54. Deszczowo

Obudziło mnie walenie w parapet. Ja lubię jak pada, lubię odgłos kropel na szybie, no ale żeby od razu walić w metalowy parapet jak w perkusję? I to jeszcze w nocy?
Obudziłam się rześka jak skowronek.
Zegarek pokazywał jakąś 3:40. Byłam, cholera jasna!, wyspana. Po pięciu godzinach snu!
Walałam się chyba godzinę, wreszcie łyknęłam walerianę, która mnie łagodnie ukołysała na powrót.
A teraz piasek w oczach i chętnie wróciłabym do łóżka.
Ale kawę trzeba.
Potem Tośkę na spacer.
Potem coś zjeść, coś co utrzyma sytość na dłużej.
A potem do pracy na cztery godziny.

Wieje z północy.
Wczoraj było jeszcze słonecznie, ale już czuć było lodowate jęzory północy. Po południu nad plażą, gdzie wywozimy psa zaczynały się kłębić granatowe chmury. Jezioro miało białe grzywy a na nich radośnie jeździli kitesurferzy. Ależ malownicze są te latawce!
Pies węszył niespokojnie, oglądał się zaciekawiony, aż musieliśmy pójść na „ludzką” stronę, żeby nie popędziła owym surferom kota. To znaczy ona by poleciała dać buzi i rzucić się na szyję, ale rozumiem, że pędzące czterdzieści kilo może wzbudzać respekt, szczególnie u ludzi mających na sobie dość cenny sprzęt.
Po każdej takiej akcji obiecuję sobie, że zajmę się na poważnie wychowywaniem mojego psa, ale potem, zwłaszcza jak Tosia nie ma chęci na współpracę a mnie się kończą pomysły na zmotywowanie jej to i moja motywacja spada.
Jestem złą”pańcią”.

53. Ale co tam, przecież taka jesień złota nie jest zła

U mnie już jesień.
Wszystko żółknie, kolory płowieją.
Byłyśmy wczoraj z PannąS na festynie w pobliskim gospodarstwie należącym do naszej gminy. Największą atrakcją festynu był skok z wieży na stertę siana. PannaS po półgodzinnym namyślaniu się zdecydowała się sprawdzić atrakcję. Skoczyła. Potem jeszcze raz. A potem już chciała do domu, bo Molly ma przyjść. I żeby się nie spóźnić.
I naraz człek widzi jak w dzieciaku odzywają się geny przodkiń.
– Bo ja jeszcze muszę się ładnie ubrać- przekonywała mnie, gdyśmy szły po rowery.
– A to co masz na sobie jest brzydkie? – trochę mi się przykro zrobiło, bo miała na sobie koszulkę, którą ja jej kupiłam.
Spojrzała na mnie z wyższością.
– Babciu! SPODNIE! – powiedziała na naciskiem dla pewnością ciągnąc różowy materiał.
– Achaaaa. Ładnie to znaczy, że trzeba w sukienkę? – zrozumiałam.
Dzieciak mruknął coś potakująco i pospiesznie odpiął rower.
– A ile mamy czasu?
– Dwie godziny – usiłowałam ją uspokoić.
– A mówiłaś, że godzinę?
– Mówiłam, że do wyjazdu, żeby zdążyć na spokojnie.
Strasznie ciężko tłumaczy się czas komuś, kto pyta czy godzina to dużo. Uch…
Już prawie pod domem, Panna S dała wyraz swej frustracji
– A czemu oni nie zadzwonili? Mogli na mnie wpaść! Co oni, nie widzą, że jestem dzieckiem? Tak sobie jadą? A jakby na mnie wpadli?
Tu już geny leciały po całości.
ONI to dwaj panowie, którzy minęli nas na osiedlowej uliczce. Nie pierwsi, którzy nas minęli, dlaczego ich zachowanie nie spodobało się praworządnej do bólu dziewczynce? Nie mam pojęcia. PannaS ewidentnie spinała się przed wizytą przyjaciółki.
Burczała na na ukochaną Babcię, na piesia malutkiego, który się rzucał na szyję, na tablet.
Jeszcze lat kilka i będzie jak prababcie, babcia i mama cierpiała na niewyjaśnione bóle głowy.
Trzeba było lat pięćdziesięciu dwóch bym wreszcie dostała leki zmniejszające napięcie mięśni i skończyły się bóle głowy jak ręką odjął. Bóle, które okresowo potrafiły nękać nawet po kilka tygodni. Może i te nocne ataki sobie pójdą?
A tymczasem grzyby.
Tubylcy ich raczej nie zbierają: boją się. Wiadomo, że tubylcy to cieniasy. Trawę,nawet u siebie w ogrodzie, koszą w słuchawkach wygłuszających i okularach ochronnych! Nawet jak robią coś na pierwszym piętrze na zewnątrz to ustawiają  rusztowania lub biorą podnośnik. I jeszcze dodatkowo się przypinają. Noszą kaski na rowerach! I na lodowisku I na rolkach. I kapoki na jachtach i łodziach. Grzybów nie zbierają, bo się na nich nie znają.
Cieniasyyyyyy, nie?

