M. ma dziś urodziny. Szwecja postanowiła zrobić mu prezent.
I tym sposobem…

Zostałam żoną obcokrajowca. Niby nic, niby nie ma znaczenia, ale…
Mam ostatnio wielkie zapotrzebowanie na choćby trochę lepsze wiadomości.
M. ma dziś urodziny. …
M. ma dziś urodziny. Szwecja postanowiła zrobić mu prezent.
I tym sposobem…

Zostałam żoną obcokrajowca. Niby nic, niby nie ma znaczenia, ale…
Mam ostatnio wielkie zapotrzebowanie na choćby trochę lepsze wiadomości.
Zmiana obrazka w tle …
Zmiana obrazka w tle to nie przypadek. To symbol. To moje dzisiaj.
Chmury nade mną, a przede mną niewiadoma czai się za zakrętem. Ale zawsze byłam przekonana, że „coś być musi do cholery za zakrętem” i ciągle jestem ciekawa co.
No więc dobrze. Poddaję się. Nie będę walczyć z tym co los mi niesie, bo wiem, że tylko się uszarpię a i tak będę musiała pójść ścieżką jaką los mi wytyczy.
I zobaczymy.
…Choć pewnie jeszcze nie raz będę się wypłakiwać na bloxowym ramieniu, bo przyjaciółki daleko.
PS. Nowy blox szablon bardzo przyciemnia zdjęcie.
Tak naprawdę powinno to wyglądać tak ( mam nadzieję, że tu będzie widać lepiej)

Z dolu do gory
z…
Z dolu do gory
z gory na dol
z ciemnmosci w slonce
z ciszy w krzyk
Moje ostatnie dni. Rozpacz, gniew, swiatelko nadzieji, wscieklosc, gorycz, strach, bezsilnosc a wreszcie najprwdziwsza panika.
Plus bole glowy, zoladka i permanentne zmeczenie.
Nie moge zostac bez pracy. Nie moge. Nie znowu. Nie.
Nie wiem co zrobic, zeby ja znalezc.
I tylko nich mi nikt nie mowi o wlasnej firmie. Biur rachunkowych na kazdej ulicy. Zadne mnie nie chce. Klientow nie przybywa a raczej ubywa.
Nic innego nie umiem. Za stara wg oceny doradcow jestem by sie calkowicie przekwalifikowac. Zreszta doradcy dzialaj wg schematu: wymysl zawod a ja ci powiem jakie masz zdobyc umiejetnosci oraz jakie masz szanse.
Nikt nie potrafi odpowiedziec „w jakiej dziedzinie jest najbardzije brak ludzi do pracy?”.
Inna rzecz, ze jak patrze na ogloszenia to wiem w jakiej. W sprzedazy, w posrednictwie handlowym dokladnie. Najlepiej za prowizje. Telefony, abonamenty, sex party, paramedykamenty, ubezpieczenia. Jakby to sie nie nazywalo to tak naprawde ma jedno imie: akwizycja. Wielki stres, zarobek zaden.
A w miescie znikaja kolejne sklepy…
Ściemnia się, myśli zawodzą
Kulą się ze strachu
Moje serce jest czarne
Jak dłonie palacza
Zuzia z uwagą …
Zuzia z uwagą przygląda się swojemu naszyjnikowi.
– O. Nikka tu jest. Cieba klipać*.
Innym razem gdy zauważa na chodniku kolorowe plamy – ktoś chyba bawił się kredą.
– To kolorowe – stwierdza – To mona tramapać*
– To nie tak – marudzi gdy coś idzie nie po jej myśli – To musi otak – o tak wymawia z akcentem na „o” jak jedno słowo.
– Kota nie mona głaskać annars* on będzie bił. O tu mnie bił – przypomina sobie historię sprzed roku! gdy dokładnie w Midsommar Kocio-łobuz w taki brutalny sposób wzbraniał się od zuzkowych karesów. Musiał to być szok dla dzieciaka skora sam z siebie wciąż o tym pamięta. Co dziwne: króko po tym zdarzeniu przestała to wspominać, chyba zapomniała. Przypomniało jej się jakoś zimą i teraz jest wiedzą oraz wspomnieniem zakotwiczonym najwyraźniej na stałe.
