Byłam bardzo grzeczna i nawet udało mi się rozbawić Pana Boga

Miałam plan. …

Miałam plan. Naprawdę!
Nigdy w życiu nie planuję, bo i tak plan sobie, a ja sobie. Ja nawet ciasta nie umiem dokładnie z przepisu zrobić, co być może jest przyczyną częstej produkcji zakalca. No ale tym razem postanowiłam twardo zaplanować i sztywno się planu trzymać. 
Głównym, nadrzędnym celem było takie rozłożenie robót, żeby od wigilijnego poranka, po powrocie z Kupy, móc się wymoczyć w wannie, a potem już tylko leżeć i pachnieć.

Jeżeli w tym momencie Pan Bóg nie umarł ze śmiechu to chyba wyłącznie dlatego, że wiedział, że potem będzie jeszcze śmieszniej…

Mam tę kartkę z planem. Zachowam sobie jako memento na lata przyszłe.
Ach. Zapomniałam napisać, że u piłkarzy byłam w tym roku ostatni raz w miniony piątek.
Plan startował we czwartek i zakładał, że tego dnia podgotuję bigos oraz sporządzę farsz do pierogów.
Ale coś mi wypadło (nie pamiętam już co) i nie zrobiłam nic poza podgotowaniem kapusty na farsz do pierogów.
Nic się nie stało, mała obsuwa na początek, ale nadgonię jutro.  Tak się pocieszałam.
W piątek zadzwoniła Regina, że zaprasza na glogg. Poprzednim razem odmówiliśmy, więc teraz już nie wypadało. Poszliśmy. Było miło, byli Łotysze z małą, słodką, 10-miesięczną Heidi. Kolacja była pyszna, rozmowy jak zwykle w wielu językach – litewskim, polskim, szwedzkim i łotewskim.
Pan Bóg chyba sobie pomyślał. „No wesoło, ale podkręćmy trochę”.
W sobotę, zgodnie z planem udało mi ulepić parę pierogów, ale ciasta na ciasto orzechowe już nie upiekłam. Udało mi się tylko zrobić rozczyn do orzechowca i karpatki.
W niedzielę rano odkryłam, że wypłata, która miała być na koncie dopiero w poniedziałek, wpłynęła już w piątek. Postanowiłam zmodyfikować plan.
– Słuchaj, a jakbyśmy tak zamiast jutro, to dziś skoczyli do Uddevala, do Ikea? – zagadnęłam męża. Bo miesiąc wcześniej kupiliśmy Zuzi kuchenkę pod choinkę, ale działając w stanie pomroczności jasnej zakup górnej części odłożyliśmy do „za miesiąc”. Czy mam dodawać iż rzeczony sprzęt miał być prezentem pod choinkę?
Regina wyraziła chęć uczestnictwie w wycieczce, tym bardziej, że postanowiliśmy połączyć wyprawę do sklepu z wyprawą po choinkę. Wg planu miały to być dwa kolejne dni, ale co mi szkodzi plan zmodyfikować tak, żeby zaoszczędzić trochę czasu i paliwa?
Tu Pan Bóg już chyba nóżkami przebierał w oczekiwaniu na spodziewaną uciechę.