52. Codziennik

Za oknem wstaje jesienny dzień. Dziś noc była chłodna, choć wyjątkowo bez deszczu.
Wczoraj wieczorem wpadła Madzia z Julką i górką zebranych grzybów, żeby eM je obejrzał, bo on się zna.
Madzia i Julka tę górkę jesiennego szczęście zebrały w pięć minut na spacerze koło domu. I za pięknie to wyglądało, by mogło być prawdziwie. Ogromne ciemnobrązowe kapelusze na białych nogach. Dwa wielkie, przyrośnięte do siebie, Mama i Tata, a w okół nich rozsypane coraz mniejsze dzieci. Najmniejszy wyglądał jak borowikowy noworodek, taka szpileczka prawie. Borowiki i podgrzybki. Podgrzybki i borowiki.
Julka z PannąS, po chwilowej nieufności, spowodowanej długim niewidzeniem się, zamknęły się razem w pokoju i tylko dobiegały stamtąd piski i śmiechy. Dogadały się.
A my usiadłyśmy przy stole w kuchni, pomiędzy nami pachnące lasem grzyby, a za oknem czerniała noc. Nad wieżą, nieco z boku pojawiło się nagryzione, białe lśniące ciastko.
EM robił sobie późną kolację a pies durniał i nie wiedział gdzie ma się podziać. Czy usiąść na ławce i uczestniczyć w babskich pogaduszkach, czy pilnować eM, bo może mu jakiś kawałek sera spadnie, a może dobijać się do dziewczyn, bo co one tam robią? Może coś ciekawego i jeszcze psu umknie okazja do szaleństwa.
Madzia z Julką wsiadły potem na rowery i pojechały w ciemną noc.
PannaS zasnęła nim ja wróciłam po kąpieli.
A teraz jest ranek. Mała w moim łóżku, gra na moim komputerze, Tosia rozciągnięta u niej w nogach drzemie, ale słyszy wszystko.
Za oknem wstaje słoneczny, czysto jesienny dzień.
A rok temu byłam w Oberchofen. I gdy oglądam zdjęcia serce ściska mi przejmująca tęsknota. Nie tylko za widokami, ale za uczuciem jakie mi wtedy towarzyszyło…
Do Neapolu 32 dni.

51. Chuligaństwo

Jest taki rasistowski dowcip:
Mały Murzynek łapie rybkę czy może wypuszcza dżina, w każdym razie ma szansę na spełnienie swojego życzenia. Prosi o to być zostać białym. No i staje się. Szczęśliwy Murzynek leci do mamy z nowiną, ale ta go odsyła, bo nie ma czasu. Murzynek, ale teraz już biały, leci do taty, dziadków…do każdego w rodzinie, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. I wtedy Murzynek mówi:
– Pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkurzają…

