Jak wpłynąć na pogodę i nie tylko

No bo lało. Lało i …

No bo lało. Lało i lało i lało. Nawet dla takiego deszczoluba jak ja było tego jakby trochę za dużo. W dodatku w pracy było zimno. Tak to jest ze starym budynkiem. Kaloryfery na 25 stopni a ja marznę w stopy i ręce.
Mąż któregoś dnia zażyczył sobie mojego towarzystwa przy zakupach. Nie było innego wyjścia- musiałam założyć gumowce, bo buty moje jedyne przemokły mi prawie w drodze do domu.
Gumaki kupiłam jakiś czas temu, coś około półtora roku temu, jak sądzę. Ustawiłam je pieczołowicie w garderobie…A potem nie było okazji ich założyć. Najpierw było za zimno, bo przyszła zima. Potem była wiosna, ale dość sucha, potem uszkodziłam nóżkę, potem było lato, w końcu jesień i zima, ale wtedy już zapomniałam, że mam. Teraz mi się przypomniało. Założyłam owe gumowce, wyszłam z domu i po kilku krokach wiedziałam czemu o nich zapomniałam!
Gumowce kupiłam za namową męża w sklepie z odzieżą roboczą między innymi. Guma jest twarda i sztywna a jeden gumowiec może spokojnie robić za narzędzie obrony, choć może lepiej nie, bo mogą oskarżyć o przekroczenie granic obrony koniecznej. Ale jako narzędzie fitnes, może być. Na przykład zamiast rzutu młotem rzut gumakiem. Nowa dyscyplina olimpijska.
Przeszłam kilka kroków od domu do samochodu. Potem kilka kroków od samochodu do sklepu, potem do drugiego…O matko kochana! Jakbym w dybach chodziła. Nóżka sfatygowana prawie rok temu od razu wyraziła swoje zdecydowane poglądy na owe buty.
W drugim sklepie tuż obok był obuwniczy. Tylko miałam zerknąć…
Wyszłam z parą gumaków Crocks. Tylko 50kr droższe od zwykłych! Idealnie dopasowane do stopy, miękkie, lekkie. Niestety…RÓŻOWE! Jedyny kolor jaki był. Naprawdę to samo tak wychodzi! ładnie się komponują z kurtkę w różowe kwiatki, której używam jak jeżdżę Komarkiem.
No.
Zmieniłam buty w samochodzie a potem radośnie wchodziłam w każdą kałużę. I tyle było mojej radości.
Nazajutrz, wbrew prognozom, deszcz się oddalił w nieznanym kierunku. Prognozuję dość suchy najbliższy okres. Oraz spodziewam się dość suchego lata.
M. sobie w grudniu kupił narty i proszę jaka zima była.
W ogóle mam wrażenie, że los mi zawsze robi na przekór.
Może teraz też?
Wysłałam podanie o pracę ale w duszy mam dylemat szczęścia i obowiązku. Bo już mam plany na pierwsze dni bezrobocia. A praca byłaby dojazdowa, więc raczej mało czasu po południu zostawałoby mi na rozrywki. I od zaraz. No ale praca…
I tak z jednej strony myślę, e, lepiej nie, z drugie, oj tak, lepiej tak.

Wróciłam z pracy zmarznięta. Bo słońce – słońcem, a wiatr północny swoje robi. W dodatku w nocy wybudza mnie ze snu paskudny, suchy kaszel, który jedyne co uspokaja to cukierki vick. Błe. Rano się budzę i mam smak cukru w ustach. Fuj! W dodatku niewyspana, bo budzi mnie kilka razy. Ki grzyb? Może alergia na litozin? Słyszał kto o tym? łykam od przyjazdu z Polski. Łokieć mnie nie boli! Wcale nie boli. Prawy nadgarstek ze wszystkim stawami palców -trochę, ale dużo mniej niż przedtem.
O. I właśnie mi się przypomniało, że muszę złożyć wniosek o odszkodowanie za tę nózkę co ją sobie uszkodziłam prawie rok temu.
Boli, lekko puchnie od czasu do czasu, nie toleruje chodzenia boso, ani w ciężkich butach, więc wkładkę od ortopedy mogę se wsadzić wszędzie, ale nie w buty. Sandałków też nie lubi. Ani szybkiego marszu.
To idę…