Zrobiliśmy zakupy w Ikea. Trochę nam to zajęło. Bo to nowy sklep i nie znamy rozkładu, nie tak jak ten Goeteborgu, trochę się zastanawialiśmy nad różnymi rzeczami, bo wiadomo: to ładne, to śliczne, tamto potrzebne a dom nie z gumy, że o budżecie nie wspomnę.
Ostanie, co mieliśmy wziąć, to góra od kuchenki. Doszliśmy do półki, Regina już nam blokowała miejsce w kolejce a tu…A kuku! Miejsce, gdzie miał być nasz zakup, puste.
– Ale jak to nie ma? – zdziwiliśmy się oboje. Bo w internecie pokazywało nam, że jest! Po czym mąż sokolim okiem dostrzegł paczki na trzeciej czy czwartej półce.  Wezwany pracownik rozłożył ręce: jutro, bo dziś nie mogą jeździć widłakiem. Nie i koniec. Konwersował z kimś przez telefon. Nie, nie ma mowy, jutro.
Ja bym zrezygnowała. Mąż, gdyby chodziło  o cokolwiek innego też. Ale to PREZENT! DLA ZUZI!!!
– Jutro przyjadę sam – orzekł spokojnie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zajechaliśmy po choinki, raz tylko gubiąc drogę.
Pan Bóg się turlał ze śmiechu, gdy ja smętnie wzdychając kombinowałam jak tu mimo wszystko to wigilijne leżenie uratować. Planowałam: dobra, to dziś trochę, resztę jutro…
Nazajutrz, czyli w poniedziałek mąż zerwał się „skoroświt”. On rusza. Bo jakby okazało się, że coś, to będzie miał Goeteborg w zapasie. Ja optymistycznie założyłam: do Uddevala 80km, 3 godzinki i jesteśmy z powrotem, a jakby coś to dam mężowi wsparcie językowe. Bo może nie zdjęli i będzie trzeba prosić. No i jednak te klosze na świece bym chciała. I wyciskaczkę do czosnku. I prawda! Miałam zobaczyć coś do pieczenie mięsa, bo w domu same płytkie…Pojechałam. Trzy godzinki…! Pan Bóg właśnie umierał ze śmiechu.
Nie, nie zdjęli. Pracownik znów rozkładał ręce. Poprosiłam o rozmowę z jego szefem. Przyszło dwoje, wysłuchali, powiedzieli, że nie, bo widłak nie może jeździć wśród klientów.
– A to miał być prezent gwiazdkowy? – zatroszczyli się nagle. Nie umiem być sarkastyczna po szwedzku, wiec nie odpowiedziałam „nie, ku..a! tak sobie ku rozrywce drugi dzień pod rząd po to przyjeżdżam”. Machnęłam ręką, podziękowałam za pomoc (sarkastycznie, a jednak) torbę z zakupami zostawiłam im pod nogami i wyszłam.  Pół godziny później byliśmy w Goeteborgu. Tu już PamBócek się zlitował, widać uznał, że dość się już z nami pobawił.  Do domu wróciliśmy zamiast po trzech to po sześciu godzinach. Jeszcze musiałam z córką pójść do sklepu bo obiecałam( prezent dla taty), jeszcze mąż musiał z synem dokądś, bo też obiecał.
Wreszcie w ostatni wieczór, na dwadzieścia cztery godziny przed godziną Zero mogłam się zabrać za roboty kuchenne…

