wiosna panie…

Nic to, że północnym …

Nic to, że północnym wiatrem zawiewa. Magnolia na przeciw Stadium, ta w rogu, kwitnie już od kilku dni. To dziwne zjawisko – ona zawsze kwitnie pierwsza ale nie cała, tylko jedna jej część. Reszta idzie w jej ślady znacznie później.
Odwykłam od pisania. Nie wiem od czego zacząć, zdania się klecą, a nie piszą…Może mój blogowy czas się kończy? Może pora na coś innego? Póki co mam dylemat Pyzdry „z babą źle” „a bez baby?” „jesce gozej”
Jak to tak…nie blogować? Nie pisać co się dzieje? Pamiętniki piszę całe życie! Te pierwsze, nastolatkowe gdzieś poniewierają się w Miasteczku, u mamy, chyba, że ktoś wreszcie się zdecydował i spalił ten nieszczęsny dowód mojej głupoty. Naprawdę nie wiem jak inni ludzie godzą się ze swoimi nastoletnimi obliczami. Ja jakoś nie mogę…Nie wracam wspomnieniami do tamtego czasu, odcięłam się od znajomych z tamtych czasów i naprawdę jest bardzo mało zdarzeń, które ….może nie to, że wspominam z przyjemnością, ale przynajmniej bez niesmaku.
Jak ktoś przy mnie wzdycha do swych lat nastoletnich z trudem hamuję zdumienie. Jest tak, jakby moje życie zaczęło się dopiero po 25 roku życia…Cóż, może dlatego tak moich znajomych jak i mnie samą zaskakuje mój wiek metrykalny. Sama nie wierzę, że jestem taka stara. Nawet patrząc w lustro, widząc coraz mniej jędrny owal twarzy, i tak mam kłopot z uwierzeniem.
Ciekawe czy jeszcze podpadam pod kategorię „młoda duchem” czy już pod „zdziecinniała na stare lata”?
Tak czy siak…Teraz lubię siebie bardziej niż 35lat temu…
A tymczasem…
Akwarium. Codzienne kolumienki cyferek, równo ułożone papierki w segregatorach oraz terminy i terminy…Codziennik.
Jakoś miesiąc temu wywiesiłam w sklepie U Braci ogłoszenie „księgowość po polsku”. Taka sobie zwykła kartka, nabazgrana tuż przed wyjazdem z domu, tylko imię i numer telefonu.
Mój tok myślenia był taki: jeżeli zdobędę choć jednego klienta polskojęzycznego dla Akwarium to wtedy szef będzie miał większą motywację by dać mi umowę na stałe. Z drugiej strony – w Szwecji jest wielu Polaków. Przyjechali tutaj do pracy, szwedzkiego wielu z nich nauczyło się w pracy i do pracy. Rozumieją polecenia, znają terminy fachowe dla branży w której pracują, znają język codzienny, ale język urzędniczo-księgowy może im sprawiać problemy.  I tadam!
Zadzwonił pan z pytaniem czy znam się może na tych ostatnich zmianach z zakresie RUT i ROT (usługi dotyczące prac w obrębie nieruchomości). Przyznałam się szczerze, że jeszcze nie, bo nie miałam takiej potrzeby…Pan westchnął i powiedział, że jego księgowy też nie. Tu sobie pomyślałam, że ten księgowy to w takim razie taki sobie, bo jakbym miała klienta z takimi usługami to już bym wiedziała…Od słowa do słowa, które to wymienialiśmy przez telefon przez dwa dni okazało się, że pan kompletnie nie ogarnia szwedzkiego systemu elektronicznego tych elektronicznych podpisów i kart ID. Oraz, że z księgowym porozumiewa się przy pomocy znajomego, który biegle włada angielskim. I że w sumie to on gotów jest w ciemno przenieść się tam, gdzie będzie mógł gadać po polsku. Podałam adres Akwarium, umówiliśmy się na przyszły tydzień.
Jeśli to wypali, to …będzie dobrze.
Jeden z moich klientów , zwę go „Stary Arab”, bo pochodzi z Syrii i ma jakieś sześćdziesiąt lat, nazywa mnie „habibi”. To miłe i budzi we mnie sympatię. Stary Arab wzbudził we mnie sympatię od pierwszego spotkania. To nic, że jak mówi, że coś zrobi…to mówi…Jego mogę przynajmniej kulturą wytłumaczyć. Czym wytłumaczyć 35-letniego Szweda, który porzucił swoje dokumenty i przez dwa miesiące nie dawał o sobie znać ignorując moje telefony, maile i smsy?
Tymczasem siedzę w Stellas Leklandet. Zuzia szaleje z dziadkiem. A ja walczę z pokusą odpalenia kolejnego odcinka Parenthood.
Moja kolejna serialowa miłość po Gilmorkach i Downton Abbey.