Czy co

Mam chyba syndrom …

Mam chyba syndrom pokolonijny czy co…
Wczoraj przespalam cale popoludnie.
Przdwczoraj po prostu wyszlam z pokoju gdy Regina z moim mezem zaczeli rozmawiac o Ukrainie i spierac sie czyj to jest koniec: Rosji, Putina czy Ukrainy… 
Gadali tak dobra chwile a ja poczulam, ze dluzej nie zniose tego bicia piany  nawet za cene uznania mnie za niegrzeczna. 
W pracy, u pilkarzy tez zapal mnie opuscil. Robie co musze, tak dobrze jak powinnam tylko zapalu w tym nie ma. Po co?
Na Kupa jestem chyba skazana do smierci…nawet plan przyjscia do innego sklepu nie wypalil bo tam mi proponuja 7 godzin tygodniowo a tu mam 9. Nie stac mnie teraz na zmniejszanie dochodow.
Ofert pracy po prostu nie ma.
Od poczatku marca wyslalam 5 podan. Tylko na jedno dostalam odpowiedz ” Niestety, ale stanowisko jest juz obsadzone. Powodzenia w dalszym szukaniu”.
Ci, ktorych pytam o pomoc, usmiechaja i zapewniaja, ze tak oczywiscie, ale w tej samej chwili cofaja sie lekko i krzyzuja rece.
Umiesz liczyc? Licz na siebie.

Chyba brak mi motywacji. 

I o.  