No to ja mogę w zasadzie tak o sobie: pięć minut jestem nie-tylko-Polką, a już mnie ci Polacy wkurzają.
No dobra, może nie wszyscy.
Wiecie, mieszkam na tym parszywym zachodzie lat prawie dziesięć. Generalnie usiłuję nie wiedzieć na jakim świecie żyję, ale bliźni starają się jak mogą by mi się nie powiodło. Co chwila ktoś w realu lub facebooku przemyca do mojej bańki treści, których znać nie chcę, a bez których to moje życie jest egzystencją o dwa nieba lepszą. No, ale od zawsze wiadomo, że bliźni lepiej wiedzą co człowiekowi do szczęścia potrzebne.
Ostatnio gdzieś mignęła mi informacja o tym jakoby polskie szkolnictwo było tak doskonałe, że wręcz najlepsze na ziemi a ci inni, kształceni w tych „pożal się boże Sorbonach”* to naszym absolwentom do pięt nie dorastają. I wiecie co? Noż…przepraszam bardzo, ale przysłowiowy męski organ płciowy mnie trafił.
Zastanawiam się skąd w moim narodzie tyle arogancji i zarozumialstwa? Na jakiej podstawie niemal każdy  rodak z którym rozmawiam ma się za lepszego od kogokolwiek na świecie?
Nie będę się bawiła w statystyki, bo te sobie można wygooglać, ale jakoś badania osiągnięć naukowych rozmaitych uczelni nie plasują polskiego szkolnictwa na szczytach rankingów.
Moi współplemieńcy lubią się chwalić tym, że Polacy to mają taaaaką wiedzę. No owszem. Mają. Znają nazwę najwyższego szczytu, a często nawet i jego wysokość, wiedzą, że woda to hadwao, wiedzą kim był nie tylko Einstein ale i Kopernik oraz wiedzą, że czym była wielka inkwizycja.
I dlaczego ta Europa, ba! Dlaczego ten świat cały na kolana przed naszą wiedzą nie pada? Nie podziwia? Kłody pod nogi rzuca naszym światłym uczonym?
Pamiętam jak pracowałam w biurach rachunkowych w Polsce. I przychodziły do tychże biur, do pracy osoby z magistrami ekonomii, w trakcie doktoratów, a czasem nawet i po. Krótko mówiąc: naprawdę wysoko kształcone. Zresztą, co tam inni. Sama skończyłam ekonomik już w nowych czasach. A jak przyszłam do pracy to nie miałam zielonego pojęcia co to jest NIP i VAT. I mniej więcej tak samo było później z owymi wysoko kształconymi ludźmi.
I jak rozmawiałam z kimkolwiek to okazywało się, że tak jest w zasadzie wszędzie, że świeżo po szkole młody człowiek musi się najpierw nauczyć stosowania w praktyce całej tej teorii, którą mu latami do głowy wbijano. Problem w tym, że wbijano do głowy fakty nie ucząc ani jak je powiązać ani jakie wyciągnąć z nich wnioski.
I kiedy przeniosłam się do Szwecji ze zgrozą obserwowałam, że nauczyciel w szkole nie jest pewien pisowni jakiegoś słowa. Albo że Szwed nie zna geografii własnego kraju. I dziwiłam się widząc, że szwedzkie szkoły wcale nie ciągną się w rankingach w ogonie a przewyższają szkoły polskie.
Ale minęły lata i widzę różnice.
Szwed, który kończy szkołę przychodzi do pracy i…pracuje. On nie musi się uczyć zawodu od początku, on umie wykonać swoją pracę. Zgoda, pracę mniej skomplikowaną, ale potrafi.
Znowu odniosę się do własnego podwórka.
Absolwent kierunku księgowość jest w stanie poprowadzić księgowość firmy. Bo jak chodził do szkoły to mu nie kazali kuć na pamięć planu kont a uczyli go na realnych dokumentach realnie istniejącej firmy. Uczyli go wykonywania konkretnych czynności, dodatkowo ucząc go analizowania zdarzeń i wyciągania wniosków. Oraz: podążania za wytyczonymi regułami.
Oni może nam ustępują wiedzą ogólną, ale my jesteśmy jak gęsi bezmyślnie łykające wpychane do gardła, przeżute fakty. Oni swą wiedzę, która choć może i mniejsza umieją wykorzystać w praktyce.  My używamy jej tylko do wygrywania quizów.
Czy Państwo rozumią tę subtelną różnicę?
Obserwując zachowania rodaków mam wrażenie, że jesteśmy po prostu chuliganami Europy. Jesteśmy jak niewychowany bachor. Wpadamy bez kolejki, rozpychamy się łokciami,  wrzeszcząc żądamy miejsca, przekraczamy linie, kręcimy pokrętłami, pstrykamy pstryczkami, paluchami wytykamy, że ten to gruby a tamta to brzydka, domagamy się uwagi, tupiąc i kopiąc naokoło.  A potem się obrażamy, że ktoś na nas krzywo patrzy. I foch. Dąs. I łzy. I „oni się na mnie uwzięli”.
Ciekawe czy jak nam ktoś wreszcie w dupę strzeli klapsa to się ockniemy.

*PS. Kto zgadnie skąd to cytat?