 

 

i znowu chora…

…jak w tytule. <br …

…jak w tytule.
Opad rąk. Po prostu. Sprawdziłam kalendarz – od początku lutego walczę. Kilka dni przerwy i nawrót. Szfak!
Oj, moja wina!
Podejrzewam, że oboje sobie zapracowaliśmy na ten ciężki okres. Moja „żona” i ja.
Od wyjazdu synka na studia jadamy…byle co. Przestaliśmy gotować, a jeśli już to są to pseudo obiady. Frytki, makaron, jajko, schabowy, kiełbasa na gorąco (to już tylko eM)…Zamiast surówek z marchewki, jabłka, selera, buraczków, kapusty – sztucznie pędzone pomidory, papryka, sałata, ogórki.
Oraz permanentne zapominanie o witaminie D3.
Być może w ostatnim okresie za mało też bywam na świeżym powietrzu, za mało się ruszam.
I oto efekty.

Cóż, mądry Polak po szkodzie…
Obiecuję sobie wziąć się w garść jak tylko stanę trochę na nogi. Będę miała okazję,  bo moja żona od poniedziałku zmienia się na powrót w męża i idzie do pracy. (Hurra!)

Chmura ksiąg czyli Akwarium

Wychodząc przed …

Wychodząc przed chwilą z pokoju po kawę zdziwiłam się panującym w przedpokoju mrokiem. Dopiero co obudzony umysł z trudem skojarzył sobie trzy fakty: ciemność w przedpokoju = zamknięte drzwi pokoju na przeciwko = SYNEK W DOMU.
Prawda! Synek w domu! Hurra.
I to właściwie mógłby być koniec tego wpisu, ale domyślam się nieskromnie, że są tacy, co czekają na dalszy ciąg wieści z Krainy Trolli*.
Wiem, wiem, wiem. Zaniedbuję bloga okropnie.
Zdaje się, że to przesilenie wiosenne, połączone z nadmiarem zadań oraz chronicznym zapaleniem zatok sprawia, że gdy już wreszcie ogarnę wszystkie obowiązki, to zalegam na łóżku z książkami i komputerem, ale nie ma we mnie weny twórczej a jedynie myśl- cytat z pana Dulskiego „a dajcież wy mi wszyscy święty spokój”.
Moja żona narzeka, że nic nie robię. Żona sprząta, gotuje, chodzi po zakupy i gdera. Jak to żona. Że co? Że nie mogę mieć żony? Dlaczego? Mamy równouprawnienie, co? Skoro przyjęło się sądzić, że mąż chodzi do pracy a po powrocie zalega na kanapie, no to ja właśnie tak robię. Z tą różnicą, że zalegam na ławce w kuchni w dni słoneczne, lub na łóżku w moim pokoju w dni deszczowe. A żona robi całą resztę i narzeka, że znów telerzyk w zlewie, a nie w zmywarce, że obiad wystygł, i trzeba było zadzwonić, że się spóźnisz, a buty to się stawia na półce…
Podczas gdy moja żona zajmuje się przyziemnymi sprawami, ja coraz częściej czuję się jak Superbohater co chwila ratujący czyjeś życie. Ja niestety wciąż ratuję życie jednej osobie. Mojej żonie.  Ratuję poprzez wstrzymywanie oddechu i liczenie do dziesięciu. W sumie to zamiast narzekać, żona powinna ( żon, powinien) być wdzięczna, że trzymam się z daleka od kuchni w której jest co najmniej dziesięć narzędzi, które mogłyby stanowić dla niej zagrożenie. Czyli ratuję życie nie tylko wstrzymywaniem oddechu i liczeniem, ale także trzymaniem się z dala od przedmiotów niebezpiecznych.
Po kolejnej dawce remicade oraz włączonej do leczenia azatioprinie (AZA) istnieje pewna szansa, że po świętach żona przestanie być żoną i znów wróci mój eM. Spokojny, nie za bardzo upierdliwy człowiek, cierpliwie godzący się z faktem, że codzienne odkurzanie podłóg uważam za wymyślną torturę a codzienne gotowanie obiadu za wielkopańską fanaberię.
Tymczasem w Szemranej Spółce, której prawdziwą nazwę można tłumaczyć jako Chmura ksiąg, zaszła kolejna zmiana adresu.
Szfak.
Było dobrze, dobrze było! Nie, co poniektórym nie spodobał się zapach w biurze. Że czuć pleśnią. Że wilgoć. No dobra, mogę się zgodzić, że spływająca po ścianie i rozlewająca się w kałużę na środku pokoju woda mnie też nie specjalnie się spodobała. Ale to było tylko raz! 
Nie, nie, nie. Znaleźli inne miejsce. I zamiast mieć pracę pod domem teraz mam pracę prawie na krańcu miasta. Czyli po powrocie z Kupy o 7.10 muszę się umyć, przebrać, zjeść i jeszcze mieć co najmniej 15 minut na dojechanie rowerem na miejsce. Nie wiem czy to się uda, a naprawdę już mi się nie chce znów przestawiać czasu pracy…
Szef się ostatnio zdziwił, że nadal pracuję rankami. Byłam bezczelna i odpowiedziałam, że będę się tej pracy trzymać póki nie dostanę od niego umowy na stałe. Zapomniałam dodać, że prócz na stałe to jeszcze i na cały etat…
– Podpiszemy po świętach – obiecał mi.
Nowe biuro mieści się w opustoszałym biurowcu, którego my jesteśmy teraz jedynymi użytkownikami. Zajmujemy ostatnie piętro a powierzchni mamy tyle, że chyba sobie hulajnogę albo rolki sprawię.
