Rano był chyba przymrozek. W pracy zauważyłam dziwnie bielejące dachy i krystalicznie czyste niebo. Chyba pełnia, czy co?
Dałam Tośce połazić i pomyszkować na spacerze, bo właśnie słońce wschodziło, ziemia parowała od chłodu i wilgoci, nad ziemią, prześwietlona poziomymi smugami unosiła się mgiełka. Buki się złociły, klony czerwieniły, a drzew spadały kasztany. Pewnie tym piękniej, że obserwowałam poranne tłumy maszerujące obowiązkowo do pracy i szkół. JA miałam to za sobą.
Mogłam celebrować dzień prawie pierwszy urlopu.
Jakoś nie chciało mi się pakować. Możliwe, że z powodu ambicji. Gdyż uparłam się, że na całe 7 dni spakuję się w bagaż o wadze 8kg. Cholerna Lufthansa! Chyba sadysta wymyślił te 8 kilo! Jakbym nie kombinowała wychodziło mi, że powinnam albo zostawić wszystko poza majtkami, komputerem i aparatem albo zostawić komputer i aparat. Aparat by przeszedł od biedy, ale ten komputer.
I tu się okazało, co tak naprawdę jest dla mnie najważniejsze. Beztrosko odwaliłam spodnie w kwiaty (rzekomo ukochane). Oraz ze dwa T-Shirty oraz dodatkową koszulkę do spania. Jeden krem (ten na noc, zresztą chyba jest dla mnie za ciężki bo mi się tarka na twarzy zrobiła)
Chwilę debatowałam nad perfumami…Nie. NIE! Nie dajmy się zwariować! Mogę majtki i koszulki prać co wieczór, wilgotne wkładać rano, ale bez perfum nie da rady.
Tak to życie (oraz bagaż) ustala priorytety.
I żeby nie było: mam także bagaż porządny do luku. Wsadziłam tam buty trekkingowe, bo na wulkan wejść to jednak nie w sandałach. Perfumy też tam utknęłam i inne kosmetyki. Ale dużej walizki przeładowywać nie mogę bowiem może kupię butelkę wina albo dwie? Jakiś kamienień z Pompejów (Pompei?) może wezmę? I kto wie co jeszcze?
Acha. Koniecznie pamiętać: zadzwonić do PannyS z krateru Wezuwiusza, najlepiej videorozmową. Bo Panna zzieleniała z zazdrości na wieść, że będziemy na wulkanie. I prawie w płacz, że czemu bez niej?
A ja sądziłam, że jej w głowie tylko tańce.
Ach…O Kotach nie napisałam. A pięknie było. Te Koty wszystkie, niesamowite. Muzycznie nie specjalnie w moich klimatach, sztuka po angielsku oraz brak libretta w programie nie pomagały za bardzo w zgłębianiu klimatów. Tancerze byli boscy. Nawet najbardziej z tyłu przybierał pozę kota. Aż się zastanawiałam czy oni mają na kolanach jakieś wkładki, żeby ich sobie nie poodgniatali bo niemal ciągle na czworakach.
I nie mogłam się oprzeć myślom, że szkoda, że PannyS z nami nie ma. Cats to połączenie tego co ona lubi najbardziej: kotki i taniec. Na pewno byłaby zachwycona.
Trzeba ją zabrać na jakiś musical.
No a teraz bagaże prawie spakowane.
Pora spać. Jutro o 6 w drogę.
73. chyba 73.
Tosia przyszła, położyła łeb na łóżku i zaczęła mi pufać w twarz. Odwróciłam się tyłem. Piesio grzeczny wszedł na łóżko, zwinął się w kłębek w narożniku, westchnął ciężko i postanowił przeczekać. Zatem to nie piesio mnie zerwał tylko wyrzuty sumienia…
Poranne ablucje skrócone do umycia zębów, dres, buty, acha… jeszcze sobie kawę wstawię, ciasteczka, woreczki…chodź piesiu.
Kwadrans przed dziewiątą. Słońce nisko. Wciągnęłam rześkie powietrze. (W mieszkaniu grzeją kaloryfery a termostatów nadal brak, więc mimo otwartego całą noc lufcika w sypialni zaduch, w kuchni, przedpokoju i łazience tez. Zgłupieli do reszty. W nocy 10 stopni po co tak hajcować? )
Powietrze pachniało jesienią. Niskie słońce prześwietlało złote liście na lipach. Dmuchnęło lekko i posypało złotem. Poszłyśmy do parku. Ulica jeszcze pusta, więc nie musiałyśmy iść do przejścia tylko na wprost, Tosię nieodmienne coś fascynuje w tamtym miejscu, a może właśnie to, że tam akurat rzadko chodzi bo to nie po drodze do pasów?
