego krasie. Oraz zagrała na nosie. Innych gestów zaniechała, bo w porę zauważyła na schodach swą malutką, dwuletnią sąsiadkę, która jak zawsze rano przyglądała się całemu światu z wyraźną niechęcią. Ożwiona dwukilometrowym marszem, KasiaP miała odczucia odwrotnie proporcjonalne do odczuć sąsiadki.  
– Piękna zima, prawda – rzuciła radośnie.
Dziecko popatrzyło na nią z pogardą.
Taka duża, a nie wie. Zima może byc fajna, ale nie po ciemku, nie w środku nocy, na litość boską!

Praca

Zdecydowanie jestem …

Zdecydowanie jestem zwierzem zaprzegowo-pociagowym. Albo psem pasterskim, jesli sie trzmac powiazan z swietem fauny. Tak czy siak, posiadanie pracy oraz obowiazek uczeszczania do niej sprawia, ze choc narzekam, to tak naprawde spie lepiej i jestem w o wiele lepszym humorze. Mozliwe, ze sprawia to wysypianie sie. Mam zegar biologiczny tak ustawiony, ze wysilek po godzinie 16 jest dlan gwaltem, a po 22 akumulator po prostu automatycznie sie odlacza. Przewlekly stan braku obowiazu sprawia, ze co dzien, a raczej co wieczor, przeciagam chwile zgaszenia swiatla. No bo jeszcze strone…albo jeszcze 5 minut…W efekcie mam klopot z zasnieciem a potem z obudzeniem. I bledne kolko zatacza coraz szerszy krag.
Od Wigilii jestem w u pilkarzy sama. Koledzy odbieraja zalegle urlopy oraz godziny nadliczbowe, ktore sobie wypracowali mocno spozniona wiosna. 
Ostatnio odcinek drogi jest zatem nimal nieuczeszczany. Jadac wiec do pracy tropie slady jak stary indianin.
Oooo, bloto na drugim pasie – chyba zabieraja wreszcie wyciete drzewo. 
Ooo, mokre slady na wycieraczce, „ktos siedzial na moim fotelu, ktos pil z mojego kubeczka”…
Na widok czzerwonego golfa zaparkowanego w stalym miejscu usmiechnelam sie szeroko, calkowicie bez udzialu woli. Johnny wrocil! Hurra! 
Moj entuzjazm nie obejmuje naturalnie pracy sprzataczki. Oprozniam kosz i mysle z rozpacza, ze jutro znow go bede oprozniac. Ten sam kosz w tym samym stojacy miejscu. No rozpacz! Rozpacz czlowieka przywyklego do tego, ze sam sobie planuje prace w dluzszych lub krotszych odcinkach czasu. Czlowieka, ktory przywykl do myslenia w pracy. 
Tymaczasem dzis jeszcze wiosna. Przygladalam sie trawie na boiskach zielonej jak trawka na wiosne. Ze jak dalej pojdzie to bedzie trzeba kosic chyba?
Ale prognozy mowia o nadciagajacej zimie. Ludzie sie ekscytuja. Ja chyba nie. Choc rozsadek podpowiada, ze zima powinien byc mroz i snieg. I ze i tak uzywam Komrka o dwa-trzy miesiace dluzej niz zakladalam. 

Jeszcze chyba powinnam opisac moja epopeje zwana „Jej pierwszy smartfon”
Ale to chyba w nastepnym odcinku ?

 

Nawrót?

Ktoś za mną chodzi<br…

Ktoś za mną chodzi
codziennie śledzi mnie
We własnym domu
nieswojo czuję się
Dobrze wiem
ktoś patrzy na mnie
jak fanatyk z cienia drzew
i sprawia, że
osiada we mnie lęk
i z mocą nałogu ssie…

Jest ciemno, szaro, deszczowo i wietrznie. Na zewnątrz.
Jest drażliwość, zniechęcenie, zmęczenie, brak chęci socjalizowania się, brak apetytu,  problem z zasypianiem i jeszcze większy z wybudzaniem i wstawaniem. Brak uśmiechu i powodu do radości!  Wewnątrz.
Odstawiona w zapomnieniu buteleczka ze słoneczkiem w kropelkach znowu w użyciu. Jak za dwa, trzy tygodnie się nic nie zmieni trzeba będzie pożebrać o niebieskie.

Czuję ją wszędzie
zagląda mi w myśli
budzi mnie przez sen
i wszystko co w domu jest
wiruje i obce mi
staje się.
Już nie mam siły
nie słyszę siebie
nie wiem też czego chcę
planuję uciec stąd
gdy znowu usłyszę jej:

Czy poznajesz mnie?
nazywam się Twoja Depresja
Tak to właśnie ja
i twój szaleństwa smak
Czy poznajesz mnie?
Nazywam się Twoja Depresja
zapamiętaj mnie
poczujesz mnie jeszcze nie raz