Grzech czy Szfak.

zaniedbania popełniam…

zaniedbania popełniam tu straszliwy ostatnimi czasy. Wiem.
Pracuję. Pracuję rano na mopie. a potem na kompie ;). Praca, ta na kompie, nadal sprawia mi wielką uciechę. Tak wielką, że jak szef zapytał czy dałabym radę więcej popracować, bo pilna robota jest, zgodziłam się ochoczo. I tak wczoraj zamiast na 11, poszłam godzinę wcześniej. Nadmieniam, że byłam bez zwyczajowej porannej drzemki poKupowej. Bez drzemki bo miałam spotkanie z „psychologiem pierwszego kontaktu” który miał orzec czy potrzebuję pomocy w związku z nawrotem depresji.
Owszem, potrzebuję. Są dwie sprawy z którymi się szarpię. Baśka. I matka…Za długo to trwa, jak mi ktoś z zewnątrz nie pomoże to się dalej będę szarpać a tak może przerobię i pójdę dalej…Choćby na jakiś czas.
Tak więc do pracy drugiej poszłam niedospana. Ale jakoś przeżyłam.
Myślałam, że wieczorem padnę, ale gdzie tam! Zasnęłam po 22, co biorąc pod uwagę, że wstaję o 4,30 jest bardzo późną porą.
A dziś byłam w drugiej pracy 8:15. ..
Mam taką firmę teraz na tapecie, że…Szef był ożeniony z rosyjsko-języczną Estonką, więc nie mogę sobie nawet soczyście „kurwą” rzucić, bo może zrozumieć. Poza tym często przesiaduje z nami znajomy szefa, były Jugosłowianin. Oraz Dora, była żona szefa.No nie uchodzi…
Od Jolindy zapożyczyłam więc „szfak”. Brzmi z polska, a nikt się nie domyśli, że klnę ordynarnie.
Klnę, bo co papier to zagwozdka. Na szczęście szwedzkie internety bogate są w różne strony z poradami dla księgowych, więc się kształcę. Tylko mi czas na tym schodzi.
I tym właściwie żyję.
A nie, żyję jeszcze Hozier’a Take Me To Church :


Chudnę. Nie mam czasu na jedzenie. Ochoty też nie bardzo. Właściwie jadam dwa posiłki dziennie + banan lub jabłko w ciągu dnia. Odkryłam pyszny chleb żytni, domyślam się, że pełen konserwantów, bo nie zapleśniał w dwóch tygodni w folii. Niemniej jest ciemny, a jedna kromka zjedzona na śniadanie o 10 zapewniała mi sytość do godziny 1.
Zamiennie do chleba żytniego zjadam jogurt naturalny z odrobiną ciepłego mleka (nie lubię jedzenia w temperaturze lodówki) dwiema łyżkami płatków owsianych i garścią ciniminis. Działa tak samo jak żytni chleb.
Nie pamiętam kiedy czułam głód, nie pamiętam kiedy jadłam coś z apetytem…Pewnie jak ostatni raz zrobiłam ruskie…
Układam nowe puzzle. Skończyłam czarno-granatowo-ciemnozielony zamek. Teraz mam obraz przedstawiający wiktoriańskie domostwo w kolorach ciepłej jesieni. Pełno ciepłych kolorów od zieleni po czerwień, trochę srebrzystych szarości i kolorowych kwiatów…
Oraz czytam Olaf sun Auduna Sigrid Undset. Lubię takie powieści.
I nieodmiennie tęsknię do Zuzi, choć była z nami ostatni piątek i sobotę.
Zima dała sobie wolne, od kilku dni jeżdżę Komarkiem, ale po grudniowym upadku mam ciągle stracha.
I tak to.

 

 

 

 