50. Na apetyt

To, co skończyłam w maju ma taki początek
Kartka wyglądała jak wydana przez któryś kościół poszukujący wyznawców. I ten napis na dole: Find me if you want the truth. Na drugiej stronie nie było nic, poza jego imieniem i nazwiskiem. Żadnego podpisu, nic.  
– No? Co jest ? – zapytał go Peter.
Jacek pokręcił głową z niedowierzaniem i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Znów pokręcił głową.
– Nie wiem jak to jest możliwe, ale ja chyba znam nadawcę – powiedział powoli.
Peter, który od dłuższej chwili śledził zmiany na twarzy przyjaciela, teraz pokiwał głową.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Znam to pismo. I tak się składa, że ta osoba jest właśnie w tym kraju, z którego jest ta kartka. Tylko wiesz…nie wiem jak mnie tu znalazła.
– A chowałeś się ? – zaciekawił się Peter. – Sam wiesz, że teraz w internecie jest wszystko. Przynajmniej Sonia tak twierdzi. I nasze dzieciaki.

Kilka dni później, przy piątkowym, wieczornym drinku, Peter klepnął go w ramię i powiedział krótko:
– Mów.

Nie było łatwo zacząć. Właściwie sam nie wiedział czy ma o czym mówić, czy powinien w ogóle cokolwiek mówić. Ale Peter wciąż był obok ze swoim czujnym spojrzeniem w szarych oczach. Takim samym jak kilka lat temu, gdy jeszcze był jego szefem, ale wiadomo było, że to się już wkrótce zmieni. Przyszedł wtedy do jego pokoiku w ponurym mieszkaniu wynajmowanym na spółkę z czterema innymi Polakami, robotnikami na pobliskiej budowie.
Wtedy też, tak jak teraz rzucił tylko jedno słowo. Słowo, które stało się jego kołem ratunkowym. Lepszy od najlepszego psychoterapeuty stopniowo wyciągnął z niego wszystko to, co od dłuższego czasu spychało go w coraz głębszy dół, zasłaniało mu i fałszowało obraz otaczającego świata, i co sprawiało, że nie tylko nie miał siły żyć, ale też i nie miał ochoty. Zaślepiony depresją nie widział nawet tego, że Peter już dawno przestał być jego szefem, a stał się przyjacielem.
Czy kiedykolwiek mu za to podziękował ?
– Peter. Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem, za to wtedy że przyszedłeś ?
– Jakieś tysiąc razy, ale nigdy na trzeźwo –
Zaśmieli się obaj

Aktualnie piszę ciąg dalszy…
A więc…stało się.
W duszy miałam ciszę. I spokój.
Ten stan trwał od rana. Z początku czekałam na to, że stanie się coś strasznego. Nie wiem co…Poczuję uderzenie bólu tak silne, że rozpadnę się na kawałeczki wraz ze światem, który się właśnie rozsypał. Ale mijały godziny, a ja siedziałam w pracy, rozmawiałam ze współpracownikami,  odbierałam telefony, wykonywałam swoje obowiązki i … nic się nie działo. Świat trwał. I ja trwałam. Pod koniec dnia ze zdziwieniem zanotowałam, że nie drżą mi ręce, a kołowrót w głowie ustąpił.
Teraz czułam tylko spokój. Dziwny spokój, spokój bliski euforii, spokój który dotąd czułam tylko dwa razy w życiu. Za pierwszym razem gdy urodziła się moja córka. Za drugim…Nie, nie chciałam o tym pamiętać. W każdym razie: teraz czułam błogi spokój. Spokój wynikający z przekonania, że najgorsze już za mną, że teraz już nic mi nie grozi.
Dziś uznałabym chyba, że to szok, ale jakie ma w końcu znaczenie definicja? Miałam tylko nadzieję, że ten stan zostanie ze mną na dłużej. Najlepiej na zawsze.
Patrzyłam bezmyślnie na kotłujący się przede mną świat, a w głowie mi brzmiała stara Ela Mielczarek
„W dworcowej poczekalni na stacji PKP
lubię posiedzieć czasami bo gdzie lepiej czeka się”
Mój autobus odjechał jakiś czas temu, a następny był za godzinę. Potrzebowałam tej godziny. Godziny samotności, gdy nikt nie patrzy mi w twarz i nie śledzi każdej na niej zmiany. Potrzebowałam, by upewnić się, że dam radę znowu włożyć maskę dobrej matki, poprawnej żony.  Znowu przypomniał mi się stary wiersz Jerzego Żuławskiego

Nie schylaj głowy! Gdy ludzie obaczą
twój płacz, przylecą, jak stado jastrzębi,
i łzy twe zmącą, skalają do głębi
święte pamiątki — gdy tylko obaczą…!
A potem po prostu wsiadłam w autobus i zaczęłam żyć na nowo.

