Ty dziwko! Ty łajzo!

Nie cierpię takiego …

Nie cierpię takiego stanu, kiedy ani spać ani wstać nie mogę.
Przy otwartym oknie za zimno, przy zamkniętym – za gorąco.  Jedna poduszka, druga poduszka, trzecia poduszka, żadna poduszka. Na brzuchu, na boku, na plecach. Głową przy ścianie, głową przy drzwiach. I wreszcie po całonocnej …haha, całonocnej to znaczy od godziny 1 do 6 walce, realna przyczyna nie dająca spać: ból pleców między łopatkami. 
Napięcie. Ale skąd? Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie ma żadnego powodu. Do świąt daleko, egzaminu żadnego nie mam bo do szkoły nie biegam, środek cyklu, w domu raczej spokojnie a nawet jak nie, to nic nowego. Jedyne wytłumaczenie to OBCY czyli menopauza. Każdy cykl mam inaczej, ale zawsze coś. Gama   atrakcji szeroka. Na przykład permanentny ból głowy. Albo objawy bardzo podobne do zapalenia pęcherza. Ból prawego jajnika (nienawidzę cię!). Nieustające skurcze w dole brzucha, takie leciutkie, prawie łaskotliwe. Nie pamiętam co jeszcze.
Ja już rozumiem kobiety, które stały się jędzami, histeryczkami, nieobliczalnymi wariatkami w wieku lat pięćdziesięciu.
Menopauza, ty dziwko! Klimakterium, ty łajzo!
Kara boska za zjedzenie jabłka. Won z raju! Myślałaś kobieto, że masz władzę nad światem ? No to zobaczysz, że jej nie masz nad samą sobą. To jest wygnanie z raju. Nie wystarczy, że z niepokojem patrzysz na to jak ciało ci się zmienia, jak skóra wiotczeje, jak na dłoniach przybywa brązowych plam, na głowie siwych włosów  a twarz każdego dnia żłobi nowa zmarszczka. Nie, nie, nie, to za mało, za twoją niepokorę, za twoją ciekawość, za nieposłuszeństwo. Dam ci klimakterium, moja droga, będziesz cierpieć. W dodatku całkowicie niezrozumiana przez otoczenie. Bo mężczyźni tego nigdy nie doświadczą więc nie pojmą. A każda z twoich sióstr będzie to przeżywać po swojemu. Nikt tego nie pojmie, nawet lekarz. I nikt nie wynajdzie skutecznego środka na to.  
To jest ów ognisty miecz. 

Fantazjuję ? Tłumaczę sobie ? Pocieszam się ? W końcu przecież minie.

Krystyna Janda, która wielką aktorką jest, zauważyłam, ma dwie twarze. Jedna jest zawsze uśmiechnięta. Druga zawsze smutna i zgorzkniała. Ona nawet nie musi grać uczuć. Wystarczy, żeby kamera pokazywała ją z adekwatnej strony.  

Ja nie wiem czy mam jeszcze coś ciekawego do powiedzenia na tym blogu…

 

W bibliotece w Mieście Trolli

zastanawiałam się …

zastanawiałam się która z kobiet będzie łatwiejsza do współpracy. Nie żebym się bała odmowy, nie. Albo braku chęci współpracy. Nie. W Szwecji, w miejscach oficjalnych jedyne czego się boję to…nadmierna chęć pomocy, objawiająca się podawaniem nadmiaru informacji. Więc stałam i patrzyłam. Spokojnie, w kolejce, więc miałam czas. Obie blondynki, obie ubrane na ciemno, jak to Szwedki. Ta bliżej mnie wydawała się jednak nieco elegantsza. Miała makijaż. No, leciutki, ale widać było. Zostałam przy niej. Bez powodu. Chyba.
– Czy mogę się  tu zarejestrować jak mieszkam w innym mieście ? Bo u mnie jest mała biblioteka i książek po polsku tylko kilka a tu słyszałam, że więcej – odezwałam się po szwedzku.
– Można – odpowiedziała mi pani najczystszą polszczyzną.
Potem to już standard. Łącznie z błędem w nazwisku. Heh, pomyślałam, że nawet gdybym nie wiedziała, to po tym wszędzie poznam rodaka. Że w nazwisko mi wpycha E. Szwedzi się nie mylą.

