64

Klub foto zawsze mi dobrze robi na samopoczucie. Albo prawie zawsze. Ostatnio doszłam do wniosku, że widać nie jestem AŻ tak introwertyczna jak myślałam, bo lubię spotykać się z ludźmi i takie spotkania zasilają moje baterie. Tylko nie mogą to być spotkania w tłumie i nie koniecznie codziennie. Oraz nie każdy człowiek te baterie mi zasili. Ludzie, którzy kompletnie są nie mojej planety niestety działają odwrotnie.
Generalnie mam wrażenie w 52. lecie życia (bo ja z lata jestem) mocno mi się upodobania zmieniają.  Na przykład takie ranne wstawanie. Po czterech latach wstawania bardzo porannego cenię sobie możliwość spania do co najmniej ósmej a do dziewiątej czy dziesiątej jeszcze bardziej. No, ale takie długie spanie nie jest możliwe jak ma się w domu psa, niestety.
Albo takie jedzenie.
Przez lata byłam wybitnie roślinożerna. Mięso stanowiło dodatek, jak go nie było to jeszcze lepiej smakowało jedzenie. Z mięsa gotowałam z dwóch powodów: mąż i syn, którzy są mięsożercami oraz to, że jako kulinarna konserwa nie lubię poznawać nowych smaków i generalnie trudno mnie namówić do zjedzenia czegoś nowego, oraz gotowanie uprawiam wyłącznie z przymusu.  Przy takim nastawieniu trudno o kuchenne eksperymenty.
A teraz proszę: mięso zaczyna mi smakować, bywają dni, że chce mi się zwyczajnie padliny na talerzu.
I tu się właśnie rodzi konflikt duszy z ciałem. No bo jak spać do dziewiątej jak na świecie tyle ciekawych rzeczy a czasu coraz mniej? Oraz jak jeść mięso, jak się w duszy jest przeciwnikiem hodowli zbiorowych oraz jak się na kawałek mięsa patrzy i widzi całą, wesołą, ŻYWĄ świnkę?
Ale najbardziej na świecie chciałabym już być na emeryturze…ech…
A z innej beczki: wczoraj gdy jechaliśmy z psem na spacer w ogródku, nieopodal parkingu zobaczyliśmy takie cudo:

63.

Zabawka kupiona. Stała i czekała tam, gdzie ją zostawiłam. Spóźniłam się do pracy, żeby ją mieć, hehe…Zapłaciłam i poprosiłam, żeby mi ją przechowali do popołudnia.
Nie sądziłam, że jest taka ciężka!
Wiozłam ją na rowerze, najpierw opartą na ramie potem zaczepioną na kierownicy. Nie, sama nie jechałam, jeszcze mi życie miłe! Ale to były najdłuższe minuty w moim życiu.
EM tylko pokiwał głową.  Wiedział, że muszę.
Oglądałam ją potem z każdej strony usiłując odgadnąć co i jak.
Przekopałam pół internetu w poszukiwaniu jakiejś instrukcji obsługi, ale nic nie ma.
6 minutowy filmik na YT o tkaniu okazał się …filmikiem o tkaniu czyli o tym, jak tkaczka przekłada nitkę tam i z powrotem. Nuuuuudy panie.
Zadane w przestrzeń pytanie o wiedzę na temat tkactwa zaskutkowało linkiem od kolegi Adama:

(czy to się otwiera?)
Li i jedynie, ech…
Dwie godziny popołudnia spędziłam u Litwinki Reginy najpierw plotąc trzy po trzy by wreszcie wpaść na temat książek. Regina czytuje wyłącznie klasykę, a ja usiłuję ją zachęcić by sięgnęła po literaturę współczesną.
Dziś obiecałam córce naukę podstaw fotografii a wieczorem idę do klubu foto.
Acha.
Książki Joanny Jax to zło! Kradną czas i nie dają spać po nocach. Chciałam tylko jedną stronę przed snem…