Zaciekawił was ten początek?

49. nie zapeszyć

No i tak.
Bilety na samolot(y)- kupione.
Mieszkanie- opłacone.
Pieniądze na bilety i wypożyczenie auta na miejscu- zebrane.
Pozostało zabukować i opłacić parking pod lotniskiem w Gbgu.
No i zebrać pieniądze na jedzenie oraz tzw „rozpustę”.
No to…wygląda na to, że już za 66dni jedziemy do Neapolu.

Strasznie się nakręcam, bo oglądam i oglądam i czytam, i znów oglądam i po prostu nie mogę się doczekac.
Termin wybrałam aż październikowy bo źle znoszę upały i chciałam trafić w czas, gdy temperatury będą niższe, ale żeby też nie trafić na ustawiczny deszcz.
Spotkana kilka dni temu w polskim sklepie rodaczka Agnieszka, która jak się okazuje mieszka gdzieś pomiędzy Neapolem a Salerno powiedziała, że deszczu możemy się nie bać, a temperatury wciąż będą dość wysokie.
Bezczelnie poprosiłam o telefon. A może się spotkamy? Albo choćby, w razie czego, może nam coś doradzi, pomoże w tłumaczeniu. Wiadomo: po włosku umiemy jedynie:
„Ragacca da Napoli
zajechał Mirafiori…”
„Prego madziare”
„Gracia”

Angielski może trochę więcej, ale też bez fajerwerków.

I naraz!
Jezu, kiedy ja  miałam z córką na te Koty ???! Czy aby nie w pierwszą sobotę października?
Kurde, chcę do Neapolu ale i na Koty chcę. Plisss, plisss, niech to nie będzie w tym samym czasie!

Tymczasem mało mnie wszędzie.
Kontempluję lato.
Piszę ( w ostatnim tygodniu nie, bo eM miał urlop, a jak chłop siedzi w domu to wiadomo, że czas mi zaraz organizuje)
Jak nie piszę rękami to pisze głową.
Smutek, bo z wszystkich ludzi, którym wysłałam do czytania dostałam tylko trzy, nie, cztery opinie zwrotne (a dostało chyba z 10 osób). W tym dwie bardzo pomocne, a dwie wyłącznie entuzjastyczne.
Wygląda na to, że moim znajomi gustują w innych treściach. Ale trochę szkoda.
Pies mnie pogania…To idę.

A. Byłabym zapomniała:
Czy wiecie może czy w okolicach Neapolu żyją jakieś niebezpieczne stworzenia typu skorpin, czarna wdowa czy takie coś?