Do domu wracałam z przyciśniętymi do piersi dwiema książkami po polsku. W samochodzie było ciemno. Książki łaskotały w opuszki palców, dusze łaskotał taki mały smuteczek, tęsknotka niewielka.
Znaleźć wreszcie sobie miejsce w społeczeństwie. Przynależeć do jakiejś grupy, czuć się częścią czegoś, mieć uczucie, że na coś wpływam. 
Pracować. Przydać się  do czegoś więcej niż tylko gospodarstwo domowe. 

Tak, Polacy są wszędzie – powiedziałam do męża, który zrobił zdumioną minę słysząc, że rozmawiam po polsku.
Naprawdę wszędzie. 

Zabawa

Zaproszono mnie do …

Zaproszono mnie do zabawy kilka dni temu. Zwykle nie chce mi się brać w tym udziału, ale trudno jest się oprzeć pokusie mówienia o sobie samej…

No ale w piątek była Zuzia. I w sobotę była. I dziś do tej pory też.
A w międzyczasie dopadłam niesamowitą książkę i „…wicie rozumicie, Pietrzykiewicz”

No ale teraz mi się zackniło za nowym Knopflerem i jego Drzewem Judaszowym. I niestety jednorazowe wysłuchanie na to nie pomaga…Ach ta gitara. Ach ten głos. I tekst. Do takich artystów mogłabym się modlić. Lata mijają, stare kawałki, grane bez końca, nigdy się nie zgrywają a nowe od nowa zwalają z nóg. Do tego jeszcze lubię włączać sobie na youtube koncertowe wersje, bo wtedy widać, że granie to pasja. Jeden z moich ulubionych to Knopfler z Claptonem, stary koncert. Jak oni tam grają! Jak widać u jednego i drugiego ogromną frajdę z tego dialogu na gitary! Chyba tylko z takiej radości mogą powstawać rzeczy niezwykłe.
Wzdech. Mark ma być w Polsce, muszę się bliżej temu przyjrzeć, może w Szwecji też ? Chcę na jego koncert. Pink Floydów już raczej nie zaliczę w komplecie a Knopfler to moja druga po nich muzyczna miłość.

Ale miało być nie o tym czyli ad rem.

1. Książka papierowa czy e-book/audiobook?
Książka papierowa. Ale ostatnio odkryłam audiobooki. Są świetne jeśli się chce np. szyć i czytać jednocześnie. 

2. Sobota wieczór spędzana w domu pod kocem, czy na imprezie?
W domu, pod kocem, z książką. 

3. Smak, kwaśny czy słodki?
Słodko-kwaśny

4. Na elegancko czy sportowo?
Na sportowo. Ale wciąż sobie obiecuję, że któregoś dnia zostanę elegancką kobietą.

5. Milczenie czy mowa?
Jestem gadułą. Szczególnie gdy czuję się niepewnie. Jeśli milczę w Twoim towarzystwie to pewnie dobrze się z Tobą czuję.

6. Psy czy koty?
I psy i koty. To jak yin i yang.

7. Miasto czy wieś?
Małe miasto. Jeśli wieś to blisko miasta.

8. Mięso czy warzywa?
Warzywa zdecydowanie

9. Odpowiedzialna czy szalona?
Odpowiedzialna aż do granic nudności – wynik permanentnego braku poczucia bezpieczeństwa

 10. Komedie czy dramaty?
Jeśli dobre to i to i to.

11. Rozmowa w cztery oczy czy list?
List. Bo jestem tchórzem. Bo potrzebuję czasu by ułożyć to co chce powiedzieć. Bo wtedy mam pewność, że mogę się wypowiedzieć do końca.