Długi, przeszklony korytarz z ciągiem pokoi. Na dwóch krańcach korytarza dwa duże pokoje z trzema oknami na trzech ścianach. Szef zajął pokój w głębi, najdłuższa ściana wychodzi na północ czyli na jezioro i Kinnekulle, dwie pozostałe na wschód i zachód. Za jednym z okien ma metalowo-ażurowe schody ewakuacyjne, co podejrzewam skłoniło go do takiego a nie innego wyboru. Jest palaczem i dzięki owym schodom nie będzie musiał schodzić na dół na każdego papierosa.
Mój pokój, który docelowo mam dzielić z kimś jeszcze, okna ma na wschód, południe i zachód. Stąd nazwa Akwarium. Już zaczynam się obawiać o warunki pracy w letnie upały oraz w zimowe mrozy. Fakt – okna mają zewnętrzne, automatycznie regulujące się markizy, to może rozwiązać problem nadmiaru światła na monitorze. Ale czy pomoże na rozgrzany (lub zamarznięty) dach? Oraz nie ogrzewane pomieszczenia pod podłogą? Jest coś, co mnie zadziwia w szwedzkich budynkach. Niemal wszędzie, nowo montowane okna nie mają zawiasów z boku lecz…z góry! Okna nie da się więc otworzyć, można je tylko uchylić. Czasem widuję okna, które zawiasy mają po bokach, na środku. Wtedy otwarcie okna jest zabawne – okno zamienia się w półkę zamontowaną w połowie otworu okiennego. Tak, tak. Nie ma to jak szwedzka myśl techniczna. Nie wiem jak będzie z przepływem powietrza w Akwarium.
Posmatrim-uwidim. Jakby co, daję sobie prawo do narzekania.
W temacie pracowym pozostając chciałabym jeszcze wspomnieć o szwedzkiej organizacji pracy. Naprawdę, ktoś powinien to zjawisko zbadać i opisać, bo szwedzka organizacja pracy to kuriozum na miarę szwedzkiej myśli technicznej.
W Kupie na stałe sprzątają trzy osoby. Monika i ja sprzątamy rano sklep, magazyn, chłodnie i szatnie. Kolega Liban sprząta piekarnię oraz tzw delikatesy czyli dział z owocami morza, grillowanym mięsem i wędliną krojoną na życzenie. I oto któregoś dnia kolega Liban zachorował. Wieczorną zmianę przejęłyśmy my -Monika, Regina i ja, oraz Gabrysia w sporadycznych przypadkach. Trwało to z miesiąc, może trochę dłużej, same między sobą ustalałyśmy w tym czasie grafik, bez pytania szefowej o zdanie. Na koniec lutego miał wrócić nasz kolega. Ale jak się okazało – nie wrócił. Żadna z nas o tym nie wiedziała, dopiero gdy dziewczyny z delikatesów poprosiły nas o sprzątnięcie okazało się, że kolega się nie pojawił. Zaalarmowana szefowa najpierw wyraziła zdumienie, że jak to? Nie przyszło jej do głowy zadzwonić wcześniej i sprawdzić czy kolega wraca do pracy.
Zrobiła się trudna sytuacja, bo Regina pracuje w kilku miejscach i Gintas jej wreszcie zabronił brać kolejne zastępstwa, Monika akurat zapadła na babskie przypadłości i wylądowała na zwolnieniu, ja z racji pracy w Szemranej Spółce nie dałam rady latać na mopie wczesnym rankiem i późnym wieczorem bo potem bym nad biurkiem drzemała. Zmianę Moniki wzięła Gabrysia, zmianę kolegi – jej syn.(Też cała epopeja, ale może innym razem). Skończył się marzec. Zaklepałam sobie wolne na święta już w lutym, żeby nie było i tylko odliczałam dni.
Pierwszego kwietnia okazało się, że nikt nie był poprzedniego wieczora. Drugiego także. Piekarni nie mogłyśmy sprzątnąć, bo tam już praca trwała na dobre. Delikatesy sprzątnęłyśmy, dopisując sobie odpowiednią ilość czasu. Pracownik nie przyszedł, znać chyba nie dał, zastępca też widać nie specjalnie się pracą przejął, bo w zasadzie 31 marca to jeszcze on powinien był pracować.
We czwartek byłam ostatni dzień w pracy. Monika zastanawiała się, kto będzie jej pomagał w czasie świąt. Wreszcie wieczorem zadzwoniła i …okazało się, że nikt nie przyjdzie za mnie. Monika będzie miała czas swój i mój czyli zamiast półtorej godziny, będzie pracowała trzy. W święta. Dobrze, że zadzwoniła, bo nikt nie raczył  jej poinformować, że o pytaniu o zdanie nie wspomnę. A tymczasem okazało się, że wieczorna zmiana nadal jest nie obsadzona. Tym sposobem Monika została wrobiona w pracę niemal przez całe święta. 
Szefowa nie odpowiada na telefony, ani smsy, ani maile.
Mam wyrzuty sumienia, że powinnam w takim razie zrezygnować z wolnego i wziąć choć te wieczory, ale z drugiej strony właściwie dlaczego? Dlatego, że czuję się odpowiedzialna? Bo mam świadomość, że zawalone sprzątanie może skutkować wymówieniem umowy przez Kupę? Czyli tym, że to MY w razie czego najwięcej stracimy.  A szefowa nie jest tego świadoma? To nie ona w pierwszym rzędzie powinna się o to troszczyć?
I tak to sprawy pracowe psują mi nieco świąteczny nastrój.