Scrollując tego facebooka…

O matko…
Spojrzałam na to zdanie i się zacukałam. Bo nagle przyszło mi do głowy, że to jest durne. Zdanie złożone z trzech słów, w tym z dwóch angielskich. A przecież piszę po polsku!
Dziwnie się porobiło. Angielski tak nam wszedł do codziennego użytku, że zapominamy, że na większość angielskojęzycznych określeń mamy własne, polskie całkiem ładne odpowiedniki.
Scrolluję…Tfu! Nie, nie scrolluję, przewijam, przeglądam pobieżnie faceooka (tego się jednak nie zastąpić czymś naturalnym ale to nazwa własna).
Jednak stwierdzam, że dobrze, że od początku mieszkania w Szwecji narzuciłam sobie reżim tłumaczenia typowych szwedzkich określeń na język polski.  Dzięki czemu wciąż i wciąż zadaję mojemu mózgowi ćwiczenie, a on te ćwiczenie wykonuje. Niechętnie bo niechętnie, ale słucha mnie, bo co ma robić. Teraz chyba będę szukać anglizmów i wypleniać je ze swojego języka.
Ale ja nie o tym chciałam…
Chciałam o tym, że siedzę rankiem, kawkę popijam. A raczej kawką popijam omeprazol z jogurtem – taki zabieg przeciwko zgadze.
Zatem tę kawkę piję, pies rozwalony obok mnie bo obie jeszcze wczesnoporanne jesteśmy. Tosia pochrapuje, posapuje, kiwa łapką. Zza okna sączą się stłumione dźwięki miasta: szum przejeżdżającego samochodu, strzępki rozmów, gdzieś odzywa się włączone nagle bardzo głośne radio, które cichnie natychmiast. Kangury na górze chyba jeszcze śpią, albo są już u matki, bo dziwna, niespotykana cisza na górze.
Spokój. Cisza. Leniwość niedzielno-wakacyjnego poranka. Światło jest szare, miękkie, może spadnie deszcz?
Przeglądam facebooka szukając czegoś na czym da się zawiesić oko.
Maciej Stuhr mówi, że władza myśli, że może robić co chce, a Krystyna Janda to udostępnia.
Patryk Jaki mówi, że Prezes Sądu Najwyższego jest oderwana od rzeczywistości.
Wyborcza Olsztyn mówi, o tajemniczej śmieci rowerzysty.
Uwielbiam Starą Kinematografię pokazuje kolaż zdjęć panów Waldorffa, Kaczyńskiego, Kałużyńskiego, Raczka i Janickiego pytając co łączy tych panów a ludzie w komentarzach piszą właściwie jedno i to samo.
Ktoś przytacza słowa Szyszki o tym, że gdyby ludzie nie wycięli puszczy to nie powstałby Kraków.
I tak dalej o wojnie polsko-polskiej.
To może jednak lepiej nie mówić już po polsku?