Reisefieber na odwrót

Nie wiem w jakie …

Nie wiem w jakie słowa ubrać wrażenia. Jedno jest pewne: w większości  to słowa dobre…
Nie wiem czy mojego oglądu nie zakłóca schorzenie na które zapadłam jakiś czas temu. Schorzenie nosi nazwę „Sopliców choroba” ale choroba, choć czyni postępy tak całkiem różowo patrzeć nie daje. A czasem, chyba wolałabym.
Wolałabym na przykład poprzez różowe okulary widzieć sytuację ludzi starych w Polsce. Moja matka i teściowa są dla mnie przykładem, że ludzie starsi nie mają w Polsce lekko. Prawdą jest, że najbliżsi sąsiedzi robią co mogą, by im życie ułatwić w przeciwieństwie do osób pracujących w różnych instytucjach, których zadaniem jest właśnie pomoc takim ludziom.
Powala mnie samowola i bezprawie obecne na każdym kroku.
Od kilku lat nie mogę nadziwić się na przykład obecności hotelu w centrum Miasteczka. Miasteczko ma niską zabudowę a wyjątek stanowi usytuowana nad Łyną Bazylika Mniejsza, która góruje nad Miasteczkiem. Mała, przysadzista Baszta Bociania (niestety teraz już bez bocianów) znajduje się kawałek dalej nad tą samą rzeką. Pomiędzy nimi znajduje się kilka szachulcowych budynków starej fabryki cukierków oraz tzw. Białe Bloki, wybudowane w latach 50-tych w miejsce starego rynku. I naraz, spomiędzy tych budynków, wyrasta hotel Wiktoria (a może Victoria, nie pamiętam). Wielkie, zwaliste gmaszysko, co najmniej jednym piętrem górujące nad wszystkimi innymi budynkami, ni w pięć ni w dziewięć opatrzone spadzistym dachem z wykuszami. Od lat częściowo tylko wykończone, samo w sobie brzydkie jak koszmar architekta, w tym otoczeniu sprawia, że człowiekowi coś się robi jak nań patrzy. Kto? Kto? TO zatwierdził? Kto zezwolił na coś takiego i na zawsze oszpecił mi miasto? Na ogniu bym przypalała, albo jeszcze lepiej – skazałabym na dożywotnie mieszkanie w bloku naprzeciwko z widokiem na owe monstrum.
Nieco dalej, przy drodze nr51 oraz przy ulicy Emila Rzeszutka bogacze postawili kilka kamienic…
Plany w tym miejscu były takie, że powstanie zwarta zabudowa, stylizowana na stare kamieniczki. Ci, którzy wybudowali się pierwsi jakoś temu sprostali.  Kamieniczki mają styl, są powykańczane, z ładnymi elementami, ukwiecone i porządne. Te nowsze już tylko straszą. Z braku miejsca wszerz – poszły w górę, niektóre z nich od pierwszego piętra rosną wszerz, wiele z nich straszy szarym betonem na fasadach, pustymi, brudnymi oknami i bałaganem w około.
Koszmar!
Tego obrazka dopełnia zamurowany balkon w jednym z Białych Bloków  stojących tuż przy rondzie przy drodze 51.
Piszę o tych koszmarkach w kontekście samowoli i bezprawia, bo naprawdę nie wierzę, że ktokolwiek mógłby wydać zgodę na takie coś. No chyba, że był albo ślepy albo bardzo łasy na pieniądze…
O historiach jakich się nasłuchałam i w telewizji i od znajomych nawet nie będę wspominać. Są to historie które można opatrzyć tytułami „Pan na zagrodzie równy wojewodzie a biednemu zawsze wiatr w oczy” i są to historie prawdziwe.
No.
Reszta to już samo dobre. Drogi, remonty zabytków, obiekty użyteczności publicznej. Coraz ich więcej, coraz lepszych, coraz ładniejszych. Żebyście wiedzieli jak to cieszy!
Ale najpiękniejsza jest jak zawsze natura.