Sami rozumiecie, że w tej sytuacji nie miałam ani chwili czasu żeby wam ani tutaj, ani gdzie indziej jakieś życzenia składać.

Mikołaj podrzucił prezenty i pobiegł dalej nie spotykając Zuzi, czym mała była okropnie rozczarowana.   
Zuzia dostała strój księżniczki: sukienka, biżuteria + plastikowe klapki na obcasie w co natychmiast się ubrała. Dzidziu orzekł, że producent do zestawu powinien dołączyć gips i szyny. Zuzia w stroju księżniczki cały wieczór „gotowała” na kuchence.
Ja dostałam filtry UV do obu obiektywów! I pachnidło! Oraz telefon, który dojdzie za dni kilka. No to chyba byłam grzeczna w tym roku?
Pierogów zrobiłam mniej niż zakładałam. Orzechowiec wyszedł pyszny. Zamiast karpatki wyszła depresja holenderska w powodzi kremu, który nie chciał zastygnąć.
Jak dobrze, że następne święta dopiero za 12 miesięcy!
A jak Wy ? Ktoś dostał rózgę? Kogoś Mikołaj pominął ?

Lecimy klasykiem

Poszłam spać o …

Poszłam spać o 21,30.
Zasnęłam jakąś godzinę później czyli około 22.30 . Spałam do 4:40. Czyli ile to będzie godzin..? 6 godzin i 10 minut. Poszłam do Kupy, wróciłam. Nastawiłam timer na 1.30. Poczytałam chwilę, zasnęłam. Spałam około godziny. Wstałam. Pojechałam do Apteki, sprzątać za koleżankę, która ma chore dziecko. Po godzinie wróciłam. Nastawiłam zupę. Nastawiłam timer na 1.30. Poszłam spać, już bez uprzedniego czytania. Do piłkarzy miałam dziś na 14 i omal nie zaspałam. Wróciłam około 18,30. Zjadłam, podokuczałam Zuzi, pogłaskałam kota, umyłam głowę…
Mam ciekawą książkę, niedokończoną zabawną komedię. A marzę tylko o tym, żeby położyć się spać.
Moja największe świąteczne życzenie: przespać łącznie co najmniej 11, obudzić się bez budzika, pojeść, poczytać, pójść jeszcze spać na dwie godzinki, wieczorem spotkać się z ludźmi bez słaniania się i nerwowego spoglądania na zegarek…Posiedzieć aż wszyscy goście się zaczną rozchodzić, wyjść jako jedna z ostatnich, pójść spać, wstać bez budzika i mieć przed sobą jeszcze co najmniej jeden cały wolny dzień (albo przynajmniej jego większą część).

Parafrazując Tuwima.
Bezrobocie – marzenie człowieka pracującego.
Praca -marzenie człowieka bezrobotnego.

Dobranoc.

 

UPDATE

A potem przychodzi nowy dzien.
Ktos, kto potrzebowal pracy – wlasnie ja dostal i to ja bylam osoba przekazujaca dobra wiadomosc.

Johnny wlasnie leci do Lanzarotte. Wiec nie spedzi swiat samotnie przed telewizorem a ja nie odwazylabym sie go zaprosic.

Buty, o ktorych marze zeszly z ceny o polowe. Czarne, skorzane kamaszki, z antyslizgowym wihajstrem, ktory wystarczy odwrocic. Przytulilam, prawie pocalowalam, powiedzialam, zeby poczekaly cierpliwie do poniedzialku, to zabiore je do domu. Obicaly, ze zrobia co moga.

(Szkoda, ze nie pogadalam tak z aksamitna sukienka. Nie bylam pewna moich uczuc i …poszla sobie. Tak to jest jak sie czlek nie okresli w pore)

I slonce wyszlo! Brzozy za moim oknem swieca zlotem.
Sa takie dni, naprawde! I tego bedziemy sie trzymac gdy dol wyciagnie swoje szpony.
 

??

Macie czasem tak, że …

Macie czasem tak, że choć nic szczególnego nie robiliście to ze zmęczenia chce się wam płakać. A myśl o dniach dzielących was od dnia wolnego od pracy powoduje, że …Że już tych łez nie możecie utrzymać dłużej na wodzy?

No to ja mam tak dzisiaj.

I nadchodzące święta jawią się jedynie jako zmora obowiązkowych zajęć i spotkań, plus do tego codzienno-wczesnoporanne, mimo świąt, wizyty w przebrzydłej Kupie.

Opad wszystkiego

Przez internet …

Przez internet umawiam sie na wizyte do kolezanki, ktora niedawno urodzila synka. 
„Przyjdz, zapraszam serdecznie. Ja na razie nie moge przyjsc, bo nie moge wychodzic po zmroku przez 40dni od porodu, wiesz stara tradycja, ale nareszcie juz mija 40dzien…Przyjdz, wiesz, ze zawsze jestes serdecznie witana, ale tylko jesli nie masz akurat menstruacji..to tez stara tradycja…”- ona

” ??! W ktorym roku ty zyjesz?!” – ja
„Nie mow nic, jak przyjdziesz, to sama zobaczysz twarz mojego synka” – ona.