 

A jak Wy, moi czytacze ?

I tak to

Pierwsza z czterech …

Pierwsza z czterech sów wykończona na amen, ale nie dam zdjęcia, bo Misia pożyczyła aparat. Później, jak nie zapomnę.
Po za tym zasypiam myśląc o tym jak uszyć kolejnego mikołaja a la ZZTOP. Śmieszne są, moim zdaniem doskonale się nadadzą na prezenty około bożonarodzeniowe. Poza tym jeszcze wymyślam jak skonstruować literki żeby uszyć imię wnuczki, które zawiśnie albo nad jej łóżeczkiem albo na drzwiach jej pokoju.
No więc jest szyciowo. Szycie, zauważyłam, uspokaja mnie. Zawsze przed zaśnięciem wpadam w „myślotok”* , myśli hasają od sasa do lasa, ale zawsze po takich tematach, które sprawiają, galopada myśli nabiera tempa. Wtedy zmuszam się do kompozycji pachworka. Skupiam się na wyobrażeniach kolorów i kształtów oraz sposobów ich łączenia…i nie wiadomo kiedy odpływam. Poza tym szycie uczy mnie precyzji i oducza dróg na skróty.  
Moje zachowania coraz częściej przypominają manie. Jak szyję to całą sobą, nic innego nie robię, na niczym skupić się nie mogę. Jak zaczynam oglądać serial to nawet gotując obiad nie wychodzę ze świata filmu. Jak czytam to do bólu oczu lub do skończenia książki…Oczywiście pod warunkiem, że książka dobra. No i Kindel sprawia, że czytam autorów seriami, bo jak mi się przypomni jakieś nazwisko to szukam ebooka, a jak znajdę to nie mogę poprzestać na jednym…I tak idzie. Wciąż jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego, że ebook to książka. Na „kalkulatorze” czyta się doskonale, szczególnie oryginalne pliki – epub czy mobi, nie męczy oczu więcej niż papierowa książka, sam czytnik jest lekki, lżejszy niż grubsze książki w sztywnych okładkach, przewracanie stron za pomocą pstryczka nie stwarza problemu. Trudniej co prawda zajrzeć na ostatnią stronę, żeby zobaczyć „jak to się skończy”, trudniej się cofać, żeby sprawdzić coś co się przeoczyło, ale to drobiazgi. Gorzej radzę sobie z uczuciem, że to co czytam..to nie jest naprawdę czytanie. Że to nie jest książka, tylko takie coś, co nie warte jest żeby sobie za bardzo tym głowę zawracać. Że to taki tekst jakich tysiące w sieci, co to człek czyta, komentuje a potem zapomina.  Naprawdę…coraz częściej brakuje mi w Kindlu przycisku „skomentuj”. 
No, ale przynajmniej jak pojadę do Polski to z konkretną listą książek na papierze. Bo będę chciała sprawdzić, czy wersja elektroniczna nie oszukuje.
Oto trywialny problem człowieka mającego szczęście.

Jesień trwa już tyle dni, że ostatnio się zdziwiłam, że na Torget nie ma jeszcze lampek. Sprzedawcy w naszym mieście ozdobami świątecznymi handlują już od co najmniej miesiąca. Mam wrażenie, że w tym roku jakoś wcześniej się to zaczęło. Pewnie za sprawą deszczowego lata, nie tylko ja mam odczucie, iż ta jesień trwa, trwa i trwa. Ach, niech zapalą te lampki na Rynku i w uliczkach, będzie weselej w takie szare dni, kiedy wydaje się, że słońce w ogóle nie wstało. Adwent szwedzki jest weselszy niż polski.To chyba to jedyny okres, który celebrować wolę na sposób szwedzki niż polski. Adwent to przecież powinien być czas radosnego wyczekiwania na dziecko. I niech taki będzie. Bo jakoś brakuje mi wewnętrznej radości. W duszy snują się smutki i smuteczki, smutne refleksje nad przemijaniem, nad tym jak przeżyłam swoje życie, nad utraconymi szansami i przegapionymi okazjami…
Bardzo mi trzeba czegoś co pozytywnie nastawi do reszty życia. 