Przyszło mi do głowy, że tworząc Warmię Pan Bóg musiał być w najlepszej swojej formie. Chciałam wysiadać, przytulać każdy pagórek i co rusz wilgotniały mi oczy. Ach ta alergia, hehe…
Natura była mi łaskawa. Obdarowała mnie jednym, zamglonym porankiem, który wykorzystałam na maksa. Zdjęciami jakie zrobiłam, bawię się jak dziecko nową lalką <kliknij>.
Już dawno tak mi się nie trafiło.
No i byli jeszcze ludzie…Dużo ludzi, dużo spotkań, gadania, gadania, gadania. A i tak nie dałam rady spotkać się ze wszystkimi, z którymi bardzo chciałam. Tak to jest, jak 4 w dni chce się nadrobić kilka miesięcy nieobecności.
I jeszcze tylko historyjka o Zuzi, dla potomności.
Zuzia też była w Polsce, ze swoim tatą, który przygotowywał się do ślubu.
Odebraliśmy ją od cioci i kuzynek w jedno popołudnie. Maluch wkleił się najpierw we mnie, potem w dziadka.
Kinga, chrzestna matka i siostra cioteczna Zuzi zdawała relację, gdzie były, co robiły:
-…a u Chińczyka przyczepiła się do sandałków, jedne jedyne stały, jej rozmiar, ale nie mierzyłam, bo by mi wtedy nie dała wyjść bez nich, to pomyślałam, że mamę albo babcię tam poślę…
Pojechaliśmy do Strusiolandii. Jakie to wielkie ptaszyska! O matko!
Zuzia najpierw była zdystansowana do otoczenia, jak to ona. Ale zapałała gwałtowną miłością do białego konika.
– Ja teć pójdem. S Ustynkom. Na konik. I będę tak hopa-hopa na koniku. Bjałym. I będą „blawo Zuzia” „blawooo” i o tak – klaskała w rączki.
Zasnęła w samochodzie, z ciasteczkiem w rączce,  pełna wrażeń, szczęśliwa.
Nie budziliśmy, choć miała obiecane lody. Wysłałam męża na zakupy, bo mu się gazety jakieś marzyły a nie miał kiedy. Sama zostałam ze śpiącym dzieckiem na parkingu, w cieniu. Uchyliłam okno, wyjęłam telefon i bawiłam się gierkami. Mąż tę błogą chwilę „bycia nigdzie” zakłócał mi telefonami.
– A jaki Zuzia ma rozmiar buta?
– A jaki rozmiar ubrań?
Przyszedł, podsunął telefon pod nos, żebym wybrała które sandałki. No  bo skoro dziecko chciało różowe sandałki…
Wybrałam, pouczyłam na co ma patrzeć. Poszedł.
Wrócił z sandałkami i kiecką w łososiowe grochy, na sztywnej halce z bolerkiem w takim samym kolorze jak grochy.  Piękna kiecka, w sam raz na wesele taty.
Wreszcie dziecko się zbudziło. Rozbudziło. Natychmiast ze słowami
– Idziemy na lody? Lózowe lody!
Co było robić? Obiecane –dotrzymane.
Po lodach, już w samochodzie dziadziu cały szczęśliwy podał wnusi pudełko z butami.
– Zobacz jaki ci buty kupiłem…
Otworzyła…i mina jej zrzedła. Podkówka. Ojej…Dlaczego?! Przecież ładne – ciemnoróżowe, z serduszkiem i cekinami.
– Bo ja ciałam …te s Kingą…-głosik pełen rozczarowania.
– Ale ten sklep jest zamknięty. – tłumaczyliśmy w drodze powrotnej do Miasteczka.  Może zapomni, łudziliśmy się. Może zapomni zajmie się króliczkiem u Prababci Ani ( mamy dziadka). Akurat! Ledwie zeszliśmy po schodach.
– A buty?
– Ale zamknięte. Chcesz zobaczyć, że zamknięte?
– Tak. Ja sprawdzę! – odgrażała się.
Sprawdziła osobiście ciągnąc zamknięte drzwi. I dopiero wtedy się pogodziła.
Ale nowe sandałki kazała sobie założyć jeszcze w Olsztynie na parkingu.
Chińskie sandałki, nawet nie takie koszmarne, dziadek kupił w ostatniej chwili przed naszym odjazdem. Będzie się Zuzia cieszyć jak wróci z Polski.