Wymiekalm. Dziewczyna ma lat 25, mature, studiowala chemie. No dobrze, pochodzi z Bulgarii, ale nie z jakiejs zapadlej wsi!  
W tej sytuacji naprawde rozumiem fenomen wierzen w Babe Wange oraz fakt, ze poczecie syna bylo dla kolezanki zaskoczeniem, wszak …uzywali kalendarzyka jako metody antykoncepcji.

 

 

 

Kurwa to takie piękne słowo

Naprawdę! Wiele razy …

Naprawdę! Wiele razy deklarowałam sympatię do przekleństw. Używam, a jakże, czasem nadużywam, choć staram się nie. Nie traktuję „kurwa” jak przecinka, ani jako mechanizmu do wyrażania uczuć. Wiecie, jak w tym dialogu „i co dała ci? Nie, dała. A to kurwa”. Jest to raczej taki wentyl. Jedni walą pięścią w ścianę albo w czyjąś w szczękę, ja wrzeszczę „Kurrrrrwaaaa!” Jak poziom irytacji jest najwyższy to jeszcze do tego dochodzi „MAĆĆĆĆĆ”.
Używam też cholery, ale w sytuacjach zwyczajnych. Kiedy się potknę, albo kiedy mi coś złośliwie upadnie „masłem na dół”.
Czasem jeszcze paru innych.
Odkąd zaczęłam jako tako władać szwedzkim mój słownik wzbogacił się o szwedzki odpowiednik cholery czyli  „fy fann”*. Ale tego to naprawdę czasem nadużywam, często traktując jako podkreślenie, a nie przekleństwo. Bo też i i dla mnie to przekleństwem nie jest. Umysł wie, że to „brzydkie słowo” ale dusza nie czuje. „Diabelnego gówna” czyli „jävla skit”* nie używam w ogóle. Nie czuję tego. Choć ostatnio spodobało mi się podobne określenie.
To było tego dnia gdy kolega-zastępowy Fabian nie przyszedł do pracy. Napotkałam Tobiasa, jednego z niewielu ludzi w Kupie, którego lubię i poinformowałam go, że efekt mojej pracy nie będzie imponujący ponieważ jestem sama.
– Mój kolega nie przyszedł
– Jävla grisen*..?-wpadł mi Tobias w słowa.
Diabla świnia. O, to mi może pasować, żeby sobie poużywać na kimś po szwedzku. Choć generalnie Szwedzi raczej nie klną. A jeśli już – to bardziej żartem, niż ze złości. Choć to pewnie wynika bardziej z nawyku tłumienia uczuć, niż z dobrego wychowania. Nie zauważyłam też tutaj tendencji do używania przekleństw w ramach przecinka.  A niby mają słownik dużo uboższy niż polski.
U mnie jest stopniowanie przekleństw.
Najpierw fy fann – najłagodniejsze
Potem cholera. Czasem cholercia.
Potem kurwa.
A na samej górze jest kurwa mać.

A wiecie czego nie znoszę? Co razi moje ucho (i czasem oko) bardziej niż najbardziej wulgarna wiązanka? Nie znoszę przemian „kurwa” w coś…nie wiadomo co. „Kuźwa, kumfa”, kutwa” przy czym to ostatnie sugeruje, że używający tego słowa człowiek nie ma pojęcia kim naprawdę jest kutwa. Powyższe słówka są takie…Chciałbym a boję się. Nie ma się czego bać. Pan Bóg nogi z góry nie spuści i nie kopnie jak zaklniesz szczerze, po polsku, całą polską duszą. Wyrzucisz tylko złą emocję. Ale jak nie masz odwagi z różnych powodów to używaj sobie choćby „motylej nogi” i nie profanuj takiego pięknego, soczystego słowa, kurwa!

 

*dla wielbicieli, którzy chcieliby sobie poużywać w innym języku podaję wymowę
– fy fann – fi fan
– jävla skit – javla chit albo javla szit ( zależy od regionu)
– jävla grisen – javla grisen.

Spacer z Ksawerym Svenem.