Zuzia nie wystarcza, choć trzeba przyznać, że jest najjaśniejszym promyczkiem. Mówię, wam, jeśli kiedykolwiek myślicie czy posiadanie dzieci ma sens, bo więcej w tym starania i kłopotów niż radości, to mówię wam:  ma sens, bo potem dostaniecie wnuczęta.

Kocio mnie niepokoi. Nie śpi ze mną. Sypia na fotelu przy kaloryferze pod otwartym oknem. Albo na dywanie. I wciąż domaga się wyjść.
Sprawdziłam różne takie rzeczy co wyczytałam w internecie. Przyszło mi do głowy, że może mu dokuczać serce. I nie wiem czy nie układ moczowy, bo żwir w kuwecie wymieniam rzadziej, ale ostatnio zmieniłam gatunek żwiru, więc nie jestem pewna.
Nie ma co ukrywać – Kocio to starszy pan, prowadzący mało ruchliwy tryb życia, więc otyły.   

I tak to.
 
 

*termin skradziony z „Homeland”  

 

Taki sobie piątek

Lubię to. Naprawdę …

Lubię to. Naprawdę lubię.
Wstać rano, jak najwcześniej. Wypić kawę i iść na spacer.  Ale nie taki spacer noga za nogą, nie nie, taki bardziej marsz. Szybko, tak szybko jak się da. Aż się gorąco robi a koszulka nadaje się wyłącznie do prania. Potem przyjść, zjeść śniadanie i …wtedy można stawiać czoła rzeczywistości.
Dlaczego tak rzadko stosuję ?

Trójka sobie cicho mruczy.
Za oknem, na balkonowym karmniczku co chwilę lądują sikorki albo wróble, albo mazurki.  Niebo z błękitnego zasnuwa się rozbieloną szarością. Kocio, rozciągnięty na całą długość, śpi obok mnie na kuchennej ławce. Ławkę kupiłam, żeby móc wygodnie wyprostować nogi kiedy czytam w kuchni. Nic z tego. 3/4 ławki zajmuje kot. Na nogi nie ma miejsca. Przecież nie wygonię śpiącego kota. Śpi chrapiąc. Jak zawsze blisko mnie, najbliżej jak się da, bez tracenia wygody. Patrzę na niego i serce mi topnieje. Bo czasem się złoszczę. Że sierści pełno, że żwir znów wysypany a kupa obok kuwety, choć ledwie co posprzątałam. Że miauczy pod drzwiami. Że wypuszczony – zastanawia się długo czy wyjść. Że na stół włazi, że łapą usiłuje sięgnąć do tego co jem, że Zuzię drapie. Tak się  złoszczę, narzekam, gderam do niego i na niego. A wystarczy, że zmienię miejsce przebywania a kot się natychmiast materializuje przy mnie. Nawet w nocy, gdy raz śpię z głową raz przy drzwiach a raz przy ścianie, Kocio podąża za mną. I gdy przekładam się z boku na bok. Układa się mordką w moją stronę, najlepiej nosio-do-nosia, ale jak nie, to choćby grzbietem do ręki.
Przyzwyczaił się Kocio, że w dzień dom pustoszeje, chowa się wtedy do szafy, na moje skarpetki i majtki i tam śpi póki nie wrócę. Wychodzi wtedy zaspany, jeszcze nieprzytomny. Ale nich tylko spróbuję wyjść z domu wieczorem. Siada pod drzwiami i płacze rozpaczliwie póki go ktoś spod drzwi nie przegoni.
Wzrusza mnie jego przywiązanie, bezwarunkowa miłość, którą mi oszczędnie okazuje. No i…lubię go mieć koło siebie. Tak blisko, że kiedy tylko zapragnę mogę poczuć pod ręką miękkość jego futerka.
  
