To głupota…

że tytuł notki …

że tytuł notki wymagany jest na wstępie. A skąd ja mam wiedzieć o czym będę pisać i dokąd zaprowadzą mnie meandry mojego umysłu ?

Na wstępie to chciałam o tym, że okropnie, ale to okropnie nie mam czasu. A nawet jak mam to jestem tak zmęczona, że połowy z tego na co miałabym nie robię, bo nie mam siły. Ale dni są naprawdę intensywne.
Sprzątanie.
W tym tygodniu zastępowałam  chorego kolegę i latałam do Kupa (Coop) dwa razy dziennie. Raz rano, na zwykłe sprzątanie, i raz po południu na sprzątanie w piekarni i stołówce.  Z tego powodu popołudnia miałam rozszarpane na kawałki i uczucie, że już tak długo latam do tej pracy bez odpoczynku, że tydzień chyba trwa ruski miesiąc.
Ale – nabrałam dystansu do zajęcia. Praca, to praca, daje pieniądze i parę innych rzeczy jak referencje i inne spojrzenie na wiele spraw. A prócz tego przypomniała mi się piosenka Elektrycznych Gitar, która może nie jest jeszcze moim motto zyciowym, ale na pewno ideałem do którego chcę dążyć. Filmu z piosenką nie będzie bo coś mi się porobiło i nie wiem jak to zrobić. Ale będzie tekst, z głowy.

Przewróciło się niech leży
cały luksus polega na tym
że nie muszę go podnosić
będę się potykał czasem
będę się czasem potykał
ale kiedyś się wezmę…
itd.

Regina piosenki nie zna i chyba muszę ją nauczyć. W chwilach stresu, gdy ktoś znów się poskarży na brak papieru lub nie włożony worek – będziemy sobie śpiewać to powyższe. No i jeszcze jest :
Byłem w Rio, byłem Bajo (??)
miałem bilet na Hawajo
Byłem na wsi, byłem w mieście
byłem nawet w Budapeszcie
Wszystko chuj!
O ja wam mówię
Wszystko chuj! O!

Dziś się cieszę bo nie mam sprzątania piekarni i nie mam zajęć na tak zwanym Folkuniversitet.
O Folkuniversitet to jest to o czym warto powiedzieć.
I żeby nie było to ja na wstępie pragnę zaznaczyć, że wdzięczna jestem szwedzkiemu systemowi, że mi ten rozwój gwarantuje, szkoda tylko, że nie uwzględnia w tej gwarancji mojego poziomu umysłowego.
Poniedziałek. W sali około  20 dorosłych osób. Przed nami wykładowca. Na tablicy temat: Zdrowie mentalne.
Co to takiego? Od czego zależy? Czy ma wpływ na zdrowie fizyczne?
Wykładowca się gimnastykuje, żeby ludzi rozruszać, ale…oni naprawdę nie mają na ten temat nic do powiedzenia. Albo ich nie interesuje.
dwie godziny właściwie trwa wymiana myśli między mną a wykładowcą. Niektórzy to notują!
Wtorek. Piszemy CV.
Chciałam sobie pójść do innej sali i strwonić czas na, na przykład, rejestrowaniu się na stronach różnych firm rekrutacyjnych. Wykładowca zachęcił mnie do zostania tekstem, że zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć. Zostałam. Oni szczegółowo omawiali co w którym miejscu CV wpisać (a jak mam kurs to w Wykształecenie czy gdzie indziej? A jak uprawiam przydomowy ogródek to moge to wpisać jako doświadczenie zawodowe?)
Ja zmieniłam layout mojego CV.
Na koniec wykładowca (dziewusia na oko 27 lat) pochwalił swoje zajęcia, że proszę, jednak coś nowego się nauczyłaś.
Środa. Tłumaczymy ogłoszenia o pracę.
No! Tu się nie popiszę, przy Szwedach nie błysnę wiedzą.
Najpierw dowiaduję się co naprawdę oznacza słówka „driven” i że „elastiskt” to można powiedziec o  ubraniu, no, ewentualnie o gimnastyku. Achaaa…no w końcu coś pouczającego.
Ale… Dwudziestu…no dobra , osiemnastu rodowitych Szwedów (Jussi jest Finem, choć wyrosłym na szwedzkiej glebie no i ja) i muszą mieć wytłumaczone, co tak naprawdę oznaczają słowa w ogłoszeniu. Czego w tym ogłoszeniu nie ma, a jest ważne i dlaczego tego nie ma. Siedzą jak na tureckim kazaniu. Półgodzinna dyskusja w grupach – co oznacza 5 pojęć. Potem spisujemy to na tablicy. Znów widzę, że są tacy co to notują.
Czwartek. Piszemy list motywacyjny czyli Personlig brev.
Znowu w punktach co taki list ma zawierać.
Znów czuję się …najmądrzejsza w całej wsi.
Nawet bariera językowa nie jest w stanie zmniejszyć poziomu mojej wiedzy ogólnej. Myślę sobie, że wpadam w grzech pychy, że to niebezpieczne, bo uznam, że wszystkie rozumy pozjadałam. Aaaaale oni naprawdę nic nie wiedzą. Znają tylko swoje własne podwórko, niczym się nie interesują poza Melodifestivalen i samochodami. No i jeszcze niektórzy bandy. Żadnej wiedzy o otaczającym świecie…Nie znają wróbla, który jest tu tak powszechny jak w Polsce, gubią się w geografii własnego kraju, mają problem z pisownią we własnym języku…
Myślę sobie: taka specyficzna grupa mi się trafiła czy taki jest ogół ?