62. Ponarzekam

Aż dziwne jaka cisza…
Od początku roku po bloku kręcą się robotnicy. Bo najpierw był planowy remont, w każdym mieszkaniu po około 8 tygodni, a potem jeszcze jakieś drobiazgi, ale ciągle coś. Jako pozostałość po owym remoncie w piwnicy został smród. Dosłownie. Coś im kanalizacja nie funkcjonuje jak trzeba, jedną z rur musieli odłączyć i ścieki z mojego pionu idą pod sufitem, ukosem do innego ujścia.
Tak fajnie to działa, że którejś soboty weszłam do łazienki pełnej wody. Po bliższym zbadaniu zjawiska okazało się, że nie była to woda. Jeszcze mnie trzęsie z obrzydzenia…
I tak miałam szczęście bo u mnie nie przelało się przez próg i poszło na całe mieszkanie. W przeciwieństwie do reszty sąsiadów z parteru. Im ścieki zalały korytarze, salony i sypialnie. Nie dość, że potracili dywany i nie wiem co jeszcze to jeszcze podłogi mają do wymiany.
Co chyba mnie doprowadziłoby do białej gorączki bardziej niż utrata szmaty z podłogi. Bo wymiana podłogi to masakra. Najpierw czekasz i czekasz kiedy to nastąpi, a musisz wpaść w kolejkę. Potem każą ci wynieść wszystko z pomieszczenia (bo jak inaczej). Potem układają tę podłogę dni kilka, bo pracę trzeba szanować a fika rzecz święta i takich ludzi sfrustrowanych niemożnością użytkowania przestrzeni życiowej to oni oglądają co dzień i nie będą się tym martwić, bo się człowiek by zaraz starł w tej pracy.
Oni mają rację, ci robotnicy, można to stwierdzić obiektywnie dopóki człowieka nie dopada kataklizm pod tytułem remont.
No.
W każdym razie kanalizacja zafundowała nam różne atrakcje.
Teraz, od piątku w piwnicy trwają roboty mające na celu położenie nowej rury. Zdaje się, że będzie ona szła tak, jak ta pod sufitem, czyli na skos przez rowerownię. I od kilku dni trwa mozolne wycinanie betonu z podłogi żeby miejsce na tę rurę zrobić. Hałas. Jęk piły do betonu. Trzaskające drzwi. Łomot młota.
Ale nie dziś panuje błogi spokój. I nie wiem co bardziej mnie wkurza: roboty czy ich brak.
Rower moknie na deszczu bo do rowerowni nie sposób wejść.
Do pralni będę latać naokoło, przez drugą klatkę, z tym, że mój klucz nie działa w tych „drugich klatkach”, więc nie wiem jak to ma być, a do administratora nie mam kiedy pójść, ale jednak będę musiała.
Poza tym boli mnie głowa. Codziennie!
Paraflex, lek na rozluźnienie mięśni – nie pomaga. Tzn. pomógł na kilka dni, albo to efekt placebo był. Teraz już nie działa. A dodatkowo jakoś źle się po nim czułam, roztrzęsiona jakaś czy co …
Wkurza mnie to strasznie, że ta głowa tak boli i boli. Lekarze nie widzą przyczyn, a ona boli stale. Tylko bardzo różnie.
Już mi nawet przyszło do głowy, że uzależniona jestem od paracetamolu oraz  innych przeciwbólowych ale mówią, że to nie możliwe. No nie wiem czy nie możliwe. Dodatkowe atrakcje w postaci napadów gorąca też sytuacji nie poprawiają. Czy to hormony mi na głowę padły?
Ja pierdziu!
Czas dojrzewania i cały okres „produkcyjny” przeżyłam nie wiedząc co to pmsy, huśtawki hormonów i temu podobne atrakcje. Nie miewałam pryszczy, zaparć, biegunek, bólów brzucha, napadów głodu, jadłowstrętu, huśtawek nastroju. Przez czterdzieści lat żyłam spokojnie. No, przynajmniej w zakresie funkcjonowania ciała, bo z dusza różnie było.
A teraz od lat 12 chyba mi natura postanowiła wyrównać rachunki. Bo miewam WSZYSTKO i to naraz. Łącznie z pryszczami trądzikowymi, choć na szczęście nie na twarzy.
Czy ja bym mogła jak Manuela Gretkowska poprosić, żeby Pan Bóg mi TO już zabrał?
Nie. Bo nie bardzo w niego wierzę.
I lipa.

