Nie żebym narzekała,

lecz latem moja …

lecz latem moja aktywność powinna przenieść się na godziny zdecydowanie nocne oraz wczesnoporanne. Tak od północy do południa…
Wybrałam się z Zuzią na plażę w piątek po południu. Było ciepło. Bardzo ciepło. A nawet bardzo bardzo ciepło. Mimo, że słońce schowane było za chmurami. Mimo bliskości wielkiej wody. Wody, do której zostałam wepchnięta przez wrednego bachora kochaną wnusię. Wody, w której w jednej sekundzie zamarzły mi nogi! Zatem mimo tej wody na plaży panował upał.
Ale przecież nie ma słońca, prawda? Nie praży, udar mi nie grozi, prawda? A gó…guzik! Po dwóch godzinach poczułam znajome symptomy. Narastający ból, mroczki i dreszcze.
Zarządziłam odwrót. Zuzię przekazałam dziadkowi pod opiekę „a róbcie co chcecie”.

Półgodzinne moczenie się w wannie z letnią wodą oraz dwa paracetamole później pozwoliły mi jako tako dotrwać do pory spania. Ale świeżutka jak skowronek to ja nie byłam, oj nie.
I w związku z tym muszę nieodwołanie stwierdzić, że plażowanie jest nie dla mnie. No chyba, że zimą. EM, ze względu na AZĘ, też może póki co zapomnieć o plaży. No i dobrze, bo moja sertralina też się ze słońcem nie kocha. Zatem wczoraj, gdy prognozy zapowiadały temperatury około 30stopni, obraliśmy kurs przeciwny niż wszystkie inne samochody, które zmierzały w kierunku naszego miasta oraz jeziora.
Pojechaliśmy do parku wodnego w Skovde. 
Baseny były prawie puste. Żadnych kolejek do zjeżdżalni, żadnych tłumów w jakuzzi. Bosko. Co godzinę wychodziłam na chwilę na słońce. Tak na pięć minut maksymalnie. Oczywiście zabezpieczona kremem od Zuzi. Potem sobie wchodziłam do wody o cudownie łagodnej temperaturze i się schładzałam. Zdecydowanie to był bardzo dobry pomysł.
Zuzia zyskała przydomek poganiacz niewolników. Nie ma, że zmęczeni. Idziemy zjeżdżać zieloną zjeżdżalnią. Frajda, nie? Ale spróbujcie kilka razy z rzędu wejść na trzecie piętro…Dziś boli mnie wszystko.
Zuzia zasnęła w samochodzie.
A ja padłam przed 21. I spałam 11 godzin. Ale najpierw pootwierałam wszystko co możliwe w domu, żeby zrobić choć trochę przewiewu. Zaiste, ten kto projektował i wykonywał wentylację w tym mieszkaniu powinien się smażyć w piekle.

Mama jest po operacji, ale nie mam żadnego z nią kontaktu, więc nic więcej nie wiem. Durne przepisy nie pozwoliły pielęgniarce nawet na wykrztuszenie jednego, ogólnikowego zdania. Ochrona danych osobowych! Bo każdy się może podać za córkę przez telefon. Ciekawe na co komu informacja o stanie zdrowia biednej emerytki? To samo było jak Baśka chorowała. Ale żeby było śmieszniej, w rozmowie osobistej nikt mnie nie wylegitymował. A nawet gdyby…W dokumentach nie ma przecież żadnej wzmianki o rodzinie.
Co za głupota.

Tymczasem nastawiam się mentalnie na zmiany w moim życiu zawodowym. Wygląda na to, że po urlopie idę na swoje. A zamiast paniki, czuję przyjemne podekscytowanie. Podoba mi się perspektywa samodzielnego decydowania o czasie i ilości pracy. Chyba dorosłam do samodyscypliny w tej kwestii. Zobaczymy. Szef w każdym razie znowu w ustawicznie dobrym humorze, znowu mówi ze mną o swoich planach, znowu pyta mnie o zdanie.
Znaczy sprawa go gryzła i przestała. Współpracę ewidentnie chce kontynuować.
Mam trzech polskich klientów i …ech. Do jednego zwracam się per „ulubiony kliencie”. Ten ulubiony, bo ma porządek w dokumentach i płatnościach. Facet nigdy się nie uśmiecha! Nie żeby gbur, ale albo jest permanentnie smutny, albo nie ma poczucia humoru. (Zauważyłam, że dla mnie poczucie humoru  jest ważne w kontaktach, oraz że często idzie w parze z inteligencją).
Drugi to…ściemniacz. Wesoły, skracający dystans. Jednego dnia wydzwaniał do mnie po południu. I domagał się odpowiedzi co robiłam przez dwie i pół godziny. Powiedziałam, że jestem w sklepie i pożegnałam. Zadzwonił za jakiś czas. Powiedziałam, że ponieważ na dziś skończyłam pracę, to mu nie mogę powiedzieć dokładnie co i kiedy robiłam, ale jutro z rana mu prześlę. Rozłączyłam się. Zadzwonił raz jeszcze o godzinie 19. Czy mogliśmy jednak o tym dziś porozmawiać.
– Nie, nie możemy – odpowiedziałam nie kryjąc irytacji- Jest godzina 19. Ja skończyłam pracę o 13. Jutro podam panu wszystkie informacje. Do widzenia.

