Serial

Na stronie telewizji …

Na stronie telewizji polskiej odkryłam serial rodzinka.pl
Oglądam i ryczę ze śmiechu.
Na filmwebie ma 7,5.
Ale komentarze mnie powalają…
Za bogato. Co to za dom, gdzie starzy dzieciaków nie tłuką. A ojciec to tylko piwo na kanapie pije. I propaguje się seks nastolatków. Dzieci są chamskie do rodziców. I w dodatku film wpędza młodzież w kompleksy bo przeciętna polska młodzież nie ma ani takich gadżetów ani nie jest tak ładnie zbudowana. A chłopaki latają bez koszulek. Pewnie epatują nagością.

Tu opada mi szczęka, ręce i pewnie cycki.
Kurczę, może jednak ma rację Miecugow.

 

Pocieszanie

No jesień, jakby nie …

No jesień, jakby nie patrzeć. Mroczne ranki, wczesne wieczory, zimny wiatr i coraz bardziej łyse korony drzew.
Żegnajcie sandały i trampki.
Żegnajcie lekkie koszulki i krótkie spodnie.
Żegnajcie letnie, lekkie lektury, spotkania z przyjaciółmi, wyjazdy w plener, taplanie w jeziorze, leniwe popołudnia w słońcu.
Żegnajcie lody, truskawki i kiełbaso z grilla. Ciebie zresztą najmniej mi żal…

Przyszła jesień i niesie na pociechę: 
orgię kolorów,
mgliste poranki,
przytulne swetry,
przepastne połacie łóżka w miękkich zwojach koca,
mruczenie kota leżącego przy człowieku,
światło żółtej lampy,
czas na poważną lekturę ,
kasztany, kolorowe liście i wrzosy,
ptaki w karmniku
oraz na kasze, kiszoną kapustę własnej roboty i pyzy.  

Witaj jesieni, stara przyjaciółko.
Witaj, zaraz dam ci herbaty malinowej w tym specjalnym kubeczku a na nogi wełniane skarpety. Wybacz, że ognia w kominku nie ma, ale zapalimy solną lampę. Włączymy cicho radio, niech mruczy kotu do wtóru. Siadaj, opowiadaj co u ciebie, nie spiesz się. Mamy dużo czasu. Do wiosny. 

 

Sąsiadka

Ingrid ma białe …

Ingrid ma białe włosy, jest szczupła, nosi spodnie i każdego dnia widują ją jak szybkim krokiem przemierza okoliczne uliczki. Ingrid ma 86 lat i jest panią Razmusa. Mieszkamy drzwi-w-drzwi. Jej wiek poznałam przy okazji jakiegoś spotkania na schodach. To ona opowiedziała mi o Ester-nomen-omen-Brandt – poprzedniej lokatorce mojego mieszkania. Ona sama opowiedziała mi skąd wziął się u niej Razmus. I zapytała skąd jestem. I zapytała o Kocia. Miło było…
Za jakiś czas, gdy zobaczyła mnie pod drzwiami zdziwiła się, że to ja tu mieszkam.
Jakiś czas potem widząc mnie na balkonie i Kocia wystawiającego nos przez szparę opowiedziała mi, że ma kota i skąd go ma.
Kiedy Kocio zaczął wystawiać nos za drzwi, kilka razy spotkał Ingrid i Razmusa. Naturalnie przy tych okazjach musiałam znów wysłuchać historii Razmusa.
Aż któregoś dnia odkryłam dlaczego przy drzwiach od klatki stoi parasol – Ingrid wyganiała nim z klatki jakiegoś obcego kota. Tym obcym kotem był mój Kocio, wracający z porannego spaceru.
Miałam mieszane uczucia.
Naprawdę do tego stopnia nie kontaktuje? Żeby kota wyganiać z klatki parasolem ?
A właśnie przed chwilą wyszłam z Kociem na chwilę na dwór. Od czasu bójki z Arogantem oraz za sprawą robót wokół bloku Kocio na dwór wychodzi wyłącznie przy moich nogach. Tak też było i teraz.
I nagle usłyszałam, że Ingrid woła Razmusa do domu. 
– Nie ma go tu – wyjaśniłam. 
– Muszę go zawołać do domu, bo muszę do banku – wyjaśniła.
Kocio, który nie lubi obcych,na wszelki wypadek obronnie ukrył się za chodzikiem- rullatorem stojącym pod skrzynką na listy. Ingrid schyliła się do niego. 
– On się boi – powiedziałam ostrzegająco – Nie lubi obcych. I nie chce chodzić sam na dwór.
Ingrid popatrzyła na mnie.
– On jest wykastrowany. To dlatego…Muszę iść do banku, nie mogę się spóźnić. Chodź Razmus…- i sięgnęła ręką…po KOCIA!
Kocio prychnął, zawył, wyszczerzył wszystkie zęby i…
Ingrid zamarła chyba ze zdziwienia.
Ja umarłam ze strachu, że jej mój słodki, malutki „kotecek” poharata ręce albo i głowę pazurami.  
Kocio na szczęście zamiast walki wybrał rejteradę.
– Ingrid! To nie Razmus! To mój kot – powstrzymałam ją okrzykiem, bo już się odwracała, żeby go złapać powtórnie.