W parku też cisza. Kaczki się chlapały w stawie. Na placu zabaw mały chłopczyk i jego tata. Pac. Pac-pac. Pac. Znowu lekko powiało i posypały się kasztany.
Jak ja lubię takie ciche poranki, w takie jesienne dni. Ten spokój wszędzie. To rześkie powietrze. I te barwy wszystkie, na tle błyszczącej w słońcu rzeki albo błękitnego nieba.
Wczoraj córcia przyszła ze zdjęciami i dwiema butelkami wina. Byli na wakacjach w Grecji. PannaS także.
Zdjęcia piękne. Wino…hm. Pierwsze było zwykłym kwachem, jeszcze musującycm, śmierdzącym drożdżami. Jeśli młode beaujolais tak smakuje to się cieszę, że nie dane mi było spróbować. Drugie wino siłą rzeczy powinno być lepsze. I było. Jakby to powiedzieć.
Pierwsze było dobre na jeden malusieńki łyk. Łyczek. Drugie było lepsze. Tak na dwa łyki. 😀 Ale butelka ładna, z tą etykietą z greckimi literami.
Teraz piję kawę w kubku z Grecji.
A za tydzień będę piła kawę w Neapolu.
Zaczynam się stresować
72.
Trochę mi się wczoraj przykro zrobiło…Choć nie, nawet nie przykro. Zła po prostu byłam.
W Klubie Foto co roku wydajemy kalendarz. Nasz sponsor zwykle wybiera jakiś temat przewodni, a my potem nadsyłamy swoje zdjęcia. Czasem jest ich mniej, czasem więcej. Z tych zdjęć następne poprzez powszechne klubowe głosowanie wybieramy zdjęcia które ostatecznie znajda się w kalendarzu.
W tym roku temat to pejzaż czyli najbardziej popularny temat wśród fotografujących. Wysłałam swoich jakieś 20 zdjęć i liczyłam się z tym, że każdy z klubowiczów też mniej więcej tyle wyśle.
Jakież było moja zdziwienie gdy na ścianie zobaczyłam jakieś 60 zdjęć. A w tym…ani jednego mojego. Ani jednego.
Zdziwiłam się i zapytałam czy to wszystkie zdjęcia. Nie, było około 200 więc wybrali te, które uznali, że się najlepiej nadają.
Jak wiadomo z gustami się nie dyskutuje, ale.
Naprawdę? Ani jedno moje zdjęcie im się nie spodobało? ANI JEDNO?! Spodobały im się sterty kamieni gdzie nie było kompletnie na czym oka zatrzymać, mętny, szary odmęt wodny, pojedyncza przylaszczka w suchej trawie, wiatrak, który niczym się nie wyróżniał od setki innych zdjęć, polana pokryta śniegiem – zdjęcie kompletnie bez jakiegokolwiek wyrazu… Z tych zdjęć trzeba było wybrać 18. Naprawdę starałam się, ale w efekcie może 10 było takich co uznałam za fajne, pozostałe wybrałam zwyczajnie na chybił trafił.
To nie jest tak, że ubodło mnie to, że żadnego moje zdjęcia nie było.To nie jest urażona ambicja. Naprawdę, gdyby to, co wybrano było naprawdę piękne, to nie miałabym żadnych obiekcji, ale wg mojego odczucia zdjęcia, które wybrano były po prostu nijakie, nieciekawe, kompletnie bez wyrazu. Szczerze mówiąc miałam odczucie, że na ścianie omyłkowo powieszono to, co zostało odrzucone.
I teraz biję się sama ze sobą czy by jednak do kolegów nie napisać maila.
A co mi tam…
Nie umiem gadać o niczym.
Ochrzaniłam ich, że jak planują wycieczki to niech dają informacje o tym, że gdzieś tam się będzie szło bo nie każdy zna wszystkie place w okolicy (inna historia, na wpis o dziwacznych obyczajach tubylców) i nie każdy jest na wędrówkę przygotowany i sprawny.
Nie piję kawy wieczorem i zazwyczaj nie jem kanapek.
