Karate karatem a Melodifestivalen Melodifestivalen, o.

W piątek, wychodząc z…

W piątek, wychodząc z basenu, spotkałyśmy, Zuzia i ja, doktor Katarinę. Pozdrowiła mnie pierwsza, bo ja ze swoją wadą a la Brad Pitt* jak zawsze nie byłam pewna czy to ona. Spotkanie przypomniało mi, że wciąż mam nie załatwioną sprawę kociego ubezpieczenia. Kiedyśmy się chwilę później mijały na parkingu zagadnęłam zwyczajowym:
– Hur är det?  Jak tam?
– Bra! Hur mår Kocio? Lever han? Dobrze! Jak się ma Kocio? Żyje? – dialog przytaczam w oryginale nie, żeby szpanować znajomością obcego języka, ale żeby uświadomić, że doktor nazywa mojego kota jego POLSKIM imieniem.
Rozumiecie? Doktor który ma setki pacjentów, rozpoznaje właściciela, pamięta przypadłość pupila i jego obcojęzyczne imię. To ostatnie to naprawdę mistrzostwo świata, mówię wam.  Przypomniałam sobie, że kocham tego lekarza i gotowa jestem nawet ogon sobie przyprawić żeby mnie w razie czego leczyła, mając nadzieję jedynie, że nie będzie na mnie stosować końskiej kuracji.  
Swoją drogą całkiem niedawno naszła mnie refleksja w kontekście ogólnych narzekań na polskich lekarzy.
Przez 40 lat życia w Polsce spotkałam chyba tylko jednego lekarza, który olał mnie i moje dolegliwości.  W Szwecji, przez pięć lat spotkałam może dwóch lekarzy, którzy tego nie zrobili. Oboje byli cudzoziemcami w tym jeden to Polak.  Wnioski mam takie, że jakby co, biorę tyłek w troki i lecę do Polski. Bo może i brak im kultury, sprzętu i pieniędzy,  tym polskim lekarzom, ale nie brak im wiedzy oraz woli pomocy. Tak, tak, wiem, od każdej reguły są i chlubne i niechlubne wyjątki.
Zuzię w piątkowe popołudnie odebraliśmy od taty. Przy okazji rzucając okiem na tatową wybrankę. Nie bardzo dokładnie mogliśmy to zrobić, bo od progu zostaliśmy całkowicie zaanektowani przez Tymka. Latał pomiędzy nami dwojgiem, gadał, pokazywał , opowiadał, straszył, zjadał cukierki, którymi go obdarowaliśmy i meldował o smaku każdego z nich. Srebro, nie dzieciak. Zuzia, jak przybita tkwiła przy komputerze i oglądała bajki, siostra cioteczna, jej chrzestna, czesała jej włosy, i Zuzia nie zwracała uwagi na to co się dzieje.
O, mniej więcej wygląda to tak:

Mama srebrnego Tymka, moja imienniczka okazała się spokojną, normalną, otwartą dziewczyną.  Łatwo się nam rozmawiało…to znaczy wtedy jak nie zagłuszał nam dialogu jej synek. Nie, nie, nie, boże bron nie sądźcie, że dziecko jakoś źle wychowane, nie. Dziecko ma wszak swoje prawa.
Zuzia wreszcie oderwała się bajki, jednym rzutem oka ogarnęła sytuację, wyprysnęła zza stołu, przypadła do mnie, objęła za nogę i stwierdził dobitnie:
– To mój babi!
Tymek nie zrażony podbiegł do mojego męża…
Zuzia natychmiast znalazła się u dziadziu na rączkach. Złapała za szyję i z wysokości, pełna triumfu, wygłosiła komunikat o wartości zbliżonej do sławetnego „Bar wzięty!”
– To mój dzidziu!
Kurtyna. No comment.