Kocio zwiał do mieszkania. Ingrid stała na schodach osłupiała.
-To nie Razmus…oj…pomyliłam się…To nie Razmus ?? – powtarzała.

Biedna Ingrid. Biedny Razmus.  

 

 

Co wybrać?

Dziś ostatni dzień …

Dziś ostatni dzień patchworkowych targów w Mieście. Nie miałam czasu w piątek, nie miałam go w sobotę …może bym dziś poszła ? Nęci mnie, choć zżymam się, że za samo wejście i oglądanie trzeba płacić. No ale nęci. Bo i szmatki mają być. Może taniej coś ? A może coś podpatrzę ? Jakieś narzędzie, które pomoże mi być dokładniejszą  ?
Ale mąż się wybiera na ryby. A jest takie miejsce…
Jak wiadomo moje Miasto leży nad Vener. A dokładnie nad jedną z zatok. Południowo-zachodni brzeg owej zatoki tworzy długi półwysep zakończony dwiema dużymi wyspami, Większą i Mniejszą oraz jakąś ilością malutkich. Zjeździliśmy z mężem niemal całą Wyspę Większą, a Mniejsza nam jakoś umykała. Zjeździliśmy też niemal cały półwysep. No bo my włóczęgi jesteśmy, jak wiadomo.
Któregoś wieczoru, tak z miesiąc temu, mąż zadzwonił szafką na klucze.
– Jadę zatankować- poinformował mnie. I dodał
– A potem jeszcze się trochę przejadę… –  zawiesił głos jakby czekał na moją reakcję. Reakcja nastąpiła i była chyba taka jak się spodziewał.
– Jadę z tobą!
To był deszczowy weekend. Lało i padało na przemian, choć ciepło było niezwykłe.
I pojechaliśmy. Ze znanej mi dobrze drogi na Wyspę Większą mąż skręcił gdzieś w bok. Farmy, pola, pastwiska. I pagórki, lasy i laski. Pytany czy wie dokąd jedzie odparł, że nie. Jechaliśmy więc tak sobie, bez planów, w myśl idei „a co będzie za tamtym zakrętem, a gdzie dojadę tą drogą”- czyli tak, jak najbardziej lubię. 
I tak, zupełnym przypadkiem, odkryliśmy dom tubylczego rodu Dębowskich a może Dąbrowskich  z dębowym parkiem pełnym tablic upamiętniających członków tej znamienitej ongiś rodziny. Potem, gdzieś po drodze, był cudny kamienny kościołek. I ruiny starego zamku. I stare pochylone domostwo. Nie miałam aparatu! Na nogach miałam trampki, a teren miejscami przypominał gąbkę.
Zgubiliśmy się! Nie wiedzieliśmy, gdzie tak naprawdę jesteśmy.
Dojechaliśmy do jakiejś wody, mostek wyglądał niezbyt solidnie, ale zaparkowane po drugiej stronie auta sugerowały, że da się go przejechać. A zaraz za mostkiem stał znak, że koniec drogi. No to pojechaliśmy aż do owego końca. Na wprost mieliśmy tablicę informacyjną i skrzynkę na mapy – tym razem pustą. Droga z asfaltowej stawała się gruntowa i rozchodziła w prawo i w lewo, jednak obie możliwości ograniczały szlabany i znaki zakazu wjazdu. 
Robiło się coraz ciemniej i musieliśmy zawrócić.
Znów pola i pastwiska. Oraz moczary i rozlewiska. Nieruchome czaple tuż przy drodze i stada saren małych i dużych.  
W domu przestudiowałam mapę uważnie. I odkryłam Wyspę Mniejszą i przylegający doń, zapomniany przez nas, kawałek półwyspu, które nam dotąd jakoś umykały. Weźmiemy rowery, gumaki i wrócimy tam, zdecydowaliśmy.
Ale, a to Zozol, a to mąż chory, a to w pracy…
Dziś umówił się na ryby z kolegą. Właśnie tam, na ten mostek łączący Wyspę Mniejszą z lądem.
I nie wiem.
Patchwork, ciepełko domowe i kurowanie zatok ?
Czy wygwizdowo, nowe widoki, okazja złapania w obiektyw czegoś dotąd niewidzianego, eksploracja nieznanego terenu ?
Co wybrać ?