No dobra. Klient ma zaległości w podatkach, poprzedniemu księgowemu też zalegał…Nie oszukujmy się – chleba z tej mąki raczej nie będzie. A ja nie jestem instytucją charytatywną. Mogę pomóc bezinteresownie, ale nie zawsze i nie każdemu rodakowi. No i muszę pamiętać o tym, że moja wiedza to moje źródło utrzymania.
Trzeciego spotkałam w piątek. Po pierwsze DZIECIAK! bez zastanowienia wypaliłam, że taki młody. Odrzekł, że nie taki młody i tylko tak wygląda. Potem zobaczyłam rok urodzenia. Nie taki młody??? W wieku mojej siostrzenicy! Och. Koniecznie chciał błyszczeć formą. Ile on wie i jakie ma doświadczenie. Notował wszystko co mówiłam, skrzętnie, jak na wykładzie w szkole. Patrzyłam na to uśmiechałam się w duchu.
Dlaczego większość ludzi,rodaków,  których tu spotykam, notorycznie odgrywa jakieś role? Mało kto jest naprawdę sobą. Przynajmniej na początku. Wiadomo: każdy chce zrobić dobre wrażenie, ale dla każdego oznacza to co innego. My, Polacy, przyjmujemy wobec siebie najczęściej pozycję „nie dam się oszukać” a w tle za tym się czuje „ale chętnie skorzystam z twojej pomocy, tak, żeby nie musieć ci płacić”. Albo „jesteś rodakiem, więc musisz mi pomóc za darmo”.
Sorry, ale nie.
Któregoś razu zadzwoniła do mnie dziewczyna. Na wstępie zaznaczyła, że nie potrzebuje nikogo na stałe, ale potrzebuje pomocy przy załatwieniu formalności. I że zapłaci. Rozmawiałam z nią kilka razy. Podesłałam linki do stron gdzie może sobie zabukować czas na rozmowę po polsku. Udzieliłam kilku rad dotyczących takiego ogólnego funkcjonowania tutaj. Odmówiłam przyjęcia zapłaty, bo bez przesady. To co powiedziałam, mógłby jej powiedzieć każdy jeden rodak. Tak powiedziałam. Na co ona, że …Rodacy odpowiadają:  ja sam się tego nauczyłem, nikt mi nie pomógł, to ty się też musisz sam nauczyć. Ulubiony klient mówi to samo.

Naprawdę? Co za naród, co za ludzie.
Poprosiłam dziewczynę, żeby wobec tego zamiast zapłaty dla mnie, pomogła kiedyś choćby jednemu rodakowi.
Życie na obczyźnie, zwłaszcza w początkach jest trudne. I bardzo często wiele zależy od tego czy spotkamy na swej drodze kogoś życzliwego. Czy naprawdę musimy się wobec siebie zachowywać jak wrogowie?
Inna rzecz, że zadziwiają mnie ludzi, którzy po roku czy dwóch mieszkania tutaj, potrafią powiedzieć niewiele więcej ponad „god morgon”. I tak jak Młody tłumaczą „ja nie chcę tu zostać na stałe”. Taaak. Ale póki co jesteś. Pracujesz tu. Musisz załatwiać różne sprawy. Nie mówiąc już o tym, że nawet jak wrócisz do kraju, to znajomość niszowego języka może być dla ciebie atutem. A oni traktują to jako niepotrzebny balast. Ale częste narzekają, że tubylcy są wobec nich mało przyjaźni, zamknięci. Ale jak rozmawiać z kimś, kto nie rozumie co się do niego mówi?
Mój szwedzki po prawie siedmiu latach nadal jest niedoskonały, czuję to. Staram się więc wciąż być otwarta na korygowanie błędów, naukę nowych słów czy zwrotów. I złoszczę się na męża, że jemu wystarcza mówienie w stylu „Kali kochać, Kali uciąć”. I zadaję pytanie: a co jeżeli zdarzy mi się jakiś wypadek i będziesz musiał wezwać pomoc natychmiast? Będziesz dzwonił wtedy do Misi? Magdy? Yankiego?