46. Jeszcze o Polsce a raczej o ciuchach i wyglądzie

Właściwie z Polski przywiozłam  głównie uczucie niedosytu. Owszem, nałaziłam się po sklepach. A. miała uciechę gdym, zaprowadzona do Rossmana po krem do twarzy, wpadła w stupor przed półką. Tyyyyyyyle tego było! Oczy zgłupiały bo nie wiedziały na co patrzeć. Mózg się zbuntował i wykrzywiwszy się w grymasie zwinął się w kłębek odmawiając przyjęcia czegokolwiek więcej. Zwoje mu się przegrzały!
Gdzieś w głębi mego jestestwa pojawił się bunt:
„Ale na co komu aż tyle?!”
A. widząc, że bliska jestem zapaści litościwie podsunęła mi sugestię, której chwyciłam się jak tonący brzytwy. Dzięki czemu wyszłam ze sklepu tylko z rzeczonym kremem li i jedynie a nie na przykład z kremami do opalania, przed opalaniem, po opalaniu, do brody,  do czoła, do rąk, do stóp, płynem na odciski, sztucznymi rzęsami i farbą do włosów i bóg wie z czym jeszcze.
Przez resztę pobytu drogerie omijałam wielkim łukiem, bo nie brakowało mi niczego z rzeczy, których używam. A jakbym weszła sama na bank kupiłabym sto i jeden drobiazgów kompletnie mi niepotrzebnych.
Zamiast tego zafundowałam sobie wizytę w Studio Bra na Mazurskiej.
I to był dobry wybór, bo choć za stanik, który założę od wielkiego dzwonu (fiszbiny są błeeee) zapłaciłam jakieś 150zł to dostałam dawkę akceptacji dla mojej figury.
Pani w Studio była cudowna! Pomocna i bardzo taktowna. Wahałam się, bo ja strasznie nie lubię jak się mnie dotyka, ogląda i w ogóle przekracza odległość 20cm od mojego ciała.
Pani dała mi luz i czas na oswojenie się z sytuacją, nie pchała się z rękami baz pytania o zgodę, a i po uzyskaniu zgody bardziej skupiała się na tkaninie niż na mojej skórze.
Cudowna, bardzo kompetentna, taktowna, przesympatyczna dziewczyna. I jeszcze jedno: gratulacje dla właścicielki Studio, za to, że zatrudniła panią, która jest daleka od ideałów piękna pokazywanych w gazetach. Czyli nie żadna tam żyrafa w rozmiarze36 z płaską klatką piersiową tylko normalna, ale prześliczna dziewczyna z pupą i biustem. I z klasą. Tak więc na mapie Olsztyna przybył mi jeszcze jeden punkt, który będę odwiedzać jak czas i zasoby pozwolą.
Poza tym …TADAM!…byłam u fryzjera i TADAM! TADAM!TADAM! jestem blond. BLOND!
Mam dość farbowania co miesiąc, ale moje włosy nie posiwiały a poszarzały, cholibcia. Gdybyż one, te włosy zechciały posiwieć tak ładnie, najlepiej żeby przybrały barwę jednorodnej, czystej bieli… No dobrze, ostatecznie fajnie gdyby zostały ciemne z pojedynczymi włosami lub nawet pasmami białych. Nie. Moje włosy zrobiły się po prostu szare. I co je lekko odhoduję  to ta szarzyzna mnie wkurza, bo wygląda jakbym głowy nie myła od stu lat. Fryzjerki już dawno sugerowały mi pasemka jako alternatywę. Uległam. Co prawda, nie jest to to, czego się spodziewałam, bo: myślałam sobie, że tych jasnych pasm będzie niewiele oraz że one będą tak właśnie nobliwie białe. A tymczasem mam różności: od białych, poprzez żółtawe do jasnego brązu oraz gdzie nigdzie mojej szarości.
Ale twarz zrobiła mi się wyraźniejsza mam wrażenie.
Na razie mi się podoba. Zobaczymy jak dalej.
Poza tym odkryłam sklep z ubraniami Unisono. Odkryłam go już kiedyś, ale mi zginął i nie umiałam znaleźć. Tym razem wpadłam przypadkiem. Mierzyłam, mierzyłam i mierzyłam. W zasadzie mogłabym wykupić połowę sklepu, czyli wszystko w co mieścił się mój biust, ale finanse…
Mają cudne, oversizowe kiecki, w wielkie kwiaty, hippisowskie w stylu, cudne! Nie skusiłam się, bo z powodu wielkiego biustu wyglądałam w tych kieckach jak kopa siana. Ale, obiecuję sobie, za kilka lat takie właśnie kiece nosić będę. Jeśli utrzyma mi się tendencja do olewania wyglądu i estetyki dla postronnych. Znaczy: jak już całkiem przestanie mi zależeć jak widzą mnie inni. Teraz jeszcze czasem mam zrywy żeby jednak wpasowywać się w ramy, zwłaszcza przy spotkaniach z innymi ludźmi, zwłaszcza nieznanymi, ale pracuję nad tym.
I tu właśnie dochodzę do spotkania z kobietą, która mnie zachwyciła.
Minęłam ją w drzwiach Aury chyba, ale rozpoznałam, gdy zobaczyłam na schodach sklepu indyjskiego na przeciwko dawnego Cocktail Baru. Nie mam pamięci do twarzy ale to nie twarz zwróciła moją uwagę a dredy. To znaczy najpierw zobaczyłam twarz kobiety ewidentnie starszej ode mnie a potem te dredy zebrane na czubku głowy. Oraz jakieś stylowe ciuchy. Minęłyśmy się, a potem zobaczyłam tę kobietę właśnie w drzwiach sklepu z indyjskimi ubraniami.
Czekałam na tramwaj, miałam 15 minut, weszłam…Nie wiem po co, bo forsy na ciuchy już nie miałam, zostawiwszy wszystko (a nawet więcej) w Unisono.
Jak to się stało, nie wiem, ale szybko nam się nawiązała konwersacja. O ciuchach ale i o akceptacji siebie
– A bo ja to się zatrzymałam w wieku nastoletnim – powiedziała, zanosząc się dźwięcznym, zaraźliwym śmiechem – To znaczy, przyjęłam te doświadczenia jakie idą z wiekiem, ale w duszy nadal jestem nastolatką.
– Tylko ten kostium się nam trochę marszczy – poleciałam Gabrysią z Jeżycjady.
Pani z Dredami się znowu roześmiała. Jej współpracownica, młode dziewczę powiedziała, że jesteśmy fantastyczne i że młodo wyglądamy. Pewnie za sprawą ubrań.
W co była ubrana Pani z dredami nie pomnę, ale nie była to babciowa garsonka, ani nic ze sztywnych mundurków stosownych (podobno) w wieku emerytalnym. Ja miałam na sobie spodnie w kwiaty, biały t-shirt oraz moje ukochane trampki Palladino. A na ramieniu plecak i lnianą torbę. Na stereotypową babcię chyba nie wyglądałam.
Wyszłam stamtąd podbudowana.
Bo moja idea jest rodem z Wojtka Młynarskiego „Starzeć się nie doroślejąc”. A teraz właśnie JUŻ mi wolno.