A Kocio to jest…
Janki, synek mój maleńki, lubi wieczorem zajść na chwilę do mnie. Gadamy sobie. Ostatnio Kocio spał twardo aż chrapał. Dziecko wyciągnęło się jak długie na moim łóżku i najwyraźniej obudziło Kota. Kocio usiadł. Potrząsnął łebkiem. Rozejrzał się, polizał łapkę. Ewidentnie coś było nie tak, ale zaspany nie mógł tak szybko pojąć co. Wreszcie dotarło.
Rozmiauczał się na cały regulator. Pospiesznie porzucił swój wyleżany, ciepły dołek i podszedł do Jankiego i wymierzył mu baranka. Janki odruchowo się cofnął, bo Koci baranek nie jest na żarty. Kocio naparł raz jeszcze. Miauczał przy tym.
Całym swoim futrzatym jestestwem Kocio wyrażał swoje zdanie.
– To moje miejsce. MOJE! Tylko moje i z nikim się dzielił nim nie będę. Idź stąd. Usiądź sobie na podłodze, na suficie, na parapecie okna…gdzie chcesz, ale nie tu…Bo to MOJE! A najlepiej w ogóle idź do siebie i nie zawracaj głowy mojemu człowiekowi.
Kiedy groźby wokalne i czyny fizyczne nie zadziałały Kocio zrobił ostatnią możliwą rzecz. Ułożył się w poprzek, całym ciężarem, na wyciągniętych nad głową ramionach Jankiego i głosin mruczeniem oraz gwałtownymi ruchami ogona dawał wyraz swej głębokiej dezaprobacie.
* klippa – ciąć
* trampa – deptać
* annars (wym: anasz) – w innym razie
…i milczę …
…i milczę coraz częściej…
Najpierw pierwsza …
Najpierw pierwsza wycieczka z Zuzią. Niedaleko – bo na Hunneberg. Mały spacer przez las, Muzeum Łosia ( tak naprawdę to Muzeum Myślistwa Królewskiego), zabawa Zuzi z aparatem, szybki grill nad jeziorkiem.
Wyprawa krótka, obliczona na czteroletnie dziecko, żeby zachęcić do podobnych wypraw. Dzieci nie nauczyliśmy bo jak były małe, to nie mieliśmy warunków na takie wyprawy: praca i permanentny brak kasy…Mamy nadzieję, że wnuczka będzie nam z czasem towarzyszyła na włóczęgach.
Potem chrzest i chrzciny małej Amelii, siostry dużej już Julki. Julka jest dla mnie swego rodzaju licznikiem. Urodziła się w miesiąc po moim przyjeździe do Szwecji. Mnie się wydaje, że jestem tu tak krótko, ale kiedy widzę Julkę to uświadamiam sobie, że szmat czasu i masa doświadczeń za mną. Byłam także na jej chrzcie, ale wtedy nie zrozumiałam ani słowa z tego co mówił pastor. Teraz rozumiałam prawie wszystko!
Sympatycznie było na chrzcinach. Rodzina Madzi, mamy obu dziewczynek, jest przesympatyczna. Choć i szwedzkiej rodzinie taty też nie można niczego zarzucić.
Ech… Rozmieszała mnie tylko zgroza w oczach polskich cioci i babci na widok dzieciaków włażących do jeziora w połowie maja.
Ale świeciło słońce a woda miała jakieś 12 stopni. Aż 12, więc ciepło.
A zaraz potem, we czwartek było święto. I ruszyliśmy na nasza wielką wyprawę wokół jeziora Vetter.
Fotorelacja z dni ostatnich jest naturalnie tu: www.prowincjuszka.blox.pl.
Czuję ogromny niedosyt.
A już myślałam, że przestałam lubić i włóczęgę. Na szczęście – nie. Tylko ostatnio jakoś wciąż jeździliśmy w te same lub podobne rejony.
Od jutra zaczynam odliczanie końcowe u piłkarzy. Panikuję i jestem nerwowa. Z jednej strony marzy mi się lenistwo, z drugiej umieram ze strachu, że będę miała go aż nadto.
Zdecydowałam się składać podania do Goeteborga. Będę dojeżdżać na weekendy w razie czego. Bo w okolicy ogłoszeń prawie nie ma…A sprzątanie przez najbliższe 20 lat mnie nie rajcuje. Zresztą i tego sprzątania też za wiele nie ma.
