Ostatnie ogniwo

Zaprawdę, powiadam …

Zaprawdę, powiadam wam:
Z całej rzeszy ludy pracującego sprzątaczka jest na końcu łańcucha. Po-kar-mo-wego, hahaha! Jak mawiał Tymon.
Albo to ja się tak czuję.
Syzyfowa praca której nie widać, gdy jest wykonana dobrze, ale zawsze wytknięta gdy coś szwankuje. Praca w ogromnym tempie, przy minutach wyśrubowanych do sekund. Praca, gdzie każdy inny może powiedzieć „ale weź jeszcze tam zatrzyj, bo jest brudno, bo wywieźli towar i się nabrudziło”, choć w tamtym miejscu już posprzątałaś. Praca, w której przychodzi pani i mówi, że damskiej toalecie papier się zacina i czy możesz pójść bo ona chce ci to pokazać, a ty musisz iść, nieważne, że minuty uciekają ci jak piasek z grzesiowego worka. Gdzie przychodzi inna pani, mówi, że coś się rozbiło, nie, naprawdę nie musisz tego sprzątać, ona to zrobi, tylko daj jej swojego mopa…
Ulatasz się przez dwie godziny- nazmiatasz, naschylasz (ludzie, czy jak wam jabłko upadnie to jest tak ciężko schylić się i je podnieść?), naścierasz nazbierasz dekoracyjnej słomy z nienawiścią w sercu do dekoratorów, którzy z uporem godnym lepszy sprawy wsadzają tę słomę wszędzie gdzie się da, narobisz ósemek mopem a kiedy wychodzisz widzisz, że nie widzisz już efektów swojej pracy.
Żwir z butów turla się po całym hallu, słoma wysypuje się beztrosko z każdego kąta, a na środku warzywniaka rozgnieciony pomidor.
No ludzieee…Ja rozumiem, że się nadepnie papierek, liść sałaty, no – ostatecznie małe winogrono. Ale pomidora?? Ja bym przynajmniej myślała o tym, że sobie buty ubrudzę.

Przychodzisz do domu. 
A potem jeszcze dostajesz informację od zwierzchnika, że się personel poskarżył, że tu niewyniesione śmieci, a tam brudno.

Jeśli kiedykolwiek miałam pomysły by być zawodową sprzątaczką, to teraz je właśnie uroczyście żegnam.  
Jak będziecie robić zakupy przedświąteczne pomyślcie z życzliwością o sprzątaczce, która dziś wieczorem albo jutro rano będzie szła po waszych śladach.

 

PS. Czy ktoś z Was, moi szwedzcy czytacze był w ostatni czwartek po południu w Polskim Sklepie w Goteborgu, na Smastugevaggen ?
Ta rozgadana para, zaprzyjaźniona z personelem i resztą kolejki, wykopująca z kąta ostatni karton Michałków, wiedzące lepiej niż właściciele co gdzie leży – to byłam ja i mąż mój osobisty.
Zaprawdę, powiadam wam : tylko stoliczka z kawą nam tam brakowało, żeby się móc w wygodniejszych warunkach zaprzyjaźniać.

Daleko macie do świąt ?
Bo ja ho-ho!
 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s