61. Wtorek

Jeden dzień mi przeskoczył nawet nie wiem kiedy…
Pewnie dlatego, że pracowałam dużo i pilnie i tak z rozpędu zrobiłam nawet trochę na zapas. I dobrze, bo do wyjazdu już tylko …23 dni! Oj! A tu ani parking ani samochód nie zabukowany. Czas, czas, najwyższy czas…

Jesień nas rozpieszcza grzybami. Oraz dziwaczną pogodą. Bo albo leje, leje i leje. A potem nagle rozwierają się chmury i z nieba spada kaskada słońca, która rozbija się na tysiące małych słońc w kałużach lub sypie iskrami w kroplach wiszących na wszystkim. Coraz bardziej żółte drzewa, wyzłocone dodatkowo słońcem przefiltrowanym przez chmury, na tle pochmurnego, granatowo-szarego nieba sprawiają, że zatrzymuję się jak wryta się gapię.
Albo jest ciepło, słońce na błękitnym niebie, wiatru ani troszkę, flagi leżą na masztach. I naraz: ŁUP! Grzmot jeden, po chwili kolejny. I ulewa. Taki rzęsisty, pionowy deszcz, delikatny, który nie odbija się od powierzchni a przesiąka przez nią łagodnie. I człowiek w jednej chwili mokry.
Piękna ta jesień. Pasie oczy kolorami. Brzuchy rydzami i innymi prawdziwkami.

Ja ich nie jem wprawdzie, ale zbierać to lubię, oj lubię. A tu taki urodzaj, że aż serce boli, tyle tego i jak to zostawić?
Dwa króciutkie wypady do lasu i mamy cały słój suszonych prawdziwków, koźlaków i podgrzybków oraz kilka porcji rydzów w zamrażarce.
Będzie trzeba narobić pierogów. Helen i Peter, sąsiedzi z góry zaślinili się gdy im powiedziałam o pierogach. Znają, znają. Helen dawno temu miała chłopaka-Polako-Szweda. A Petera ojciec był Niemcem (a to stary faszysta! hehe). Cóż było robić: obiecałam, że zaproszę. Oraz na kiszenie kapusty, bo Helen nie wie jak a chciałaby, bo jej się marzy.
A po krosna nie zadzwoniłam, bo mi brak odwagi.
A jak powiedzą, że nie, że mam przyjść w godzinach otwarcia …itd?
A ja w godzinach otwarcia pracuję! Jeszcze ten i następny tydzień tak pracuję!
…ale mogłabym się jutro spóźnić te 15 minut. Zapłacić, poprosić by przechowali do zamknięcia…
A tymczasem pora w drogę.