…to ja pójdę sprawdzić baterie w aparacie Młodego… 

Codziennik

Pora spojrzeć …

Pora spojrzeć prawdzie w oczy – jesień przyszła i nie ma na to rady. Gorzej, że tegorocznej jesieni daleko do złocistości i łagodności. Jesień tegoroczna jest brutalna i daje żadnych złudzeń: jest zimno i ciemno a będzie jeszcze zimniej i jeszcze ciemniej. Ranki wstają słoneczne, złote, ale zaraz zrywa się zimny wicher, nagania chmury – każdego dnia z innej strony świata, ale zawsze tak samo zimne i deszczowe.
Umęczona bólem głowy i zgagą , tydzień temu poszłam do lekarza. Na zgagę jakiś oeprazol i uspokojenie, że sama zgaga to za mało przyjemności jak na helikoptery. Na głowę, a konkretnie na zatoki krople z kortyzonem ( kortyzon! co za niespodzianka!). Cóż do wyboru miałam jeszcze czyściutką  penicylinę, a to wątpliwa atrakcja dla skopanego żołądka, więc się nie upierałam. Lekarz nie Kaszpirowski – przykładaniem rąk i liczeniem do dziesięciu zatok nie wyleczy. Opukał mnie jednak na tyle solidnie, że po wizycie u niego przez piątek i sobotę ból głowy nie poddawał się żadnej medycynie ani chemicznej ani ludowej, ani żadnym innym zabiegom…
No ale zakraplałam ten nos dwa razy dziennie, wg przykazań. Wreszcie poczułam ulgę. A następnego dnia – czyli wczoraj głowa nie bolała, ale bolało gardło. Świństwo spływa po gardle zamiast przez nos? Co jest u licha ? Oddycham normalnie, nos jest zatem drożny dlaczego więc zatoki oczyszczają się do gardła ?
Dziś rano wstałam jak zaczadzona – znów ból głowy, choć nie w części twarzowej. Taki…chorobowo-gorączkowy ból. Znaczy zatoki się pewnie oczyszczają, ale świństwo dalej płynie po gardle i daje nową infekcję. Fajnie: dziś mam Zozola, jutro wieczorem gości. Nie ma to jak sobie przygotować wiele atrakcji.
Co robić ? Oeprazol uspokoił żołądek, ale na tę penicylinę nie mam chęci, tym bardziej, że coś mi świta, że antybiotyk w zatokach przynosowych działa raczej „niebardzo”. Znacie domowe sposoby na zmuszenie śluzu do spływania nosem zamiast gardłem ? Chyba wolę katar…
Na razie dam gardłu płukankę z soli. Na pewno nie zaszkodzi.
Żeby jednak nie było zbyt monotonnie, że tylko zatoki – nos- gardło to ręka postanowiła uatrakcyjnić mi istnienie. I odmawia współpracy. Internet mówi, że to co mam to „łokieć tenisisy”. Ból w zewnętrznej części łokcia, ból w stawie nadgarstka gdy zaciskam na czymś dłoń. Jak to zwał, tak to zwał, najbardziej atrakcyjne są wieczory i noce. Ręka wystawiona spod kołdry rwie od łokcia po czubki palców. Bo nadal uznaję 17 stopni za optymalną temperaturę w sypialni. Po za tym nos to lubi. Mam więc do wyboru spać w ciepłku i dusić się z zatkanym nosem i wyschniętym na wiór gardłem, albo w zimnym i budzić się kilka razy w nocy z powodu szarpiącego bólu ręki…Doprawdy, czasem mam wrażenie, że moje części składowe prowadzą ze sobą nieustającą wojnę podjazdową. O takich drobiazgach jak ból bioder wieczorem i sztywność kolan rano to już nawet wspominać nie ma po co bo to małe miki jest w porównaniu do ręki. Prawej ręki. Za zmuszanie jej do ciężkiej pracy jaką jest pisanie za chwilę tez zapłacę swoją cenę. 
No ale tak podobno jest – jak masz prawie pięćdziesiąt lat, budzisz się  rano i nic cię nie boli to znaczy, że nie żyjesz.