Wesołego Jajka!

*młodszemu pokoleniu, wychowanemu na internecie wyjaśniam, że przed dobą internetowych trolli, istniały trolle – człekopodobne stworki zamieszkujące głównie Skandynawię. Były małe lub większe, ale wszystkie brzydkie, złośliwe oraz skąpe. I o takie trolle chodzi mi w adresie bloga. 
Hm. Po namyśle stwierdzam, że to byłaby dobra informacja na stronę otwierającą bloga.

 

Chore ble ble ble

Zuzia, którą w …

Zuzia, którą w ostatni piątek zabraliśmy do siebie sprzedała mi jakiegoś wirusa. W sobotę już tylko siedziała pod kocykiem i chciała żebym jej  robiła za poduszkę. Już w niedzielny ranek czułam się niewyraźnie i pożaliłam się przyjaciółce.
– No, ale jak nie przytulić chorego dziecka…- dodałam.
– No, w tą stronę nikt nie myśli…Myśli się o tym, żeby nie zarazić dziecka. Ale Zuzia po trzech dniach wyjdzie z kaszelku a babcia zostanie z zapaleniem płuc.
Zapalenie płuc to nie, ale katar gigant, ogólne rozbicie i huk w głowie podsunęły mi myśl, żeby jednak nie iść dziś do „Szemranej Spółki”. Oczywiście polskie poczucie obowiązku walczyło z hipochondrią. Zwyciężyła…szwedzka część duszy. Pójdę, niewiele zrobię a i to będzie do poprawki, ale za to rozsieję wirusa dookoła.
Napisałam do Szefa (była 7:10, mógł jeszcze spać, więc SMS).
„Jestem przeziębiona i sądzę, że lepiej będzie zostać w domu dzisiaj. Jutro przyjdę bo mam spotkanie ze Stefanem”. Stefan to klient.
Zwyczajowa w Szwecji odpowiedź w takich warunkach brzmi „Okej, kuruj się”. Szef sobie może mysleć co chce, ale prawa do chorowania ci nie odmówi. Zresztą często sam daje przykład zostając w domu z powodu „banalnego” kataru. Kiedyś mnie to śmieszyło, teraz odkrywam pozytywy takiego działania.
Chory pracownik jest niewydajny, popełnia błędy. To jedno. Ale drugie, gorsze chyba, jest to, że zaraża. Jakby się nie starał zachować higienę, to nie uda mu się uniknąć zarażenia innych. Także takich jak mój eM biorących leki obniżające odporność. Dla takich ludzi nawet katar może się skończyć zapaleniem płuc- jak to było z eM w sierpniu.
Zatem tylko dla pewności, że mnie o nic nie pyta otworzyłam smsa zwrotnego od szefa.
A tam „Oj. Mam nadzieję, że zaraz będzie lepiej. Stefan może poczekac do poniedziałku jesli będziesz chora i jutro. Kuruj się”
Kurde. No. Porządny człowiek mi się trafił za szefa. I jak tu teraz migać się w robocie, coś kombinować i w ogóle traktować w myśl zasady, że skoro szef to absolutnie musi być skurwiel …Ano nie da się.
Jasne, że płaci mi ładne kilka tysięcy mniej niż zapłaciłby Szwedce z odpowiednim wykształceniem.
Ale w pracy mam czas na poszukanie informacji o tym czego nie wiem, oraz gotowość do zakupu wszelkiej maści książek jakie uznam za potrzebne. Oraz naprawdę dobrą atmosferę. A płaca i tak jest wyższa niż np. u piłkarzy. I będzie rosła jeśli firma nam będzie rosła. To w sumie fajnie być w tworzeniu firmy niemal od podstaw, mieć udział w budowaniu rutyn i wewnętrznych zwyczajów.