60. Kolejna zachcianka-zabawka

Wczoraj w second-handzie zobaczyłam małe, stołowe krosna. Stały sobie na podłodze, w kąciku, niepozorne i niezauważalne. Przykucnęłam przy nich usiłując odgadnąć jak to działa. Przesuwałam to, co dawało się przesunąć obserwując co się „zadzieje” w nadziei, że mnie olśni.
– Piękne są – usłyszałam głos nad głową.
Stała nade mną kobieta, której twarz wyglądała na mniej pięćdziesiąt lat. Chyba miałam niepewny wyraz twarzy, bo nachyliła się nade mną i dotknąwszy krosien powtórzyła
– Piękne. I całe. Całkowicie sprawne.
– Acha. Rzeczywiście wyglądają dobrze –  zgodziłam się.
Przykucnęła koło mnie.
– Ale musisz je obrócić, o tak, tą stroną do siebie.
Teraz widok mi się poprawił, bo zobaczyłam to, co widziałam w miejskiej tkalni tylko w pomniejszonym rozmiarze. Ale nadal nie rozumiałam jak to działa.
Kobieta tłumaczyła:
– Tu zakładasz, tu nawijasz, tak dociskasz. I masz wtedy taki wzór- obejrzała się za siebie, poszperała wzrokiem na półeczce z różnymi tkaninami. – O, coś takiego, widzisz? Mamo, to taki wychodzi? – podniosła do góry rękę starszą niż jej twarz. Mama, której nie widziałam, mruknęła coś potakująco.
– Nic nie wiem na ten temat – przyznałam – A chciałabym.
– Zapisz się na kurs – poradziła mi – Szybko się nauczysz, bo to proste.
Podniosła się.
– Ale jak lubisz takie rzeczy to możesz też szydełkować to też ładne i szybciej się widzi efekt.
Pokręciłam głową.
– Lubię szyć. I tkać też chyba bym lubiła – powiedziałam.
– To jest ciekawe – przyznała mi rację – Jak ktoś ma czas
Westchnęłam.
– No właśnie…Chyba dopiero na emeryturze będę miała czas.
Uśmiechnęła się do mnie i pokiwała głową.
– Oj tak…
– Dziękuję ci za pomoc. To było miłe – powiedziałam. Odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła pożegnalnie
– Miłego dnia!
– Tobie też miłego dnia.
Odeszłam od krosien. Ale czułam jakby już oplątały mnie swoją osnową, bo ciężko się od nich odchodziło. Odwracałam się i zatrzymywałam jeszcze kilkukrotnie.
Rozsądek mówił: nie umiesz, nie wiesz jak, na kurs nie pójdziesz, bo nie masz ani za co ani kiedy, kupisz następny grat, który będzie stał i zbierał kurz
Serce płakało.
Rozsądek wygrał. I poszłam.
Jeśli w środę nadal tam będą to je wezmę!
Adam Słodowy pokazał mi „jak to się robi”!
Wszak lepsze krosna niż kolejne puzzle.

O, podobne do tych na obrazku poniżej.

59. Sobota

Zachciało mi się czerwonego wina.
Poszłam do System Bolaget i długo krążyłam pomiędzy półkami.
System Bolaget to jedyna w Szwecji firma zajmująca się sprzedażą alkoholu. Sprzedaż odbywa się tylko specjalnych sklepach. A sklepy te są czynne od poniedziałku do soboty, w godzinach dziennych. Czyli jeśli ktoś w sobotę do godziny 14 lub 15 (zależy od miasta) nie zaopatrzył się w alkohol to musi się obejść smakiem aż do poniedziałku. No chyba, że się zna kogoś kto handluje alkoholem pokątnie czyli tzw metę lub „babcię”, jak to bywało w Polsce za dawnych lat. Jak się nie zna – trudno.
W sklepach spożywczych można kupić piwo o bardzo niskiej zawartości alkoholu (nie wiem w praktyce czy to oznacza 0,5% czy 4,5% ale chyba bardziej 0,5%).
Zatem poszłam do System Bolaget zakupiłam karton czerwonego wina, ale wybór zajął mi dłuższą chwilę, bo w Szwecji nie ma podziału na wina wytrawne, półwytrawne, półsłodkie, słodkie…Można sobie na etykiecie poczytać różne rzezy i pewnie jak ktoś się nieco częściej raczy takimi napojami to mu owe informacje coś mówią.
Mnie nic nie mówiły…
Kupiłam kierując się zawartością cukru na gram bo koniecznie nie chciałam kwaśnego wina.
Dobre jest, dość łagodne, z pięknym kolorem.
Niestety: wypiłam w ciągu całego popołudnia dwa kieliszki, takie całkiem małe.
A dziś boli mnie głowa.
Może nie od tego, może z tysiąca innych przyczyn, ale raczej jednak od wina.
O piątej zapodałam sobie wielką kobyłę paracetamolu jaką wypisał mi doktor Sameer.
O jedenastej poprawiłam zwykłym alvedonem czy innym apapem.
I boli.
Kawy bym się napiła. Albo spać poszła. Albo do lasu na grzyby, bo pada ale nie wieje i jest ciepło. Ale najchętniej to spać.
I o.

