Właściwie z Polski przywiozłam głównie uczucie niedosytu. Owszem, nałaziłam się po sklepach. A. miała uciechę gdym, zaprowadzona do Rossmana po krem do twarzy, wpadła w stupor przed półką. Tyyyyyyyle tego było! Oczy zgłupiały bo nie wiedziały na co patrzeć. Mózg się zbuntował i wykrzywiwszy się w grymasie zwinął się w kłębek odmawiając przyjęcia czegokolwiek więcej. Zwoje mu się przegrzały!
Gdzieś w głębi mego jestestwa pojawił się bunt:
„Ale na co komu aż tyle?!”
A. widząc, że bliska jestem zapaści litościwie podsunęła mi sugestię, której chwyciłam się jak tonący brzytwy. Dzięki czemu wyszłam ze sklepu tylko z rzeczonym kremem li i jedynie a nie na przykład z kremami do opalania, przed opalaniem, po opalaniu, do brody, do czoła, do rąk, do stóp, płynem na odciski, sztucznymi rzęsami i farbą do włosów i bóg wie z czym jeszcze.
Przez resztę pobytu drogerie omijałam wielkim łukiem, bo nie brakowało mi niczego z rzeczy, których używam. A jakbym weszła sama na bank kupiłabym sto i jeden drobiazgów kompletnie mi niepotrzebnych.
Zamiast tego zafundowałam sobie wizytę w Studio Bra na Mazurskiej.
I to był dobry wybór, bo choć za stanik, który założę od wielkiego dzwonu (fiszbiny są błeeee) zapłaciłam jakieś 150zł to dostałam dawkę akceptacji dla mojej figury.
Pani w Studio była cudowna! Pomocna i bardzo taktowna. Wahałam się, bo ja strasznie nie lubię jak się mnie dotyka, ogląda i w ogóle przekracza odległość 20cm od mojego ciała.
Pani dała mi luz i czas na oswojenie się z sytuacją, nie pchała się z rękami baz pytania o zgodę, a i po uzyskaniu zgody bardziej skupiała się na tkaninie niż na mojej skórze.
Cudowna, bardzo kompetentna, taktowna, przesympatyczna dziewczyna. I jeszcze jedno: gratulacje dla właścicielki Studio, za to, że zatrudniła panią, która jest daleka od ideałów piękna pokazywanych w gazetach. Czyli nie żadna tam żyrafa w rozmiarze36 z płaską klatką piersiową tylko normalna, ale prześliczna dziewczyna z pupą i biustem. I z klasą. Tak więc na mapie Olsztyna przybył mi jeszcze jeden punkt, który będę odwiedzać jak czas i zasoby pozwolą.
Poza tym …TADAM!…byłam u fryzjera i TADAM! TADAM!TADAM! jestem blond. BLOND!
Mam dość farbowania co miesiąc, ale moje włosy nie posiwiały a poszarzały, cholibcia. Gdybyż one, te włosy zechciały posiwieć tak ładnie, najlepiej żeby przybrały barwę jednorodnej, czystej bieli… No dobrze, ostatecznie fajnie gdyby zostały ciemne z pojedynczymi włosami lub nawet pasmami białych. Nie. Moje włosy zrobiły się po prostu szare. I co je lekko odhoduję to ta szarzyzna mnie wkurza, bo wygląda jakbym głowy nie myła od stu lat. Fryzjerki już dawno sugerowały mi pasemka jako alternatywę. Uległam. Co prawda, nie jest to to, czego się spodziewałam, bo: myślałam sobie, że tych jasnych pasm będzie niewiele oraz że one będą tak właśnie nobliwie białe. A tymczasem mam różności: od białych, poprzez żółtawe do jasnego brązu oraz gdzie nigdzie mojej szarości.
Ale twarz zrobiła mi się wyraźniejsza mam wrażenie.
Na razie mi się podoba. Zobaczymy jak dalej.
Poza tym odkryłam sklep z ubraniami Unisono. Odkryłam go już kiedyś, ale mi zginął i nie umiałam znaleźć. Tym razem wpadłam przypadkiem. Mierzyłam, mierzyłam i mierzyłam. W zasadzie mogłabym wykupić połowę sklepu, czyli wszystko w co mieścił się mój biust, ale finanse…
Mają cudne, oversizowe kiecki, w wielkie kwiaty, hippisowskie w stylu, cudne! Nie skusiłam się, bo z powodu wielkiego biustu wyglądałam w tych kieckach jak kopa siana. Ale, obiecuję sobie, za kilka lat takie właśnie kiece nosić będę. Jeśli utrzyma mi się tendencja do olewania wyglądu i estetyki dla postronnych. Znaczy: jak już całkiem przestanie mi zależeć jak widzą mnie inni. Teraz jeszcze czasem mam zrywy żeby jednak wpasowywać się w ramy, zwłaszcza przy spotkaniach z innymi ludźmi, zwłaszcza nieznanymi, ale pracuję nad tym.
I tu właśnie dochodzę do spotkania z kobietą, która mnie zachwyciła.
Minęłam ją w drzwiach Aury chyba, ale rozpoznałam, gdy zobaczyłam na schodach sklepu indyjskiego na przeciwko dawnego Cocktail Baru. Nie mam pamięci do twarzy ale to nie twarz zwróciła moją uwagę a dredy. To znaczy najpierw zobaczyłam twarz kobiety ewidentnie starszej ode mnie a potem te dredy zebrane na czubku głowy. Oraz jakieś stylowe ciuchy. Minęłyśmy się, a potem zobaczyłam tę kobietę właśnie w drzwiach sklepu z indyjskimi ubraniami.
Czekałam na tramwaj, miałam 15 minut, weszłam…Nie wiem po co, bo forsy na ciuchy już nie miałam, zostawiwszy wszystko (a nawet więcej) w Unisono.
Jak to się stało, nie wiem, ale szybko nam się nawiązała konwersacja. O ciuchach ale i o akceptacji siebie
– A bo ja to się zatrzymałam w wieku nastoletnim – powiedziała, zanosząc się dźwięcznym, zaraźliwym śmiechem – To znaczy, przyjęłam te doświadczenia jakie idą z wiekiem, ale w duszy nadal jestem nastolatką.
– Tylko ten kostium się nam trochę marszczy – poleciałam Gabrysią z Jeżycjady.
Pani z Dredami się znowu roześmiała. Jej współpracownica, młode dziewczę powiedziała, że jesteśmy fantastyczne i że młodo wyglądamy. Pewnie za sprawą ubrań.
W co była ubrana Pani z dredami nie pomnę, ale nie była to babciowa garsonka, ani nic ze sztywnych mundurków stosownych (podobno) w wieku emerytalnym. Ja miałam na sobie spodnie w kwiaty, biały t-shirt oraz moje ukochane trampki Palladino. A na ramieniu plecak i lnianą torbę. Na stereotypową babcię chyba nie wyglądałam.
Wyszłam stamtąd podbudowana.
Bo moja idea jest rodem z Wojtka Młynarskiego „Starzeć się nie doroślejąc”. A teraz właśnie JUŻ mi wolno.