 

Wreszcie czwartek, wreszcie ostatni dzień tego „rozwoju”. Po południu zabieramy Zuzię i na basen.
Zuzia od jakiegoś czasu mówi o sobie. Nazywa siebie „Dziudzia”. To jej wersja imienia. Najczęściej używane w kontekście : „Nie! Dziudzia!”
Znaczy -sama. Sama buty, szalik, „czapki”. Sama pójdzie. Sama będzie pływać, bo odkryła pływaczki. Zobaczyła u innego dziecka i zażądała. A teraz z pływaczkami pcha się tam, gdzie głęboko, i nie trzymaj mnie babciu, dziadku też nie, ja sama, sama, tylko ten palec mi pożycz na chwilkę…Trzyma się kurczowo mojego palca, i usiłuje iść, mając do dna kilka centymetrów. Chybie się na wodzie, łapie trochę wody buzią i nosem, kaszle i zaśmiewa się do rozpuku, piszczy z uciechy jak dziadzio nurkuje i łapie ją za nogę, śpiewa razem z babcią o rekinach. Po szwedzku
Aaaa, piosenka o rekinach po polsku idzie tak.

Była sobie dziewczyna.
Był sobie chłopak.
Wypływają w morze.
I dalej w morze.
I wtedy przybywają rekiny, rekiny, rekinyyyy
I tata rekin
I mama rekin
i babcia rekin
I Mimmi rekin.
One chcą rąk
One chcą nóg
One chcą ciał
I wtedy idzie kreeeew… 

Cudne, prawda ?

Oryginału można posłuchać TU:
http://www.youtube.com/watch?v=qfrcMCKoXGA

O 19, po trzech godzinach w wodzie siłą i przemocą wyciągnęliśmy pomarszczoną i lekko zsiniałą Zuzię z wody.
Dzięki ci Boże, za tego kto wymyślił zabawki w szatni.

No. I sami powiedzcie. Czy ja mam kiedy potestować nowy aparat ? 

 

Ooch Nikuś…!

Ze mną to nie ma tak,…

Ze mną to nie ma tak, że cierpliwie, że poczekam, że może mi się zmieni. Jak już powezmę(?)zamysł, jak chwycę ideę to jak pies kość. Taką wielką, olbrzymią, większą od psa. Bo zazwyczaj moje chciejstwa są jak ta kość.  To znaczy personalnie, dla mnie są jak wielka kość dla małego pieska. No bo kto to słyszał, takie fanaberie, rozrzutność taką, jakby to innych potrzeb nie było, a jakby nawet i wyjątkowo nie, to na czarną godzinę co odłożyć, na koncie, w kącie zamknąć, w sejfie, w skarpecie, pod materacem i pod poduszką.
A potem wstyd taki. I niesmak. I odrobina obrzydzenia do samej siebie.
Hyhyhy, materialistko ty, filozofka z bożej łaski co woli być niż mieć, ale mieć to mus, gadżeciaro ty, w tyłku ci się przewraca, bo w głowie to już dawno.

No sami powiedzcie czy to nie obrzydliwe mieć takiego kogoś schowanego gdzieś na dnie jestestwa co wciąż urąga, stawia na cenzurowanym, rozlicza i poucza. Matka moja nigdy AŻ taka nie była, więc skąd mi się ten cenzor wziął ?