Zamiast drzemki

Padam na twarz, ale …

Padam na twarz, ale nie mogę teraz pójść spać, bo potem znowu nockę zarwę a rano będzie koszmar ze wstawaniem.  Jeszcze tylko jutro bowiem i wreszcie tydzień urlopu. Jadę do Polski i zamierzam się tarzać na łonie matczynym, przyjaciół oraz znajomych królika.
Ostatnie dni u Piłkarzy to szaleństwo. Sezon się zaczął, wszyscy trenują, nowi gracze przychodzą, inni odchodzą, jeszcze inni odeszli dawno ale nie poinformowali wtedy tylko robią to teraz, gdy dostali faktury, inni się namyślili żeby zmienić formy płatności a ja po całych dniach rejestruję, wyrejestrowuję, wystawiam faktury, anuluję faktury, koryguję faktury. Prócz tego odpowiadam na tysiące maili i telefonów pod tytułem „a kiedy zaczynają się treningi dla grupy takiej a takiej?” Zajrzyj na stronę, mówię, jest zakładka dla każdej drużyny, a tam schemat. No tak, patrzą, ale napisane, że tak i siak i czy to się zgadza. I tak w koło macieju.
Prócz tego rozgrywki ligowe, więc trzeba było gonić z listą sponosorów, żeby wiedzieć czyje loga maja się znaleźć na programie. Oczywiście Christer nie zaskoczył nikogo i tydzień po terminie nadal nie podał swojej działki listy. Za to przedostatniego dnia przed pierwszym meczem (za)dzwonił do mnie ( z komórki, stojąc na zewnątrz, z wiatrem huczącym w mikrofonie) „Znajdź mi telefon do Iksa. Zaznacz, że Ygrek bierze udział, ale Zet to już nie. A znajdź mi telefon do KowalskiEntreprenad. A przy okazji zadzwoń do JureksBoatar i przypomnij, że logo mieli wysłać. Acha a do Hotelu Miejskiego wyślij zdjęcie starego programu, bo chcą wiedzieć jak to wygląda”.
I tak co kilka minut. Zaczynam coś robić, odkładam, bo telefon, załatwiam, k..a mać, za dupka sprawy, bo on aktywista, wszędzie jest aktywny i w footbolu i w bandy i w kościele pewnie też i jeszcze w stu innych organizacjach. No żesz…Przekleństwo z takim aktywistą…
Wreszcie, pół godziny przed końcem pracy powiedziałam, że sorry, ale dziś już mu nie pomogę więcej, bo muszę skończyć to co robię inaczej pół dnia roboty pójdzie w powietrze.
– No ale ja myślałem, że możesz mi pomóc – kwas w jego głosie
Szlag, szlag, szlag! Nie znam słowa „wyręczać”, bo bym mu powiedziała, że ja go wyręczam, a nie pomagam.
Na drugi dzień Pelle z lekko kwaśną miną, z lekkim oporem mówi, że tak, owszem, rozmawiał z Christerem i tam na biurku mam listę…
Pół dnia szukam listy, Annette bombarduje mnie mailami, że gdzie, że on przysięgał, że dawał Pellemu, że musi być. Idę do Pellego…SUPRISE! Owa lista to kropki na starym programie przy tych sponsorach, którzy chcą uczestniczyć w zabawie i w tym roku. Nowe kropki mieszają się ze starymi, z wczoraj. Na szczęście mailowałam to do Annette więc po spunktowaniu wyławiam nowości. Grrr. Kolejne pół dnia poszło się paść przez niezorganizowanego cymbała…
Jeszcze ustal skład obu drużyn, z tym, że oni skład zazwyczaj ustalają w ostatni wieczór przed meczem, więc mogę je mieć najwcześniej albo późnym wieczorem w przeddzień, albo wczesnym rankiem w dzień meczu.A drukarnia drukująca program musi mieć dane najpóźniej rano, w dzień meczu, żeby na popołudnie przygotować wydruki. Ja zaczynam pracę o 12. Pat.
Nie zrobię tego z domu, to trzeba na szablon nanieść, a mój komputer go nie wczytuje. 
Prosto z Kupa lecę do Piłkarzy…Siurprajz! Goście swój skład przysłali, ale nasi wciąż nie.
Dzwonię, David słysząc
– Hej, tu Katarina- kaja się , że już, już, jeszcze mała chwilka.
Wreszcie wszystko mam, wysyłam. Zawiadamiam Annette, że trzeba będzie odebrać, bo ona pracuje w tym samym budynku co drukarnia.
Do końca dnia gaszę kolejne pożary, a sterta spraw do załatwienia rośnie. Dzwonię, piszę maile, rozmawiam na żywo. Wszystko to po szwedzku i już w nosie mam jak brzmię, dziwnie, nieczysto, twardo po polsku, składnię olewam, mylę zaimek „wasz” z „ich”, ale KURDE!!! załatwiam wszystko co trzeba i we wlaściwym czasie.
Do domu wychodzę po 4 godzinach, nie ma głupich, za nadgodziny nikt mi nie zapłaci, mam to w umowie. W domu panikuję, bo przypominam sobie, że kurde drukarnia mi nie potwierdziła, ze dostali zamówienie.
Potem święta pełne Zuzi. Potem powrót do pracy, koniecznie chcę przed urlopem rozładować ową kupkę, ale znowu mecz u nas, znowu przygrywka pod tytułem PROGRAM …

Jest wietrznie, słonecznie, złociście-zielono-niebiesko, choć chłodno. Marznę w pracy w rękę, te od myszy i stopy.
Dziś miałam chwilę paniki. Nie zdążę, cholera, nie ogarnę, zapomnę. Ale ja to lubię! I będzie mi tego brak!
Może dlatego noc w noc śni mi się wojna albo pożar.