58.

Wczoraj wzięłam Tosię do weterynarza.
Nic jej nie jest, tyle, że strasznie gubi kłaki. Ale jak! Futro wyłazi garściami, a podłoga wygląda jakby nie wiedziała co to odkurzacz choć odkurzyłam przed godziną. Kłaki na wszystkim i wszędzie.
Doktor Katarina: starsza, bardzo dokładna, nieco szorstka zbadała psa …No właśnie.
Pies na jej widok schował tyłek pod moje kolana i udawał, że jego tam nie ma. Dał się wsadzić na stoliczek do badań i spokojnie bez strachu poczekał, aż stoliczek podjedzie do góry by z niego zeskoczyć. Przemocą wsadzona ponownie i unieruchomiona moim ramieniem już nie dała rady powtórzyć wyczynu (pomijam niedogodności przy badaniu, ale od tego zeskakiwania z poziomu stołu kuchennego mogła se stawy, wariatka, uszkodzić).
Już oglądanie futra i skóry Tośce się nie spodobało. Wyciąganie martwego futra, a właściwie podszerstka już ją denerwowało. Ale Katarina poszła nico dalej i lekko szarpnęła sierść, żeby zobaczyć czy tez tak wyjdzie. Tośka kłapnęła paszczą…Potem Katarina chciała zajrzeć do uszu…Skończyło się na kagańcu, bo teraz już Tośka nie na żarty kłapała. A ucha i tak nie dała sobie zobaczyć. Znaczy: dała, ale gołym okiem, to na wziernik reagowała tak nerwowo.
Diagnoza brzmiała: nic jej nie jest, kłaczy bo taki sezon. Czesać. Czesać i Jeszcze raz czesać. A potem znowu czesać. 550kr, dziękuję.
Noż kurde…Ta Katarina nic jej nie robiła, nie zadawała bólu, a ten pies durniał. Ale dobra – naruszanie jej przestrzeni osobistej przez obcą, pewnie śmierdzącą strachem innych zwierząt, osobę to może wzbudzać frustrację.
Sama źle się czułam gdy leżałam na kozetce a dr Sameer się nade mną pochylał…
No ale jednak pies powinien opanowywać emocje choć trochę. Jak każę usiąść na wagę to ma usiąść. Jak każę siedzieć spokojnie – to ma siedzieć. Jak nie wolno się rzucać obcym ludziom na szyję to nie wolno.
Jak mam ją tego nauczyć? Gdzie znaleźć trenera?

57.

Nie sądziłam, że po czterech godzinach w pracy można być tak zmęczonym, że się nie ma siły dojść do domu. I że tego zmęczenia wystarczy na całe popołudnie.
Tak mam.
Cztery godziny dreptania. Drep, drep, drep. Przysiąść na chwilkę, napić się zimnej wody. Drep, drep. Z powrotem. Temperatura w pomieszczeniu pewnie jakieś trzydzieści stopni. Okna- brak. Wentylacji nie czuć. W roli dodatkowej atrakcji napady gorąca tak znane paniom po pięćdziesiątce.
A do tego smród ryby, bo szwedzka tradycja nakazuje jeść rybę, która śmierdzi rybą do potęgi dziesiątej. Ale nie, nie w wyznaczony dzień tygodnia jak na przykład naleśniki w każdy czwartek. Nie ma tak. Każdego dnia ktoś inny je rybną mamałygę.

Nienawidzę tę pracy.

56.