No ale my tu gadu, gadu. A ja nie o tym chciałam. Tylko, że miało być latem, jak Skatteverket odda nadpłatę podatku. No ale plany były takie nim poszłam do pracy. I promocja była całkiem niezła. No i chyba już końcówka serii, bo nowy numerek stuka do drzwi.  Bank mi nie uwierzył, że jestem wypłacalna, ale syn, który zachomikował w koncie parę złotych…to znaczy koron, uwierzył.
No i mam. Mam! Maaaam! Jasna cholera! szlag niech trafi cenzorów, precz z czarnymi godzinami, precz ze skarpetami pod poduszką! Mam.
Mój nowy, znów tylko mój aparat fotograficzny.
Nikt nie będzie paluchmi smarował obiektywu. Nikt nie będzie zrzędził, że znów zostawiłam na jpegach zamiast na rawach. Nikt mi ustawień nie będzie zmieniał. 

Dobra tam. Żadne wypasione cudo za dwadzieścia tysięcy, na głowę nie upadłam.
Nikon, lustrzanka z (tymczasem) takim sobie obiektywem, ale za kilka miesięcy kupię lepszy.
A jakie focie strzela! Oooch Nikuś…! 

 To ja teraz poproszę słoneczny weekend, tym bardziej że z Polski doszła świeża dostawa śniegu.

Ooops! I did it again!

Oglądałam zdjęcia …

Oglądałam zdjęcia Krysi z dalekiej szwedzkiej północy i westchnęłam, że też bym chciała taki śnieg a nie to niewiadomo co, które jest na zewnątrz. I proszsz…Wieje z prędkością 10m/s i miecie śniegiem.
No żesz…
Dlaczego moich życzeń odnośnie pracy los nie spełnia równie skwapliwie? Losie, pytam cię całkiem nieretorycznie!

A poza tym napastuję jednego, biednego człowieka.
Człowiek ma na imię Jussi, jest narodowości fińskiej, jest okrąglutki, cały jak piłeczka, ma poczciwą twarz i wzbudza moją ogromną sympatię, mimo raczej umiarkowanego IQ i słuchania muzyki z Eurowizji. Być może za sprawą podobieństwa do pewnego kolegi.
Biedny człowiek, szczerze mu współczuję, ale nie mogę się oprzeć. Finowe są tacy sympatyczni! 

 

Wyrodne dziecko

Yanki staje przed …

Yanki staje przed lodówką, otwiera ją i wiem jakie za chwilę padnie pytanie:
– Mamy w domu jakieś mięso?
Chodzi o to coś, co zwykły człowiek kładzie na kanapkę.
Zapytany co chce na obiad daje odpowiedź zawsze tą samą, tak samo zwięzłą
– Mięso.
Czasem litościwie dorzuca, że ma być pieczone. Lub inne takie naprowadzające teksty, ale zawsze, dominujące jest słowo MIĘSO.
Geny naprawdę chodzą dziwnymi drogami. Mąż jest mięsożerny umiarkowanie – to znaczy, że owszem na kanapce ma być jakaś wędlina, obiad z mięsem jest mile widziany, ale nie koniecznie codziennie, bo na równi z mięsem mąż lubi kluski, makarony i placki.
 Ale moja mać..!
Dzieci moje własne kiedyś usiłowały wymóc na babci zeznanie co takiego lubi najbardziej.
– Szynkę – odparła rodzicielka.
– Ale tak na święta, jak już możesz sobie pozwolić i mieć to co chcesz.
– Boczek!
– Ale jaki boczek ? – denerwowały się dzieci
– Taki żeby tłuszcz po łokciu kapał…
Dzieci się w końcu z lekka poobrażały, bo w głowie im nie postało, że można woleć coś od cukierków i podejrzewały, że babcia sobie z nich żarty stroi. Wszak przy matce nauczyły się, że słodycze są dobre na nudę, na smutek, na nieokreślone ssanie w żołądku, na przyjęcie gości i na znienawidzenie gości, gdy w łakomej paszczy znika ostatni kawał ciasta. Nawet na radość dobre są słodycze, choć na radość to wszystko jest dobre. 