Puzzle

Puzzle to taka …

Puzzle to taka zachodnia wersja mandali. Układasz długo, pieczołowicie dopasowując kawałki, pracują oczy i ręce, a myśli płyną swobodnie.
Po świątecznym układaniu zamku na letniej łące nie ma śladu. Znów leży rozsypany w pudełku. Teraz na stole, na starej ramie z obrazem inny zamek. Zimowo-wieczorny. Zamek jest jasny a dookoła niego różne odcienie niebieskiego: niebo, zalesione góry, śnieg, drzewa. Od bieli poprzez błękit i turkus, do granatu, ciemnej zieleni aż po czerń. Klnę. Złoszczę się. Każę eMowi otwierać okno. Ale lgnę jak mucha do lepu. Choćby jeden kawałek więcej.A po nim jeszcze jeden…
Księgowanie jest jak puzzle.
Dostałam reklamówkę dokumentów. Szef z przepraszającym uśmiechem powiedział, że to będzie tak często…Co to dla mnie? Nie raz tak właśnie do biura mojej kultowej Szeficy przynoszono dokumenty, odrzekłam.
Dziś, po tygodniu pracy, reklamówka śmieci zamieniła się w dwa segregatory poukładanych porządnie dokumentów. Dzień za dniem, miesiąc po miesiącu, papierek po papierku. Już niemal całość, obejmująca cały 2014 rok, jest zaksięgowana. Nie, nie to nie jest jakaś duża firma. Dwa segregatory? Miewałam takie, które tyle operacji miały miesięcznie.
Te segregatory to namacalny efekt mojej pracy.
Zapomniałam już jak bardzo to lubię. Układasz papierki i masz wrażenie, że porządkujesz świat. To nic, że tylko ten najbliższy, ten dookoła twojego biurka. Dobrze to robi na głowę. Szczególnie, gdy można pracować bez presji i pośpiechu.
Przychodzę wcześniej, bo coś tam chcę zobaczyć, wychodzę później, bo jeszcze jeden papierek, jeszcze jeden kawałek układanki…A na koniec równe słupki cyferek po stronie winien lub ma mówią mi „spisałaś się, dobra robota”. 
Och, wiem, wiem. Będą nerwy, stres, nuda i zmęczenie. Będą, bo tak jest, że przywykamy i to co o czym marzymy staje codziennością. Ale dziś, teraz, cieszę się pracą…jak zabawą z puzzlami.

 

Nie mogę wystartować

Szkolenie było. Tłum …

Szkolenie było. Tłum obcych ludzi, zakwaterowanie w hotelu. Jakieś przelotne, wiadomo, znajomości. Oczywiście obietnice o utrzymaniu kontaktu, ale wiadomo…
Wreszcie pora odjazdu. Gorączkowo pakowałam swoje porozrzucane po całym pokoju rzeczy, bo kolega kierowca i reszta współpasażerów busa już czekała, a ja rzekomo miałam być spakowana.
Ze zdziwieniem odkryłam otwarty plecak od aparatu. Aparat leżał oddzielnie, na innym łóżku. Z plecaka zniknął mój największy obiektyw. Najpierw ucieszyłam się, że nie „stałka” a dopiero potem zmartwiłam.
Kolega miał czekać na parkingu, tylko nie sprecyzowaliśmy na którym. Miałam żółtą torbę podróżną, plecak z aparatem, zielony plecak od komputera i jeszcze jedną torbę. Pętało mi się to wszystko, ciążyło, spadało z ramion generalnie sprawiając, że zamiast dziarskim marszem wlokłam się noga za nogą. Słońce świeciło i było zielono i ciepło. A jeszcze dzień wcześniej leżał śnieg. Wiosna przyszła tak nagle?
Po drodze była przepiękna, stara fontanna, której wcześniej nie zauważyłam. Spieszyłam się, bo na mnie czekali i nie zrobiłam jej zdjęcia. A tak pięknie lśniła w słońcu.
Wreszcie ich znalazłam. Znaczy busa. Pełno było w nim ludzi, dostałam miejsce z tyłu. Usiadłam wreszcie i mogliśmy jechać. Tylko teraz to kolega kierowca zniknął.
Potem ujechaliśmy kawałek. I znowu postój: ktoś z kimś chciał się pożegnać. Z budynku na wysokim wzgórzu wysypała się kolorowa gromada dzieci. Ktoś częstował piernikami o niesamowitych kształtach. Pieski, kotki, koguty, kaczki…Cała menażeria!  Ludzie się gdzieś rozleźli…A mnie się spieszyło. Wszak miałam być zaraz w domu.
Chodziłam i szukałam ich, ale ciągle kogoś brakowało. Na koniec okazało się, że nie ma busa i kierowcy. Wystraszyłam się, że pojechał bez nas.
Wreszcie byłam w domu.
Odkryłam znajomy bałagan i ją, śpiącą w rozgrzebanym łóżku.
-Znowu piłaś…- powiedziałam zrezygnowana.
Podniosła na mnie nieprzytomne oczy…