…i tylko czasem spada na mnie strach, że to się skończy. Ktoś wreszcie odkryje, że wcale nie jestem taka mądra. Ale ja przecież wcale nie udaję mądrzejszej niż jestem! – uspokajam siebie – Mam raczej skłonność do zaniżania własnej wartości i to co wiem wydaje mi się niewiele znaczące. A tu okazuje, że np. dla niektórych zrobienie czytelnej tabelki w excelu jest za trudne.

eM nadal na zwolnieniu. Łyka kortyzon garściami w związku z czym robi się go coraz więcej.
W Szwecji mamy kapryśną wiosnę. Jest na szczęście słonecznie i sucho, ale temperatura waha się od -9 do +12. Czasem wystarczą dwie godziny by z ciepłęgo powietrze zrobiło się ostre i przenikliwe. Krokusy nad rzeką kwitną jak szalone.
Zuzia dostała nowy rower od nas i czekamy tylko kiedy się wreszcie wygrzebiemy z tych infekcji żeby sobie wreszcie z nią pojeździć.

Strasznie, ale to okropnie chcę już mieć psa. Kot nie chce się tak spektakularnie cieszyć na mój widok i nie jest skłonny do szczenięcych psot. Ale prawda, że mięciutki i przytulny to jest. Zawsze mówię, że koto i pies to jak jin i jang.

I. O.

Nie mam pojęcia jaki tytuł bo nie wiem co mi ślina na język przyniesie

f

Po pierwsze,…

f

Po pierwsze, najważniejsze:
eM w domu od środowego popołudnia. Czas był najwyższy, bo siedział w tym szpitalu, zły jak szerszeń a ponieważ jest dobrze wychowany, to nie wyzywał się na personelu tylko na mnie…
Jeszcze we środę warczał, ale od czwartku znów jesteśmy kolegami.
Jest lepiej, choć nie idealnie. Łyka kortyzon garściami oraz aplikuje go sobie dojelitowo. Za niedługo kolejny remicade i zobaczymy co dalej. Zwolnienie lekarskie na najbliższe dwa tygodnie.

W regionie Gotlandia Zachodnia zrobiło się całkiem wiosennie. Jest coraz więcej słońca i niektóre drzewa mają pozieleniałe gałęzie. To jeszcze nie są liście, nie, ale znak, że soki zaczynają krążyć. Ale ranki bywają mroźne jeszcze, ostatnio było -5. Mimo to wyciągnęłam Komarka i na nim jeżdżę do pracy. Sucho jest, więc grudniowa powtórka z rozrywki mi nie grozi. No, chyba, że wywali mnie wiatr, bo wieje ciągle i do tego mocniej niż zazwyczaj. A magnolie mają bazie.
Walczę z sennością, ostatnio bowiem odzwyczajam się od porannego spania. „Nie ma casu, krcabomba, nie ma casu”
Moja koleżanka ochrzciła moją pracę „szemaraną spółką” i tak mi się już to zakorzeniło choć to ani spółka, ani szemrana.
Wczoraj byłam u Cariny, fotoklubowej koleżanki, dzięki której mam tę pracę. Zaniosłam jej bukiet tulipanów w podzięce za pomoc. Wzruszyła się. Powiedziała, że mój szef jest bardzo ze mnie zadowolony (oni zawsze tak mówią) a ja potwierdziłam, że jest mi tam dobrze. Nie, nie dlatego, że tak wypadało, ale dlatego, że naprawdę.
Szef co chwila przynosi reklamówki pełne dokumentów a ja za każdym razem się cieszę jakby mi dawał nową zabawkę. Niektóre z tych toreb zawierają segregatory z porządnie poukładanymi dokumentami inne są po prostu zbieraniną różnej maści papierów z różnych lat. Jedne i drugie kryją w sobie zagadki i wyzwania. Ostatnio miałam sprzedaż towarów używanych  i VAT od marży, teraz mam VAT odwrócony oraz ROT i RUT. Księgowe wiedzą o co chodzi, laikom tłumaczyć nie warto bo ich znudzi.
Strona urzędu skarbowego oraz innych stron księgowych są moją najczęstszą lekturą. Znów czuję, że się rozwijam, że używam mózgu do tego, do czego jest przeznaczony a nie do odgadywania czy plama zejdzie z podłogi od mopa czy trzeba ją zeskrobać.
Od poniedziałku dostaję awans. Jedna godzina więcej dziennie. Czyli nie 4 a 5, podstawa wynagrodzenia podniesiona o 1000koron. W przeliczeniu nie będzie to wielka różnica, ale liczy się fakt, że szef mnie jak widać docenia. Oby mi tylko woda sodowa do głowy nie uderzyła.
Zaklinam rzeczywistość „będzie dobrze” . Musi być dobrze. Zasługuję na to! Na wreszcie trochę spokoju i komfortu w życiu.

