Reisefieber na odwrót

Nie wiem w jakie …

Nie wiem w jakie słowa ubrać wrażenia. Jedno jest pewne: w większości  to słowa dobre…
Nie wiem czy mojego oglądu nie zakłóca schorzenie na które zapadłam jakiś czas temu. Schorzenie nosi nazwę „Sopliców choroba” ale choroba, choć czyni postępy tak całkiem różowo patrzeć nie daje. A czasem, chyba wolałabym.
Wolałabym na przykład poprzez różowe okulary widzieć sytuację ludzi starych w Polsce. Moja matka i teściowa są dla mnie przykładem, że ludzie starsi nie mają w Polsce lekko. Prawdą jest, że najbliżsi sąsiedzi robią co mogą, by im życie ułatwić w przeciwieństwie do osób pracujących w różnych instytucjach, których zadaniem jest właśnie pomoc takim ludziom.
Powala mnie samowola i bezprawie obecne na każdym kroku.
Od kilku lat nie mogę nadziwić się na przykład obecności hotelu w centrum Miasteczka. Miasteczko ma niską zabudowę a wyjątek stanowi usytuowana nad Łyną Bazylika Mniejsza, która góruje nad Miasteczkiem. Mała, przysadzista Baszta Bociania (niestety teraz już bez bocianów) znajduje się kawałek dalej nad tą samą rzeką. Pomiędzy nimi znajduje się kilka szachulcowych budynków starej fabryki cukierków oraz tzw. Białe Bloki, wybudowane w latach 50-tych w miejsce starego rynku. I naraz, spomiędzy tych budynków, wyrasta hotel Wiktoria (a może Victoria, nie pamiętam). Wielkie, zwaliste gmaszysko, co najmniej jednym piętrem górujące nad wszystkimi innymi budynkami, ni w pięć ni w dziewięć opatrzone spadzistym dachem z wykuszami. Od lat częściowo tylko wykończone, samo w sobie brzydkie jak koszmar architekta, w tym otoczeniu sprawia, że człowiekowi coś się robi jak nań patrzy. Kto? Kto? TO zatwierdził? Kto zezwolił na coś takiego i na zawsze oszpecił mi miasto? Na ogniu bym przypalała, albo jeszcze lepiej – skazałabym na dożywotnie mieszkanie w bloku naprzeciwko z widokiem na owe monstrum.
Nieco dalej, przy drodze nr51 oraz przy ulicy Emila Rzeszutka bogacze postawili kilka kamienic…
Plany w tym miejscu były takie, że powstanie zwarta zabudowa, stylizowana na stare kamieniczki. Ci, którzy wybudowali się pierwsi jakoś temu sprostali.  Kamieniczki mają styl, są powykańczane, z ładnymi elementami, ukwiecone i porządne. Te nowsze już tylko straszą. Z braku miejsca wszerz – poszły w górę, niektóre z nich od pierwszego piętra rosną wszerz, wiele z nich straszy szarym betonem na fasadach, pustymi, brudnymi oknami i bałaganem w około.
Koszmar!
Tego obrazka dopełnia zamurowany balkon w jednym z Białych Bloków  stojących tuż przy rondzie przy drodze 51.
Piszę o tych koszmarkach w kontekście samowoli i bezprawia, bo naprawdę nie wierzę, że ktokolwiek mógłby wydać zgodę na takie coś. No chyba, że był albo ślepy albo bardzo łasy na pieniądze…
O historiach jakich się nasłuchałam i w telewizji i od znajomych nawet nie będę wspominać. Są to historie które można opatrzyć tytułami „Pan na zagrodzie równy wojewodzie a biednemu zawsze wiatr w oczy” i są to historie prawdziwe.
No.
Reszta to już samo dobre. Drogi, remonty zabytków, obiekty użyteczności publicznej. Coraz ich więcej, coraz lepszych, coraz ładniejszych. Żebyście wiedzieli jak to cieszy!
Ale najpiękniejsza jest jak zawsze natura.
