Mam w…Mam gdzieś nowy rok

Po dwóch prawie …

Po dwóch prawie dniach spędzonych z nami, Zuzia wróciła do mamy. 
To jest nienormalne, ale dom po jej wyjściu robi się pusty i smutny. Choć to nie jest to nie jest tak, że jak jest u nas, to nic innego nie robię tylko siedzę koło niej. Bo ktoś musi zrobić jedzenie, trochę sprzątnąć, czasem coś uprać a czasem zmyć. Ale uwielbiam mieć ją blisko, słyszeć jej głos (szczebiot, w starych książkach napisaliby „szczebiot”, ale teraz to słowo ma pejoratywny wydźwięk, a szkoda, bo ładne i obrazowe).
No ale wróciła do mamy, za dzień, dwa znów u nas będzie. 

Pogoda zrobiła nas w konia.
1 grudnia postraszyło zimą  – wystrzeliło z grubej rury mrozem i śniegiem po czym zaczęło spuszczać z tonu. Codziennie po troszeczku, ale systematycznie. Dziś mamy za oknem wiosnę. 6 stopni, słońce i ciepły wietrzyk. Dobra, dla mnie może być, za śniegiem nie przepadam, ale taka zima wróży brak normalnego lata – nawet jeśli miałoby trwać tylko 4-6 tygodni. To ja chrzanię takie układy. To ja poproszę mrozy i śniegi teraz i w lutym, na wiosnę mogę poczekać do marca, ale potem niech będzie normalne lato. Ze słońcem.
Zmianę daty należałoby odnotować, ale kurczę. Dla mnie zmiana roku jest takim samym wydarzeniem jak początek każdego innego dnia. Nie mam jakichś szczególniejszych oczekiwań z tej okazji. Nie czuję potrzeby jakiegoś obrachunku z tym co przeszło, nie bardziej niż każdego innego dnia. 
Od jutra powrót do normalnych, codziennych zadań. Dla mnie, bo dziecko i mąż jeszcze cały tydzień w domu.
Przez północne okno mojej sypialni popatruję na niebieskie niebo i rozczochraną brzozę. 
Zaraz dopiję moją herbatkę z cytrusami w rumie, włączę film i będę odreagowywać nocną kanonadę. Ludziom zmiana daty naprawdę na głowy pada. Zaczęli strzelać wczoraj we wczesnych godzinach południowych i tak łomotali przez następne dwadzieścia godzin. Nie, nie wystarczyły fajerwerki miejskie o północy. Każdy chyba mieszkaniec naszego miasta uznał, że musi własną petardę odpalić i broń boże w tym samym czasie co tysiąc jemu podobnych. Kocio, który normalnie odporny jest na huki, schował się pod łóżko jak jakiemuś idiocie przyszło od głowy strzelać na naszym podwórku. Blok jest w kształcie litery U więc podwórko ma doskonałą akustykę. Miałam szczerą chęć wyjść i kolejną petardę zdetonować bezmózgowi na jego własnej głowie. Moją wściekłość podsycał fakt, że Zuzia właśnie usiłowała zasnąć. 
Miałam chęć krzyknąć „w dupie mam sylwester, w dupie mam nowy rok”. Chcesz to świętuj człowieku, ale nie wybijaj mi przy tym szyb i nie strasz mi domowników.
Do końca życia nie zapomnę widoku stada, przerażonych, ogłupiałych kawek, lecących może ze dwa metry nad ziemią całkowicie na oślep. Takie zjawisko zobaczyłam ostatniego lata, gdy z jakiejś tam okazji w mieście puszczono fajerwerki. Od tej pory jakoś nie kręcą mnie kolorowe światełka na niebie. Wolę widok spokojnej kawki.

 
 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s