Wkurza mnie semantyka w tekstach na temat przestępstw.
Ostatnio głośno jest o polskiej parze, którą we Włoszech napadnięto. Jego pobito, ją zgwałcono.
Naprawdę nie chcę wyobrażać sobie jakie piekło przeszli oboje. Bo przeszli i to bezdyskusyjnie. Zdarzyło im się coś niewyobrażalnie strasznego i można mieć tylko nadzieję, że z pomocą terapeutów ludzie ci jakoś wyjdą z tej traumy i będą mogli normalnie żyć.  Winni, których dość łatwo złapano powinni być bardzo surowo ukarani. Jak każdy inny sprawca napadu na innego człowieka. I tak też mają być ci ludzie traktowani: jak każdy inny człowiek.
Tymczasem ludzie dławią się z nienawiści i machają tym wydarzeniem jak sztandarem żeby wszystkim ukazać jacy to ONI dzicy. Oni czyli uchodźcy.
I naraz wszystko staje na głowie, bo okazuje się, że uchodźcami są wszyscy Muzułmanie a wiadomo, że wszyscy Muzułmanie to bandyci i terroryści. Ergo uchodźca równa się bandzior.
No i oczywiście wychodzi też motyw polskiej martyrologii.
Bo pojechali na wakacje i takie nieszczęście! Jak mogli bandyci zaatakować parę na wakacjach? W dodatku polską parę?
Jakby wracali z pracy to byłoby lepiej? Bo jak się wraca z pracy to trzeba się liczyć z tym, że można zostać napadniętym? A jakby sprawcami byli rodacy to trauma byłaby mniejsza?
Opad rąk po prostu.
Ludzie. Przestańcie słuchać i czytać polskie media. Zacznijcie myśleć samodzielnie.

55. Deszcz

Zrobiło się mocno jesiennie. Lipy na parkingu koło mojego domu nie tylko są żółte, niektóre mają już łyse korony. W parku pod nogami plączą się kolczaste kulki. Jeszcze nie pękają, ale już wiatr je strąca. Jeszcze tydzień – dwa i brązowe złoto kasztanów posypie się na trawniki. Aż szkoda takiego dobra, tutaj nikt ich nie zbiera. A ja zawsze, póki zimno się nie zrobi mam w kieszeniach kurtek choćby po jednym takim.
Fajne są wieczory w domu, gdy za oknem deszcz. Upiekłam ciasto z nektarynami, choć jeszcze nie to, do którego się przymierzam. To wczorajsze to takie szybkie ciasto na oleju. Pięć minut pracy mikserem, potem niecała godzinka w piecu i już. Ale mam taką recepturę, na bazie której robię różne ciasta. Najczęściej jest to szarlotka, bo jabłka są zimą najtańsze, wczesnym latem rabarbar, jesienią śliwki. Teraz zobaczę jak będzie wyglądało z nektarynami, które teraz obłędnie tanie, a które uwielbiam.
Kolega A. wczoraj wieczorem zadzwonił z podziękowaniami, bom mu niechcący pomogła. Duperelka taka, przypadkiem spotkałam człowieka, który miał potrzebę. A wiedziałam, że A może tę potrzebę  zaspokoić.
Panowie interes ubili.I dobrze. Zadowoleni obaj.
Pogadaliśmy chwilkę, ustalili mniej więcej termin następnego spotkania, tym razem już u nas. Pożegnali.
Aż tu piszczy mi telefon, że mi ktoś pieniądze przelał. Patrzę a tu kolega.
Miałam chęć nakrzyczeć, obrazić się, robić cyrki z odsyłaniem.
Po czym syn mi wytłumaczył, że to jest okej, że skoro ktoś uznał, że chce się podzielić ze mną tym, co przy mojej maleńkiej pomocy zyskał, to powinnam ładnie podziękować.
Mój syn ma zadziwiająco zdrowo-rozsądkowe podejście do wielu spraw i często służy mi za odnośnik.
Przyjęłam, podziękowałam wyraziwszy uznanie dla hojności.
Ale niewygodnie mi z tym. Obiecałam najeść się za tę kwotę włoskiej pizzy oraz napić włoskiego wina.
Do Neapolu 30 dni.