Może…Może nie jestem taka najgorsza, skoro kot mnie kocha ? Bo w naszym domu zawsze bardziej kochany przez dzieci i zwierzęta jest mój mąż. Nawet Zuzia pierwsze, ludzkie co zaczęła wołać „diadiu”. Potem poszły inne słowa ple-ple jak jabłko, mjo jak mleko, mamma, upa jak pupa, apki jak czapka, cici jak dzieci. Od dwóch dni jest wreszcie „ba-pi” jak babcia. W końcu, bo już mi smutno było, że każdy zasługuje na miano a ja nie. Doczekałam się wreszcie. A Zozolowi słowa się wysypują. Zbierała je przez dwa lata i trzy miesiące a teraz każdy dzień to kolejne słowa, nie nadążam za wszystkimi.
Tu utknęłam, bo nie wiem jak opowiedzieć więcej. Bo jak próbuję to idą same przymiotniki…

Z ranka robi się południe. Na obiad będą pyzy, a tu nawet mięso nie wyjęte. I dwie sowy trzeba jeszcze uszyć. A najpierw zaplanować. Pszenica już stoi w worku. Prosiłam o dwa -trzy kilo. Dostałam dziesięć razy więcej. Muszę się odwdzięczyć pszenno-lnianą poduszką.

A moja przyjaciółka, ta najdawniejsza, Marzenka kilka tygodni temu została magistrem. A teraz jest w Indiach. Taką sobie nagrodę zafundowała. Czekam kiedy wróci, ciekawam co tam przeżyje, czego doświadczy.

I tak mi się codziennie dni toczą.  
 

Efter

Ale tak w ogóle to na…

Ale tak w ogóle to na żywo to zupełnie co innego.
Było gadatliwie z każdej strony.
Jedzenie smaczne choć mięsne i raczej typowo szwedzkie.
Fajna atmosfera.
Aż mi trochę głupio, żem taka niemiła na tym Facebooku.
 

Jak dobrze mieć sąsiada, on wiosną się uśmiechnie, jesienią ZAGADA (na śmierć)

Moje odczucia z …

Moje odczucia z ostatnich dni można opisać parafrazując komunistyczny dowcip.
Otwieram drzwi samochodu – Gaduła.
Otwieram drzwi od klatki schodowej – Gaduła.
Otwieram komputer -Gaduła.
Boję się otworzyć karton z mlekiem…
Gaduła to szwedzki sąsiad, którego jakiś czas temu gościliśmy i do którego w gościnę idziemy jutro.
Myślałam, że tylko nas tak atakuje, z racji nieco bliższej znajomości, ale nie. Regina się przyznała, że czasem wychodzi przez piwnicę, żeby tylko spotkania uniknąć.
Wiem, wiem. Najpierw narzekam, że nie mam rodowitego Szweda do rozmówek, a potem…
„Nieszczęścia jakoś sprawiedliwiej Boże dziel”.
Ja nie społeczna jestem, wywaliłam gadu-gadu, bo mnie kuzynka atakowała, na skype mam wyłącznie żywe znajomości, to samo na facebooku. Nawet chętnie pogadam od czasu do czasu, ale na Boga!  muszę mieć o czym. Jeśli widzę człowieka codziennie, na schodach, przed domem, na parkingu a nie jestem z nim na tyle blisko by opowiadać o sprawach osobistych, to co na boga mam odpowiadać na zadane na facebooku pytanie „jak się masz w ten deszczowy dzień”  albo coś w tym stylu niemal za każdym razem jak otworzę facebooka? Jasne, korona mi z głowy nie spadnie jak odpowiem „dziękuję, dobrze”, ale to bez sensu wg mnie. Nie jestem dobra w rozmówkach, nigdy nie byłam. Międlenie językiem dla samego międlenia mnie nuży, irytuje bo nudzi śmiertelnie. 
No, mówię, że aspołeczna jestem. I lubię siebie taką. I dopuszczam myśl, że nie każdy musi mnie lubić taką, aspołeczną, że niektórym mogę się wydawać nieuprzejma, zadzierająca nosa i wielka pani z zagranicy. A mnie czasem naprawdę irytuje brak hamulców w ludziach. O. 