Mówię jak mi się jakieś zdjęcie podoba. Jak nie- to czasem też mówię.
Czy mogę być jeszcze większym dziwakiem?
A dlaczego mam opory przed napisaniem, że wybrane zdjęcia w ogóle mi się nie podobały?
Może dlatego, że pokazać co czuję to się odsłonić. Po co mają wiedzieć, że mnie to jakoś poruszyło.
Chyba zamówię sobie własne kalendarze i rozdam moim znajomym i klientom.
71. Na jesienny dzień – Dokądkolwiek zmierzam…
Maybe I’m bound to wander
From one place to the next
Heaven knows why
But in the wild blue yonder
Your star is fixed
in my sky
Just another bar at a crossroads
So far from home
But that’s alright
Whenever I’m going down the dark road
I don’t feel alone in the night
There’s a place in my heart
Though we’re far apart
May you always know
No matter how long since I saw you
I keep the flame there for you
Wherever I go
Być może muszę się błąkać
Z miejsca do miejsca
Niebo wie dlaczego
Lecz w tym dzikim błękicie
Twoja gwiazda
Jest wciąż na moim niebie
Jeszcze jeden bar na skrzyżowaniu dróg
Tak daleko od domu
Lecz to jest w porządku
Dokądkolwiek zmierzam tą ciemną drogą
Nie czuję się samotnie w nocy
Jest w moim sercu miejsce
Nawet jeśli jesteśmy tak daleko od siebie
Możesz mieć zawsze pewność
Nieważne jak długo się nie widzieliśmy
Moje serce wciąż płonie dla ciebie
Dokądkolwiek zmierzam
70. Poniedziałek
I o.
Znowu wstaję wcześniej niż większość ludzi, a na pewno wcześniej niż cała rodzina łącznie z psem. Teraz mam godzinę 9:15. Byłam w pracy, z psem na spacerze, zdążyłam pooglądać facebooka ( za wiele to tam nie ma do oglądania). Piję kawę słucham Marka Knopflera i zastanawiam się czy by może się jednak nie położyć…
Z drugiej strony Ada leży odłogiem.
Oraz krosna.
Jeszcze chwilkę powalczę, żeby nie było, że taka łatwa jestem. A potem się jednak położę
69.
Ot, i wyspałam się. O godzinie 5:41 byłam wyspana, a gdy o 6:10 nadal taka byłam to był znak, że pora wstać.
To wstałam.
Omeprazol popity gorącą wodą. Odgrzana kawa, pies zawołany na pieszczotki. Wreszcie komputer wzięty na kolana. Nie ma co się oszukiwać, ciągnęło mnie.
Ada woła troszkę poczuciem obowiązku, troszkę ciekawością co nawywija po tym jak mi poszła na sylwestra. Ale tak najbardziej na świecie to ciągnie Mark. Knopfler.
Przypadkiem wpadł mi w ucho kawałek, którego nie znałam. Na YT. Znalazłam całą płytę tamże. Przesłuchałam pierwsze trzy kawałki i koniec kropka. Nie ma, że nie. Muszę mieć.
Kupiłam elektroniczną wersję wczoraj, ale stwierdziłam, że to za mało, chcę PRAWDZIWĄ: taką z krążkiem i papierową okładką. Płyta nazywa się TRUCKER i o Boziuniu co to za płyta jest!
Zaprawdę powiadam wam: jeśli o kimkolwiek można powiedzieć, że jest jak wino, żeby nie był to banał i oklepany frazes to tylko i wyłącznie o Marku. No i dlaczego ten człowiek nie przyjeżdża do Szwecji?! No dlaczego? W Polsce był całkiem niedawno, bywa tam zresztą często a do Szwecji? Kiedy Marku przyjedziesz do Szwecji?
Nie miałam czasu jeszcze przesłuchać całej, ale póki co to tam jest to co lubię: masa rozkołysanych ballad, z klimatami angielsko-irlandzkimi. Męski głos Marka i teksty!
Ach…dość tej laurki.