Nie jest wesoło.
Chyba jakaś reklama …
Chyba jakaś reklama mi wpadła w ucho bo zaczęłam się zastanawiać za co ja bym chciała podziękować mojej matce.
No, że mnie urodziła, wykarmiła, jakoś tam odchowała do pewnego momentu. Ale czy za coś szczególnego?
Nie wiem…
A wy?
Za co byście chcieli podziękować swoim matkom?
<span style="color: …
Dagens Arbete to związkowy periodyk. Kiedyś wyrzucałam, ale od jakiegoś czasu zaglądam, przegladam, czasem coś przeczytam. Zwykle przy jedzeniu, więc lekko nieuważnie a czasem nawet bez zrozumienia bo nie znam słów albo związku frazeologicznego a Wujek Tłumacz Google oraz Wujek Kubitsky nie poleguja na kuchennym stole…
Wczoraj przeczytałam taką oto historie.
Dwóch panów opowiada swoja historię.
Jeden jest starszy, ma nastoletnie dzieci.
Drugi młodszy, jego starsze dziecko ma 4 lata.
Nie podane konkretne miejsce zamieszkania, ale domyślam sie, że jest to jakis północny land.
Panowie pracowali w firmie, które nagle ogłosiła, że przenosi swą produkcję do Polski.
Sami rozumiecie, że musiało mnie zaciekawić.
Przydługawy opis jak to obaj wierzyli, że tu gdzie pracują zostaną na dłużej, o tym jak się poczuli na wieść, że jednak nie. Pracodawca dał im jednak wybór. Mogą odroczyć swe zwolnienie w zamian za wyjazd do Polski i pomoc przy wdrażaniu produkcji. Znów dość długie dywagacje o tym jak trudno było podjąć decyzję i oraz o tym, że nie było za bardzo nad czym się zastanawiać, bo tam gdzie mieszkają, jest największe bezrobocie w całym regionie (a może i w kraju, bo nigdy nie jestem pewna co mają na mysli mówiąc „land”)
Firma przeniosła się w okolice Stargardu koło Szczecina. Nasi dwaj bohaterzy oraz ich trzej koledzy pracują więc w Polsce. Tu następują smaczki…
Panowie ze Szwecji do Polski jadą niemal całą dobę. Wyruszą specjalną taksówką która krąży i zabiera każdego z ich domu by ich potem odwieźć wszystkich na lotnisko Arlanda. Z Arlandy panowie lecą do Berlina, a stamtąd znów taksówką do Szczecina.
Kto im tę podróż zorganizował to dla mnie zagadka. Nie dość, że musi kosztować krocie to jeszcze trwa dłużej niżby lecieli na inny kontynet.
Potem panowie opisują pracę i warunki. Że ludzie mili, a hotel przytulny. Ale jak trudno jest pracowac w całkiej innej kulturze, tysiące kilometrów od domu! (no myslałby kto, że panowie do Azji polecieli). I, że logistyka kuleje a rysunki się nie zgadzają. Jakby M nie pracował w firmie konstrukcyjnej to może i zrobiłoby to na mnie wrażenie. Nie robi bo to, że logistyka szwankuje a rysynki techniczne są z błędami to zwykła codzienność w Szwecji. Ale oczywiście dla Szwedów Polska to wciąż kraj dziki i dziwić się spektakularnie potrafią „to wy tam macie internet?!”
Ano mamy. Do wychodka też raczej nie chodzimy za stodołę i nawet mamy ciepłą wode w kranach.
…To takie smaczki i moje konkluzje, jako efekt uboczny lektury.
Natomiast to, co mnie naprawdę zbulwersowało to polityka gospodarcza Unii Europejskiej.
Wedle tego co stoi w artykukle w okolicach Szczecina czy Stargardu powstała strefa bezpodatkowa. Dodatkowo Unia zagwarantowała budowe dróg, kolei i nawet lotniska w tym rejonie. Cudnie! Rozwój regionu, zmniejszenie bezrobocia.
Tylko, że wedle tego co mówia Szwedzi, ich polscy koledzy zarabiają dużo poniżej polskiej płacy średniej w przemyśle a na bank wielokrotnie mniej niż Szwedzi.