 

8:15

a za oknem ciemno. No…

a za oknem ciemno. No może nie całkiem mrok, świt. Grube chmury są też w pewnym stopniu winne temu co za oknem, ale jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nadszedł czas rannego mroku i wczesnych wieczorów. Czas świeczek, lamp solnych i wełnianych skarpet. Gdyby nie tylko nie ten uporczywy deszcz…Pada 6,5 dnia w tygodniu. Nie pamiętam jeszcze tak deszczowej jesieni tutaj. Szaro, szaro, szaro. Prawie czuję jak między palcami wyrastają mi błony, a za uszami tworzą się skrzela. Na dodatek i całkiem realnie odczuwam boleści we wszystkich stawach ze szczególnym uwzględnieniem newralgicznego barku oraz prawego nadgarstka. Imbir, dodawany do herbaty już codziennie, nie skutkuje. Dłuższe czytanie jest wykluczone, bo ból nie daje zbyt długo trzymać książki.

Mieszkanie Ingrid (tej od kota Rasmusa) stoi puste. Ale podobno tam, gdzie teraz mieszka pozwolili jej wziąć kota. To powiedział Göte, nasz sąsiad z drugiej klatki, zwany przez nas Gadułą. Ten, który dwa tygodnie temu był u nas na kolacji.  Ostatnio przybiegł z zaproszeniem na 3 listopada do nich.  No to będziemy się gościć znowu. Mąż się znowu robi miny, choć zaraz po ich wyjściu stwierdził zaskoczony, że było fajnie. Mnie też nie cieszy jakoś nadmiernie perspektywa kilku godzin w towarzystwie mało znanych mi ludzi i używania wyłącznie szwedzkiego.
Zdziczeliśmy przez ostatnie dwa lata, kiedy to nie za bardzo był klimat do spotkań towarzyskich w naszej rodzinie. Nasz ulubiony sposób na czas wolny to każde z nosem we własnym komputerze, każde w innym pomieszczeniu. Tak naprawdę nie można. Trzeba się choć odrobinę zsocjalizować, bo obcowanie z innymi zawsze coś wnosi do życia a na pewno pomaga wprawiać się w języku. M. niby się ze mną zgadza, ale wzdycha ciężko, aż mnie czasem irytuje.   
A tymczasem nurtuje mnie dylemat kto zajmie miejsca po Ingrid i modlę się w duchu, żeby to tylko nie była jakaś młódź co będzie w każdy weekend łomotać muzyką po uszach tak, jak to było w poprzednim mieszkaniu. Kilka dni temu wyprowadzałam Kocia na spacer. Wyprowadzanie odbywa się tak, że najpierw Kocio siada pod drzwiami i miauczy. Miauczy i miauczy. O różnych porach dnia to robi, jak mu się przypomni, więc czasem bywam w piżamie, prosto z łóżka, a czasem prosto od kuchni, w fartuchu. Więc muszę choćby garnek z palnika zdjąć, albo jakąś bluzę na siebie naciągnąć. A ten miauczy. Wreszcie otwieram mu drzwi, Kocio wystawia ostrożnie nos. I czeka. Ja w tym czasie schodzę kilka schodków niżej, otwieram mu drzwi na dwór, wracam, staję na przeciwko i tłumaczę jak komu dobremu, że nikt go nie zje, że nikogo nie ma, że to co tak bębni to deszcz o świetlik na ostatnim pietrze, a to co stuknęło to drzwi u sąsiadów, że samochody przecież jeżdżą po ulicy a nie po chodniku koło wyjścia. Kocio siedzi, węszy, namyśla się. Czasem łaskawie wyjdzie na dwór, a czasem tylko schodzi na schodki przed drzwi, wystawia nos i natychmiast zwiewa, bo jego siódmy zmysł mówi mu, że powinien. Ostatnio, kiedy tak zwiał do progu mieszkania, chwilę potem zza rogu wyszedł jakiś mężczyzna i skierował się do naszej klatki. Kocio wiedział, zanim go zobaczył. Kilka dni,  po południu gdyśmy tak odprawiali nasz codzienny ceremoniał Kocio zatrzymał się w półschodka bo pod drzwiami zmaterializowała się pani z panem. Tacy na oko po pięćdziesiątce. Naturalnie natychmiast zaciekawił ich ogromny, czarno biały kocur i zaczęli pytać co to za rasa. Po czym zapytali czy mieszkam gdzieś na górze więc wskazałam swój balkon. A czy tu się dobrze mieszka, czy spokojnie, czy sąsiedzi dobrzy, bo oni przyszli mieszkanie oglądać. Kocio w między czasie przesmyknął się między ich nogami i poszedł sprawdzić co jest w tych wielkich donicach, które kilka dni temu się pojawiły. Zachwaliłam mieszkanie, sąsiedztwo, okolicę, zgoniłam Kocia z donicy bo przymierzał się do obgryzania wrzosu i pogadałam jeszcze chwilę i wróciłam do domu. Chwilę potem usłyszałam głosy na klatce i poczułam ocieranie się Kocia o nogę. I tak sobie myślę, że jeśli Kocio się ich nie bał, to może to jacyś sympatyczni ludzie i warto trzymać kciuki, żeby to mieszkanie wzięli.
Dlaczego koty się nie spieszą? Bo mają 9 żyć. A dlaczego tyle ? Dlatego:

Misia też chce zmienić mieszkanie, ale stwierdziła, że tak blisko to by nie chciała mieszkać. Ona nie, ale Zozolek pewnie byłby szczęśliwy. 
…ale to opowieść na inny dzień.
 Tymczasem jest 9, a za oknem nadal szarówka.

Faza na NIE

 M. był sceptyczny …

 M. był sceptyczny gdy powiedziałam, że na kolację ze szwedzkimi gośćmi podam babkę ziemniaczaną. Ja wiem, on by chciał podać już raz sprawdzone pierogi z kapustą i grzybami ale ani mi się śniło stać i lepić przez kilka godzin.

Na początek włożyłam im ostrożnie po niewielkim kawałku żeby spróbowali. Spróbowali, pochwalili, zachęciłam do dokładki z czego korzystali dwukrotnie. Jedli aż im się uszy trzęsły. Babka była strzałem w dziesiątkę. Łatwo się rozmawiało. On jest gadułą, wie wszystko o tym co dzieje się w bloku i wokół. Nieustannie widać go jak kręci się po podwórku. Ona spokojniejsza, cichsza. Spotykam ją rzadziej, rzadziej z nią rozmawiam więc czasem miałam problem ze zrozumieniem tego co mówi. Zresztą kiedy on się rozgadywał, mówił dużo i długo, traciłam wątek i miałam kłopot ze zrozumieniem.
Miło było, aczkolwiek męcząco. Trzy godziny rozmowy w obcym języku, do tego nie przywykłam. W dodatku rozmowy towarzyskiej, a to zupełnie co innego niż w szkole czy na kursie. Tak więc całkiem dobrym pomysłem było zaproszenie ich na ten wieczór, kiedy jest u nas Zozol.
Zozol jest nieśmiały. Nie chciała za nic w świecie usiąść z nami do stołu w kuchni. Uciekła do pokoju i tam spędziła trzy godziny oglądając bajki, bawiąc się ciastoliną i innymi zabawkami. Od czasu do czasu przychodziła tylko, brała któreś z nas za rękę i prowadziła do komputera, żeby coś tam zmienić. Wreszcie nadszedł czas, żeby ją szykować do snu. Poprosiłam gości o wybaczenie, że na chwilę zniknę…Goście zdecydowali, że im też już pora spać, zwłaszcza ona stwierdziła, że po winie czuje się zmęczona.
Nim poszli dziękowali wylewnie, prosząc o rewizytę, a on mnie uściskał.
Miło było. Dobrze, że się skończyło.
Wpadam w marazm. Najchętniej znów siedziałabym w domu robiąc NIC. To zły znak.
Po wiosenno-letniej wierze, że już niedługo coś się zmieni, nie został nawet ślad. Znów zwątpienie. Od miesiąca nie wysłałam ani jednego podania, bo nie ma ofert pracy w okolicy.
Mam fazę „ to bez sensu”. Nie poszłam na angielski. Nie chce mi się do ludzi. Nic mi się nie chce.
Może powinnam się poddać, pójść na ten cholerny kurs na opiekunkę i zacisnąwszy zęby (żeby powstrzymać wymioty) pójść tą drogą ?  Na tę myśl wszystko się we mnie otrząsa i wzdraga. 