Zuzia rośnie…za szybko. Już jej bliżej do lat pięciu niż czterech. Nadal ulubionym zajęciem jest „zabawa” czyli gadające zabawki. Z tym, że teraz to Zuzia decyduje co zabawka ma robić i mówić. Także to, którą bawię się ja. Wzdech. A wszystko co robi – rysuje, nawleka koraliki, wykleja…wszystko jest dla dziadka. Buziaki i przytulanie też głównie dla niego. Już ma mi się robić przykro, gdy nagle krzyczy ” Babcię muszę przytulić” „Kocham cię babciu”. I już nie jest.
Mówimy jej, że dla nas najważniejsza na świecie. I najpiękniejsza na świecie. Czasem myślę sobie, że może moje życie mogłoby być nieco łatwiejsze gdyby mnie ktoś, choć raz w życiu powiedział takie słowa…Zuzia dostaje od nas wszystko to, czego sami nie dostaliśmy jako dzieci oraz to, czego nie mogliśmy lub nie umieliśmy dać naszym dzieciom.

Kot na mnie krzyczy, bo przytula się do mojej ręki, a ja nią ruszam. To chyba się jednak trochę prześpię.
Dobranoc państwu

Grzech czy Szfak.

zaniedbania popełniam…

zaniedbania popełniam tu straszliwy ostatnimi czasy. Wiem.
Pracuję. Pracuję rano na mopie. a potem na kompie ;). Praca, ta na kompie, nadal sprawia mi wielką uciechę. Tak wielką, że jak szef zapytał czy dałabym radę więcej popracować, bo pilna robota jest, zgodziłam się ochoczo. I tak wczoraj zamiast na 11, poszłam godzinę wcześniej. Nadmieniam, że byłam bez zwyczajowej porannej drzemki poKupowej. Bez drzemki bo miałam spotkanie z „psychologiem pierwszego kontaktu” który miał orzec czy potrzebuję pomocy w związku z nawrotem depresji.
Owszem, potrzebuję. Są dwie sprawy z którymi się szarpię. Baśka. I matka…Za długo to trwa, jak mi ktoś z zewnątrz nie pomoże to się dalej będę szarpać a tak może przerobię i pójdę dalej…Choćby na jakiś czas.
Tak więc do pracy drugiej poszłam niedospana. Ale jakoś przeżyłam.
Myślałam, że wieczorem padnę, ale gdzie tam! Zasnęłam po 22, co biorąc pod uwagę, że wstaję o 4,30 jest bardzo późną porą.
A dziś byłam w drugiej pracy 8:15. ..
Mam taką firmę teraz na tapecie, że…Szef był ożeniony z rosyjsko-języczną Estonką, więc nie mogę sobie nawet soczyście „kurwą” rzucić, bo może zrozumieć. Poza tym często przesiaduje z nami znajomy szefa, były Jugosłowianin. Oraz Dora, była żona szefa.No nie uchodzi…
Od Jolindy zapożyczyłam więc „szfak”. Brzmi z polska, a nikt się nie domyśli, że klnę ordynarnie.
Klnę, bo co papier to zagwozdka. Na szczęście szwedzkie internety bogate są w różne strony z poradami dla księgowych, więc się kształcę. Tylko mi czas na tym schodzi.
I tym właściwie żyję.
A nie, żyję jeszcze Hozier’a Take Me To Church :


Chudnę. Nie mam czasu na jedzenie. Ochoty też nie bardzo. Właściwie jadam dwa posiłki dziennie + banan lub jabłko w ciągu dnia. Odkryłam pyszny chleb żytni, domyślam się, że pełen konserwantów, bo nie zapleśniał w dwóch tygodni w folii. Niemniej jest ciemny, a jedna kromka zjedzona na śniadanie o 10 zapewniała mi sytość do godziny 1.
Zamiennie do chleba żytniego zjadam jogurt naturalny z odrobiną ciepłego mleka (nie lubię jedzenia w temperaturze lodówki) dwiema łyżkami płatków owsianych i garścią ciniminis. Działa tak samo jak żytni chleb.
Nie pamiętam kiedy czułam głód, nie pamiętam kiedy jadłam coś z apetytem…Pewnie jak ostatni raz zrobiłam ruskie…
Układam nowe puzzle. Skończyłam czarno-granatowo-ciemnozielony zamek. Teraz mam obraz przedstawiający wiktoriańskie domostwo w kolorach ciepłej jesieni. Pełno ciepłych kolorów od zieleni po czerwień, trochę srebrzystych szarości i kolorowych kwiatów…
Oraz czytam Olaf sun Auduna Sigrid Undset. Lubię takie powieści.
I nieodmiennie tęsknię do Zuzi, choć była z nami ostatni piątek i sobotę.
Zima dała sobie wolne, od kilku dni jeżdżę Komarkiem, ale po grudniowym upadku mam ciągle stracha.
I tak to.