…A jeszcze zdjęcia z wyprawy z fotoklubem czekają na wrzucenie na bloga….
Aaaaale na razie idę popodglądać pasące się łosie.

Na szybko

Z wiosna wzmaga sie …

Z wiosna wzmaga sie aktywnosc wszystkiego, wiec zagoniona jestem jak kon na westernie, nie mam czasu npisac ani o tym czym roznia sie koobiety roznych nacji, ani o moich dywagacjach na temat ewolucji jezyka a gender, ani o glupocie europejskich decydentow.
Melduje, ze swieta byly i minely. Nikt nie zostal poszkodowany. za dwa i pol dnia wyjezdzam do Polski na krotki urlopik, ktory tez bedzie galepem.
A potem jeszcze tylko ogarne najgorsze zaleglosci i moze znow bedzie spokojnie to moze wtedy napisze.
Wybaczcie zatem, ze nawet na mile komcie nie odpowiem.

 

Do zobaczenia

Wszystko…różowe!

Zuzia nauczyła się …

Zuzia nauczyła się nazywać i rozróżniać kolory. Choć czasem zapomina. Jak dziś w samochodzie w drodze na basen.Ogląda rajstopy.
– Tu mam serdusko! – melduje.
– Lózofe. I tu teć. I tu…I tuuuu – kończy z wysiłkiem, bo usiłuje wyciągnąć rajstopki z buta bo tam się ukryło jeszcze jedno serduszko i tylko krawędź wystaje.
– Ale masz jeszcze inne – podpowiada Babi. – O tu..jakie to jest?
– Białe!
– A tu?
Zuzia skonfundowana.
– Ziaponiałam…
Babi podpowiada
– Nie…
Nic.
-Nie…bie…
Rozbłysk i triumfalny okrzyk:
– Bloa!(Blå!)
…Ale różowy jej się nigdy nie myli. I jak może wybrać – wybiera różowe.W czasie zabawy na basenie byłyśmy różowymi konikami. A Dziadziu był kotkiem. Różowym

Przerwa na lunch

moge chwile …

moge chwile zbalamucic.
Sezon treningowy nabiera rozpedu. Co za tym idzie-dzieje sie i jest co robic.
To lubie -rzeklem-To lubie.
Pelle i Johny (Joni -wymawiaja Szwedzi, przez J)zwijaja sie jak w ukropie -maluja linie, nawoza, podlewaja jak sucho, stawiaja bramki i nie wiem co jeszcze, ale maja co robic. Nigdy nie pomyslalam, ze zielona murawa wymaga AZ TYLU! zabiegow. Trawa jak trawa, sama rosnie, bramki stoja..i tyle.

Co dziwne, po pierwszym okresie zalu i goryczy, znow czuje zwiazek z tym miesjcem co przeklada sie na chec do pracy! W kazdym innym miejscu gdzie zmierzalam do konca nie mialam zapalu do pracy. Tu mam. Zmiany osobowosciowe czy…