…i wtedy się obudziłam.
Byłam tak zmęczona, że aż mi się ciężko oddychało. Oto efekty nadmiaru szarlotki przed snem. Oraz sertraliny. Efekt uboczny, który zazwyczaj bardzo lubię. Sny fabularne, w dodatku nawiązujące do snów śnionych przed kilkoma nocami, bardzo spójne, a nawet logiczne. Poprzednim razem śniłam historię miłosną…w odcinkach i od tyłu! Mam nawet spisane te odcinki, coś niesamowitego. Aż żałowałam, że nie dośniłam do końca ( kuracja się skończyła, a sny nie były codzienne) bo byłaby z tego cudna opowieść.

A sen o podróży czyli nawiązujący do pracy.
Znalazłam środek lokomocji, ale on nie jedzie.
Mój niepokój związany z tym, że zamiast księgować robię inne rzeczy. Instaluję programy itp.
A potem pojazd znika.
Mój niepokój związany z niespodziewanym wolnym. I w ogóle z niepewnym jeszcze statusem. Czy praca zniknie?
Ale do domu docieram…A to rzadko mi się zdarza w snach o podróży.

No to tak:

zaczęłam nową pracę, …

zaczęłam nową pracę, ale pracowałam tylko trzy dni. Potem syn szefa przywlókł wirusa ze szkoły, a że biuro w domu, szef zapobiegawczo zaproponował bym wzięła wolne w celu uniknięcia zarazy. Co oczywiście zrobiłam.

Mam dobre odczucia, nie będę więcej pisać, żeby nie zapeszyć i nie musieć odszczekiwać.
Od poniedziałku mamy wprowadzić się do nowo wynajętego biura, więc do pracy będę miała tylko 5 minut drogi.
Staram się nie poddawać pesymiście, który mi szepce „nie uda się, to się na pewno nie uda, to się nie może udać”.
Iiii…to właściwie tyle. Nic się innego nie dzieje.
Więc oddalam się do sprzątania i robienia gołąbków.

…Acha. Nowych sąsiadów mamy. Nad nami. Nazywamy ich Kangury. To znaczy ich dzieci. Mają chyba bliźniaki, na oko takie ze dwuletnie. Każdego dnia około 7 rano rozlegają się dźwięki skaczących kangurów. Około 12 zapada cisza. Potem gdzieś około 15 znowu słychać skaczące kangury. Na szczęście około 20 wszystko się uspokaja. eM ma ochotę się poirytować ale go uspokajam. Jak to maluchy tupią, bawią się, ich prawo. Najważniejsze, że w nocy cicho. Urosną zaraz i będzie cisza w dzień a łomot muzyki w nocy :D. Może się wyprowadzą zaraz?

Śniegu tyle co kot napłakał. Za mało na zimowe przyjemności: narty czy sanki, ładne zdjęcia ale wystarczy by zaświnić podłogę w całym sklepie i żeby Komarek tkwił w garażu. Z codziennych, porannych przejażdżek rowerowych wagę mam około -2. Czyli są możliwe minusy dodatnie.