Wstałam dziś rano z nosem na kwintę. Bo wczoraj syn brutalnie i nieprzychylnymi słowy zgasił moją ekscytację planowaną –darowaną wycieczką do Helsinek. Bo wcześnie rano i miałam wrażenie, że dopiero zaczęłam zasypiać twardo. Bo ręka boli i w łokciu i w nadgarstku. A prosto z pracy idę na zajęcia, gdzie nie dowiem się niczego nowego, za to przesiedzę na niewygodnym krześle kilka godzin.
Za drzwiami bloku czekała na mnie ściana deszczu.
W pokoju, gdzie kroi się mięso powitał mnie znany smród i czerwone placki na podłodze i strzępko-ochłapki przyschnięte do kratki ściekowej. OBRZYDLISTWO!
Pół godziny jeździłam z maszyną myjąco-odkurzającą i mogę sobie jej obsługę wpisać w CV jako kolejną umiejętność, zamiast na przykład prawa jazdy.
Coach-ka mnie wkurzała, bo nie daje sobą sterować, ale chce sterować mną.
Głowa bolała już nie tylko koło nosa i oczu.
Oczy zamykały się same choć głód w nie zaglądał.
W lodówce leżał przygotowany kotlet schabowy…
Żołądek zwijał się w ślimak od tabletki na ból głowy. 
Wyciągnęłam męża do Miasta Trolli do biblioteki – „tylko 6 mil”.
W drodze powrotnej przypomniałam sobie, że w domu nie ma co jeść, więc zajechaliśmy do sklepu.
Wreszcie w domu zrobiłam sobie kolorową michę – jasnozielona sałata, ciemnozielona papryka, papryka pomarańczowa, czerwony pomidor i fioletowa cebula. Posypałam przyprawami, wlałam łyżkę oleju rzepakowego. Pożarłam zagryzając tymiankowym paluchem i łyżkami białego sera typu „wiejski”. Poziom endorfin wrócił do normy, żołądek zajął się trawieniem i przestał zwijać, głowa odpuściła, senność jak ręką odjął.

Wnioski:
1. Nie wiem które z nas się wyrodziło : ja czy mój syn czyli wnuk mojej maci.
2. Chyba mi się gust zmienia, bo kolorową michę zaczynam woleć od kolorowych cukierków
3. Zostałabym wegetarianką, ale czasem…raz na tydzień mniej więcej mam chęć na parówkę lub na plaster suszonej szynki tudzież na wysmażone na sucho skwarki z wędzonego boczku. Bo mięso jest obrzydliwe.

Mam w…Mam gdzieś nowy rok

Po dwóch prawie …

Po dwóch prawie dniach spędzonych z nami, Zuzia wróciła do mamy. 
To jest nienormalne, ale dom po jej wyjściu robi się pusty i smutny. Choć to nie jest to nie jest tak, że jak jest u nas, to nic innego nie robię tylko siedzę koło niej. Bo ktoś musi zrobić jedzenie, trochę sprzątnąć, czasem coś uprać a czasem zmyć. Ale uwielbiam mieć ją blisko, słyszeć jej głos (szczebiot, w starych książkach napisaliby „szczebiot”, ale teraz to słowo ma pejoratywny wydźwięk, a szkoda, bo ładne i obrazowe).
No ale wróciła do mamy, za dzień, dwa znów u nas będzie. 

Pogoda zrobiła nas w konia.
1 grudnia postraszyło zimą  – wystrzeliło z grubej rury mrozem i śniegiem po czym zaczęło spuszczać z tonu. Codziennie po troszeczku, ale systematycznie. Dziś mamy za oknem wiosnę. 6 stopni, słońce i ciepły wietrzyk. Dobra, dla mnie może być, za śniegiem nie przepadam, ale taka zima wróży brak normalnego lata – nawet jeśli miałoby trwać tylko 4-6 tygodni. To ja chrzanię takie układy. To ja poproszę mrozy i śniegi teraz i w lutym, na wiosnę mogę poczekać do marca, ale potem niech będzie normalne lato. Ze słońcem.
Zmianę daty należałoby odnotować, ale kurczę. Dla mnie zmiana roku jest takim samym wydarzeniem jak początek każdego innego dnia. Nie mam jakichś szczególniejszych oczekiwań z tej okazji. Nie czuję potrzeby jakiegoś obrachunku z tym co przeszło, nie bardziej niż każdego innego dnia. 
Od jutra powrót do normalnych, codziennych zadań. Dla mnie, bo dziecko i mąż jeszcze cały tydzień w domu.
Przez północne okno mojej sypialni popatruję na niebieskie niebo i rozczochraną brzozę. 
Zaraz dopiję moją herbatkę z cytrusami w rumie, włączę film i będę odreagowywać nocną kanonadę. Ludziom zmiana daty naprawdę na głowy pada. Zaczęli strzelać wczoraj we wczesnych godzinach południowych i tak łomotali przez następne dwadzieścia godzin. Nie, nie wystarczyły fajerwerki miejskie o północy. Każdy chyba mieszkaniec naszego miasta uznał, że musi własną petardę odpalić i broń boże w tym samym czasie co tysiąc jemu podobnych. Kocio, który normalnie odporny jest na huki, schował się pod łóżko jak jakiemuś idiocie przyszło od głowy strzelać na naszym podwórku. Blok jest w kształcie litery U więc podwórko ma doskonałą akustykę. Miałam szczerą chęć wyjść i kolejną petardę zdetonować bezmózgowi na jego własnej głowie. Moją wściekłość podsycał fakt, że Zuzia właśnie usiłowała zasnąć. 
Miałam chęć krzyknąć „w dupie mam sylwester, w dupie mam nowy rok”. Chcesz to świętuj człowieku, ale nie wybijaj mi przy tym szyb i nie strasz mi domowników.
Do końca życia nie zapomnę widoku stada, przerażonych, ogłupiałych kawek, lecących może ze dwa metry nad ziemią całkowicie na oślep. Takie zjawisko zobaczyłam ostatniego lata, gdy z jakiejś tam okazji w mieście puszczono fajerwerki. Od tej pory jakoś nie kręcą mnie kolorowe światełka na niebie. Wolę widok spokojnej kawki.