Wczorajszy wieczór w z Litwinami. Pretekstem było opijanie zakończonego urządzania dużego pokoju. Oraz testowanie  nowego, żeliwnego gara.
Pokój nareszcie nie tonie w czerwieni. Wszystkie szafki stoją jak stać powinny. Na ścianach wiszą obrazki a nie kolejne zdjęcia Zuzi, o co toczyłam bój, bo co za dużo to nie zdrowo.  Zasłonki w kolorowe „ciafki” powieszone. Ciafki to ptaszki, słówko przetrwało w naszym słowniku od dzieciństwa Misi. Ciafki, głównie jaskółki,  mieszkały na strychu, wlatywały przez otwarte okienka i zasiadały na nieużywanych od dawna sznurach do suszenia bielizny. Mała Misia uwielbiała tam chodzić i na nie patrzeć. Misia urosła, wspólnota zabiła okna gwoździami, żeby ptaki na strychu na srały…
Heh. Pani prezes wspólnoty żyje i ma się dobrze. Ale w koalicji nastąpił jakiś rozłam podobno i panie się już razem nie trzymają. My wyjechaliśmy, po nas Misia, sąsiedzi spod dwójki wyprowadzili się do innego bloku (nie mogąc znieść ich rządów sprzedali mieszkanie i kupili inne, naprawdę!), pod szóstką chyba nikt nie mieszka. Nie ma wrogów, więc panie pogryzły siebie nawzajem.
Co nie znaczy, że absurdy dnia codziennego znikły, o nie. Ostatnia wichura zerwała umocowaną na dachu naszą, nieużywaną już, tubę od internetu. Tuba dyndała na kablu, i podobno stukała w okno sąsiadce z góry. Sąsiadka przyszła z awanturą do mojej matki, że jej zaraz okno wybije. Matka poszła do pani prezes wspólnoty, że trzeba to zdemontować, bo przecież nie używane, żeby klucz od wyjścia na dach uzyskać. Pani prezes odmówiła dostępu bo…PAPA NA DACHU SIĘ PODZIURAWI! Sąsiadkę z góry, która zgłosiła problem, że jej coś stuka w okno, Pani Prezes wysłała do mojej matki. Paranoja po prostu. Zdaje się, że syndrom Macierewicza zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej osób zachowuje się tak, jakby miało problem z oceną rzeczywistości. A jak mówiłam, że ludzie dzielą się na tych po terapii, na tych przed i na tych nie zdiagnozowanych, to mi nie wierzyli.

Tak więc wczoraj wieczorem zasiedliśmy wreszcie na czerwonej kanapie wespół w zespół z Litwinami. Gintas był jakoś mało rozmowny, zapytał czy oglądamy Melodifestivalen. Nie oglądamy, ale jak chce to możemy się jeden raz poświęcić. Nie protestowałam, bo nie dalej jak kilka godzin wcześniej myślałam, że muszę się zmusić do oglądania tego, bo inaczej naprawdę mam kłopot z nawiązywaniem rozmów ze Szwedami, z którymi pierwsze rozmowy wyglądają mniej więcej tak
– Cześć, nazywam się Sven
– A ja Kasia
– Gdzie pracujesz Kasia?
– Gdzieś tam.
– A Melodifestivalen oglądasz?
…No więc kurczę, trzeba.
Melodifestivalen to grunt i tradycja jak julskinka, Midsommarstång, Volvo i Ikea. Nie ma, że się nie lubi. Mus oglądać.
Jeżdżą po miastach, organizują koncerty na których mało lub więcej znani artyści walczą o prawo do wystąpienia na Eurowizji.  Za jakiś miesiąc koncert będzie w Mieście, czym żyją już wszyscy. ABBA też kilka razy walczyła na Melodifestivalen, by wreszcie z Waterloo pojechać na Eurowizję.
Poziom artystów taki sobie, rzekłabym. Naprawdę ciężko odróżnić jedna grupę od drugiej po muzyce. Jedna Sanna Nilsen ze swoim Undo zwróciła moją uwagę. Bo też dziewczyna ma głos. Nawet instrumenty towarzyszące ograniczone zostały do jedynie fortepianu.  Złośliwe zapewne, stwierdziłam, że to jedyna artsytka, której fałszowania i braków wokalnych  nie trzeba zagłuszać kakofonią dźwięków. 
Mąż i sąsiad zamilkli, wpatrywali się w ekran z natężeniem. Wreszcie Gintas, głaszcząc jak zwykle Reginę czule po głowie, przenosząc zakochany wzrok z niej na ekran telewizora orzekł:
– Piękna kobieta, co ma wszystko to co powinna…
Mąż przytaknął.
Nie protestowałam. Co się będę kłócić, jak im się podoba rozmiar 40+. Przynajmniej nie muszę mieć kompleksów.

A o 4:30 obudził mnie Kocio domagający się śniadania, bo nie ma że niedziela i zjeść można później. Oraz znany od miesiąca bół głowy, cholera jasna. Naprawdę trzeba iść do lekarza i udowodnić nie tylko, że mnie boli, ale i że warto mnie leczyć…

 

 

 

 

 

*tak jak on mam kłopot z rozpoznawaniem ludzkich twarzy, co lekarze od niedawna uznają, za jakiś rodzaj schorzenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s