Przepraszam

ale złapałam jakąś …

ale złapałam jakąś zawiechę. Nie zaglądam do moich zakładek, nie piszę, nie komentuję.
Żyję. Łykam posłusznie sertralinę, teraz już po 2 tabletki dziennie, dzięki czemu chyba nareszcie śpię. Wprawdzie zasypianie zajmuje mi jeszcze sporo czasu, ale noce przesypiam jednym ciągiem. Problem w tym, że jak o 7 wracam z porannej przebieżki zwanej inaczej pracą sprzątaczki to padam jak kawka, zasypiam po ok. 40 minutach i śpię do 11 albo i nieco dłużej. Zależy od Kocia jak szybko dojedzie do wniosku, że Pańcia powinna już wstać, bo w misce żałośnie mało. Siada koło mnie i mruczy.Im dłużej tym głośniej. Jak mruczenie nie skutkuje dodaje inne bodźce w postaci zimnego nosa do ucha na przykład. Problem w tym, że to drugie wybudzanie się zajmuje mi mniej więcej tyle samo czasu co zasypianie.
A wieczorami znowu mam zajęcia sportowe bo kolega sprzątający inne części sklepu zachorował i ktoś musi go zastępować. W tym tygodniu padło na mnie.
Mówię zajęcia sportowe bo praca to jest nic w porównaniu do trudów dotarcia do pracy.
Komarek jako środek lokomocji niestety nie wchodzi w grę. Pogoda funduje nam takie jazdy jakich jeszcze tutaj nie było.
Przede wszystkim jak zaczął wiać…co to było? W Szwecji Egon, w Polsce chyba Feliks, tak nie może się uspokoić do dziś. Jak jeden dzień jest spokojniej to zaraz woda przyniesiona przez Egona/Feliksa zamienia się w ślizgawkę równą warstwą pokrywającą zarówno chodniki jak i jezdnie. Władze miasta olewają ekologię solanką, bo ekologia i degradacja środowiska to groźba dość wirtualna a tymczasem istnieje realne groźba, że się dzięki tej ślizgawce zagęszczenie w mieście zmniejszy. Zagęszczenie tak samochodowe jak i ludzkie. Pomimo kolcowatych opon.
Komarek opon z kolcami nie ma, bo niefrasobliwie uznałam, że po co. W sumie naprawdę: po co? Po lodzie jednośladem? To chyba nie jest dobra kombinacja. A jak nie ma lodu to wiatr spycha z drogi. Zatem jako środek transportu zostaje mi rower i nogi.
Po miesiącu, jak wiatr boczny, albo wcale go nie ma, przejeżdżam już całą drogę. A będzie tego za trzy kilometry. W jedną stronę. I tak dwa razy dziennie w tym tygodniu. No dobra. Bądźmy szczerzy. Wieczorami wozi mnie mąż samochodem bo mu mnie szkoda, że nie dość, że muszę pracować to jeszcze walczyć w pogodą. Znowu nasuwa mi się niezbyt miła refleksja, że mąż ma lepszy charakter niż ja. No ale to facet, to musi, nie? Faceci mają tyle na sumieniu, że muszą być charakterologicznie lepsi, żeby nam rekompensować. 
No i jeszcze jest jedno coś, co zastanawiam się czy napisać. Bo jak się okaże, że coś tam, to będzie mi wstyd się przyznać do porażki.
A dobra! Co mi tam!
W poniedziałek zaczynam kolejną półetatowa przygodę z księgowością. Koleżanka z Fotoklubu skontaktowała mnie ze swoim znajomych…I zaczynam.
Nic więcej nie powiem, bo nie chcę gadać za wiele. Już raz miało być tak pięknie a wyszło jak wyszło.
Będzie trudno, wiem to. I się boję czy podołam bo będę się musiała dużo nauczyć i to samodzielnie, bo mentora tam nie będzie. Będę ja i Szef, który o księgowości wie mniej niż ja.
Ale nie mam nic do stracenia, prawda? Pracy sprzątaczki nie zostawiam. Najwyżej stracę trochę wolnego czasu. I poczucia własnej wartości.
Agnieszka mówi, że jestem z tych myślących więc sobie poradzę. Oby.
O. Słońce!

 

 

 

 

 

Na co czekamy teraz?

Wstałam rano, a tu …

Wstałam rano, a tu śnieg. Fajnie. Właśnie zdecydowałam się wyciągnąć Komarka bo sucho było, a ja od wywrotki jechałam tylko raz i zaczynam się coraz bardziej bać.
Świat w mroku i świeżym śniegu jest magiczny. Naprawdę. Jednak wolałabym się nim rozkoszować nie w drodze do pracy. I nie mając w głowie świadomości, że jutro siódme poty w robocie z siebie wycisnę, żeby ślady tego słodkiego, magicznego śnieżku zlikwidować. Moje rozgoryczenie powiększa fakt, że teraz jest +1, a śnieżek zmienia się w błotną breję. Do wieczora śladu po nim nie będzie, ale łomot pługów śnieżnych niesie się po całym mieście. Nie wiem co oni jeszcze odgarniają. Ale możliwe, że muszą normę wyjeździć, żeby im dotacji nie obcięli czy coś.
Druga z rzędu zima-nie-zima. eMa narty stoją w piwnicy i nudzą się. Moje buty do nart chyba pękają ze śmiechu.
Święta były i poszły. Yankie pojechał do siebie już w poniedziałek. Dom opustoszał. „Jedną malutką duszą…” Tfu! To przecież tren!
Można się podśmiewać, że jestem mamusia-synusia. Proszę bardzo. Przyznaje bez bicia: lubię mieć go blisko, za drzwiami, tak, że w każdej chwili mogę otworzyć drzwi i powiedzieć co mi do głowy przyszło. Zwłaszcza wszystkie myśli nieuczesane,  moje filozofowanie, moje przebłyski dowcipu i krzywego widzenia świata są traktowane ze zrozumieniem. Z mało kim mam możliwość wymiany takich myśli, a wokalnie to tylko z synkiem.
Koszt bycia odmieńcem i cudzoziemcem. Co w sumie na jedno wychodzi.