 
 

Ostatnie ogniwo

Zaprawdę, powiadam …

Zaprawdę, powiadam wam:
Z całej rzeszy ludy pracującego sprzątaczka jest na końcu łańcucha. Po-kar-mo-wego, hahaha! Jak mawiał Tymon.
Albo to ja się tak czuję.
Syzyfowa praca której nie widać, gdy jest wykonana dobrze, ale zawsze wytknięta gdy coś szwankuje. Praca w ogromnym tempie, przy minutach wyśrubowanych do sekund. Praca, gdzie każdy inny może powiedzieć „ale weź jeszcze tam zatrzyj, bo jest brudno, bo wywieźli towar i się nabrudziło”, choć w tamtym miejscu już posprzątałaś. Praca, w której przychodzi pani i mówi, że damskiej toalecie papier się zacina i czy możesz pójść bo ona chce ci to pokazać, a ty musisz iść, nieważne, że minuty uciekają ci jak piasek z grzesiowego worka. Gdzie przychodzi inna pani, mówi, że coś się rozbiło, nie, naprawdę nie musisz tego sprzątać, ona to zrobi, tylko daj jej swojego mopa…
Ulatasz się przez dwie godziny- nazmiatasz, naschylasz (ludzie, czy jak wam jabłko upadnie to jest tak ciężko schylić się i je podnieść?), naścierasz nazbierasz dekoracyjnej słomy z nienawiścią w sercu do dekoratorów, którzy z uporem godnym lepszy sprawy wsadzają tę słomę wszędzie gdzie się da, narobisz ósemek mopem a kiedy wychodzisz widzisz, że nie widzisz już efektów swojej pracy.
Żwir z butów turla się po całym hallu, słoma wysypuje się beztrosko z każdego kąta, a na środku warzywniaka rozgnieciony pomidor.
No ludzieee…Ja rozumiem, że się nadepnie papierek, liść sałaty, no – ostatecznie małe winogrono. Ale pomidora?? Ja bym przynajmniej myślała o tym, że sobie buty ubrudzę.

Przychodzisz do domu. 
A potem jeszcze dostajesz informację od zwierzchnika, że się personel poskarżył, że tu niewyniesione śmieci, a tam brudno.

Jeśli kiedykolwiek miałam pomysły by być zawodową sprzątaczką, to teraz je właśnie uroczyście żegnam.  
Jak będziecie robić zakupy przedświąteczne pomyślcie z życzliwością o sprzątaczce, która dziś wieczorem albo jutro rano będzie szła po waszych śladach.

 

PS. Czy ktoś z Was, moi szwedzcy czytacze był w ostatni czwartek po południu w Polskim Sklepie w Goteborgu, na Smastugevaggen ?
Ta rozgadana para, zaprzyjaźniona z personelem i resztą kolejki, wykopująca z kąta ostatni karton Michałków, wiedzące lepiej niż właściciele co gdzie leży – to byłam ja i mąż mój osobisty.
Zaprawdę, powiadam wam : tylko stoliczka z kawą nam tam brakowało, żeby się móc w wygodniejszych warunkach zaprzyjaźniać.

Daleko macie do świąt ?
Bo ja ho-ho!
 