Zwyczajowo, o 12 Pelle i Johny jedza lunch. Ja wtedy zaczynam prace, ale wiadomo, ze kazdy urzednik najpierw pije kawe, wiec i ja sie nie wylamuje: biore kawe i przysiadam sie do chlopakow. Pogadujemy. Co trzeba zrobic, co zrobilismy. Troche zartujemy. Ot takie pogaduszki sluzbowo kolezenskie. Jak zwykle ja sie z czyms wyrywam, cos opowiadam, jakas smieszna anegdotke z cyklu „ach, ci dziwni Polacy” czyli wspomnienia z pracy ksiegowej w Polsce. Zaplatuje sie w brak slow lub pietrowe zdanie, Johny podpowiada, dyskretnie i cierpliwie, Pelle zartuje, pokpiwa ale bez zlosliwosci. 
Czasem mam poczucie, ze „malo casu, krucabomba, malo casu” i wtedy od razu siadam do biurka. Czasem sa „obcy” i wtedy sie chowam bo z obcymi to ja jeszcze slabo lubie gadac. Szczegolnie nie wiem jak sie zachowac jak wypytuja a czemu a skad, a czy lubie, a ile tu mieszkam i ze tak cudnie gadam…Odpowiadam, ale ma wyrzuty sumienia, ze ktos inny czeka az my sobie te pogawedke skonczymy.
Wczoraj juz z daleka zobaczylam na biurku stertke faktur, nieomylny znak obecnosci Annette w czasie weekendu. Wiec zasiadlam od razu do biurka …
Chlopaki przyszli jesc.
– Katarina chodz na kawe! – zawolal Pelle.
I wiecie co? Tak mi sie fajnie, milo zrobilo. 
A dzis. Dzis Pelle przeszedl siebie samego szwedzkiego. Dzis uzyczyl mi swego LOGINU zebym mogla sprawdzic czy u niego dziala jedna funkcja ktora u mnie nie dziala.
Moi drodzy. To w Polsce nikt nie chowa sie specjalnie z loginami i haslami. W Szwecji, gdy kolega loguje sie do czegokolwiek oddalmy sie albo przynajmniej odwracamy glowe! I nie ma znaczenia czy to prywatna poczta czy konto bankowe. Loginami nie dzielimy sie! A jednak…

No i jak ma mi nie byc zal, co?

A wczoraj wieczorem poszlam na taki dziwny trening 24fitclub -sponsorowany przez Herbalife. Trening gratis, koktail po treningu 30kr. Godzinka lekkiej gimnastyki z milymi pogawedkami. 
Swieze powietrze w bonusie bo przeciez wiosna wiec cwiczymy na podworku. To nic ze o godzinie 19 temperatura wynosi +7 stopni ( w porywach). Ruch rozgrzewa, zimno motywuje, zeby sie bardzije starac. 
Fajnie bylo. bede chodzic poki lenistwo nie wygra.
I znowu refleksje: jak wiele dal mi ten rok u pilkarzy. Johny poprawia, podpowiada poprawne zwroty od dawna. Moj jezyk robi sie coraz pewniejszy. Nawiazuje kontakty spoleczne! Wreszcie, po 5 latach! Moze w koncu wroce do starych zwyczajow – spotkania z kolezankami, wspolne wyjscia do kina czy na kawe. Moze wreszcie spotkam swoja bratnie, choc szwedzka dusze? 
Na razie tak naprawde to ta bratnia dusza jest Johny. On ma wyklsztalcenie tylko podstawowe (w latach 70-tych rynek pracy w Szwecji wchlanial kazda sile robocza bo stan bezrobocia byl na minusie!) ale podziwiam jak wiele wie o najblizej otaczajacym go swiecie. Zna nazwy chyba wszystkich drzew, ptakow, kwiatow! Zna tez dobre zespoly muzyczne, szczegolnie amerykanskie, szczegolnie rockowe z lat 60-, 70-, 80-tych. Mamy o czym rozmawiac.   

Zlosc mi odeszla. Lepiej jakos. 
Licze dni do wyjazdu do Polski. 
Jeszcze 17.
Bede w Olsztynie i w okolicach jakby co…Ze zacytuje mojego starego kolege Krzysia:” mam pol litra oczekuje propozycji…” 

 