Jak już nasłucham się tego TRUCKERa to kupię sobie jeszcze PRIVATEERING. Też słuchałam troszkę…
68. Same dobre rzeczy.
Po 1. Ostatni dzień pracy na kuchni, ostatni dzień pracy od 10 do 14
Po 2. Litwinka i jej mąż robią stronę internetową dla swojej firmy. Firma jubilerska. G. jest plastykiem z wykształcenia i prawdziwym artystą. Ona zresztą też ma takie zdolności. I zapytali mnie czy bym im kilku zdjęć nie dała. Dam, a co będę żałowac tylko które, bo mam tego dużo. Litwinka spędziła wczoraj pół wieczoru przeglądając moje zdjęcia i wybrała całą masę. To miło, gdy komuś się moja praca podoba.
Po 3. A propos podobania pracy.
Razu pewnego cyknęłam mojej córce fotkę. Chyba nawet nie aparatem a jej telefonem.

A wczoraj mi dziecko melduje, że na profilu Instagramowym Polaroida jest to zdjęcie i ma jakąś obłędną ilość polubień.
Jeszcze raz: to miło jak komuś się podoba to, co robię.
Po 4. za dwa tygodnie o tej porze powinnam być na lotnisku i umierać ze strachu przed lotem do Neapolu via Frankfurt.
Po 5. Piątek. Piąteczek. Piątunioooo
—–
A nie mówiłam, że same dobre rzeczy?
67
Jeszcze dwa dni. Dwa dłuuugie dni pracy od 10 do 14.
A potem znowu będę narzekała, że muszę wstawać o 5.30.
Jednak, to jest zdecydowanie lepsze rozwiązanie, zwłaszcza jak się zaweźmiesz i nie pójdziesz spać w ciągu dnia. Wtedy jest szansa, że zaśniesz jak człowiek przed 22. Wtedy jest szansa, że nazajutrz o 5.30 będziesz człeku dość wypoczęty i nie będziesz się po dwugodzinnej pracy słaniał na nogach i szukał poduszki do przytulenia…
Sypiam źle.
Niespokojnie. Jest za zimno – jak otworzę okno.
Za gorąco jak je zamknę.
Nawet spanie po moim ulubionym Ataraxie nie jest takie jak być powinno.
Jakie powinno? Powinno być tak, że zasnę ok. 22 , ok. 2 w nocy obudzi mnie parcie na pęcherz, wstanę na pół śpiąc i pójdę, zrobię co trzeba, wrócę, położę się i zasnę.
Tak było przez jakieś 40+ kilka lat mego życia.
Teraz.
Teraz gaszę światło ok.22. Czasem zasypiam w ciągu kilku minut a czasem nie. Kręcę się wtedy kilkanaście minut do godziny. Wstanę poczytam, znowu spróbuję zasnąć. Wstanę wezmę atarax (albo waleriany dwie tabletki). Poczytam lub jesli akcja książki za bardzo mi się kotłuje w głowie to pooglądam coś znanego, pozytywnego. Gilmorki najchętniej.
Położę się. Zasnę wreszcie. Wybudzę 90minut później. Pójdę siku, Napiję się, bo gorąco. Otworzę okno. Zasnę na godzinę, 45 minut. Wstanę. Przymknę okno. Pójdę siku. Zasnę na kolejne 30-45minut. Wstanę. Otworzę okno. Napiję się. Przełożę poduszkę w nogi. Przykryję plecy, wystawię stopy, poszukam chłodnego miejsca, przysnę, obudzę się, bo zimno w stopy, nakryję się, zadrzemię obudzę się przytomna. Na zegarku będzie 3:40 mniej więcej. Wstanę, zrobię siku. Poszukam cukierka, zjem go. I wtedy wreszcie zasnę twardo. Tak, że w którymś momencie obudzi mnie ból szyi, bo źle leżę, albo brak oddechu, bo tak śpię, że zapominam oddychać.
I tak, k mać! każdą noc. Każdą cholerną noc.
Atarax ma działanie uspokajające.
Próbowałam tabletek nasennych, ale to jest dopiero hardcore. Bo mam wszystko to samo tylko z ogromnym zmęczeniem na dodatek. Czyli soma chce spać, psyche szaleje…
Uspokaja mnie cukier.
To cholera nałóg. Moja matka budziła się w nocy, żeby zapalić papierosa. Ja żeby zjeść cukierka. Waga mi rośnie choć w dzień nie jem za dużo. Tylko te noce.
Cholerny zaklęty krąg.
A ludzie się dziwią, że dosypiam w dzień…Czasem sobie pozwalam, bo są dni gdy nie mam siły ręką i nogą.
Niechże się ta cholerna menopauza wreszcie odczepi!
66.