Przyszło mi do głowy, że tworząc Warmię Pan Bóg musiał być w najlepszej swojej formie. Chciałam wysiadać, przytulać każdy pagórek i co rusz wilgotniały mi oczy. Ach ta alergia, hehe…
Natura była mi łaskawa. Obdarowała mnie jednym, zamglonym porankiem, który wykorzystałam na maksa. Zdjęciami jakie zrobiłam, bawię się jak dziecko nową lalką <kliknij>.
Już dawno tak mi się nie trafiło.
No i byli jeszcze ludzie…Dużo ludzi, dużo spotkań, gadania, gadania, gadania. A i tak nie dałam rady spotkać się ze wszystkimi, z którymi bardzo chciałam. Tak to jest, jak 4 w dni chce się nadrobić kilka miesięcy nieobecności.
I jeszcze tylko historyjka o Zuzi, dla potomności.
Zuzia też była w Polsce, ze swoim tatą, który przygotowywał się do ślubu.
Odebraliśmy ją od cioci i kuzynek w jedno popołudnie. Maluch wkleił się najpierw we mnie, potem w dziadka.
Kinga, chrzestna matka i siostra cioteczna Zuzi zdawała relację, gdzie były, co robiły:
-…a u Chińczyka przyczepiła się do sandałków, jedne jedyne stały, jej rozmiar, ale nie mierzyłam, bo by mi wtedy nie dała wyjść bez nich, to pomyślałam, że mamę albo babcię tam poślę…
Pojechaliśmy do Strusiolandii. Jakie to wielkie ptaszyska! O matko!
Zuzia najpierw była zdystansowana do otoczenia, jak to ona. Ale zapałała gwałtowną miłością do białego konika.
– Ja teć pójdem. S Ustynkom. Na konik. I będę tak hopa-hopa na koniku. Bjałym. I będą „blawo Zuzia” „blawooo” i o tak – klaskała w rączki.
Zasnęła w samochodzie, z ciasteczkiem w rączce,  pełna wrażeń, szczęśliwa.
Nie budziliśmy, choć miała obiecane lody. Wysłałam męża na zakupy, bo mu się gazety jakieś marzyły a nie miał kiedy. Sama zostałam ze śpiącym dzieckiem na parkingu, w cieniu. Uchyliłam okno, wyjęłam telefon i bawiłam się gierkami. Mąż tę błogą chwilę „bycia nigdzie” zakłócał mi telefonami.
– A jaki Zuzia ma rozmiar buta?
– A jaki rozmiar ubrań?
Przyszedł, podsunął telefon pod nos, żebym wybrała które sandałki. No  bo skoro dziecko chciało różowe sandałki…
Wybrałam, pouczyłam na co ma patrzeć. Poszedł.
Wrócił z sandałkami i kiecką w łososiowe grochy, na sztywnej halce z bolerkiem w takim samym kolorze jak grochy.  Piękna kiecka, w sam raz na wesele taty.
Wreszcie dziecko się zbudziło. Rozbudziło. Natychmiast ze słowami
– Idziemy na lody? Lózowe lody!
Co było robić? Obiecane –dotrzymane.
Po lodach, już w samochodzie dziadziu cały szczęśliwy podał wnusi pudełko z butami.
– Zobacz jaki ci buty kupiłem…
Otworzyła…i mina jej zrzedła. Podkówka. Ojej…Dlaczego?! Przecież ładne – ciemnoróżowe, z serduszkiem i cekinami.
– Bo ja ciałam …te s Kingą…-głosik pełen rozczarowania.
– Ale ten sklep jest zamknięty. – tłumaczyliśmy w drodze powrotnej do Miasteczka.  Może zapomni, łudziliśmy się. Może zapomni zajmie się króliczkiem u Prababci Ani ( mamy dziadka). Akurat! Ledwie zeszliśmy po schodach.
– A buty?
– Ale zamknięte. Chcesz zobaczyć, że zamknięte?
– Tak. Ja sprawdzę! – odgrażała się.
Sprawdziła osobiście ciągnąc zamknięte drzwi. I dopiero wtedy się pogodziła.
Ale nowe sandałki kazała sobie założyć jeszcze w Olsztynie na parkingu.
Chińskie sandałki, nawet nie takie koszmarne, dziadek kupił w ostatniej chwili przed naszym odjazdem. Będzie się Zuzia cieszyć jak wróci z Polski.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s