Odkurzacz

Wczoraj szefowa od …

Wczoraj szefowa od sprzatania, Kristina nawiedzila nasz przybetek dobrej atmosfery i porzadku.
Przybyla z dwoma pomagaczami, ktorzy mieli myc okna oraz wyczyscic ogromne, gumwe maty przy wejsciu – tam jest nawiecej piachu i kamyczkow. Wzieli nasz odkurzacz. 
Wielokrotnie, przy skladaniu zamowien na brakujace srodki zamawialam dodatkowe filtry. Bez odzewu. Potem napisalam, ze slabo ciagnie a wkrotce przestanie jak nie zmienimy filtrow. Bez odzewu. To machnelam reka. Uznalam, ze jak odkurzacz padnie to bede mogla z satysfakcja przeslac im moje maile z dopiskiem, ” a nie mowilam” tak jak to bylo z pralka.
No ale teraz stalam oko w oko z Kristina, pomyslalam, ze sprobuje jeszcze raz, bo odkurzacz widac solidny bo wciaz dziala a ja sie mecze…
– Odkurzacz bardzo slabo ssie – powiedzialam – ten filtr, ktory jest pod klapa jest bardzo brudny i trzeba go wymienic.
– Sadze, ze worek jest zle wlozony – uslyszalam w odpowiedzi.
Ja WIEDZIALAM ze jest dobrze wlozony, wiec sie po prostu odwrocilam i poszlam robic swoje.
Kiedy godzine pozniej K. odstawiala odkurzacz powiedzila, ze rzeczywiscie. Slabo ciagnie i I ze zamowi nowy. 
Mnie to juz nie wku..wia! Po prostu nie moge sie wku..wic jeszcze bardziej. Doszlam do granicy za ktora jest albo nirwana albo szalenstwo. 
Za duzo trudnych, zlozonych spraw rozwiazuje ostatnio, za wiele dylematow musze rozstrzygac w zyciu i we wlasnej glowie, za wiele strachow realnych i nierealnych musze opanowac. 
Wiec wzielam sie w garsc i trzymam mocno. Tylko czasem mi sie ta moja wlasna garsc na gardle zaciska. 
Takie mam uczucie. 
Zla, skrzywiona, wredna, narzkajaca, zniecierpliwiona, przybita, zmeczona, zrezygnowana i ogolnie zfrustrowana chodze. 
Nie lubie siebie takiej, ale nie moge tego zmienic. Nie potrafie sama, nie wiem kogo poprosic o pomoc i nie wiem jakiego rodzaju ta pomoc moglaby byc.
Mozliwe, ze przydalby sie mi przeszczep. Albo mozgu albo czyjegosc innego, zycia. 

A odkurzacz, a raczej jego worek,  okazal sie po brzegi wypelniony. Tak pelen, ze ledwie go podnioslam by przestawic bo blokowal wjazd maszynie. Pracownicy jeszcze byli gdy wychodzilam, wiec poprosilam o wymiane worka. Bo gdy jest tak pelen to naprawde bardzo ciezko go wyjac.
Oczywiscie, naturalnie, na pewno – zapewnili mnie we troje. 
Dzis rano znalazlam odkurzacz tak, jak go wczoraj zostawilam. Z pelnym workiem. 

 

Siąść i płakać

Chyba mam jakiś …

Chyba mam jakiś okres.
Zmiana czasu rozdrażniła mnie do czerwoności. Chodzę zmęczona, źle śpię, źle funkcjonuję, drobiazgi sprawiają, że wybucham gniewem, łzy są na podorędziu, wszystko leci z rąk, a proste dotąd i lubiane obowiązki służbowe zdają się pracą godną Syzyfa ( nie mówię o Kupie).
Dziś dodatkowo, chyba w ramach bardzo mało śmiesznego żartu primaaprilisowego, dostałam moje rozliczenie z podatku na którym widnieje, że mam dopłacić ni mniej ni więcej jak 9784kr.
Tylko. Co odpowiada mojej miesięcznej pensji.

Jasne, winny się znajdzie, powie o, przepraszam…A ja mam teraz, właśnie teraz wyjąć te tysiączki z kieszeni.

I tylko nie mówcie mi, że mam się cieszyć, bo mam dochody bo te dochody właśnie się, k..! kończą! A wydatki zaczynają mi się spiętrzać. A nie wiem co będzie za 3 miesiące.

!@#$!