Co mamy

 <img style="float: …

 W ostatnią sobotę posadziłam na balkonie wrzosy a potem na haku od skrzynki zawiesiłam karmnik. Póki w karmniku były jedynie kule ptasie  pożywienia nic się specjalnie nie działo. Ale podkusiło mnie i wsypałam orzeszki ziemne (kupione jako pasza dla ptaków a nie dla ludzi) i się zaczęło…Najazd hunów to spokojna wycieczka z domu starców w porównaniu do tego co to ptasie tałatajstwo wyczynia na moim balkonie. Kocio się pogniewał, bo sama ciesze oczy i duszę a jemu bronię wyjścia. 
Prócz wrzosów, karmnika i obrażonego Kocia mam jeszcze ławkę zwaną także sofą kuchenną. Kupiona w „szmateksie” za niewielkie pieniądze spełniła za jednym zamachem dwa zadania. Zrealizowała moje marzenie o posiadaniu takiego mebla w kuchni by siedzieć wygodnie, z możliwością położenia i wyciągnięcia nóg. Oraz uwolniła mojego męża od konieczności realizowania powyższego. Dodatkowo sofa-ławka zupełnie niechcący i nieprzewidywalnie spełniła jeszcze jedno pragnienie – Kociowe. Mieć miejsce w kuchni blisko Pańci, ale nie na podłodze, bo kot to nie dywan, i takie żeby wszystko można było mieć pod kontrolą w tej kuchni a jednocześnie żeby mieć zabezpieczone tyły. Sofa ławka ma 150cm i czasem nie mogę wyprostować nóg bo Kocio śpi i nie zamierza się odsuwać.   
Prócz wrzosów, karmnika, obrażonego kota i sofy-ławki mamy jesień albo początek potopu. Lidan powoli wychodzi z brzegów i jeszcze nieśmiało, ale  zaczyna się wylewać na pięknie pokoszone brzegi po swej lewej stronie. Pora deszczowa trwa już co najmniej 9 miesięcy. Od wczoraj mamy słońce, ale nie mam złudzeń – to tylko chwilowo. Nawet ja, osoba jak wiadomo nienormalnie deszczolubna, zaczynam mieć dość deszczu.
Prócz wrzosów, karmnika, obrażonego kota, ławki, jesieni i potopu mam w kuchni nową podłogę od wczoraj. Tak więc znikł ostatni ślad po ubiegłorocznym pożarze.  Prócz wrzosów, karmnika, obrażonego kota, ławki, jesieni z potopem i nowej podłogi mam dzisiaj gości. Szwedzkich gości, sąsiadów. Co sprawia, że myślami jestem w nieposprzątanej jeszcze łazience, zakurzonym salonie i sklepie po wino. I jakoś mi nie tak z pisaniem. Dziś nie „mówię ładnie i melodyjnie, zdania (nie) perlę jak z pereł kolię”.
Głowa zaprzątnięta czym innym. To idę.