Przepraszam, że ja tak cięgle tu mnie boli, tu mnie koli, to mnie nie dotykaj, ale czasem muszę. Rodzina nie zwraca uwagi, a wy nie macie innego wyjścia, bo może jednak na koniec powiem coś ciekawego.
No. Powiem.
Kot, wylizawszy się z ran po Arogancie, zaczął na powrót domagać się spacerów. Przy czym samo otwarcie drzwi jednych i drugich nie były dostateczną wskazówką „a idź!”. Siadał w progu, koło nóg i czekał. Ja kilka kroków na zewnątrz, on za mną…Noż, mamisynek normalny „pójdem ale z mamusiom”. No dobra, zaczęłam go wyprowadzać od początku. Aż do wczoraj, kiedy na resztce trawki zobaczył Razmusa. Napluł na niego, nawarczał, napuszył się i skoczył. Razmus pacyfista jest, cała jego postawa mówiła „jestem malutki, milutki, nie bij!” Nie wiem jak to się stało, że Zbój znalazł się przy schodkach. Ryzykując …no może nie życie, ale gustowne sznyty, złapałam za tyłek, wepchnęłam do klatki schodowej i zatrzasnęłam drzwi. Nie będę ryzykować utratą dobrosąsiedzkich stosunków dla kociego szaleństwa.

No. Rączka właśnie mówi – a chała, albo mi dasz odpocząć, albo…
Ulegam pod szantażem. 

Hej Gerwazy, daj gwintówkę…!

Najpierw byliśmy …

Najpierw byliśmy sklepie i mąż się zachwycił wiatrówkami. Stał, wzdychał, wreszcie orzekł, że sobie kupi.
– Będziesz do wron strzelał ? – docięłam mu. Spojrzał na mnie z głęboką pogardą. I urazą.
– Do kaczek – orzekł z godnością – o, takich…- pokazał blaszane pudełeczko w którym stał rządek blaszanych kaczek. Nie odetchnęłam z ulgą. Nie było powodu. M. ma swoje rozliczne wady, jedną z nich jest to, że prawie zawsze jest „niekompatybilny” ze mną. Zgodni jesteśmy tylko w dwóch kwestiach – włóczęgostwa i strzelania do zwierząt.
A wieczorem, znękana bólem głowy wywlokłam ślubnego w bezdroża na poszukiwanie ruin, których nie było. Było wietrznie za to, słonecznie-zachodnio, złociście i pyliście.
Wracaliśmy powoli. Pola zorane, wyzłocone ścierniska, pokosy srebrno-zielonego siana. Na polu sejmik bernikli kanadyjskiej.  Na polanach wypatrzyłam „ambony”. Na jednej obiekt…w sam do raz do celu.
– E, czemu jeszcze nie mamy tej wiatrówki ? – zaczepiłam chłopa.
– Bo nie mamy pieniędzy – przypomniał mi – Kupiłaś Kindla. A co ?
– Zwolnij, zobacz, obejrzyj się. Widzisz ? Nic tylko strzelać.
Spojrzał na mnie i nie wiem… Miał w oczach zgrozę czy zgodę ?
– No ale zobacz jak się ustawił…Niczego się nie spodziewa, wiesz jak łatwo byłoby go śrutem poczęstować ?- zapalałam się coraz bardziej do własnego pomysłu. 
– Strzelić mu w tyłek, krzywdy nie zrobisz, a zobaczyłby jeden z drugim myśliwy jak się czuje zwierzyna łowna – rozmarzyłam się. 
Myśliwy na ambonie, nieświadom zagrożenia, nadal tkwił bez ruchu.
Żebym choć z procy umiała…
 