<span …

Kasawery jest porywczy, nieobliczalny i bardzo silny. Wkurzony, porywa do szalonego tańca wszystko, co stanie mu na drodze. Tu rzuci garscią ostrych, śnieznych igieł, tam kawalkiem drewna, załopocze flagą na maszcie, potrząśnie dachem domostwa, a i autobus potrafi zepchnąć z ronda. Wyładowawszy nadmiar energii przycicha, osiada, łagodnieje, udaje że jest najniewinniejszym z niewiniątek.  I dopuszcza do głosu Svena.

Sven jest łagodny, cichutki, nic nikomu nie wadzi. Jest przyjazny i mily. Miękki jak bialy, śnieżny puch…i jak on zdradliwy. Delikatną pieszczotą muska twoje policzki,  obejmuje cię i lekko prowadzi. Mowi przy tym troskliwie:
– Oj uważaj, widzisz, Ksawery tu znowy napaskudzil, ale ja zaraz, zaraz to uprzątne, zobacz, tylko dmuchne  – i dmucha. To, co Ksawery skuł lodem topnieje i rozplywa się. Jest lagodnie, milo i myslisz, nie, nie, Ksawery odszedl, nie wróci, przy boku mam Svena, mogę opuscic gardę. I dajesz się Svenowi  prowadzic, krok za krokiem, jak w tańcu. A potem Sven zatacza krąg … i świat zaczyna wirować, wszystko wkolo ciebie tanczy, Sven zniknal, a ty widzisz, że w ramionach trzyma cię Ksawery i śmieje sie przy tym szaleńczo.
Nie możesz odejść, nie możesz porzucić ich towarzystwa, masz do przejscia kawalek drogi i musisz to zrobic w tym dziwnym towarzystwie. 
Łzy ci plyną, oddech się rwie, myślisz, że cholera, nie dasz rady…I znów Ksawery znika a przy tobie pojawia się Sven. 

I tak maszerujesz wczesnym rankiem, a wlaściwie jeszcze w nocy, pustymi ulicami miasta. Przekopujesz sie przez zaspę, śnieg dostaje ci się do buta,  brniesz dalej by  za chwilę z trudem łapacć równowagę  na łysym placku chodnika, zdradliwie pokrytym lodem. Sven znów usłużnie posprzątał, myślisz ironicznie, balansujac by uniknąć  bolesnej wywrotki.  
W oddali migają koguty śnieżnych pługow.  Ktoś jeszcze oprócz ciebie nie śpi w miescie opanowanym przez szaleństwo o podwójnym imieniu.

Mala Kota Zuzia

Dawno, dawno temu …

Dawno, dawno temu mala Misia byla malym kotkiem. Chodzila na czworakach, miauczala, czasem lizala a czasem drapala. Miauczala po calych dniach, az zniecierpliwiony Ojciec jeknal, ze jak jeszcze raz uslyszy miauczenie to chyba da „koteczkowi” w dupe… Z czasem maly kotek urosl i zmienil sie w malego lwa ( bo akurat Krol Lew byl na topie). Nie miauczal tylko ryczal zarzucajac grzywa…
Minelo lat 20 z malym okladem.
I oto Misi corka czyli Zuzia jest malym kotkiem. A raczej „Mala kota”
Miauczy, mruczy, domaga sie glaskania i czasem lize glaszczaca reke.
W piatkowy wieczor gdy Dziadziu poszedl na mecz bandy a Mamus do pracy Mala Kota zostal z babcia. I odkryl koci kontenerek. I wszedl do niego.
Koci kontenerk stoi na wiezrchu z dwoch przyczyn.
Po pierwsze: bo w piwnicy stoi kanapa, czekajaca na kupca i nie ma jak wejsc.
Po drugie: Kocio mial traume z powodu zamykanie go w platikowym pudle wiec moze przywyknie. Kratkowane zamkniecie jest wyjete.
Kontenerek jest duzy, najwiekszy z dostepnych, plastikowych. Nabyty dawno temu, gdy Kocio mial odbyc daleka droge „za morze”. Wiedzialam, ze droga bedzie dluga, ze Kocio wsadzony do pudla w jednym domu opusci je dopiero w domu drugim czyli po mniej wiecej 24 godziach. Kocio nie ulomek i zalezalo mi by miejsca mial tak duzo aby mogl sie spokojnie polozyc i obrocic. 