Pracodawcy tłumacza, że niższe podatki, lepsze położenie to dobrze dla firmy. Całą strefę utrzymuje Unia Europejska.
Czyli Unia zabrała bogatej Szwecji i dała biednej Polsce. Polityka Janosika, normalnie.
A kto na tym korzysta najwięcej?
Unia?
Polacy?
No bo nie Szwedzi…
Nie. Właściciele firmy. Wyłącznie. Tania siła robocza + raj podatkowy = więcej pieniędzy dla właścicieli. Pieniędzy, dzięki którym opłacą polityków by znowu przekonali wszystkich dookoła do ich racji.
Link do czesciowego artukulu, poszwedzku oczywiscie.
<span …
No to mamy ładne lato tej wiosny. Nawet burza była! Porządna, prawie jak warmińska z piorunami i grzmotami i ulewą po której powietrze rozpachniło się..! Nazajutrz świt wstał jak wypucowany. Biała plama pod jabłonką przy Przyjaciołach Zwierząt i łuski pod lipami na parkingu pokazywały, że deszcz był porządny choć kałuże i chodniki zdążyły wyschnąć, choć niebo jeszcze było nieco nadąsane i w ciągu dnia popłakało sobie z lekka.
Dziś od rana jednolity błękit i kula słońca. Prawie nie ma wiatru.
Zaprawdę powiadam wam. Dziwna jest tegoroczna wiosna w regionie Zachodnia Gotlandia powiat Skaraborg (Skarabori-się wymawia).
Byłam na Torget dziś rano. Rynek jak co środa, tłum ludzi. Gorąco okropnie! Tu, u piłkarzy, w otoczeniu lasu, nieco na górce, zawiewa orzeźwiający wiaterek no i ludzi i aut dużo mniej. Moje serce wciąż płacze na myśl, że to ostatnie tu chwile…
Ale nie skupiamy się na tym teraz. Jeszcze nie…Jeszcze w duszy coś mi szepce, że cud jest możliwy, wbrew rozsądkowi, który nakazuje rozsądek właśnie i niewiarę w pobożne życzenia, bo będzie bolało.
W mieście byłam po len. Wymyśliłam, że jak już sobie kupiłam tę wypasioną maszynę do szycia co sama igłę nawleka to może pora zrealizować drugi punkt marzenia i zacząć szyć sobie ubrania. A ponieważ mamy lato, albo coś w tym stylu to zaczniemy z grubej rury. Od lnianej sukienki, w której zamierzam zadawać szyku na niedzielnych chrzcinach małej Amelii. Znalazłam prawie idealny wykrój, zobaczymy jak mi pójdzie.
Kocham len letnią porą. Bo jaka by nie była aura to jest to cudowna tkanina, która dopasowuje się do temperatury. Jak zimno grzeje, jak gorąco chłodzi. A że się mnie…To dowodzi tylko prawdziwości lnu. I zastępuje metkę, jakby ktoś lubił się chwalić zawartościa portfela. Patrzyłam w miejscowych butikach. Jedna, całkiem prosta bluzka kosztuje ponad tysiąc koron! Sukienki siegają czasem nawet dwóch jak jakaś lepiej uszyta. A ja sobie takie cudo zasponsoruję za jedyne 200koron plus osobista uciecha. Oraz, na bank, niezliczona ilość słów powszechnie uznanych za obelżywe, ale to normalne jak kto o szyciu wie tyle co się sam nauczył.
Kiedyś, w czasach pracy u BaśkiK, miałam taką klientkę, panią Jolę, która szyła z lnu. Szyła, wystawiała w butikach, słabo jej to szło, ale szyła. I nagle ktoś kupił jakąś jej rzecz, wywiózł na zachód, do Norwegii czy Szwecji i posypały się zamówienia…I nagle z zaściankowej artystki pani Jola stała się wziętą projektantką mody. Na szczęście nie straciła do siebie i swojej pasji dystansu i jak ją kto pytał co robi, to nieodmiennie odpowiadała „a, takie worki szyję”. Czy dzisiaj to jest jeszcze jakiś pomysł na zarabianie pieniędzy…
Wciąż szukam pomysłu na to co dalej. Jednym z takich pomysłów jest zapisanie się do partii. Cynicznie – do jakiejkolwiek. No dobra – żebym się jednak mocno liderów nie wstydziła. Naprawdę!