Przeczołgana

Przeczołgało …

Przeczołgało mnie…
Jesień idzie…nie…ona już jest w Szwecji, w zachodniej Gotlandii, w powiecie Skaraborg. Jest i widać to nie tylko po ilości zbrązowiałych owoców lipy leżących na chodnikach, nie tylko po poprzetykanych żółcią liściach brzóz, i nie tylko po czerwieniących liściach klonu.
„Po czerni jeżyny, po liściu kaliny
jesień, jesień już
Po astrach, po ostach
to widać, to proste, że
jesień jesień już”.
Nie nie tylko po tym. I nie tylko po mglistych, ślicznych porankach.
Niestety. To wszystko byłoby piękne i cieszyłaby oczy orgia kolorów. Ale razem z tym, drugi rok z rzędu przyszła zgaga. A zgaga generuje ból głowy.
Tabletka na zgagę ulgi za wielkiej nie daje, a tabletka na głowę zaognia zgagę. I tak w kółko.
W połowie drogi do Goeteborga, kiedyśmy jechali wężykiem po placu budowy, który gdzieś około 2013 roku ma znów być drogą E45, nie dało się ignorować dłużej faktu, że jesień mnie dopadła. Ze zgagą i bólem głowy gigant.
Odebrałam Kindla, ale nie miałam siły nawet się poekscytować i ucieszyć. Zakupy w polskim sklepie tym razem bez pogaduszki z personelem. A potem droga powrotna. Skazałam męża na siedzenie w temperaturze 17 stopni. Dwa stopnie wyżej zaczynały się mdłości. Radio też nakazałam wyłączyć.Z zaciśniętymi zębami, łapiąc powietrze jak ryba wyjęta z wody, liczyłam kilometry…

Dom. Herbata mocna i słodka – bo to lekarstwo na głowę. Już niech mnie ta zgaga udusi, ale niech mnie głowa przestanie boleć.

Trzy godziny, jedną tabletkę i kubek ziół później – czyli teraz.
Nie ma mowy o spaniu. Głowa boli tylko trochę mniej,  zza otwartych drzwi balkonu ciągnie chłodem, dobrze, że wyciągnęłam wełniane skarpety i ciepły szlafrok.
Księżyc okrągły jak pieniążek w mglistej otoczce zaglądał mi przez okno, ale chyba się znudził i poszedł.
Kindel się ładuje i nie daje włączyć. Czemu nie daje się włączyć po trzech godzinach ładowania ?
 

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: lekarza odwiedzić czas. Będzie gastroskopia jak nic. Ale gastroskopia to kilka minut a dolegliwości zaczęły się jesienią dwa lata temu. I powtarzają każdej jesieni i wiosny.  Wygląda na to, że mam helikoptery …
 