Trzeci tydzień kuracji antydepresyjnej. Sypiam w kratkę. Jedną noc śpię, drugą nie. Ale postęp jest, jakby nie patrzeć. Co drugą noc śpię. Czyli jak Boluś u Laskowika, traktor jest dobry, bo ma trzy sprawne koła.

Dookoła szaleństwo z przeczytaniem 52 książek w tym roku. Nie przyłączam się. Nie sądzę bym dała radę. Raz, że brak na podorędziu takiej ilości lektury. Dwa, że czytam średnio jedną książkę na miesiąc. Możliwe, że między innymi dlatego, że zwykle czytam kilka jednocześnie…
No ale zawsze dobrze jest mieć ideał do którego się dąży.
Jutro znowu Fotoklub.
No i zaczynam odliczanie do wiosny. Tutaj nie ma jej co się spodziewać przed 1 kwietnia, a to trochę długo. Więc może najpierw poczekam aż dni zaczną się znacząco wydłużać. Czyli do lutego.

I tak to.

Zmiana daty

Odsypiacie?<br …

Odsypiacie?
Fajerwerki z punktu widokowego oddalonego o jakieś 6km od centrum miasta okazały się niewypałem.
Nie jestem entuzjastką strzelania, nie, odkąd zobaczyłam na własne oczy reakcję jednego psa i stada kawek. Liczyłam jednak na ciekawe zdjęcia. I się przeliczyłam. Za daleko, nie założyłam teleobiektywu bo ma za małą przesłonę, użyłam mojej kochanej stałeczki i się zawiodłam.
A poza tym to …nic.
M robił swój popisowy tort z placuszków z masą czekoladową.
Ja układam puzzle, dokończyłam Jodie Picolout „Lnia życia” (jak zawsze: warto), obejrzałam Country Strong z Gwyneth Paltrow – ciekawa rzecz, śpiewająca Gwyneth.
Zuzia była u taty. Jej tata zadzwonił z życzeniami, pogadaliśmy też z Zuzią.
– Co robisz? – zapytałam ją
– Nolmalnie się bawię – odparła mi, bo wzorem Tymka zaczyna używać przymiotników, gdzie się da.
– To dam ci dziadka
– Noooooo! – nie dodała „nareszcie” ale czuć to było. Nie jestem zazdrosna, nie jestem zazdrosna, niejestemzaz….
Trochę jestem. Pocieszam się, że i tak jestem ważna. Bo choć dziadek ważniejszy to ja jestem częścią składową do dziadka. I kiedy tylko znikam natychmiast jest pytanie „dzie babcia?” „a ciemu ona nie jest?”
(Zuzia często kalkuje gramatykę ze szwedzkiego).
Misia ze swoim chłopakiem gdzieś w mieście balowali.
Yankie z Sebastianem na bezalkoholowym przyjęciu.
Kocio strzelanki znósł z godnością. Poruszyły go wystrzały gdzieś blisko, koło bloku, nad ranem, gdy wszystkie inne już ucichły. Jakiś sylwestrowicz zaspał.
Wczoraj łomotało cały dzień w całym mieście. Teraz jest trochę spokoju, ale jak tylko wstaną ci co o północy już nie dali rady, kanonada zacznie się od nowa. Nie mam złudzeń. Strzelanie w Sylwestra Szwedzi mają  chyba w duszy razem z „färsk potatis och sill” (młode ziemniaki i śledź – danie na Midsommar). Że też nie szkoda im pieniędzy?
Podsumowań nie będzie. Miałam policzyć przeczytanie książki, ale zapomniałam. Zresztą nie wiem: czytane po raz kolejny się liczą, czy nie?
Miałam policzyć filmy, ale znowu nie wiem czy serial to każdy odcinek osobno czy jeden film? A filmy oglądane po raz kolejny?
Może w tym roku..?
I to jedyne postanowienie noworoczne.
Nie mam nadziei na jakieś wielkie zmiany.
Nie mam refleksji na czas miniony.
Ot, po prostu zmiana daty.