 

 

 

 

Nie mogę wystartować

Szkolenie było. Tłum …

Szkolenie było. Tłum obcych ludzi, zakwaterowanie w hotelu. Jakieś przelotne, wiadomo, znajomości. Oczywiście obietnice o utrzymaniu kontaktu, ale wiadomo…
Wreszcie pora odjazdu. Gorączkowo pakowałam swoje porozrzucane po całym pokoju rzeczy, bo kolega kierowca i reszta współpasażerów busa już czekała, a ja rzekomo miałam być spakowana.
Ze zdziwieniem odkryłam otwarty plecak od aparatu. Aparat leżał oddzielnie, na innym łóżku. Z plecaka zniknął mój największy obiektyw. Najpierw ucieszyłam się, że nie „stałka” a dopiero potem zmartwiłam.
Kolega miał czekać na parkingu, tylko nie sprecyzowaliśmy na którym. Miałam żółtą torbę podróżną, plecak z aparatem, zielony plecak od komputera i jeszcze jedną torbę. Pętało mi się to wszystko, ciążyło, spadało z ramion generalnie sprawiając, że zamiast dziarskim marszem wlokłam się noga za nogą. Słońce świeciło i było zielono i ciepło. A jeszcze dzień wcześniej leżał śnieg. Wiosna przyszła tak nagle?
Po drodze była przepiękna, stara fontanna, której wcześniej nie zauważyłam. Spieszyłam się, bo na mnie czekali i nie zrobiłam jej zdjęcia. A tak pięknie lśniła w słońcu.
Wreszcie ich znalazłam. Znaczy busa. Pełno było w nim ludzi, dostałam miejsce z tyłu. Usiadłam wreszcie i mogliśmy jechać. Tylko teraz to kolega kierowca zniknął.
Potem ujechaliśmy kawałek. I znowu postój: ktoś z kimś chciał się pożegnać. Z budynku na wysokim wzgórzu wysypała się kolorowa gromada dzieci. Ktoś częstował piernikami o niesamowitych kształtach. Pieski, kotki, koguty, kaczki…Cała menażeria!  Ludzie się gdzieś rozleźli…A mnie się spieszyło. Wszak miałam być zaraz w domu.
Chodziłam i szukałam ich, ale ciągle kogoś brakowało. Na koniec okazało się, że nie ma busa i kierowcy. Wystraszyłam się, że pojechał bez nas.
Wreszcie byłam w domu.
Odkryłam znajomy bałagan i ją, śpiącą w rozgrzebanym łóżku.
-Znowu piłaś…- powiedziałam zrezygnowana.
Podniosła na mnie nieprzytomne oczy…

…i wtedy się obudziłam.
Byłam tak zmęczona, że aż mi się ciężko oddychało. Oto efekty nadmiaru szarlotki przed snem. Oraz sertraliny. Efekt uboczny, który zazwyczaj bardzo lubię. Sny fabularne, w dodatku nawiązujące do snów śnionych przed kilkoma nocami, bardzo spójne, a nawet logiczne. Poprzednim razem śniłam historię miłosną…w odcinkach i od tyłu! Mam nawet spisane te odcinki, coś niesamowitego. Aż żałowałam, że nie dośniłam do końca ( kuracja się skończyła, a sny nie były codzienne) bo byłaby z tego cudna opowieść.

A sen o podróży czyli nawiązujący do pracy.
Znalazłam środek lokomocji, ale on nie jedzie.
Mój niepokój związany z tym, że zamiast księgować robię inne rzeczy. Instaluję programy itp.
A potem pojazd znika.
Mój niepokój związany z niespodziewanym wolnym. I w ogóle z niepewnym jeszcze statusem. Czy praca zniknie?
Ale do domu docieram…A to rzadko mi się zdarza w snach o podróży.

No to tak:

zaczęłam nową pracę, …

zaczęłam nową pracę, ale pracowałam tylko trzy dni. Potem syn szefa przywlókł wirusa ze szkoły, a że biuro w domu, szef zapobiegawczo zaproponował bym wzięła wolne w celu uniknięcia zarazy. Co oczywiście zrobiłam.

Mam dobre odczucia, nie będę więcej pisać, żeby nie zapeszyć i nie musieć odszczekiwać.
Od poniedziałku mamy wprowadzić się do nowo wynajętego biura, więc do pracy będę miała tylko 5 minut drogi.
Staram się nie poddawać pesymiście, który mi szepce „nie uda się, to się na pewno nie uda, to się nie może udać”.
Iiii…to właściwie tyle. Nic się innego nie dzieje.
Więc oddalam się do sprzątania i robienia gołąbków.