Nie jestem gadżeciarą

nie jestem. Komputer,…

nie jestem. Komputer, wg światowych trendów mam nie najnowszy, bo trzyletni a i to tylko dlatego, że wcześniej mnie stać na własny nie było. Dygresja. Moja nowa koleżanka-sąsiadka, Regina odwiedziwszy mnie wczoraj wczesnym popołudniem doznała niejakiego szoku. Bo w kuchni, na stole stał mój lapek-staruszek, a w pokoju TenMój siedział przy swoim…
– o! Bogaci jesteście. Każdy ma własny – powiedziała to bez podtekstów. Tak zwyczajnie stwierdziła fakt. Nabrałam powietrza i wypuściłam. Co jej będę mówić, że Yanki ma swój osobisty, stacjonarny+szkolny Mac. I że Misia też ma, od nas. Bo komputer musi być osobisty. Jak wieczne pióro.   
Ale żebyśmy zaraz rodziną gadżeciarzy byli to nie. A już ja na pewno nie.  Nie pasjonują mnie coraz to nowsze telefony „co_to_tam_nie_mające”. Starą Nokię wymieniłam na nowszą po około pięciu latach użytkowania a i to, tylko dlatego, że mikrofon szwankował i moi rozmówcy często mieli problem.
No więc nie jestem gadżeciarą.
Nie. 
Ale jestem molem książkowym, tylko przez ostatnie lata trochę o tym zapomniałam.
Tymczasem książki przywiezione z Polski już dawno się skończyły. Poszłam do biblioteki, powzdychałam przy polskiej półeczce na której stało pozycji dwanaście z czego w moim guście może ze trzy, wszystkie już dawno przeczytane. Z goryczą w sercu odeszłam. Bo na półce stały co najmniej trzy pozycje dla ludzi o ilorazie inteligencji równym bakłażanowi o ile bakłażan umie czytać. I czemu zamiast tych Chrobaków czy Bełszyńskich  nikt nie sprowadził do biblioteki czegoś innego ? Kowalewskiej, Grocholi, Kalicińskiej czy Szwai – jeśli już miałby to być piszące, współczesne Polki. No, tak dla mnie pożytek z ich powieści nadal byłby żaden, bo tu raczej jestem na bieżąco dzięki mamie i przyjaciółkom.
Wzdech. I jeszcze jeden.
Tymczasem na zaprzyjaźnionym blogu koleżanka zareklamowała irlandzką pisarkę Maeve Binchy. Możliwe, że krytycy literaccy powiedzą, że to jest literatura dla kucharek. Możliwe, że daleko tej pisarce do dramatyzmu Jelinek, Nobla wszak nie dostała i pewnie nikt jej pod uwagę nawet nie brał do tej nagrody, ale… 
No dobra, przyznam się. Znalazłam chomika co miał Tara Road. Po polsku. I UKRADŁAM. Tak, nazywam rzecz po imieniu. Ukradłam dla sprawdzenia czy mi zapasuje na tyle, żeby warto było zamawiać jej książki. 
Najpierw opornie mi szło, bo czytać długie teksty na ekranie monitora jest niewygodnie. Potem mnie tak wciągnęło, że zapomniałam o niewygodzie. Wszystko poszło precz. Obiady robiłam …chyba. Ale to jedyne, co robiłam. Zozola na szczęście nie było, wiec nic mnie nie odciągało i  miałam dylematu „szczęścia i obowiązku”. Przy czym nie wiem czy w tym wypadku Zozol byłby bardziej szczęściem czy obowiązkiem.
Ocknęłam się z amoku chyba po dwóch dniach. Bolesne to było ocknięcie. Głowa jak bania, piekące oczy, ból w oczodołach. Przedawkowałam znaczy. Możliwe, że lepiej byłoby czytać w okularach. Odczekałam stosowny czas ( to znaczy do zadziałania tabletki od bółu), włozyłam na nos okulary i hajda! Na PDFie czytadło liczyło sobie stron 746! To lubię, rzekłam, to lubię.
Kilka godzin później okazało się, że okulary też nie pomagają.
I tak walcząc z własną niemocą dotarłam do dziwnego zakończenia, które tak naprawdę niczego nie zakończyło.
A po drodze zaczęła mi kołatać myśl, która miałam dawno temu a potem porzuciłam jako niedorzeczną i wygórowaną.