Wreszcie wiem co z tym krosnem (krosnami?!) Niezależnie od siebie dwie osoby dostarczyły mi materiału poglądowego w postaci filmiku na YT.
Zatem mogę się dziś zabierać za zabawę.
O ile mnie wena twórcza nie pogoni.
Bo znowu od kilku dni świerzbią palce. Rzecz w tym, że ta Ada zaczyna żyć własnym życiem. Wczoraj na przykład z uporem maniaka wybierała się do przyjaciółki na Sylwestra. Nie wiem po co. Trzy raz zawracałam ją z drogi, a ona swoje. I poszła. W nagrodę za upór dostała całusa i oświadczenie całkiem obcego faceta, że jest piękną kobietą.
Nie pytajcie mnie, nie wiem po co jej to spotkanie. Ona pewnie pewnie i pewnie mnie do tego doprowadzi.
Ledwie wygrzebałam się z tego przełomu 97/98 żeby pójść do łóżka o ludzkiej porze a nie jak w niedzielę o 1.30.
Dziś mam jakieś dziwne spotkanie z koleżanką po fachu, Iriną. Nie wiem co może chcieć, choć nieco się domyślam, ciekawe czy trafnie.
Firma dla której sprzątam przechodzi kolejne przeobrażenia. Znowu będę miała nowych szefów. Taaaa…ta bezpośrednio nade mną już się wykazała.
Mona wzięła urlop na jeden dzień, na wczoraj. Mówiła o tym od ponad miesiąca. Tymczasem w piątek Pełniąca Obowiązki Szefowej zadzwoniła do mnie:
– Wiesz, że Mona bierze wolny przyszły tygodzień?
– Cały tydzień czy jeden dzień?
– Yyyyyy…
– Sprawdź dobrze, bo mnie wydaje, że jeden dzień tylko…
A jak wy pracujecie? Jak normalnie? A jak teraz Saba na urlopie? Nie mogła zapamiętać, no ale okej, dużo informacji, imiona egzotyczne a nie normalne szwedzkie Britt-Rose czy Vendela, wiadomo, że ciężko zapamiętać. Zlitowałam się, obiecałam maila, napisałam, opisałam co trzeba wysłałam
O 14 znowu telefon. No tak, Mona chce tylko poniedziałek. I jak my pracujemy…
– Wysłałam ci maila, masz wszystko w mailu.
– A, prawda, no tak…To jak wypracujecie?
I że Mony nie będzie w poniedziałek i ktoś musi wziąć za nią jej zmianę.
Tłumaczyłam:
Mam inną pracę ( mój Szwed od tłumaczeń jest koszmarnie zaniedbany) i nie dam rady wziąć pracy za Monę tym bardziej, że ona ma jeszcze jedno miejsce gdzie czas pracy koliduje z tym moim normalnym czasem.
Acha. No to problem, bo ona nie ma zastępstwa.
– No to może pora znaleźć kogoś ekstra – ja
– Ale zazwyczaj to się ludzie nawzajem zastępują
– Ale mówię ci, że po pierwsze mam inną pracę i nie dam rady, po drugie czas pracy Mony w aptece koliduje z moim czasem tu.
Acha. To ona nie wie…I co teraz
Miałam na końcu języka tekst, że za zarządzanie to ona bierze pieniądze, na pewno większe niż ja za sprzątanie więc może niech wykona po prostu swoje obowiązki. Oraz, że ja się wcale nie dziwię, że ma problem, skoro bierze się za to w piątek o 14.
Zmilczałam, powiedziałam tylko, że niestety ja jej nie pomogę.
I co? Kto zgadnie?
Oczywiście! Nikogo nie było. Jak weszłam wczoraj do pracy to nie wiedziałam od czego zacząć. A ta mi jeszcze zaczęła wydzwaniać. Zignorowałam. Po pierwsze dlatego, że nie miałam czasu na pogawędki i tłumaczenie po kilka razy tego samego. Po drugie: ilekroć ktoś z nas dzwoni to nikt telefonu nie odbiera, no to zobacz jak to fajnie. Po trzecie: mój prywatny telefon, naprawdę nie muszę go odbierać bo szefowa dzwoni.
Wreszcie jak się obrobiłam (półtorej godziny, pot cieknący po tyłku i stres ) oddzwoniłam.
I co? Bo jej ktoś tam zadzwonił i mówił, że kuchni to góra garów.