…Acha. Nowych sąsiadów mamy. Nad nami. Nazywamy ich Kangury. To znaczy ich dzieci. Mają chyba bliźniaki, na oko takie ze dwuletnie. Każdego dnia około 7 rano rozlegają się dźwięki skaczących kangurów. Około 12 zapada cisza. Potem gdzieś około 15 znowu słychać skaczące kangury. Na szczęście około 20 wszystko się uspokaja. eM ma ochotę się poirytować ale go uspokajam. Jak to maluchy tupią, bawią się, ich prawo. Najważniejsze, że w nocy cicho. Urosną zaraz i będzie cisza w dzień a łomot muzyki w nocy :D. Może się wyprowadzą zaraz?

Śniegu tyle co kot napłakał. Za mało na zimowe przyjemności: narty czy sanki, ładne zdjęcia ale wystarczy by zaświnić podłogę w całym sklepie i żeby Komarek tkwił w garażu. Z codziennych, porannych przejażdżek rowerowych wagę mam około -2. Czyli są możliwe minusy dodatnie.

Przepraszam

ale złapałam jakąś …

ale złapałam jakąś zawiechę. Nie zaglądam do moich zakładek, nie piszę, nie komentuję.
Żyję. Łykam posłusznie sertralinę, teraz już po 2 tabletki dziennie, dzięki czemu chyba nareszcie śpię. Wprawdzie zasypianie zajmuje mi jeszcze sporo czasu, ale noce przesypiam jednym ciągiem. Problem w tym, że jak o 7 wracam z porannej przebieżki zwanej inaczej pracą sprzątaczki to padam jak kawka, zasypiam po ok. 40 minutach i śpię do 11 albo i nieco dłużej. Zależy od Kocia jak szybko dojedzie do wniosku, że Pańcia powinna już wstać, bo w misce żałośnie mało. Siada koło mnie i mruczy.Im dłużej tym głośniej. Jak mruczenie nie skutkuje dodaje inne bodźce w postaci zimnego nosa do ucha na przykład. Problem w tym, że to drugie wybudzanie się zajmuje mi mniej więcej tyle samo czasu co zasypianie.
A wieczorami znowu mam zajęcia sportowe bo kolega sprzątający inne części sklepu zachorował i ktoś musi go zastępować. W tym tygodniu padło na mnie.
Mówię zajęcia sportowe bo praca to jest nic w porównaniu do trudów dotarcia do pracy.
Komarek jako środek lokomocji niestety nie wchodzi w grę. Pogoda funduje nam takie jazdy jakich jeszcze tutaj nie było.
Przede wszystkim jak zaczął wiać…co to było? W Szwecji Egon, w Polsce chyba Feliks, tak nie może się uspokoić do dziś. Jak jeden dzień jest spokojniej to zaraz woda przyniesiona przez Egona/Feliksa zamienia się w ślizgawkę równą warstwą pokrywającą zarówno chodniki jak i jezdnie. Władze miasta olewają ekologię solanką, bo ekologia i degradacja środowiska to groźba dość wirtualna a tymczasem istnieje realne groźba, że się dzięki tej ślizgawce zagęszczenie w mieście zmniejszy. Zagęszczenie tak samochodowe jak i ludzkie. Pomimo kolcowatych opon.
Komarek opon z kolcami nie ma, bo niefrasobliwie uznałam, że po co. W sumie naprawdę: po co? Po lodzie jednośladem? To chyba nie jest dobra kombinacja. A jak nie ma lodu to wiatr spycha z drogi. Zatem jako środek transportu zostaje mi rower i nogi.
Po miesiącu, jak wiatr boczny, albo wcale go nie ma, przejeżdżam już całą drogę. A będzie tego za trzy kilometry. W jedną stronę. I tak dwa razy dziennie w tym tygodniu. No dobra. Bądźmy szczerzy. Wieczorami wozi mnie mąż samochodem bo mu mnie szkoda, że nie dość, że muszę pracować to jeszcze walczyć w pogodą. Znowu nasuwa mi się niezbyt miła refleksja, że mąż ma lepszy charakter niż ja. No ale to facet, to musi, nie? Faceci mają tyle na sumieniu, że muszą być charakterologicznie lepsi, żeby nam rekompensować. 
No i jeszcze jest jedno coś, co zastanawiam się czy napisać. Bo jak się okaże, że coś tam, to będzie mi wstyd się przyznać do porażki.
A dobra! Co mi tam!
W poniedziałek zaczynam kolejną półetatowa przygodę z księgowością. Koleżanka z Fotoklubu skontaktowała mnie ze swoim znajomych…I zaczynam.
Nic więcej nie powiem, bo nie chcę gadać za wiele. Już raz miało być tak pięknie a wyszło jak wyszło.
Będzie trudno, wiem to. I się boję czy podołam bo będę się musiała dużo nauczyć i to samodzielnie, bo mentora tam nie będzie. Będę ja i Szef, który o księgowości wie mniej niż ja.
Ale nie mam nic do stracenia, prawda? Pracy sprzątaczki nie zostawiam. Najwyżej stracę trochę wolnego czasu. I poczucia własnej wartości.
Agnieszka mówi, że jestem z tych myślących więc sobie poradzę. Oby.
O. Słońce!