A potem koleżanka Ela powiedziała, że myśl nie jest głupia, że sama ją zrealizowała.
Myśl stała się głośniejsza. „Chcę…”
Potem zapytałam inną koleżankę, która twierdzi, że rujnuje rodzinę, ale nałogi każdy musi jakieś posiadać.
Myśl stała się natrętna.
CHCĘ TO.
Poszperałam w necie. Popatrzyłam. I zaczęłam się ślinić jak pies na widok jedzenia. Prawie sobie klawiaturę zalałam… 
CHCĘ TO. JUŻ CHCĘ!  MUSZĘ MIEĆ! 
Obiecywałam sobie i niebu : przez trzy miesiące, za każdym razem jak odmówię sobie ciasteczka czy cukierka wrzucę do skarbonki dychę. Uzbieram sobie. Kupię. Będę mieć.  
TO :  

A teraz TenMój zapytał co chcę na urodziny.
Normalnie to bym chciała do Sztokholmu na trzy dni i do Helsingborga na pięć. Jakbym wybrała Sztokholm to razem z mężem i nie okazałabym się skrajną egoistką. Nie byłabym małą dziewczynką, która chce coraz to innej zabawki. Byłabym dorosłą, odpowiedzialną Katarzyną. Ale nie chcę! Chcę KINDLA! Li i jedynie. Najtańszego, bo po co mi kolejny komputer ? Chcę! Stanę się niezależna od dostaw z Polski. Niech se księgarnie wysyłkowe w buty wsadzą przesyłki za równowartość dwóch książek.  I oczy sobie oszczędzę.
I dlatego proszę samą siebie o usprawiedliwienie… 
 

 

Sierpniowo

Odwieczny dylemat …

Odwieczny dylemat nocy sierpniowej: otworzyć okno i tym samym zaprosić stada skrytożerców na ucztę czy nie otwierać i męczyć się w duchocie. Dziś w nocy wygrała opcja druga. Tak samo jak każdej poprzedniej nocy, a to za sprawą męża mojego, który z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie popiera mojego „17 stopni, to jest optymalna temperatura w sypialni”*.
Ból głowy mnie ogłupia od jakiegoś czasu – drugi ? trzeci? tydzień. Nie wiem ciśnienie, zatoki czy okulary ? Faktem jest, że chodzę jak śnięta ryba, ziewam, słaniam się i pokładam. A kiedy przychodzi pora spania jestem świeża jak poziomka o świcie. Noż…Naturalnie zawiesiste powietrze w sypialni też snowi nie służy. Sypialnia ma sprytny wywietrznik – coś jakby okno, ale zamiast szyby- metalowa płytka z otworami, od wewnątrz osłonięta filtrem. Wpuszcza świeże powietrze ale robactwa już nie. Lepsze niż siatka…tylko za małe na lato a za duże na zimę.
Dziś w nocy, po odjeździe o godzinie 21:35, wybudziłam się około północy i dupatam! nie ma mowy żeby zasnąć. Duszno. Prześcieradło jak podgrzane, kołdra skopana w rogu, poduszka wypchana kamieniami. Rozgrzanymi kamieniami.
Wyszłam sobie na balkon.
Młodzież robiła „ryja” gdzieś w oddali. Także gdzieś tam warczały motory. Miasto rozświetlone jak choinka na Gwiazdkę. Na skrawku nieba widocznym nad balkonem sąsiada, jarzębiną i wieżą ciśnień wypatrzyłam Pas Oriona. Chyba. Stałam z zadartą głową, chłodząc bose stopy o zimny beton, ciesząc się chłodem na ramionach i twarzy. Szkoda, że nie mam leżaka na balkonie, może bym tam mogła zostać na dłużej, bez konieczności trzymania zadartej głowy. 
Po niebie jak duch przesunął się jasny kształt…Bez światła, to może jakaś mewa cierpiąca na bezsenność? Śledziłam ją chwilę wzrokiem. A potem zobaczyłam jasną strzałkę. Ułamek sekundy, a mnie zaparło dech. Bo po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak spada gwiazda. Nie zdążyłam pomyśleć całego życzenia, mignęło mi w głowie tylko jedno słowo. Imię. Taki sam ułamek sekundy jak ta gwiazda.  Gwiazdy wiedzą o co mi chodzi, prawda gwiazdy ?
I tak, wiem, że to nie gwiazda tylko płonący pyłek. NO TO CO Z TEGO ??
Piękne.
Jakby tu namówić mężowskiego na wyprawę nocną na pole za miastem ? Około północy, w środku tygodnia? Zgłupiałaś kobieto! 

 

 

 

 

*naturalnie cytat z filmu „Nigdy w życiu!”