Mój stosunek do polityków się skrystalizował i utwardził. Efeketem tego jest konsekwentne unikanie wyborów. Nie wierzę z definicji żadnej partii. Wedle mnie członkowie każdego ugrupowania tak naprawdę mają jeden program „wejść na scenę i już zostać cała reszta to rzecz prosta”. I jakiekolwiek obietnice by nie padały z niezależnie jakiej strony nie ma to żadnego wpływu na polepszeniue bytu zwykłych ludzi. Wręcz przeciwnie – idzie ku gorszemu.
Jak na razie ludzkość nie wymysliła lepszego systemu niż demokracja podobno, ale demokracja w wydaniu współczesnym nie jest żadną demokracją. Nikt z nas nie ma najmniejszego wpływu na to co się dzieje na świecie. Wpływ mają wyłącznie pieniądze i ludzie, którzy mają ich wiele, zbyt wiele. Tak wiele, że nie ma dla nich znaczenia kurs waluty, cena złota czy ropy, światowy kryzys, degradacja ekologiczna i coraz większe bezrobocie. Nie, takie rzeczy to tylko woda na młyn takich ludzi. Mają zbyt na swoje pistolety czy medykamenty oraz poletko na doświadczenia. Więc nie chodzę na wybory bo dla mnie wybory, wszystko jedno w Polsce, w Szwecji, do Europarlamentu czy gdzie tam, to wybór czy chcę zawisnąć na linie z lnu czy z konopi…Żaden i wybór i nie widze tu wyboru pod tytułem „wybieram mniejsze zło”. Nie widzę zła mniejszego. Niestey nie wymysliłam jeszcze alternatywy dla polityki…
No więc do partii chcę się zapisać bo może dzięki temu uda mi się zdoby ć pracę. Li i jedynie z wyrachowania. Dość idealizmu. Za stara jestem.
Prom odpływał, …
Prom odpływał, ostatni ludzie wskakiwali w biegu. Stałam w tłumie i zastanawiałam się jak znaleźć Baśkę. Ona była gdzieś na tym promie.
Pokonywałam kolejne piętra szukając recepcji i nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich jakaś dziewczyna. Wiedziałam, że Baśka jest wraz z nią.
A zaraz potem okazało się, że Baśka zabierając moje bagaże nie wzięła ani telefonu, ani komputera ani aparatu fotograficznego. Byłam taka wściekła, że chciałam krzyczeć.
Baśka wzruszyła ramionami
– A po co ci ?
Jej głupota mnie dosłownie zatkała, nie mogłam głosu wydobyć.
Kajuta była mała i ciasna. Leżałyśmy w niej prawie jedna na drugiej.
Za oknem pojawiły się cudne wyspy w smugach słońca, ludzie pracujący przy budowie łodzi i odgadłam, że jesteśmy na Karaibach.
Był dzień, Baśki i jej koleżanki nie było. Za moimi plecami stał mężczyzna.
– W recepcji mogą ci pożyczyć aparat, będziesz mogła robić zdjęcia- powiedział.
– I przypłyń tu za rok, zabierzemy cię w rejs tym, co teraz budujemy.
– To katamaran – domyśliłam się.
Słyszałam jak się śmieje.
– Coś takiego – przyznał mi rację.
– Ale ja nie umiem pływać –
Przyglądał mi się chwilę. Powiedział coś. Nie zrozumiałam co, ale poczułam, się mocno zdziwił, że o tym mówię, bo to przecież nie problem. „No tak, kapoki” podpowiedziała mi logika.
Obudziłam się.
Kolejny sen o podróży. Zdążyłam, jadę, ale nie mam tego co w podróży niezbędne. Co ja uważam, że jest niezbędne. Nie bilet, nie pieniądze a łączność z pozostawionym światem oraz możliwość zapisania tego, co oglądam. I Baśka, która tę podróż zorganizowała, zabrała mnie w nią jakby bez mojej zgody i wiedzy.
Przepowiednia, że mam się szykować do drogi?
Co mi chciałaś powiedzieć, Baśka?