45. Wróciłam z Polski

Tydzień przeleciał..!
Nawet nie wiem na czym. Bo łażący po Olsztynie dzień miałam w sumie jeden, z czego znaczna część łażenia przypadła na dojście z przystanku do mieszkania przyjaciółki. Bo chciałam bezpośrednio spod Galerii Warmińskiej dojechać na Wyszyńskiego. Olsztyn rozkopany, autobusy jeżdżą dziwnie, dojechałam gdzieś tam w okolice Pstrowskiego, czyli raptem dwa przystanki dalej i musiałam wysiąć bo dalej to już mogłam w zupełnie przeciwnym kierunku. Sądziłam, że tam gdzie wysiądę, bądź za rogiem znajdę coś co jedzie tam, gdzie potrzebowałam. Niestety.
Widać ci od planowania tras nie przewidują, że ktoś chciałaby raptem te dwie ulice przejechać.
Przejście tych „raptem dwu ulic” zajęło mi czterdzieści minut. A i to tylko dlatego, że szłam na przełaj przez Osiedla. A szłam z reklamówką z Empiku. Dużą reklamówką, podpowiem. Reklamówką w której taszczyłam trzy tomy Grzędowicza, jednego Lema, oraz cztery różne inne, ale bynajmniej nie cieńsze pozycje.
Nooo, opowieść o książkach to za chwilę. Na ramieniu miałam szmacianą torbę z logo Olsztyn, w której spoczywały ubrania dla Panny S, jakaś woda, aparat oraz kurtka. A na plecach plecaczek-torebka bo gdzieś te okulary optyczne, oraz przeciwsłoneczne oraz klucze, chusteczki, portfel oraz tysiąc i jeden niezbędnych drobiazgów trzeba pomieścić, nie?
Książki.
Na lubimyczytać mam półkę chcę przeczytać i to dzięki tej półeczce wybieram co chcę kupić. Na półeczke trafiają pozycje, których opisy lub recenzje mnie zaciekawią. Kiedyś kupowałam tak, jakbym wybierała w bibliotece: po fragmencie zdania, okładce, ogólnym wrażeniu, nazwisku pisarza i czy ja wiem po czym jeszcze? Intuicyjnie. I okazywało się, że to co kupiłam wcale nie jest tym czego się spodziewałam. Że albo trafiam na durne romansidło, ale durne tak, że Trędowata przy tym to głęboka, psychologiczna powieść, albo na coś w stylu Morfiny Twardocha czyli przerost formy nad treścią.
Teraz postanowiłam kupić wg listy tego, co chcę przeczytać.
Niestety: nie przewidziałam, że rynek księgarski żyje równie szybko jak reszta świata. Z ośmiu pozycji, które sobie wypisałam znalazłam dwie: jedna jak się okazało nie była powieścią, druga miała cenę taką, że podejrzliwie obejrzałam kartki bo może to ręcznie, przez skrybów pisana, z obrazkami malowanymi przez Artystów?
Kogo w Polsce stać na to, by kupić książkę za 50złotych?!
Reszty tego co chciałam już nie ma. Mogą mi zamówić.
W kwestii cen jeszcze powiem, że lubimyczytać podaje miejsca, gdzie daną książkę można kupić i za ile. I wiecie co? Jak będziecie sobie patrzeć to dodajcie tak z 10% do tych cen. Nieważne czy to Empik (który jest Everestem cenowym) czy tzw. Tania Książka. A potem narzekania, że czytelnictwo upada.
Może nie czytelnictwo, a sprzedaż książek po prostu?
Dla porównania:
Donna Tartt: Szczygieł
Empik: 50, 99zł
Bokhandel (Szwecja): 54 kr  ( czyli nieco ponad 20zł).
Przypominam, że szwedzka wypłata to nie 2000-3000zł lecz około 7000zł.
Czyli Szwed za jedną wypłatę może sobie kupić około 300 książej czyli zapas na cały rok.
Ile może kupić średnio zarabiający Polak? Cztery- sześć?
Ale właśnie szperając odkryłam, że mogę sobie w Szwecji kupować książki po polsku. Co prawda ich cena jest trzykrotnie wyższa niż tych po szwedzku, ale zawsze. O. I wystarczy jedna taka za 150kr by nie musiec płacić za przesyłkę. Hm…
Oddalam się popatrzeć, a resztę wrażeń opowiem kiedy indziej.