Do sprzątania dostałam nową koleżankę. Z Iraku. Bo moja Monika pojechała na urlop. Koleżanka…Następny temat morze.
Myślałam, że nie można już być gorszym w tej robocie niż mój syn, gdy przyszedł pierwszy raz. On wtedy chyba nie bardzo wiedział, który koniec mopa ma być na podłodze.
Moja koleżanka, na oko w moim wieku tyle to wiedziała. Po za tym właściwie można ją określić jednym słowem :TRAGEDIA.
Przepracowałyśmy razem już dwa tygodnie. I przysięgam. Jestem mistrzem cierpliwości! Za to, że jeszcze jej nie wyrzuciłam za drzwi sklepu to chyba do nieba pójdę.
Jest powolna. Okej. Ja też nie torpeda. Bardzo powolna. No dobra. Są różne temperamenty. Trudno. Tacy ludzie też muszą pracować. Z czasem nabierają rutyny i stają się lepsi w pracy.
Ten przypadek jest chyba beznadziejny.
Macha tym mopem, zostawia masę wody, jedno miejsce zajmuje jej co najmniej trzy razy tyle czasu co mnie. A ja potem przechodzę i widzę mokre ślady a koło nich kupki śmieci lub czarnych plam od rozlanego napoju. Specjalnie je zostawia? Najpierw poprawiałam, bo może nie zauważyła. Potem zaczęłam wołać i pokazywać palcem. Nawet leniwy Fabian robił więcej i dokładniej niż ona. Mało tego. Kończymy na sklepie, ja jak zawsze uchetana, bo muszę zrobić co najmniej dwie trzecie tego co powinna ona, a potem jeszcze odkurzyć dywany i objechać maszyną środki rzędów. Mówię do niej idź do ostatniego rzędu jeszcze, tam jest brudno, leżą śmieci. Na wszelki wypadek ręką pokazuję gdzie ma iść. A ta odwraca się i idzie…w przeciwnym kierunku! Na litość boską! Zsiadam z maszyny, wołam ją.
– No co?- pyta mnie zdziwiona.
Macham ręką.
-Tam. Ostatni rząd.
-Tak, tak – mówi ona i…idzie w  drugą stronę. Łapię wózek. Patrzy na mnie zdziwiona.
-Chodź – mówię (jest 5 minut do siódmej). Idę przodem, dla pewności lekko pociągając wózek, który ona popycha. Wózek stawia opór, więc go puszczam. Po chwili odwracam się, żeby skontrolować czy idzie za mną. Co widzę? Koleżanka het, het, za mną z tyłu. Idzie…Nie, nie idzie. Nie wiem. Może jakby się czołgała to ruszałaby się szybciej. W sumie, wygląda to tak, jakby stała w miejscu i czekała, aż obrót ziemi ją przesunie. Tak, złośliwa jestem.
Wracam. Zabieram jej wózek. Popycham przed sobą, dla pewności pociągając koleżankę za koszulkę.
Po czym, gdy juz docieramy wreszcie do drzwi, do któych zmierzałam łapię mopa i przelatuję jak burza po rzędzie z jednej i drugiej strony podczas gdy ona pieczołowicie dopasowuje mopa-ścierkę do do mopa-narzędzie.
W oczach ma zdziwienie, że po co ja w ogóle ją tu wołam, jak tu nie ma co sprzątać. JUŻ nie ma.
Wciągam ją do naszego pokoju.
– Ile czasu czasu mieszkasz tutaj? – pytam
– Siedem lat.
To tyle co ja!
– Czy ty mnie rozumiesz jak do ciebie mówię? – zadaję kolejne pytanie.
– Tak!
– A mnie się wydaje, że nie.
Powoli, wyraźnie, stanowczo tłumaczę jej, że jak mówię, że ma iść tam i tam z mopem to ma tam iść. Bo ja wiem lepiej gdzie i kiedy bywa brudno.
Jak mnie nie rozumie ma pytać tak długo aż będzie pewna.
Kiwa głową. Powtarza te swoje „ja, ja”.
Nazajutrz, znowu na koniec. Mówię jej żeby poszła do ostatniego rzędu. Sama wracam i poprawiam po niej przy napojach (plama przy regale, rozdeptana wzdłuż niego, maszyna tak blisko nie podjedzie). Na środku głównego korytarza przyklejona guma.  Przy cukrze czarne ślady – kurz i wilgoć + cukier. Poprawiam to. Wychodzę na ostatni rząd. Nie ma jej a śmieci leżą jak leżały. Zaglądam na zaplecze. Tam jej nie ma. Wózek stoi przy chlebie tak jak stał. Gdzie ona jest? Do licha???
Tam gdzie przed chwilą skończyła zostawiając niemal kałuże wody, mokrym mopem wyciera ślady, które zostawił widłak, stojący tuż obok. Wyciera, zostawiając kolejne kałuże, w które za chwilę znów wjedzie widłak. Nie zabiłam jej!
Powtórzyłam, że ma robić co jej mówię. Bo sama naprawdę nie dam rady sprzątnąć całego sklepu.

Znalazłam powód, żeby się cieszyć, że idę na urlop. Nich się Monika z nią męczy. Choć prawdę mówiąc myślę o tym, że mniej bym się zmęczyła gdybym robiła sama i miała podwójną ilość czasu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s