I wreszcie

Nie powiem, że to …

Nie powiem, że to jest to czego pragnęłam. Nie jest to praca z gatunku wymarzonych (jaka w ogóle dla mnie taka jest ?). Ale jest. Choć to zaledwie 40 godzin miesięcznie, ale zawsze da pewny dopływ gotówki, choćby i nie największy. Mam dostać umowę o pracę. Będzie do kogo w razie czego się zwrócić o referencje. Będzie dowód na to, że nikogo w pracy nie okradłam i nie zamordowałam. 
Więc jeżdżę na mopie co rano, do bólu rąk, do bólu pleców i do zgagi od oparów chemii. 
I usiłuję się zorganizować na nowo. To znaczy – usiłowałam. Do wczoraj. Wczoraj postanowiłam, że zacznę się organizować na nowo od poniedziałku, jak dojdą zajęcia na tzw. Folkuniversitet. Życie poza domowe będę wiodła od 5.30 rano do 16,30 po południu. To będzie naprawdę wymagało przeorganizowania zycia rodzinnego.
Chyba się powtarzam. 
W głowie kołacze mi notka na temat piosenek z lat dziecinnych i czekam na chwilę kiedy nic nie będzie mnie gonić, żeby to spisać. Mam zaczęta dwie książki po polsku, jedną po szwedzku a jedna po polsku czeka w kolejce, a drugą zaraz mi prześle Mikołaj ze Skanii. Co przypomina mi, że najwyższa pora wysłać Mikołaja DO Skanii. Ale jeszcze nie dzisiaj.
Bo zaraz trzeba ogarnąć chlewik zazwyczaj zwany kuchnią, ale ponieważ się organizowałam a potem przestałam, więc na wszelki wypadek w kuchni nie sprzątałam dwa dni. Bo może wpadnę na inną organizację pracy – znaczy, że znajdę kogoś innego, żeby ten chlewik ogarnął i głupio będzie jak chlewika nie będzie. Nie wpadłam. Bez podnoszenia tematu od razu wiedziałam, że mój syn jest do wyższych celów stworzony, poza tym brakuje mu kilku zwojów w mózgu odpowiedzialnych za właściwe wykręcanie ściereczki.
Mąż, obrzucony okiem, wykazał seledynowy koloryt twarzy i dziwną tendencję do zerkania w stronę toalety oraz trzymania się za brzuch i nerwowego przełykania. Jaki złapał magsjuka czyli grypę żołądkową to lepiej niech się do garów ze zmywarki nie bierze, bo ja sobie tej cholery nie życzę. Dziękuję bardzo, jak mam wybierać wolę katar, nawet bardzo wredny. 
Kot na moje nieme pytanie wykonał ruch który miał być, n ie wiem, pukaniem w czoło lub wzruszeniem ramion.
Zostałam w chlewiku sama.
Za niespełna dwie godziny przyjdzie Zuzanka. I dobrze byłoby mieć to za sobą.
Zuzanka.
 O tym staram się nie myśleć. Że czasu dla niej będę miała mniej. I siły. Bo to jest to, co w tej sytuacji podoba mi się najmniej…Nie. W ogóle mi się to nie podoba!  Najchętniej miałabym ją koło siebie każdego dnia. Żeby tylko mi ktoś za to zapłacił. Wzdech. Zdecydowanie lepiej być bogatym i zdrowym.

Śnieg pada pionowo. Znowu pada. Znowu pionowo. 

…ja tu tylko sprzątam…e

Jacek Skubikowski …

Jacek Skubikowski przed stu laty tak śpiewał:

Nie, nie, ja tu tylko śpię
Nie znam nikogo bo ja
ja tu tylko sprzątam.
Nie, nie, nie dopytuj się
Nawet ich nie chcę znać

Jak wymaluj ja.
Od kilku dni jestem sprzątaczką. Nie taką pełnoetatową, no chyba żeby doliczyć sprzątanie w domu. Sprzątam market razem z koleżanko-sąsiadką.
Przyznaję szczerze, że mnie to cieszy. Pieniądze się przydadzą, ale fajnie mieć poczucie, że mam jakiś obowiązek, że coś wymusza odpowiednią regulację dnia.
Praca nie jest lekka. Ogromna powierzchnia, krótki czas i my dwie do ogarnięcia całej „powierzchni gładkiej”. Koleżanka leci z maszyną a ja z tyłu za nią z mopem, bo maszyna nie sięgnie wszędzie. I zżymam się. Bo zrozumiałe, że w sklepie są regały i lodówki. Ale na kiego diabła niemal na każdym zakręcie kartonowe kosze, stojące reklamy, które ledwie trącisz a wysypują zawartość albo się przewracają. A biedna sprzątaczka nie ma czasu żeby to zbierać i ustawiać.
Albo na takim warzywniaku. Tu marchewka, tam mandarynka na podłodze. Czy ludziom naprawdę tak ciężko się schylić i podnieść to, co im spod ręki upadło ? Zaczęłam podnosić. Pierwszego dnia. Koleżanka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się jak to ona, ze zrozumieniem. I powiedziała, że ona na początku też podnosiła, teraz już zgarnia do śmieci. Bo nie ma czasu.