 

Nie czekać

Po dziewięciu …

Po dziewięciu godzinach snu, przerwanego tylko jedną pobudką na siku i piciu, świat jest zdecydowanie bardziej przyjazny. Zupełnie nie wiem po co się męczyłam te dwa miesiące. Mam więcej energii i znowu się śmieję. A to zaledwie tydzień. Lekarze przestrzegają, że w ciągu pierwszych dni brania leków, symptomy mogą się pogłębiać. Ja mam chyba na odwrót- możliwe, że jestem na lekkim haju. To jest całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę doświadczenia z dni ostatnich. Umęczona do granic, pierwszego wieczoru łyknęłam sobie tabletkę nasenną. Nie zanotowałam, albo lekarka to pominęła, że antydepresanty łyka się rano. I wzięłam na wieczór obie. Noc była koszmarem. Z jednej strony coś mnie szarpało w górę, z drugiej coś innego ciągnęło w dół.
Nadszedł wczesny (bardzo wczesny) poranek, powlokłam się do roboty, potem spałam chyba 3 godziny, potem godzinę się wybudzałam ale kiedy wreszcie się ocknęłam zaczęłam zgłębiać przyczynę. Zaczepiłam znajomą psychiatrę i potwierdziłam podejrzenia, że sertralinę to powinno się rano.
A! To tłumaczy nocne ekscesy.
Następną noc przespałam jako tako czyli godzina-dwie do zaśnięcia, pobudka co godzinę, pół godziny wiercenia się i znów sen.
Następny (bardzo wczesny) poranek. I dzień spędzony głównie na odpędzaniu snu. Bo oczywiście mogłabym się położyć, ale wtedy w nocy na bank w ogóle nie będę spała. O 20.30 kąpiel i do łóżka. Wywietrzony pokój. Strzepana pościel. Komputer pod łóżkiem, do poduszki książka o treści pogodnej i niepodniecającej. Oczy zaczynają się kleić, jest 21.15. Gaszę światło. Układam się wygodnie, jeszcze czekam na delikatne stąpanie kota, zimny noc do nosa, kocie układanie się po prawej stronie mojej głowy, jeszcze ostatnie pogłaskanie mięciutkiego brzuszka, coraz cichsze mruczenie…Zasypiam…
Mniej więcej po półgodzinie pobudka. Wiercenie się, drzemka, pobudka. O 22.30 znów tabletka na sen.
Odetchnęłam z ulgą, że teraz wreszcie zasnę.
Akurat!
Nieco spokojniej niż owej pierwszej nocy, ale znowu to samo. Z jednej strony nieprzytomna senność, z drugiej rzuca mnie coś co chwila o łóżko. Jakbym żyła 200 lat wcześniej ani chybi wezwaliby egzorcystę.
Następny dzień jak wyżej.
Chyba trzeba by z lekarką pogadać o tych tabletkach…
Ale. We czwartek wieczorem zasnęłam normalnie, ale za to obudziłam się  godzinę przed pobudką i już nie mogłam zasnąć. W pracy byłam prawie pół godziny wcześniej.
A wczoraj przespałam całe 6 godzin! Calutkie! Jednym ciągiem! W pracy byłam szczęśliwa i życzliwie nastawiona do świata.
No i dziś.

Do tego perspektywa wolnego przez najbliższe dwa tygodnie! Żadnego rannego wstawania. Żadnej porannej przebieżki do pracy ( Komarek od czasu upadku stoi w garażu, bo nie znasz dnia ani godziny kiedy grudniowy deszcz zamieni się w ślizgawkę).