Mala Kota Zuzia juz kiedys, z racji przeprowadzki konterek przetestowala. Ale wtedy byla malenka, prawie nie chodzila. No i nie pamieta.
– Oooo, cio to? – zadziwla sie zobaczywszy pudlo.
Babi wytlumaczyla.
– Mrrrr – zamruczal Kota machajac glowke w strone pudla.
– Chcesz tam ?
– Mrrr- pokiwal glowe Kota
– To wejdz – zezwolila Babi. Kota wszedl. Wyszedl. Wszedl. I tak kilka razy. Az zobaczyl kratkowane zamkniecie na wierzchu pudla. 
– Cio to ?
Babi wytlumaczyla, pokazala. Kota mruczeniem i machaniem glowka zazadal montazu zamkniecia. Wszedl do klatki. W ten sam sposob co poprzednio zazadal zamkniecia kratki-klatki.
Babi sie bronila, Kota sie upieral, Babi ulegla. I wtedy Mala Kota powiedzial Zuzinym glosem.
– Iś, babi, iś tąt

Eee, zaraz! Co innego wsadzic dzieciaka do klatki na moment, a co innego zostawic go w tej klatce samego! Babi sie opierala. Babi negcjowala. Babi tlumaczyla. I miala skrupuly. Mala Kota Zuzia byl nieugiety i wreszcie siegnal po ostatni argument. 
Podloga w kuchni ( bo to sie w kuchni dzialo) jest troche nakrapiana. Tak, ze czasem trudno zgdnac czy to brud czy desen. 
Mala  Kota Zuzia pokazal paluszkiem plamke na podlodze
– Dziś to? To pajok. Iś tąt! Sipko!

No i babi poszla. Ale nim poszla, sto razy zapytala czy napewno i czy Maly Kotek wie, ze wystarczy tylko raz zawolac. Kota niecierpliwie machal raczka to jest lapka. 
Babi poszla do duzego pokoju. mala Kota westchnal, zwinal sie w klebek i zamruczal. Babi cala zamieniona  w ucho usiadla na kanapie.
– Babiiii – rozleglo sie po sekundzie – Oś juś!

Babi pobiegla i wypuscila Kota. Kota w podziece polizal jej reke.
Duzy Kota lezal na kuchennej lawce i patrzyl jak zwykle z politowaniem.

 

 

Tvångsyndrom czyli kompulsja

chyba mnie dotyka …

chyba mnie dotyka osobiscie jesli chodzi o uzytkowanie kolorow.
Naprawde nie wiem jak to wychodzi, ze nagle cale grupy rzeczy mam JEDNYM kolorze. Byla faza zielona (kuchnia)  potem faza czerwona (przedmioty osobistego uzytku co nastepnie przenioslo sie na pokoj dzienny) byla faza fioletowa (ubrania) i niebieska (tez ubrania). Teraz faza rozowa. Bo kurtka w rozowe kwiaty ma do kompletu rozowe spodnie. Kask na lyzwy (tak naprawde narciarski bo lyzwiarskie byly tylko czarne i biale) kupilam rozowy. Rekawiczki (narciarskie, ale dla mnie na Komarka)  byly jeszcze czarne i drogie oraz niebieskie. No proszszsz… wole byc cala na rozowo niz polaczyc oczojebny blekit ( sliczny nawiasem mowiac) z rozowosciami!

Czy to sie jakos leczy?
Bo na razie w poszukiwaniu innego koloru wpadam w szpony innego.
Ostatnio podoba mi sie zolty. Ale nie taki jak cytryna. Taki bardziej z domieszka brazu, ciemno zolty. W sklepach juz nic nie ma w tym kolorze bo nie jesien. Na szczescie. Moze nie ulegne.