Rozmawiamy między sobą po polsku, nikt nas nie słyszy – w sklepie jesteśmy tylko my. Na zapleczu uwijają się piekarze i inni, którzy przygotowują towar. Nasza zwierzchniczka, która tego dnia akurat była,  zwróciła nam uwagę, że powinnyśmy po szwedzku. Noż…Nie uraziło mnie to. Reginę jednak tak. Mówi, że co jej do tego, tym bardziej, że lepiej się zrozumiemy i lepiej wykonamy pracę. Więc nadal rozmawiamy po polsku – tylko już ciszej.
Rozmawiamy…phyyy… wymieniamy komendy i komunikaty. 
– Szybciej trzeba
– Tu myłaś?
– Idę do kuchni
– Weź to zeskrob…
I takie tam.

Dziwnie wygląda cichy, pusty sklep. Pierwszego dnia miałam poczucie odrealnienia, ale możliwe, że za sprawą wczesnej pory, bo zaczynamy o 5.  
Latem to już dzień pełną gębą, ale zimą to środek nocy. Do świtu prawie cztery godziny.
Nie traktuję tego zajęcia serio. Co oczywiście nie zmienia faktu, że staram się robić to jak najlepiej. Tylko nie związuję ani z mopem, ani ze sklepem. To prawda- pierwszego dnia byłam spięta i zdenerwowana, ale bardziej, żeby nie zawieść koleżanki i żeby nie było mi głupio przed nią i przed samą sobą, że  nawet na sprzątaczkę się nie nadaję. Choć – zwierzchniczka zaraz pierwszego dnia pouczyła mnie, że mopem to się kręci a nie trze do przodu do tyłu, bo się brud rozciera a nie zbiera. To kręcę te ósemki i myślę sobie, że to przecież nie będzie wiecznie. 

Nie będzie, bo na razie zastępuję jedną osobę.
Nie będzie, bo prędzej czy później zatrudnią mnie w moim zawodzie.

Tymczasem mam poczucie …tymczasowości. Bo nie mogę planować na dłużej. Bo uczestniczę w programie „Gwarancja rozwoju”. Miałam spotkanie z nowym handledare – to ktoś taki jak opiekun w Biurze Pracy. zaraz na wstępie wyjaśniłam mu, że Ricard to Polski Rysiek, a jakby żona chciała być miła to może powiedzieć Ryś co jednocześnie oznacza takiego dużego, leśnego kota w cętki, z pędzelkami na uszach. Zapytał czy myślę o Lodjur, ale nie wiedziałam, więc znalazł zdjęcie, przytaknęłam. On się ucieszył i zapytał czy on żonę może też tak nazywać. Wyjaśniałam raz jeszcze, że to od jego imienia, więc nie. Ale może na nią mówić Kiciu.
I przełamaliśmy lody.
Następnym razem przywitam go „Hej Lodjur” , obiecuje sobie.
Dlaczego koniecznie muszę się zakumplowywać z ludźmi, których spotykam służbowo ?
Jutro mam spotkanie z nowym coachem, z Folkuniversitet. Mamy wspólnie ustalić jakiej pomocy mi trzeba. Jakiej, jakiej…PRAKTYKI mi trzeba. Umiem szukać pracy, moje listy motywacyjne są dobre, na referencje właśnie pracuję, to nic, że jako sprzątaczka. Potrzebuje tylko praktyki, która udowodni, że mogę i umiem księgować po szwedzku. Li i jedynie.
Ciekawe, czy z tą kobietką będę się spotykać częściej czy to tylko jednorazowe. 
Stresują mnie nieznane sytuacje.