I tak sobie myślę, że niepotrzebnie czekałam owe dwa miesiące. Ale wciąż miałam nadzieję: a to PMS, a to święta, a to matka…Dobrze, że nie czekałam jak poprzednio kilka miesięcy, w czasie których doprowadziłam i siebie i bliskich do granic wytrzymałości. Bo oczywiście z samym sobą możemy robić co nam się żywnie podoba, ale jeśli nasze jazdy odbijają się na najbliższych to zwlekanie z wizytą u lekarza jest bardzo samolubne. Więc jeśli od jakiegoś czasu nie jesteś sobą, nagle nie masz apetytu albo masz go w nadmiarze, jeśli unikasz ludzi, których przecież lubisz, nie robisz tego, co zazwyczaj sprawia ci ogromną przyjemność,  jeśli do tego albo nie śpisz albo śpisz bardzo dużo- skontaktuj się z lekarzem. To może być depresja. Nieleczona depresja jest chorobą śmiertelną! I nawet jeśli nie doprowadzi do śmierci fizycznej – zabije w tobie tę osobą którą jesteś, zabije twoje związki z ludźmi dotąd ci najbliższymi.
Czy warto płacić taką cenę za jakąś chorą ambicję „poradzę sobie sam”?
Jeśli masz wątpliwości – przeczytaj jeszcze raz mój post „Rollecaster”. To jedna z twarzy nieleczonej depresji. Zastanów się. Chcesz tego dla swojego współmałżonka, dzieci, wnuków? Sam sobie możesz być obojętny, ale pamiętaj, że wokół ciebie są ludzie, których twoja choroba może dotknąć dużo bardziej niż ciebie. Zatrzymaj się, póki jeszcze przynajmniej oni ci nie zobojętnieli.

Nawrót

„Ktoś za mną chodzi, …

„Ktoś za mną chodzi, codziennie śledzi mnie
we własnym domu już nieswojo czuję się.
Dobrze wiem, ktoś patrzy na mnie jak fanatyk z cienia drzew
i sprawia, że osiada we mnie lęk i z mocą nałogu ssie”*

Czarny wir wciąga mnie każdej nocy, miota mną po łóżku, rzuca o ściany, sprawia, że choć oczy się same zamykają to zasnąć jest nie sposób, a choć spać nie można  to ani czytać ani nic innego robić też się nie da.
Pani doktor rodem z Pakistaniu mówiła tak, że prawie jej nie rozumiałam. Problem z obcojęzycznymi*czyli nie szwedzkojęzycznymi) lekarzami jest taki, że umieją zdać pytanie tylko w jeden sposób. Jeśli nie rozumiesz, powtórzą to samo tylko głośniej.
Jednak najważniejsze, że ona mnie zrozumiała.
Rozśmieszyła mnie.
Zapytała
– Ile wypijasz alkoholu w ciągu tygodnia.
Nie zrozumiałam, powtórzyła. Dotarło o co pyta.
– Nie dużo…
– Ile? – naciskała.
– Wciągu tygodnia? – upewniłam się, próbowałam policzyć, parsknęło mi się śmiechem.
– Powinnaś zapytać „w ciągu roku” – poinformowałam ją. Zrozumiała.
– A to ty naprawdę bardzo rzadko pijesz alkohol.
No. Rzadko. Choć w poprzedni weekend wydoiłam sama całą butelkę różowego, musującego wina, o zabójczej mocy 7,5%. A ten weekend kieliszek wina. Chyba zawyżyłam sobie średnią…I czy jestem JUŻ alkoholikiem, skoro zaniżam ilość wypitego alkoholu?
(Po winie zasypiam szybciej, ale też tylko na 2-3 godziny).
Tak naprawdę to wcale nie jest tak śmiesznie…
Zadała mi kilka pytań jeszcze, po których się po prostu zalałam łzami. Jakby mi nagle guzik nacisnęła.
Pokiwała głową, oddaliła się poczytać sobie o mnie w moim dzienniku pacjenta. Wróciła z pytaniem czy chcę tylko na sen czy może i na depresję. Acha. Wzięłam pakiet można powiedzieć. Przy wizycie u lekarza recepta na lek antydepresyjny gratis.
W nocy wir, podparty młotkiem usypiaczem, dał popis.
Chyba muszę dać mężowi pod opiekę cały zapas, bo tak mnie umęczyło, że nie wiem jakim cudem nie sięgnęłam po więcej. Nie, broń boże, żeby sobie coś tam zrobić! Żeby zasnąć. Po prostu.
…Nie pamiętam jak dotarłam do pracy.
Dzień dobry Sertralinko! Najbliższe dni mogą być trudne. Ale może wcale nie? Poprzednio nie były.

Czy poznajesz mnie? Nazywam się Twoja Depresja!
Tak to właśnie ja zadręczać uwielbiam cię!
Czy poznajesz mnie? Nazywam się Twoja Depresja!
Zapamiętaj mnie! Poczujesz mnie jeszcze nie raz!*

 

—-
Urszula -Depresja