– No i właśnie dlatego nie odbierałam.
– Ale zajmiesz się tym?
– Już się zajęłam.
– Acha, okej. A toalety? Bo wiesz, to najważniejsze
– Też się tym zajęłam
– A w kuchni?
I tak kilka razy.
Nie wiem czy bardziej nienawidzę samej pracy czy bardziej tej firmy.
65
Och mój boże jaki wczoraj był dzień!
Słońce, błękitne niebo z malowniczymi chmurami i brak wiatru. Mimo to dość rześko.
PannaS z okazji Rodzinnego Festynu, którego tematem były dożynki miała pokaz tańca. Od dwóch lat chodzi na zajęcia taneczne, głównie na balet i bardzo to lubi. Wczoraj mogliśmy obejrzeć efekty.
Pewnie zabrzmię koszmarnie nieobiektywnie, ale uważam, że była najlepszą tancerką w grupie. Rusza się z wdziękiem, miękko i do rytmu. W porównaniu z nią inne dziewczynki wyglądały i ruszały się jak sztywne kołki. Ale nie zapominajmy, że to małe dziewczynki, tak pomiędzy 6 a 9 lat. I tylko jeden chłopiec w grupie. Nie mam pojęcia w jakim wieku, ale pewnie ze 12lat miał. (Cóż, nawet w Szwecji, taniec to nie jest ulubiony sport chłopców).
Poza tym gotowałam bigos, bo nam się zachciało. A mnie tak się chciało, że taki niedogotowany jadłam niemal wprost z garnka. Zawsze tak lubiłam.
eM przyszedł do mnie:
– A ClasOhlsson to do której otwarty, nie wiesz?
– Nie wiem, pewnie do szesnastej, a co?
– Mikroskop muszę kupić
– Co? Po co?
– Mikroskop, nie wiesz po co jest mikroskop?
– Wiem do czego służy. Pytam po co tobie?
– Grzybów będę szukał. W bigosie.
Dowcipny, nie? Problem w tym, że jak we wszystkim my się kompletnie nie zgadzamy. On by chciał bigos mięsno-grzybowy najchętniej. Czyli taki, gdzie pomiędzy mięsem a grzybami znajdujesz jedną nitkę kapusty. Ja odwrotnie. A ponieważ ja gotuję…I nie lubię grzybów.
To samo mamy z sałatką. On najchętniej groszek i kukurydzę, dużo ogórka, żadnego selera. I na ostro. Ja mdławo, głównie ziemniaki i marchew oraz żadnego groszku, fasoli, kukurydzy, bo mi cały smak dominują. Oraz surowy seler utarty na drobnej tarce. Sałatkę -bazę robimy więc jednej misce a potem rozdzielamy na dwie różne.
Takie to życie Panny z Bliźniakiem. Różnice, które się nie uzupełniają, jesteśmy po prostu niekompatybilni. Jak europejska wtyczka do angielskiego gniazdka. A przejściówki nie wypracowaliśmy.
A po południu spacer z Tosią. Całe lato nie byliśmy w Kamieniołomie. Pięknie było, zwłaszcza, że nadciągały chmury deszczowe i to dawało niesamowite światło.

Tośka się ulatała.
Z Tosią problem. Bo strasznie wygubiła sierść, w zasadzie został na niej tylko ten szorstki włos, jest matowa i uklepana. Wet niby powiedział, że nic, ale teraz widzę, że pies się iska jakby ją coś podgryzało. Ale wciąż robi to tylko od czasu do czasu.
Za to rzuca się na marchewkę, kalafiora, brokuła.
Dziś sprawdzę pietruszkę i pomidora.
Brak witamin? Pasożyty? Czy choroba?
Jest wciąż wesoła i żywa, więc jeśli choroba to albo coś niezbyt uciążliwego albo początek.
Ale może jednak zwyczajnie zmienia sierść?
Ogarnęłam zakładanie osnowy na krosno. Tzn. sześć nitek tylko założyłam, żeby zobaczyć czy mi będzie rozdzielało na dolne i górne. Kilka kombinacji i wreszcie wczoraj o północy TADAM!
Teraz trzeba zobaczyć JAK SIĘ TO ROBI.
Śnił mi się dziwny grób Baśki. Płakałam przy nim tak strasznie, a wszyscy myśleli, że to na pokaz.



