Ach. A skoro opowiadam o kumplowaniu…
Znów było spotkanie z lekarzem mojego męża, boskim Fredrikiem a la młody Perepeczko. Tłumacz nam się spóźnił, więc go uprzedziłam, że może trzeba chwilkę poczekać.
Zaśmiał się, ale tak z naprawdę z oczami i słoneczkami wokół oczu.  
– Po co ? Przecież ty sobie doskonale radzisz.
Prawda, że uroczy mężczyzna?
Zaczęliśmy rozmawiać. Tłumacz dotarł, a doktor przywitał go w progu:
– Ale myśmy właściwie już skończyli…
Paweł przybrał głupią minę, bo był później minutkę, może dwie.
Doktor parsknął śmiechem. 
Pierwszy lekarz-Szwed, który ma swoje lata i nie jest dostojny i zdystansowany. 
Ech…gdybym tak młodsza była i taka śliczna jak 25kilo temu. Wzdech. Choć Gulsum mówi, że dalej jestem taka śliczna, tylko naciska na pomalowanie włosów. I że ona mi będzie malować nawet co trzy tygodnie, jak będzie trzeba. 
Zaglądam więc do lutra co jakiś czas.
Gdzieś znikła tamta stara, zrezygnowana, gruba baba. 
Z lustra, trochę kpiąco patrzy na mnie uśmiechnięta babka. Czasem jest zmęczona, czasem trochę smutna, czasem zła. Ale ma w oczach ten błysk, to coś, co mówi…

„Ja wam jeszcze pokażę, niech no tylko skończę tę zawodówkę”

A Zuzia wczoraj powiedziała pierwsze zdanie. „Det går inte”. Nie da się. Nie idzie. Nie mogła otworzyć pudełka z ciastoliną. 
Książeczka, bluza z kotem i wielki zestaw Dżungla Lego Duplo czekają na Mikołaja.

  

Jaka tam zima! skoro jak majowy słowik śpiewa

A śnieg się …

A śnieg się ustatkował i położył się i leży. 

Napadało, nasypało, nawiało. Biało i biało. I jeszcze złoto gdy słońce wstaje. Taki wczoraj ranek był, że już nie było siły.
Wczesnym rankiem wymieniałam konwersacje na fejsbuku z Reginą, sąsiadką – koleżanką, półrodaczką przecież bo z Litwy, więc po polsku.

„i Tobie nie śpi się
ano – właśnie się obudziłam z bólem głowy, piję kawę w łóżku, a za chwilę pobiegnę na zdjęcia, bo cudnie jest. jak masz chęć i czas to dołącz za 40 minut”*
„Super dzień na polowanie zdjęć. Dołączę się do ciebie. Mam nadzieje za 40 min będę gotowa! widzimy się”

No i dołączyła. Z termosem z herbatą i aparatem.
Zdjęciowy spacer w kimś, to zupełnie co innego. Jeszcze czuję tę fajną energię. A świat był…nie do opowiedzenia. Może tylko jeden Konstanty (Mistrz) umiałby.

 
W parku

 
Nad rzeką


Nad rzeką przy Rynku


W porcie małych łodzi – czyli Kinnekulle na 1250 obrazku


Regina poluje zdjęcie

Gdzieś przy drodze.

A teraz za oknem ciemna noc, choć 7 dochodzi. Termometr pokazuje 26 w środku i -15 na zewnątrz.
Dziś mam gości. Mark, Sonja  i Gulsum przychodzą na lunch.
 

 

 *Przytaczam prosto z fb, żebyście mogli odczuć tę fantastyczną, wschodnią składnię. Szkoda, że nie można odtworzyć tego śpiewnego akcentu. 

Ku pamięci

Muszę to sobie …

Muszę to sobie zapisać, bo potem zapomnę. Za jakieś dwa miesiące.
Zapomnę, jaką ekscytacją i dziecinną radością napełnia mnie pierwszy śnieg. Że od razu jest jaśniej a świat wygląda bajkowo.
I nie mogę się doczekać, żeby pokazać to Zuzi, która jeszcze śpi. A mnie ten śnieg nie daje zasnąć. Poszłabym…!

Za oknem jeszcze ciemno. Dzień wstaje powoli. Migając światłami, przejeżdża pług, a śnieg tłumi jego dźwięk. Po oknem, w puszystym śniegu pojedyncze ślady. To M. biedaczek poszedł do pracy, choć to sobota. Na koszyczku z orzechami przysiadła sikorka.
Kocio przysnął na chodniczku pod drzwiami. Zegar tyka. Zuzi coś się śni, bo piszczy przez sen.
Staję nad nią i zagapiam się. W półmroku oglądam doskonałość małego człowieka. Wypukłe czoło, miękkość policzków, zaokrąglony nosek. Rączki z dołeczkami, pulchne nóżki. Doskonałość tego dziecka wciąż mnie zaskakuje.  Naprawdę, naprawdę tylko Bóg, potrafi dokonać czegoś tak absolutnie, nieskończenie pięknego i doskonałego. Tak jak ten świat pod świeżym śniegiem.

 

Pewnie jestem strasznie naiwna i banalna w swoich zachwytach, ale co mi tam! Przecież nie można w koło tylko narzekać.